Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Ofiarowana – Jenna Miscavige Hill , Lisa Pulitzer

15 sierpnia 2019

Ofiarowana: moje życie w sekcie scjentologów – Jenna Miscavige Hill , współpraca Lisa Pulitzer

Przełożyli Magdalena Filipczuk , Michał Filipczuk

Wydawnictwo Znak Literanova , 2013 , 446 stron

Literatura amerykańska

   Miała siedem lat, gdy musiała podpisać kontrakt na miliard lat zobowiązujący jej ducha thetana, by w kolejnych wcieleniach służył Sea Org.

   Czytając tę informację wplecioną w opis uroczystości zaprzysiężenia rozpoczynający wspomnienia autorki, miałam wrażenie totalnego absurdu. Musiało minąć kilkanaście lat, nim ona sama go zauważyła i zrozumiała. Zanim jednak to się stało, zanim opuściła Kościół scjentologiczny, przeszła długą, dramatyczną i bolesną drogę z próbą samobójczą włącznie. Pokrewieństwo z przywódcą Kościoła scjentologicznego, Davidem Miscavigiem, nie ułatwiało jej życia. Wręcz utrudniało. Stryj z powodu wspólnego nazwiska tym bardziej kontrolował jej zachowanie, postępowanie i myślenie od momentu, kiedy rodzice autorki postanowili z szeregowych scjentologów stać się elitarną kadrą w wewnętrznej organizacji Sea Org i poświęcić swoje życie jego misji – zbawieniu ludzkości. Od tego momentu wychowanie autorki przejął Kościół, w którym nie było dzieci tylko mali dorośli. Wypełnianie jego misji było ważniejsze niż zabawki i marzenia, a rodzina nie była niczym rzeczywistym, rozpraszała tylko ludzi, którzy zbawiali świat. Jej dzieciństwo i dorastanie w separacji z rodzicami wypełniała praca i nauka z naciskiem na ideologię scjentologiczną, które miały przygotować ją do ślepego posłuszeństwa i pełnego poświęcenia się misji Kościoła scjentologicznego. Jak sama pisała – wtedy naprawdę wierzyłam, że przyszłość Ziemi spoczywa na moich barkach – barkach dwunastolatki.

   To był koszmar!

   Oczywiście z mojego punktu widzenia, bo autorka jako dziecko, odizolowana od rodziny, poddana rygorowi ścisłej hierarchii z systemem kar i nagród oraz psychologicznym metodom manipulacji, nie dostrzegała tego. Pozbawiona matki, ojca, rodzeństwa, krewnych, a potem przyjaciół, zbuntowała się dopiero wtedy, gdy chciano zabrać jej również chłopaka, a potem męża. Ten powolny proces budzenia się krytycznego myślenia, wyłaniania ze „szklanej bańki” indoktrynacji, dostrzegania innej rzeczywistości poza Kościołem, przybierał momentami formę sensacji, w której ujawniała opresyjne metody Kościoła stosowane wobec jego członków.

   Z oddanej misji scjentolożki stała się jego przeciwniczką.

   Aktywistką zwalczającą Kościół scjentologiczny jako niebezpieczną organizację, „ideologią usprawiedliwia wyrządzane przez siebie krzywdy i gwałcenie elementarnych praw człowieka. Jedną z metod było spisanie swoich wspomnień, które oprócz wątku autobiograficznego zawierają szczegółowe, dokładne i tajne informacje o zasadach funkcjonowania Kościoła scjentologicznego, jego genezie i założycielu, ideologii i metodach manipulacji jego wyznawcami, paranoicznej ochronie przed „zdradą” lub wyciekiem informacji na zewnątrz oraz o jego najsłynniejszych członkach – Tomie Cruise, Priscilli i Lisie Marie Presley czy Johnie Travolcie. Również o gwiazdach korzystających z usług Kościoła, jak Brad Pitt, Bono czy Colin Farrell. To również obraz powolnego przekształcania się filozoficznej ideologii Kościoła na rzecz religii wykorzystywanej dla pozyskiwania wpływów, władzy, a przede wszystkim pieniędzy.

   Bolesny dla autorki, a dla mnie przerażający.           

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ofiarowana. Moje życie w sekcie scjentologów [Jenna Miscavige Hill, Lisa Pulitzer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Wywiad z autorką.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , ,

Obrońcy mórz – Stanisław Sadkiewicz

28 czerwca 2019

Obrońcy mórz: piraci, morscy terroryści i polski oficer ochrony statków – Stanisław Sadkiewicz

Wydawnictwo Znak Horyzont , 2019 , 416 stron

Literatura polska

   Obrońcy mórz, piraci czy terroryści?

   Do tej książki uważałam, że piraci. Taki obraz ugruntował we mnie znany film Paula Greengrassa Kapitan Phillips z Tomem Hanksem w roli głównej. Zjawisko okazało się jednak dużo bardziej skomplikowane, a na tak postawione powyżej pytanie próbował odpowiedzieć autor. Polski oficer ochrony statków. Były żołnierz i weteran walk w Afganistanie, który po odejściu ze służby miał do wyboru albo zaczynać wszystko od nowa, uczyć się nowego zawodu od zera, albo znaleźć pracę, w której (…) doświadczenie byłoby zaletą, nie przeszkodą.

   I znalazł ją!

   Stał się specjalistą do spraw bezpieczeństwa i zarządzania ryzykiem, przechodząc kurs przygotowujący do zawodu oficera bezpieczeństwa morskiego, człowieka mającego bronić statków przed piratami. Swoją rzeczową opowieść poprowadził dwutorowo, bogato ilustrując zdjęciami.

Opisując proces szkolenia, zasady rekrutacji, procedury zatrudniania, codzienne życie na ochranianym statku czy rutynę zawodową, jednocześnie przenosił mnie w czasie. Najpierw do początków abordażów i ich przyczyn historycznych (wojna domowa, przemoc, bieda, chaos, niestabilność struktur państwowych, susze, nielegalne połowy, frustracja rybaków, zaśmiecanie wód odpadami toksycznymi), kiedy „obrońcami mórz” kierowały słuszne, uzasadnione idee. Racjonalne argumenty obrońców nie tyle somalijskich wybrzeży państwa pogrążonego w chaosie wojny, ile egzystencji rybaków i ich rodzin. Być albo nie być ludzi zdesperowanych, którzy walczyli tylko o to, co im się słusznie i według prawa należało, bronili swojej własności przed rabusiami, a swoje rodziny i całą społeczność przed biedą oraz głodem, odzyskiwali to, co im zagrabiono. Z okresu „romantyzmu” heroicznej walki z nielegalnymi i agresywnymi połowami jednostek obcych państw przeniósł mnie w czasy pirackie. Zwykłej bandyterki, kiedy okazało się, że na porwaniach statków dla okupu można zarobić dużo lepiej niż na połowie ryb. W ogóle można zarobić i przez wszystkich chętnych. A potem do współczesności na wybrzeże jemeńskie, gdzie terroryzm na morzach stał się już poważnym problemem, a jego skutki zagrożeniem dla stabilnej gospodarki państw całego świata, a tym samym dla każdej skorelowanej z nią dziedziny życia.

   Każdego człowieka.

   Mimo że czyta się opowieść autora trochę jak powieść historyczną, a trochę jak sensację prosto z porwanego statku, to ostatecznie rysuje się obraz kruchych naczyń połączonych globalnego bezpieczeństwa. Wystarczy jeden skuteczny atak na tankowiec z ropą lub chemikaliami, byśmy odczuli to w jakości naszego życia. Jednak nie to najbardziej mnie przeraziło, ale skutki katastrofy ekologicznej oraz bezradność ludzka wobec morskiej wojny asymetrycznej, jaką stosują współcześni morscy terroryści, opartej na nieprzewidywalności. 

   Autor zabrał mnie do świata, w którym przebywa na co dzień już od pięciu lat, określając swoje zajęcie jako w miarę bezpieczne i… nudne! Myślę, że to mieszanka skromności i kokieterii. Przebywając w jego zawodowej rzeczywistości, czułam to niebezpieczeństwo. To stałe napięcie towarzyszące oczekiwaniu na atak. Nieustanny wymóg czujności, bo wszystko może się zdarzyć, w tym nudne nic. Stres i lęk czaił się w ryzyku. W najbardziej psychicznie wykańczającej sytuacji niepewności i pewności odpowiedzi na podstawowe pytanie – ile czasu zajmie piratom dojście do wniosku, że z tobą czy bez ciebie okup będzie w zasadzie taki sam? To świat dla ludzi lubiących adrenalinę wywołaną ryzykiem. I dobrze, że tacy są, bo to dzięki między innymi takim osobom mogę żyć spokojnie w mojej bezpiecznej bańce , ale teraz już ze świadomością tego, co dzieje się poza nią.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Autor był gościem znanego serialu „7 metrów pod ziemią”.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: ,

Odwet – Zbigniew Lubieniecki

30 marca 2019

Odwet: Polski chłopak przeciwko sowietom1939-1946 – Zbigniew Lubieniecki

Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2019 , 319 stron + 32 stron zdjęć

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska

Literatura polska

   Zabrudziłem głowę – mąka czy kurz? Ale nie – zdaję sobie sprawę, że te dwa białe pasma szerokie na dwa palce na skroniach to… siwizna.

   Autor tych słów miał w tym momencie… 15 lat! Czego trzeba doświadczyć, by w tym wieku posiwiały włosy? O tych sześcioletnich, skrajnych i traumatycznych przeżyciach w syberyjskiej głuszy w latach 1939-1946 autor napisał z obawą. Niektóre obrazy strzegł dotąd jak największej tajemnicy. Przydarzyły się chłopcu, a powinny mężczyźnie. Więc dorósł do nich. Stał się mężczyzną w każdym aspekcie życia osobistego i społecznego. Zarówno w obowiązkach wobec rodziny (matki i trzech sióstr), wcielając się w rolę nieobecnego ojca,  jak i człowieka dorosłego wśród ludzi.

   Czytając po raz pierwszy wspomnienia autora wydane pod tytułem Łowca, ujęte w formie dziennika spisanego w późniejszych latach z pamięci i zachowanych zapisków, odebrałam je przede wszystkim emocjonalnie. Czytając nowe wydanie, ale skupione tylko na latach okresu syberyjskiego, emocje również mi towarzyszyły. Jednak pojawiło się miejsce na docenienie faktów, które wówczas musiały ustąpić, pozostając w tle. Przede wszystkim przyśpieszony rozwój psychiczny, etyczny, społeczny i seksualny chłopca, który musiał zamienić się w mężczyznę. Dostrzegał tę przemianę, pisząc w dniu urodzin – Patrzę długo na ręce i nogi, oglądam się w lustrze. Rzeczywiście, jestem jeszcze bardzo mały, ani trochę nie większy od innych dziesięcioletnich chłopców. Tylko moja twarz jest jakaś inna – smutna i poważna. Próbuję się uśmiechnąć, ale uśmiech ten nie podoba mi się, nie jest prawdziwy. Potem widzę w swych rękach granat, od którego zginął bandyta Ukrainiec. Widzę pistolet wymierzony w głowę ułana, a potem w niemieckiego spadochroniarza. Widzę nóż prujący siedzenia w samochodach, młotek wbijający gwoździe w opony. I chociaż widzę, że ta ręka jest mała i słaba, że należy do dziesięcioletniego dziecka, to jednak zdaję sobie sprawę, że to jest ręka mężczyzny. Dorosłego, który zabija, żeby inni go nie zabili, zakatowali. Dostosowującego się do warunków dyktowanych przez brutalny los, by przeżyć, bo ci, którzy chcieli żyć według dawnej ludzkiej moralności, etyki, zwyczajów i tradycji – umierali. Miał osobowość niepokorną, pamiętliwą i dumną dziedzictwem wychowania patriotycznego w arystokratycznej rodzinie. Zawadiaki, kombinatora, przedsiębiorcy i inicjatora kłamiącego, kradnącego i oszukującego. Duszę wędrowca i naturę włóczęgi chętnie uczącego się od innych, otwartego i ciekawego świata, inteligentnego naśladowcy i kreatywnego nastolatka. Posiadał wszystkie niezbędne cechy do przeżycia w dżungli społeczeństwa przechodzącego gehennę wojny, jak i w tajdze, z której samodzielnie wyszedł żywy po prawie dwóch tygodniach. To dlatego sto razy umarł i sto razy zmartwychwstał, używając eufemizmu określającego wielokrotne pobicia do nieprzytomności, skrajne warunki uwięzienia i bytowania, głód, śmiertelne choroby czy bezpośrednie niebezpieczeństwa utraty życia ze strony innych ludzi.

   Cudem było to, że przeżył.

   Inna rzecz – jakim kosztem? Siwizna to koszt najmniejszy. Największy to utracone dzieciństwo, degradacja psychiki i koszmary z przeszłości. Więcej na ten temat napisała socjolog Kaja Kaźmierska w ciekawym i analitycznym opracowaniu dołączonym do książki – Zniewolone wspomnienia. Pomaga ono zrozumieć postępowanie dziecka i nastolatka, zwłaszcza że zostały napisane z punktu widzenia przede wszystkim czytelnika, a potem socjologa zrozumiałym i przystępnym językiem dla każdego odbiorcy. Kolejną nowością w tym wydaniu były również zdjęcia dokumentów autora,

jego rodziny,

a także autorskich rysunków utrwalających widzianą rzeczywistość.

Ta część wspomnień pozwoliła mi również dostrzec narastającą w autorze chęć odwetu i zemsty, za poniesione krzywdy, głód, łamanie norm moralnych, rozpad rodziny i wreszcie zabijanie. Winowajców upatrzył w sowietach i wymuszonym pobycie w ich kraju, który obudził w nim najgorsze instynkty. Wyjeżdżając z miejsca przymusowego osiedlenia, obiecał sobie – Chcę zapamiętać każdy szczegół – a potem być świadom, za co będę się mścił. (…) Ogarnęła mnie nieprawdopodobna wściekłość. Powiedziałem sobie: „Ja was jeszcze utłukę. Nie spocznę, dopóki nie ubiję was co najmniej stu”.

   Słowa dotrzymał.

   Ale o tym, w jaki sposób, kontynuuje w Łowcy.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , , ,

Wymazać siebie – Garrard Conley

24 marca 2019

Wymazać siebie: pamiętnik geja: rodzina, wiara i walka o własną tożsamość – Garrard Conley
Przełożyła Kamila Slawinski
Wydawnictwo Poradnia K , 2019 , 352 strony
Literatura amerykańska

Twoja noga więcej nie postanie w tym domu, jeśli zaczniesz wcielać w czyn swoje uczucia – powiedział ojciec. – I nigdy nie skończysz studiów.

Takie słowa usłyszał od swojego ojca Garrard, autor wspomnień. Miał dziewiętnaście lat, był na pierwszym roku studiów i właśnie wyznał rodzicom, że jest gejem. Jego rodzina należała do Kościoła Chrześcijan Baptystów misjonarzy, którym wiara zabraniała wszystkiego, co mogło odwodzić duszę od bezpośredniej komunikacji z Bogiem i Biblią. Mieszkali w tak zwanym pasie biblijnym amerykańskiego Południa, w którym normy społeczne i kulturowe oraz zasady moralne życia wyznaczała ortodoksyjna wiara. Mieszkańcy odrzucali ewolucjonizm, wierzyli w bliski koniec świata, AIDS uważali za karę za grzechy, a homoseksualizm za chorobę, którą można wyleczyć. Na dodatek ojciec autora był kaznodzieją. Garrard w ogóle nie zastanawiał się nad ultimatum ojca. Kochał swoją rodzinę, kochał Boga, wierzył w nauki swojego Kościoła, a myśl, że miałby opuścić rodziców, przyłączyć się do przyjaznej gejom społeczności i jakoś dalej żyć bez rodziny, wydawała się gorsza od samobójstwa. Nie był gotowy na wykorzenienie, ale był gotowy na wszystko, by pozostać mężczyzną, twierdząc – Zrobię wszystko, by wymazać tę część siebie.

Poddał się terapii konwersyjnej.

Uczestniczył w zajęciach opartych na Programie Dwunastu Kroków stosowanych powszechnie w leczeniu uzależnień, mających na celu złamanie charakteru poprzez upokarzanie, piętnowanie, straszenie i wymuszanie intymnych zwierzeń – wyjaśniła Agnieszka Graff, autorka wstępu do wspomnień, nazywając je psychicznym znęcaniem. Garrard wierzył w swoją homoseksualną chorobę i chcąc się „wyleczyć”, sumiennie uczestniczył w zajęciach „terapeutycznych” przede wszystkim dla rodziców, dla których był gwarantem przedłużenia rodu. Stale powtarzał, jak mantrę, prośbę kierowaną do Boga – Panie, pomóż mi być czystym. Proszę-pomóż-mi-być-czystym. Proszępomóżmibyćczystym. Nie potrafił jednak stłumić w sobie wątpliwości i pytań o rolę i obecność Boga w tym, co mu się przytrafiło. Po roku wewnętrznych zmagań, rozterek i nieudanych prób połączenia miłości do rodziny, Boga i własnej tożsamości, przerwał terapię, po której pozostała mu seksualna dezorientacja, liczne próby samobójcze, dwa pobyty w szpitalu psychiatrycznym, głęboka choroba dwubiegunowa typu II oraz lekki syndrom szoku pourazowego.

„Leczenie”, które dla mnie było groteską.

Gdyby nie fakty i prawdziwość opisywanych wydarzeń w życiu zdezorientowanego nastolatka, śmiałabym się. Czytając wspomnienia zagubionego chłopca nie dowierzałam, że ta parodia działa się naprawdę. Że ludzie w XXI wieku (autor „leczył się” w 2004 roku) opierali swoje metody terapii na kompilacji psychologii i religii, wypierając i zaprzeczając uznanej wiedzy medycznej na temat homoseksualizmu.

Że to podejście i proceder trwa do dzisiaj!

Po ponad dziesięciu latach autor postanowił napisać o tym, jak stał się ofiarą dochodowego interesu ludzi, którzy ówcześnie kłamali. Swoją publikacją włączył się w „wojnę” przeciwko terapii konwersyjnej, którą zaczęli potępiać ówcześni terapeuci-eksgeje i publicznie przepraszać za wyrządzone krzywdy jej uczestnikom i ich rodzinom, przyznając, że nadal są orientacji homoseksualnej i wcale się nie „wyleczyli”. Przywódca Exodusu, organizacji prowadzących ośrodki, przyznał publicznie w 2013 roku, „że zmiana jest fikcją, a obietnica zmiany – oszustwem”. Spowodowało to wprawdzie rozpad organizacji posiadającej największą sieć ośrodków terapii, ale nie wszystkich. Ziarno rzekomego wyleczenia gejów zostało zasiane i dalej kiełkuje w ośrodkach „eksgejowskich”, do których nadal kieruje się homoseksualistów. Najczęściej pod przymusem, bo chodzi o osoby bardzo młode, uzależnione materialnie i emocjonalnie od domagających się zmiany rodziców. To dla nich, dla ich obrony przed krzywdą, która spotkała autora, spisał swoje doświadczenia, obnażając absurd „leczenia” orientacji seksualnej, który nie pomaga, lecz wręcz szkodzi.

To jednak nie koniec tej groteski.

Trwa ona także w Polsce, gdzie również funkcjonuje przekonanie o homoseksualizmie jako wyleczalnej chorobie, podtrzymywane, według autorki wstępu, systematycznie i celowo przez Kościół katolicki. Gdzie tworzone są strony edukacyjne homoseksualizm.edu.pl, na których widnieją hasła i pojęcia prosto z traumatycznych wspomnień Garrarda. Gdzie istnieją ośrodki terapii takie, jak Odwaga w Lublinie „leczących” homoseksualistów metodami terapii podobnymi do tych stosowanych w USA, które obnażył Rafał Gębura w artykule Pacierzem w grzeszną miłość homoseksualistów oraz w rozmowie z uczestnikiem krakowskiej grupy terapeutycznej Tomaszem Pułą – Jak w Polsce „leczy się” homoseksualizm. To ważna pozycja uświadamiająca i przestrzegająca przed popełnieniem krzywdzącego błędu wobec siebie lub bliskich o orientacji homoseksualnej. Pokazująca ostatecznie pełną miłości postawę ojca, który po wielu latach powiedział synowi to, co powinien w momencie jego coming aut’u.

Chcę tylko, byś był szczęśliwy.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Na podstawie wspomnień powstał film z Nicole Kidman i Russellem Crowe w roli rodziców Garrarda.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , ,

Pielęgniarki – Christie Watson

Pielęgniarki : sceny ze szpitalnego życia – Christie Watson
Przełożyła Ewa Borówka
Wydawnictwo Marginesy , 2019 , 320 stron
Literatura angielska

Pielęgniarka jest ulepiona z radości i tragedii.

Tak twierdziła autorka i narratorka wspomnień o swoim zawodzie, w którym przepracowała dwadzieścia lat, dodając zaraz – Kiedy zaczynałam, sądziłam, że na zawód pielęgniarki składają się: chemia, biologia, fizyka, farmakologia i anatomia. Teraz wiem, że opieka pielęgniarska to w istocie: filozofia, psychologia, sztuka, etyka i polityka. Bardzo chciała pokazać mi tę kompilację wiedzy, ciała i ducha, namawiając – Chodźmy więc razem. Biorę głęboki wdech. Jeśli wejdziesz ze mną, zniesiemy wszystko. Weź mnie za rękę. Trzymaj mocno. Pchnijmy z całej siły drzwi i przekonajmy się, co tam zastaniemy, zmierzmy się z całą grozą i urodą życia. Złączone dłonie łatwo nie zadrżą.

A jednak moja zadrżała!

Nie spodziewałam się takiej huśtawki emocji, wrażeń, myśli i obrazów od zachwytu po obrzydzenie, od radości po smutek. Początek na to nie wskazywał. Wędrówkę zaczęłyśmy świtem, kiedy szybkimi krokami zmierzałyśmy prosto do szpitala, mijając nocnych imprezowiczów idących spać, jeszcze śpiącego bezdomnego w śpiworze i zmierzających w tym samym kierunku, co my, pracowników szpitala. Przyśpieszyłyśmy tuż po przekroczeniu progu poczekalni przy izbie przyjęć już pełnej pacjentów. A potem troszkę szybciej obok sklepu z pamiątkami, portierni, centrali telefonicznej, apteki prosto do pokoju socjalnego, który przypominał bardziej graciarnię z parawanem do przebrania się w szpitalny strój, niż pokój pielęgniarek. Zaskoczyło mnie jej położenie socjalne i finansowe, o którym wspomniała, a które okazało się nie tylko problemem w Polsce. Wychowując samotnie dwoje dzieci, brakowało jej na czynsz, chociaż i tak miała lepiej niż koleżanki korzystające z banku żywności i biorące kredyty chwilówki. W tym momencie opowieści była pielęgniarką ratunkową w każdej chwili gotową na sygnał pagera biec w dowolne miejsce szpitala. Z parkingiem, bufetem i klatką schodową włącznie. Wezwania do rodzącej, omdleń lub zawału serca były nie tylko okazją do pokazania systemu i procedur ratownictwa w szpitalu i jego codzienności, ale również do wspomnień od czego to pielęgniarstwo się w jej przypadku zaczęło. Jaką drogę edukacyjną musiała przejść, a potem nabrać koniecznego, brutalnego momentami doświadczenia, przyznając rację Kantowi – Nie ma wątpliwości, że cała nasza wiedza zaczyna się od doświadczenia. Dlatego o praktyce było najwięcej, ale od czasu do czasu wtrącała trochę teorii medycznej i rozważań filozoficznych na temat godności czy śmierci, cytując filozofów i autorytety medyczne.

Pędząc przez korytarze zachwycała się ich przestrzenią, a jednocześnie pokazywała plusy i minusy pielęgniarki intensywnej terapii nad noworodkiem, geriatrii, interny, psychiatrii, intensywnej opieki, chirurgii czy onkologii. W szybkim tempie kolejnych wezwań i akcji walki o życie, gdzie krew, mocz, ślina, pot, wymiociny mieszały się z kałem, a piekący smród wydzielin wyciskał łzy i wywoływał odruch wymiotny, odnajdywała godność człowieka. Ba! Pokazywała mi piękno w splątanych rurkach podłączonych do ciała człowieka i aparatury medycznej, porównując krążącą w nich krew do tańca. Dla niej to było doznanie zmysłowe, jakim jest odgłos serca, piękno błękitu i czerwieni odtlenionej i natlenionej krwi. Wzory, które malują się we wnętrzach naszych organizmów, to najcudniejsze pejzaże, jakie można sobie wyobrazić. W zaburzeniach w elektrycznej czynności serca i w przywracaniu mu prawidłowego rytmu słyszała orkiestrę, gdzie flety grają jedno, skrzypce drugie i nikt nikogo nie słucha. Muzyka brzmi okropnie. Interwencja w postaci adenozyny lub kardiowersji elektrycznej to zawieszona w powietrzu batuta. Następuje kilka sekund ciszy, po czym wszyscy wznawiają grę, czysto i w tempie. Namacalny cud życia!

Ta mieszanka skrajnych emocji wzmagała się!

Zbliżałyśmy się do geriatrii, za którą czekała na nas kostnica. Zaczęłam przerywać czytanie, by ochłonąć, by uspokoić się, by wytrzeć wzbierające łzy rozmazujące litery. To tutaj, otoczone starością, obrzydliwością fizjologii ludzkiego ciała, terminalnymi chorobami, przemijaniem i śmiercią, najsilniej, najdobitniej przekazała mi wartość życia i tego, co się w nim liczy najbardziej, by spędzać życie sensownie i szczęśliwie, cenić to, co czyni nas ludźmi: nie dobra materialne, tylko miłość, dobroć, nadzieję. Ilekroć czytam tego typu opowieści ludzi związanych z życiem lub śmiercią (Bez strachu – Adam Ragiel, Magdalena Rigamonti), zawsze kończą się one apelem o docenienie kruchości życia i wzajemną miłość. Christie nie była wyjątkiem, mówiąc – Nic poza miłością się nie liczy. Mówię ci to tu i teraz, mówię o miłości do twojej żony, męża, innej ukochanej osoby, syna i córki – być może najcenniejszej – miłości do wnuczęcia. Mówię o miłości tak głębokiej, że człowiek gotów oddać za nią życie. Tak wzniosłej, że można nią przejrzeć niebiosa i wtedy nawet w nie uwierzyć. Może niektórzy z was już je widzieli. Może macie tyle szczęścia co ja. Tyle chcę powiedzieć. Kochajcie. Koniec końców liczy się tylko to. Kochajcie się.

Przejęłam się jej dynamiczną opowieścią zwalniającą tylko przy łóżku chorego.

Jej apelem o bycie gotowym stać się podopiecznym lub opiekującym się i podczas szkolenia udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej kilka dni temu dałam naprawdę z siebie wszystko, by moi najbliżsi i młodzież, która mnie na co dzień otacza, czuli się przy mnie bezpiecznie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , , ,

Becoming – Michelle Obama

Becoming: moja historia – Michelle Obama
Przełożył Dariusz Żukowski
Wydawnictwo Agora , 2019 , 518 stron
Literatura amerykańska


Ależ energetyzująca i motywująca jest ta opowieść!

Autorka, pisząc swoją historię, chciała zwrócić uwagę na bardzo ważną wartość, która kształtuje nasze postawy, stawiane sobie cele oraz wymagania i ostatecznie wpływa na zadowolenie z życia. Chciała przekazać ducha walki o siebie, o własną przyszłość, o spełnianie się, które nazwała – stawaniem się. Zanim jednak mogła to wszystko skutecznie osiągnąć i pozostawić w czytelniku poczucie, że może wszystko, musiała opowiedzieć własną historię tytułowego stawania się. Nie tę z tabloidów, mass mediów czy tworzoną pod hasłem optyki patrzenia przez wyborców, ale z jej punktu widzenia, bo wszystko zależy od tego, w jaki sposób się ją opowie.

Dlatego swoją opowiedziała osobiście.

Właśnie opadł kurz zmian i ucichł szum mediów wokół zakończonych kadencji prezydentury jej męża Baraka Obamy. Nareszcie pojawiła się cisza i czas do przemyśleń, podsumowań, wycieczek myślami w przeszłość i spokojnego, ponownego prześledzenia jej drogi do Białego Domu jako żony prezydenta USA. Paradoksalnie miała wszystko i nie miała nic, żeby się tam znaleźć, ale to właśnie ta mieszanka sprzeczności spowodowała, że wykorzystała jej potencjał maksymalnie.

Wspominając dzieciństwo w niesławnej dzielnicy South Side w Chicago, rodzinny dom pełen miłości, wsparcia i poczucia bezpieczeństwa,

szkoły oraz uczelnie w Harvardzie i Princeton, na których zdobyła zawód prawnika, cały czas podkreślała, że niczym nie różniła się od ludzi mieszkających wokół niej. Tak, jak oni nie miała nic, ale tak, jak oni miała możliwości, które cały czas wykorzystywała dzięki ambicji i ciężkiej pracy w pokonywaniu wyzwań, ale przede wszystkim wątpliwości we własne siły i do miejsc, które próbowała zajmować. Przede wszystkim jednak dzięki motywacji wpajanej jej przez rodziców i ludzi napotykanych na swojej drodze, którzy wierzyli w nią i nieustannie powtarzali – Tak, dziewczyno, dasz radę! Dawali jej wartość, której nie można było kupić, a jednocześnie posiadał ją każdy – budujące wsparcie. Widziała jego brak wokół siebie. Chciała to zmienić. Pragnęła przekazać młodym ludziom, że przy pozytywnej motywacji ze strony innych byli w stanie osiągnąć więcej niż sami sądzili lub wmówili im inni. Zmieniła zawód prawnika na dużo mniej płatny, ale za to bardziej użyteczny społecznie. Ta chęć zmieniania świadomości ludzi znalazła zrozumienie u Bracka Obamy, który myślał podobnie, ale dużo szerzej. O swoim wyborze partnera życiowego napisała – Na dobre i na złe zakochałam się w mężczyźnie z wizją, optymiście, lecz nie naiwniaku, człowieku, który nie bał się konfliktów i którego intrygowała złożoność świata.

Chciał go zmieniać!

Pytał – Pogodzimy się z tym, jak jest, czy spróbujemy walczyć o świat taki, jaki być powinien? Często zadawali sobie pytania – jak zmienić rzeczywistość? W jaki sposób i gdzie każde z nas może dokonywać zmian na lepsze? Jak najlepiej wykorzystać nasz zasób czasu i energii? Brzmiało to bardzo idealistycznie, ale dokładnie ta motywacja doprowadziła ich do prezydentury. Opowieść Michelle o mozolnym, ale wytrwałym wspinaniu się Baracka Obamy na szczyt, na którym można najwięcej i najlepiej, brzmiała niczym opowieść sensacyjna.

Autorka potrafiła przelać w nią emocje.

Były w każdym jej przedsięwzięciu, w każdym poglądzie, każdej myśli i wewnętrznym monologu, a przede wszystkim w miłości do własnych córek i do dzieci w ogóle. One były dla niej najważniejsze podczas prezydentury męża. To z myślą o nich tworzyła projekty i programy oraz wspierała stowarzyszenia, które wspomagały rozwój i szanse najmłodszego pokolenia.

Okazało się, że nawet te wydające się tylko zabawą, jak udział w programie Carpool Karaoke, służyły wyższemu celowi. Niektóre z nich znałam z mediów, ale tutaj mogłam zajrzeć za kulisy ich organizacji. Miała o czym mówić. Może dlatego o mężu wspomina tylko wtedy, gdy jego ścieżki krzyżowały się z jej drogami wyboru i działań. Nie pozwoliła mu dominować w swojej historii, chociaż stale był obecny jako tło. Zwłaszcza gdy pomagała mu w wyborach. Tutaj również pojawiały się emocje, gdy prostowała pomówienia, zniekształcenia, nadinterpretacje, obnażała kłamstwa i półprawdy, ukazując mechanizmy gier politycznych. Ale nie tylko. Tworzyła prywatny obraz własnego małżeństwa, których, takich, jak ich, wiele i które borykają się z takimi samymi problemami, jak: wypracowywanie kompromisów, długoletnie staranie się o dziecko, nieustanna nieobecność ojca i męża w domu lub korzystanie z terapii małżeńskiej.

W ocenach ludzi i wydarzeń była jednak bardzo zrównoważona.

Z wyczuciem wyuczonym przez życie na świeczniku mówiła o politykach i znanych powszechnie osobach, o własnej rodzinie, a przede wszystkim o własnym mężu, nie bojąc się krytyki. Jednak wytykane błędy i przykrości, jakie ją spotykały, przekuwała na kolejną lekcję życia. Wyjątkiem był Donald Trump, którego bardzo negatywnie oceniała. Nie bała się napisać – Donald Trump swoimi hałaśliwymi, bezmyślnymi pomówieniami narażał bezpieczeństwo naszej rodziny. Nigdy mu tego nie wybaczę. – dodając – I zawsze będę się dziwić, że tak wiele kobiet odrzuciło inną, znakomicie wykwalifikowaną kobietę, a zamiast niej na prezydenta wybrało mizogina.

Przez cały czas opowieści obserwowałam, jak „stawała się”.

Rozwijała się dla siebie, dla rodziny i dla innych ludzi, wykorzystując dane jej możliwości na każdym etapie życia. Nadal się staje, uważając, że ten proces ma charakter permanentny. Pokazała teorię i praktykę, wytrącając z rąk przeciwników ewentualne kontrargumenty. Po tej historii pozostawiła we mnie poczucie wiary we własne siły, możliwości i słuszność moich działań. Przypomniała mi, że wszystko zależy ode mnie i mojego myślenia. Pozostawiła mi również słowa – Możesz dokądś dotrzeć tylko wówczas, jeśli stworzysz sobie lepszy świat, choćby początkowo we własnym umyśle. Lub, jak to ujął Barack tamtego wieczora, możesz żyć w świecie takim, jaki jest, lecz wciąż pracować na rzecz świata, jaki powinien być. Potrzebowałam tych słów wsparcia, bo wierzcie mi, promocja czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży w szkole i w środowisku, to pionierska misja wyrąbywania ścieżki wśród dżungli wtórnego analfabetyzmu naszego społeczeństwa i ludzi jej przeciwnych.

Wierzcie mi – są tacy!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wysłuchaj fragmentu książki

Autorka o stawaniu się.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: ,

Mój świat jest kobietą: dziennik lesbijki – Magdalena Okoniewska

21 marca 2019

Mój świat jest kobietą: dziennik lesbijki – Magdalena Okoniewska
Wydawnictwo Jacek Santorski & Co , 2004 , 389 stron
Literatura polska

   O Matko! O Matko, żeby nie krzyknąć: o Boże! Wiem, wzywam nadaremnie, ale jak tu nie grzeszyć, skoro autorka próbuje zmienić mi orientację seksualną. Siedzi w swoim świecie Seksmisji, w którym widzi tylko kobiety, rozmawia tylko z kobietami, mówi tylko o kobietach, żyje tylko z kobietami, wmawiając mi, że wszystkie kobiety są lesbijkami. Jeśli natomiast nie są to: po primo – nie wiedzą, że są, a po secundo – jeśli wiedzą, to się tej wiedzy wypierają. W obu przypadkach kobiety trzeba ratować. Uwalniać z klatek małżeństw, wyciągać z klasztorów, ostrzegać przed mężczyznami, którzy są zbędnym balastem tego świata, a w ogłupiającej prasie kobiecej umieszczać rady typu: najlepszym lekarstwem na wszelakie nieszczęścia jest rzucenie faceta, jako głównej ich przyczyny i bycie sobą czyli lesbijką. Zwłaszcza te, które mają na imię Agnieszka, Kaśka, Aśka, Magda lub Marta, bo to statystycznie najpopularniejsze imiona wśród le(a)sek z branży. Nic nie da więcej wolności i szczęścia niż miłość u boku kobiety, bo ona jest taka ładna, gładka, okrągła, przytulna, jędrna, mięciutka jakby stworzona według zasad Feng Shui, i dająca najwięcej rozkoszy, gdy jest się z nią ciało przy ciele, kobieta w kobiecie… STOP! Wróć! KOBIETA W KOBIECIE?!? Jak to…”w”?!?  Tak bez… ten tego? W?!?
   Manuela Gretkowska twierdzi w My zdies’ emigranty, że najpiękniejsze co ma w sobie kobieta to mężczyzna! Której wierzyć, skoro obie są kobietami? Chociaż Kopernik też była kobietą, a potem się okazało, że jednak mężczyzną.
No nie wiem, nie wiem…
   Tezę Manueli mogę sobie wyobrazić dokładnie, ze szczegółami, a nawet wypraktykować, bo mężczyzna jest bardzo prosty w obsłudze. Posiada przecież tylko jedną dźwignię. Natomiast tezy Magdaleny nie mogę sobie zwizualizować, a już na pewno wypraktykować przy tylu guziczkach jak w kokpicie samolotu. Trzeba być niezłym pilotem, żeby się w tym połapać i polecieć do nieba. Żeby chociaż jakąś instrukcję zostawiła, więcej szczegółów podała albo jakieś zdjęcie dołączyła, no w ostateczności odręczny rysunek. A tu nic! To ja chromolę taką tezę, która leży i kwiczy, bo się potknęła o taki malusieńki szczególik, który czyni tak WIELKĄ RÓŻNICĘ.

Mój świat jest kobietą. Dziennik Lesbijki [Magdalena Okoniewska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Aimee & Jaguar – Erica Fischer

Aimee & Jaguar: historia pewnej miłości, Berlin 1943 – Erica Fischer
Wydawnictwo Czarne, 2008 , stron 344
Literatura niemiecka

   Zaintrygowała mnie okładka: dwie całujące się kobiety. Ręka sama wysunęła się po książkę i… żałuję, że nie przeczytałam jej jako pierwszej przed wszystkimi, które opowiadają o związkach homoseksualnych rodem z berlińskiej Parady Równości czy szaletowo-parkowej z Lubiewa Michała Witkowskiego.
   Aimee i Jaguar, a tak naprawdę Lilly i Felice. Dwie kobiety: Niemka i Żydówka, a między nimi miłość: zakazana, tragiczna, wielka, jedyna i wyjątkowa. Zakazana, bo homoseksualna, bo naruszająca normy rasowe, bo Lilly to matka czwórki chłopców. Tragiczna, bo niemająca szans na przetrwanie w Berlinie w czasie II wojny światowej. Wielka, bo ponad własne bezpieczeństwo i życie. Jedyna, bo na całe życie, po grób. Wyjątkowa, bo przydarzająca się tylko w literaturze. A jednak była, istniała, udokumentowana i utrwalona na dołączonych zdjęciach.
   Początkowo czytałam ją z dystansem i z lekkim poirytowaniem, kiedy pojawiał się na stronie kolejny wiersz Felice dla Lilly. Dystans jednak malał w miarę czytania, a ja nie zauważyłam, kiedy wsłuchałam się całym sercem w ich historię, w ich dialogi, w ich listy pełne troski, bólu, bezsilności, niepewności, tęsknoty, zazdrości. Fotografie oglądałam ze łzami w oczach, bo miłość w tej opowieści przestała mieć dla mnie płeć.
   Lilly zmarła mając 92 lata, przepełniona nienawiścią do rodaków-Niemców i miłością do Felice-Żydówki, kobiety, miłości jej życia.
   Lilly… mam nadzieję, że nareszcie jesteście razem, na wieczność, na pohybel homofobom.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: