Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Ucho, gardło, nóż – Vedrana Rudan

21 marca 2019

Ucho, gardło, nóż – Vedrana Rudan
Przełożyli Grzegorz Brzozowicz , Janusz Granat , Władysław Szablewski
Wydawnictwo Drzewo Babel , 2004 , 192 strony
Literatura chorwacka

Tym razem nie będzie przyjemnie. Będzie ostro. Oberwie się wszystkim. Mnie również. Wrażliwych proszę o dalsze nieczytanie. Kręcące się w pobliżu dzieci proszę o wysłanie do sklepu po cokolwiek. Zdesperowanych wytrwałych, znających twórczość Vedrany Rudan, o odpowiedź na końcowe pytanie, a pozostałych odważnych o zapięcie pasów.
Jedziemy!
Kiedy w życiu nie znajduje się żadnego powodu, by je kontynuować, kiedy jego jazdy na jałowym biegu, z braku energii, ma się po kokardę, a żółć rozczarowania sięga nozdrzy , wtedy udaje się do specjalisty prostującego skrzywione spojrzenie na świat albo rozedrgane myśli i nerwy, cienkie jak włoski, wycisza się środkami odurzającymi, albo wylewa się nagromadzoną frustrację na wszystko i wszystkich dookoła, albo mówi się – Pierdolę, nie żyję! – i popełnia się samobójstwo.
Tonka, główna bohaterka, pięćdziesięciokilkuletnia kobieta, próbowała trzech ostatnich z wymienionych metod radzenia sobie z połamaną , nie tak do końca tylko przez wojnę, egzystencją. Ostatnia się nie powiodła, więc wspomagając się pierwszą, wyrzygała cały swój żal, pogardę, nienawiść, rozczarowanie, liczne pretensje na Onych, winnych jej stanowi. Nienawidzę! – to było słowo przewodnie monologu. Wszystkich bez wyjątku, a siebie samej przede wszystkim. Oberwało się Chorwatom i Serbom za toczoną wojnę, której sensu przeciętny człowiek nie rozumiał, ale strzelał, bo tak kazali. Amerykanom za obłudę powojennej filantropii, której przyczynę sami wywołali, a także za spisek autozamachu (!?) na WTC. Mężczyznom, którym tylko dupy w głowie i przyzwolenie na kręcenie nimi światem oraz tworzenie prawa dobrego dla nich, ale złego dla kobiet. Kobietom za rozkładanie nóg przed każdym samcem, nieważne jakim , byle był. Murzynom za kolor skóry. Własnej matce i babce za uleganie normom społecznym i wymuszanie ich dziedziczenia na własnych dzieciach. Dzieciom za tchórzostwo i odmóżdżenie. I wielu, wielu innym.
Dostało się i mnie.
Osobie postronnej. Obserwatorce. Komuś Kto Patrzy z Boku, jak określiła mnie Tonka. Dowiedziałam się, że jestem debilką, idiotką, zboczoną, bydlakiem, głupią i wcale nie lepszą od niej. Była przy tym bardzo bezpośrednia. Nie operowała artystycznymi środkami stylistycznymi. Nie zawracała sobie głowy eufemistyczną dyplomacją słowną. Nie używała nawet standardowych słów mowy potocznej. Sięgała po skrajności – przekleństwa i wulgaryzmy. W tym potoku bezładnych poglądów, często sprzecznych, nie było defekacji i kału, nie było nawet robienia kupy. Było sranie i gówno, a jak w nadmiarze rozwolnienia, to obesranie po szyję. Wkładała mi głowę pod swoją, śmierdzącą gazami przemiany materii, kołdrę, palec do swojej pochwy, każąc sprawdzić czy pojawiła się menstruacja, a nos w srom przyjaciółki, bym zobaczyła jej małżeński seks zakończony rozciągłoliterowym orgazmem, po uprzedniej grze wstępnej z wylizywaniem każdego palca u nóg osobno i reszty części ciała. Bez mycia.
I tak do obrzydzenia opisywała mi fizjologię świata, kontaktów międzyludzkich i ciała, z tej najgorszej strony. Dużo wysiłku kosztowało mnie przetłumaczenie języka dozwolonego po godzinie 23., na ten w miarę przystępny, bez ograniczeń wiekowych.
Miałam dosyć!
Dużo jestem w stanie przyjąć na klatę, jak mawiają mężczyźni. Rzygającym frustratom w przypływie miłosierdzia przytrzymam nawet troskliwie głowę , a potem opłuczę twarz, wysłucham wersji życiowych niepowodzeń i jeśli sama nie pomogę, to podsunę adres dobrego psychologa. Bo, jak powiedziała Tonka, czas wojny to taki sam czynnik przelewający kroplę w kielichu goryczy jak czas pokoju. To życie samo w sobie jest stresujące i może być traumą. Ale kiedy taki frustrat specjalnie wyrzyguje się na mnie jak do przydrożnego kosza na śmieci, obwiniając mnie za to, kopiąc mnie mentalnie i degradując do roli cwela i frajera, epatuje swoim nieszczęściem, umieszczając na końcu książki przejmujący obraz z wojny serbsko-chorwackiej, a na stronie autorskiej umieszcza linki – Dzięki prowokowaniu zarabiam pieniądze, nie przebierając przy tym w metodach, środkach i sposobie to…
Jestem w szoku!
Nie osobą szokującą, bo ma do takiej autoterapii prawo, a jak znajdzie słuchających (w oryginale – dających się dymać) to też ich sprawa. Ma nawet do tego własny, osobisty powód, który wyjawiła na skrzydełku okładki:

 

 

Ale tymi, którzy odnajdują w tej książce wspólną płaszczyznę porozumienia. Kobieta wyrzygała się, a zgromadzeni wokół pawia zachwycają się tęczą jego barw! I wcale nie jest ich mało! Ich też nie potępiam, ale jestem tym zjawiskiem zaniepokojona. Nie znalazłam w niej niczego odkrywczego, no może poza świetnym studium klinicznym dla psychologów i psychiatrów i wymarzonym materiałem do monodramu dla aktorów. Tonka też przyznaje się, że to sranie w banie, że plecie jak bez głowy.
Więc w czym rzecz?
W moim proteście przeciwko postawom jakie wywołuje książka, która niczego nowego nie wnosi, nie odkrywa, nie wyjaśnia, nie tłumaczy, nie jest nawet inteligentna w przekazie, ale za to utwierdza w bierności trwania w tym stanie nienawiści i słuszności obranej metody radzenia sobie w życiu – opluwania żrącym jadem, wykorzystuje cierpienia wojenne, wpychając je między dwoje kopulujących (w książce nie ma miłości, nie ma nawet seksu) ludzi, zarażając przy tym agresją i wpływając na obniżenie poziomu kultury języka nawet znanych i uznanych krytyków, a także wydawnictw. Tych którzy powinni stać na jego straży! Bo jeśli nie oni to kto?

 

 

Takim postawom równającym w dół, stanowczo mówię nie!
I proszę mi nie mówić, że to słowo jest w powszechnym użyciu, bo tak krzyczy Kuba Wojewódzki w TV. Spoufalenie się z potencjalnym czytelnikiem, dla którego może ono być „fajnym” haczykiem, jest wyborem ślepej uliczki zakończonej murem, za którym pozostaje już tylko chamstwo oraz czerń z parującymi jelitami na szyjach, przed którą tak plastycznie przestrzegał Henryk Sienkiewicz w Ogniem i mieczem. Wyjmuję wtedy mój autorytet:

 

 

Rozkładam na 168. stronie i osobom oraz instytucjom publicznym przypominam, a zaprzyjaźnionej młodzieży wyjaśniam:

 

 

A wracając do treści książki. Nie odnalazłam w niej wspólnej płaszczyzny, nie poczułam w sobie zjawiska rezonansu i wspólnoty odczuć poza jednym zdaniem Tonki, z którym w zupełności się zgadzam – To zdecydowanie nie moja filiżanka herbaty, jak by to powiedzieli Anglicy i wielcy znawcy języka angielskiego. Wolę przekaz Wojciecha Tochmana i wielu innych reportażystów piszących o bolączkach tego świata.
No i teraz mam dylemat, bo skuszona hałasem (teraz już wiem dlaczego) wokół pisarki i jej twórczości, z rozpędu kupiłam sobie aż dwie pozycje jej autorstwa.

 

 

Niewinnie do tej pory wyglądający kastet na okładce, teraz mnie przeraża. Czytać Miłość od ostatniego wejrzenia czy nie czytać?

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Minotaur – Benjamin Tammuz

Minotaur – Benjamin Tammuz
Przełożył Michał Sobelman
Wydawnictwo Claroscuro , 2011 , 205 stron
Seria Ścieżki Życia
Literatura izraelska

Współcześni romantycy tego świata żyją nadal!
Są wśród nas. Może nimi być każdy. Ten mężczyzna mijający mnie na chodniku i ten pan siedzący przy kawiarnianym stoliku albo tamten chłopak stojący na końcu kolejki do sklepowej kasy. I na pewno nie byłaby to odkrywcza myśl, gdyby nie jedno „ale”. Ukryci pod grubą warstwą codziennej, prozaicznej egzystencji, wykonujący bardziej lub mniej powszechne zawody, pełniący bardziej lub mniej znaczące funkcje czy bardziej lub mniej odpowiedzialne role społeczne, drążą labirynty, do których podstępem zwabiają kobiece ideały swojego życia.
Tak jak Aleksander, bohater tej powieści. Minotaur – hybryda romantyka i racjonalisty. Współczesny twór spuścizny epoki romantyzmu. Mężczyzna prowadzący podwójne życie. Dla świata absolwent szkoły rolniczej, potem handlarz bronią, ostatecznie tajny agent wywiadowczych służb izraelskich. Dla najbliższych syn, mąż i ojciec. Dla siebie dusza karmiąca się muzyką i zapachem śmierci, dla której odgłos wystrzału myśliwskiej strzelby i dźwięki postrzelonych, konających zwierząt były tak samo fascynujące, jak brzmienie strun wiolonczeli. Przepojony literaturą Lwa Tołstoja, Wolfganga Goethego i Miguela de Cervantesa domagał się śmierci w nieumiejętności życia. Tworzący wokół siebie kręgi wtajemniczenia niczym labirynt, w środku którego spotykała się jawa i sen, realizm i magia, ideał i proza życia, dusza i ciało. Paliło się światło, którego żaden orgazm nie jest w stanie rozpalić. Istniała miłość, której siła jest większą od tej, jaką ludzie się kochają. Któż by się nie skusił na takie fantazje?, a może realne obietnice!? Stan niebezpieczny, przekraczający możliwości psychiczne i fizyczne każdego człowieka. Siły kogokolwiek. Ideał, który osiągającego go śmiałka, desperata, szaleńca? z góry skazywał na porażkę. Na śmierć. Zawsze.
A mimo to, a może właśnie dlatego, obiecujący, wabiący, kuszący Aleksandra do przekraczania kolejnych kręgów, odkrywania kolejnych tajemnic, przeżywania stanów niedostępnych racjonalnemu umysłowi, balansowania na granicy istnienia i niebytu, ryzykowania zagubieniem się w labiryncie życia z nadzieją na wyjście z niego bez szwanku lub całkowitego zatracenia się w nadziei na dotarcie do jego centrum. Napędzany jedynie niszczącą potęga głodu uczuć i nowych doznań. Nieodpartym, niezaspokojonym pragnieniem zespolenia się z ideałem kobiecej duszy, ciała i umysłu.
Biada tej dziewczynie, która stanie się takim obiektem uczuć, takiego mężczyzny. Pozostanie na zawsze uwięziona w pułapce miłości. W przypadku tej powieści boginią Aleksandra została Thea. Przypadkowo spotkana w londyńskim autobusie liczyła sobie wówczas zaledwie siedemnaście lat, a on czterdzieści jeden. Różnica wieku i okoliczności spotkania w niczym nie przeszkodziły, by stała się kobietą jego życia, którą kochał jeszcze przed jej narodzinami, a której cień i nieokreślona postać bez twarzy, śledziły go od dnia narodzin. Od tego momentu, nie ujawniając swojej twarzy, towarzyszył Thei wszędzie. Będąc stale przy niej, znał każdy jej krok, każdą decyzję, plany, znajomych. Ona czytała tylko jego listy. Po kilku latach korespondencji krążyła już po labiryncie emocji stworzonym przez Aleksandra, zakochując się w jego mieszkańcu – Minotaurze.
I nieważne było zakończenie tej powieści. Najważniejsze były emocje towarzyszące mi podczas wędrówki po ścieżkach życia Aleksandra. Stopniowane i wytyczane według kręgów zbudowanych niczym labirynt z trzech, na pozór różnych historii losów, trzech punktów widzenia, trzech mężczyzn związanych emocjonalnie z Theą, nieświadomie tkwiącą w centrum wydarzeń, spalającą niczym płomień świecy, siebie i krążących wokół niej mężczyzn, niczym ćmy.
A wszystko przez jednego romantyka!
Ta powieść to przypomnienie, że są wszędzie i są bardzo niebezpieczni, potrafiący w szaleństwie emocjonalnych doznań wciągnąć w swój świat osoby postronne. Czasami wbrew ich woli, niszcząc pośrednio osoby przypadkowo zaplątane w aranżowany ciąg wydarzeń.
Ta powieść to również ostrzeżenie, że współcześni romantycy, dobrze ukryci, trochę zmutowani i wyposażeni we współczesną technologię jakim jest Internet i telefon komórkowy, są dużo bardziej niebezpieczni niż dawniej. Pokazał to Janusz Leon Wiśniewski w powieści Samotność w sieci i Daniel Senderek w SMS. Słowa Mają Siłę.
Czym dla mnie jest ta powieść?
I przypomnieniem, i ostrzeżeniem.
Nie dla mnie zatracanie się w burzy emocji prowadzącej do samozniszczenia. Wolę sobie o tym poczytać. Chociaż… czy tacy pytają się o zdanie swojej ofiary czy woli poczytać o emocjach, czy je przeżyć?

 

 

Według tłumacza tej powieści Michała Sobelmana, autor to ostatni kananejski romantyk. Kananejski być może, ale nie ostatni w ogóle. Na szczęście. Mimo wszystko.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Charlie St. Cloud – Ben Sherwood

Charlie St. Cloud – Ben Sherwood
Przełożyła Agnieszka Barbara Ciepłowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2010 , 229 stron
Literatura amerykańska

Już z daleka je zauważyłam. Dwie biegnące, roześmiane dziewczyny, pełne radości życia i z sensacją widoczną w oczach. Prawie wpadły na mnie, rywalizując o pierwszeństwo zapytania, a w rezultacie zasypując mnie naprzemiennie pytaniem – Czy mam!? Czy mam!? Czy mam!?
Ale co?! – zapytałam zaciekawiona przyczyną tych emocji.
Tę książkę! Bo one właśnie są po obejrzeniu filmu, wybaczając reżyserowi wybór Zaca Efrona do głównej roli, bo jednak ostatecznie film im się potworrrnie podobał i był strrrasznie wzruszający! W rosnącym zaciekawieniu przemilczałam te „potwornie” i „strasznie”, powszechnie używane przez nie do określania wszystkich stanów nastroju od depresji po szczęście, bo musiałam natychmiast odpowiedzieć na natarczywe pytanie – No, więc mam?!
Niestety, nie miałam. Przyznałam się do tego przestępstwa tylko po to, by usłyszeć zawiedzione i zdziwione – Jak mogłam JA, TAKIEJ książki nie mieć?! Ale zaraz, żeby podtrzymać w nich ten bezmiar radości, wywołujący szeroki uśmiech na twarzy i słońce w oczach, które tak lubię, szybko dodałam – Ale mieć będę!
I miałam!
Prawem pana we wsi przeczytałam ją pierwsza, a ponieważ film według dziewczyn wyciskał łzy potokami, na wszelki wypadek obłożyłam się pakietem chusteczek. Uspokajające sto sztuk w opakowaniu!
Już po kilku pierwszych stronach wiedziałam, że tę opowieść najlepiej czytać w wietrzny, deszczowy wieczór, gdy awaria linii energetycznej odcina dopływ prądu do domu, zapraszając mrok do pomieszczeń, usilnie rozpraszany przez domowników pospiesznie zapalanymi świecami. Wtedy opowieści narratora Florio o cudach przy migoczącym płomieniu ognia, wydłużającym cienie na ścianach, wprowadzającym nastrój niesamowitości i pobudzającym wyobraźnię, słuchałoby się najlepiej. I nie mam na myśli tych powszechnych cudów, jak wschód i zachód słońca czy matczyna miłość, ale cud życia i śmierci. Opowiadany przez lekarza, będącego świadkiem ożywienia pacjenta uznanego za zmarłego. Strażaka, który nieoddychającej ofierze wypadku przywrócił bicie serca. I grabarza, który…
Nie.
Tej historii nie ujmę w jednym, banalnym, trywialnym zdaniu.
Żeby ją poznać i zrozumieć, musiałam uważnie wsłuchać się w opowieść Florio, który bardzo dobrze znał Charliego. Zresztą tego piętnastolatka i jego o trzy lata młodszego brata Sama znali wszyscy mieszkańcy miasteczka Marblehead (istnieje naprawdę!) w stanie Massachusetts położonym na skalistym klinie wcinającym się w Atlantyk. Dwóch nastoletnich chłopców, którzy czasami mieli niepoprawne pomysły, jak każdy w ich wieku. Niestety, w ten jeden fatalny dzień, o jeden, bo katastrofalny w skutkach, za dużo. Kiedy strażak Florio przybył na miejsce wypadku, był świadkiem tylko jednego cudu – powrotu Charliego ze świata umarłych. Cuda nie chodzą parami, nie zdarzają się często, nie podlegają prawu mnożenia się, więc Sam pozostał po drugiej stronie z przysięgą Charliego, jak liną wiążącą od tej pory obu braci, że go nigdy nie zostawi. By dotrzymać obietnicy został grabarzem i zamieszkał w chacie na miejscowym cmentarzu Waterside. Świat zewnętrzny i jego obietnice przestały dla niego istnieć. Liczył się tylko świat umarłych, których widział, z którymi rozmawiał, którym pomagał odnaleźć się po drugiej stronie życia i w którym codziennie zdarzał się cud nadal żyjącego w nim Sama. Rzeczywistość bez własnych marzeń, potrzeb i planów. Całkowicie podporządkowana bratu od dnia wypadku i od trzynastu lat kurczowo trzymająca obu uciekających przed tym, co czekało ich poza terenem cmentarza, odgrodzonym od życia żelazną bramą.
Dopóki nie spotkał Tess, odwiedzającej grób swojego ojca. Nie wyglądała na zmarłą, ale nie było jej też wśród żywych.
Od tej pory historia opowiadana przez Florio, stała się walką życia ze śmiercią o powrót Charliego do świata realnego. O przerwanie więzi obietnicy kotwiczącej go w świecie żałoby, mroku i poczucia winy. O zrozumienie cudu życia i daru drugiej szansy, jaki dał mu los, a którą zaprzepaszczał w otchłani rozpaczy i samoumartwiania się. O cud potęgi miłości wyprowadzającej chłopaka z otchłani Tartaru, zesłanego do niego przez samego siebie jeszcze za życia.
Florio wiedział o czym opowiadał. Należał do obu światów…
Kolekcjonuję takie tytuły, upychając je w szufladce pamięci z napisem „Dla będących w żałobie”. To opowieść dająca nadzieję na wyjście z cienia śmierci i inną perspektywę spojrzenia na przeżywaną tragedię utraty bliskiej osoby. Dlatego nie do końca zgadzam się z tą opinią umieszczoną na okładce:

 

 

Na pewno mądra i na pewno pełna nadziei. Od siebie dodam, że psychoterapeutyczna, ale na szczęście nie wycisnęła ze mnie ani jednej łzy. Chusteczkowy alarm okazał się fałszywy, jeśli chodzi o emocje w przekazie książkowym, a słowo „wzruszająca” zastąpiłabym określeniem „ciepła”. Być może film jest inny. Ale dla opowieści to komplement. Ckliwość, której uniknął autor, mogłaby przesłonić myśl przewodnią powieści, sformułowaną w pytaniu, skierowanym do ludzi mających dosyć płaczu i umierania po trochu wraz ze śmiercią kogoś bliskiegoCo zrobiłeś z bezcennym darem życia?
Zamiast płakać i pogłębiać żal, zaczną zastanawiać się nad pytaniem. Przynajmniej zastanawiać.
Na początek wychodzenia z żałoby wystarczy.

 

 

Muszę obejrzeć ten film, którego trailer zobaczyłam tutaj, aby móc skonfrontować go z książką.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Jillian Westfield wyszła za mąż – Allison Winn Scotch

Jillian Westfield wyszła za mąż – Allison Winn Scotch
Przełożyła Martyna Tomczak
Wydawnictwo Otwarte , 2011 , 270 stron
Literatura amerykańska

To bardzo, bardzo niebezpieczna książka. To wilk w owczej skórze, koń w Troi i komar, który dziury nie zrobi, a krew wypije, razem wzięte.
Leży sobie na wystawie księgarni lub bibliotecznej półce i informuje, że jakaś Jillian wyszła za mąż. No i dobrze! Szczęść jej Boże! Ja też wyszłam za mąż i światu tego nie obwieszczam – myśli sobie przechodząca kobieta. Jeszcze nie wie, że ziarno zostało zasiane. Oczywiście niepewności. I miała zamiar pójść dalej, ale znikąd powstałe pytanie, zagrodziło jej drogę, każąc się cofnąć – Skoro to takie banalne, to dlaczego ktoś o tym napisał książkę? I zaraz za nim przekonanie i ciekawość motywów popełnienia małżeństwa przez Jillian, popychające do jej nabycia lub wypożyczenia i przeczytania. Zwłaszcza, że na okładce wabik w postaci nocnych zarysów wieżowców Manhattanu. Znam jedną dziewczynę, której wystarczy tylko to, aby sięgnąć po książkę.
Uradowana, że ma, nie zważając na docinki męża, że znowu kupiła książkę, że wypożyczyła babskie czytadło, że może wzięłaby się za coś poważniejszego, z górnej półki, na przykład z filozofii egzystencjalizmu, zaczęła czytać o tej Jillian.
O szczęśliwej mężatce od siedmiu lat, mamie malutkiej córeczki, prowadzącej ustabilizowany tryb życia, pewnej trwałości zawartego związku. I tylko czasami, niedająca spokoju, pojedyncza myśl o sens prowadzonego życia doskonałej żony i matki, niepewność słuszności dawno podjętej decyzji, niewykorzystaną kiedyś szansę, ewentualne skutki alternatywnych, ale zaprzepaszczonych możliwości i o zgubioną pasję emocji, dawno wygasłą namiętność, zaburzała jej poczucie spełnienia.
E tam, stwarza sobie kobieta problemy, szukając dziury w całym – myśli żona. Ma wszystko! Tak jak ja. Mąż, dzieci, dom i wczasy pod gruszą raz w roku. Pełnia zadowolenia! Tylko… dlaczego te rozrzucone skarpetki przez uwielbianego męża tak wyraziście zaczęły kłuć w oczy, niedomknięte drzwiczki szafek kuchennych irytować, a dzieci przytłaczać swoją aktywnością? Dlaczego i skąd zaczęły pojawiać się pytania zadawane przez Jillian o sens małżeństwa akurat z tym mężczyzną, a nie dawną miłością sprzed lat? I żona zaczyna chodzić zamyślona, warcząca na męża, niecierpliwa dla dzieci i z pretensjami do siebie, że być może jej przyszłość wcale nie musiała być właśnie taka, że może, gdyby miała taką szansę, jak Jillian, cofnąć się o siedem lat w przeszłość, jej życie mogło być ciekawsze, pełniejsze, inne. Lepsze?
A mąż, w błogiej niewiedzy nadciągającego sztormu, zalicza dzień do normy, bo kobiety tak czasami mają. Warczą bez powodu!
A żona właśnie wkroczyła na bardzo grząski, bagienny grunt. Nieprzygotowana na pytania korodujące pewność słuszności istnienia własnego małżeństwa, dywagacje rzucone jak piasek w mechanizm sprawnie działającego samozadowolenia, zaczyna drążyć, zastanawiać się, analizować, gdybać. Myśleć! Wątpliwości najczęściej mnożą się i dopadają ją wieczorem, kiedy nikt już nie zawraca jej głowy swoimi problemami, dzieci śpią w łóżeczkach migdałowym snem, a mąż (jakiś taki dwa razy większy niż kiedyś, że też tego wcześniej nie zauważyła?!) leży obok, wypominając jej czytanie po nocach i światło nocnej lampki prosto w oczy. Wtedy jej myśli zaczynają układać się w tęsknotę (sic!) za tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby cofnąć czas, zacząć wszystko od nowa, dokonać innych wyborów, z innym mężczyzną. Najlepiej tym z bujną grzywką, przysłaniającą dwa błękity jezior. Uwolnić się od klaustrofobicznego (skąd nagle to poczucie?!) związku. Jeszcze tyle przeżyć, tyle zrobić, zamiast siedzieć w domu i być matką!
A mąż (z szerokim czołem do całowania) śpi, nieświadomy, że właśnie ważą się losy jego małżeństwa.
A ona pełna niepokoju czyta dalej, bo Jillian otrzymała wymarzony dar od losu, który cofnął ją o siedem lat w przeszłość. Pozwolił na powtórkę, na nowe szanse, wybory, decyzje. Pochłaniała tę opowieść o alternatywnym życiu głównej bohaterki, traktując ją jak remedium na egzystencjalne (wczoraj ich jeszcze nie miała!) bolączki, deskę ratunku rzuconą do wciągającego ją bagna coraz bardziej gęstych, czarnych, kotłujących się myśli i katastroficznych rokowań na wspólną przyszłość ze śpiącym obok wielorybem, szukając jednoznacznych odpowiedzi, uspokajających sumienie faktów, radykalnych rozwiązań, a przede wszystkim winnych tego koszmaru. Koszmaru? – rano jeszcze tak nie myślała!
Nic z tego.
Nikt nie powiedział i nie obiecywał, że życie jest proste, wybory łatwe, wszystkie drogi prowadzą do szczęścia, a podjęte decyzje dotyczą tylko osoby je podejmującej. Jillian próbowała na nowo uszczęśliwić siebie i innych. Miała ułatwione zadanie. Wiedziała już czego pragnie, będąc bogatszą o doświadczenia dni przeżytych jako mężatka i matka. Mogła na wiele spraw spojrzeć w szerszym kontekście, wychodząc poza ramy własnych, egoistycznych potrzeb i marzeń, zmienić spojrzenie na osoby ją otaczające, dostrzec to, co dotychczas jej umknęło i dotrzeć nareszcie do samej siebie, do najbardziej trujących i dokładnie ukrytych pokładów z przeszłości, towarzyszących jej nieświadomie od dzieciństwa, a rzutujących na tworzone dziś i jutro, by odkryć podstawową zasadę spełnienia i pewności wyboru ścieżki życia – wszystko zależy tylko i wyłącznie od niej. To nie historię życia powinna zmienić, ale siebie samą. Jej przyjaciółka Megan postąpiła odwrotnie. Zamiast zmienić swój stosunek do życia, postanowiła, że w ogóle nie chce dalej żyć.
Skończyła czytać skomplikowaną historię Jillian, jej męża Henry’ego i narzeczonego Jacka późną nocą. Wiedziała już co myśleć, co robić. Wiedziała, że nie będzie musiała tak jak Jillian, odbyć całej tej wycieczki w przeszłość, przeżyć Dzień Świstaka dla upośledzonych emocjonalnie, by się przekonać, że życie jest niedoskonałe, lecz pomimo swoich wad pełne obietnic. Spojrzała z czułością na śpiącego męża, widząc wszystko z innej perspektywy. I nawet to, że chrapie, przestało jej przeszkadzać.
A mąż, na drugi dzień, spojrzał z politowaniem na podkrążone, ale pełne ciepła w spojrzeniu żonine oczy, nieświadomy, że właśnie przeczytała filozoficzno-egzystencjalną książkę ubraną w okładkę babskiego czytadła.
I lepiej, żeby tak zostało.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Bornholm, Bornholm – Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Bornholm, Bornholm – Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Wydawnictwo Znak , 2011 , 244 strony
Seria Proza
Literatura polska

Cacuszko.
To określenie bezwiednie wyszeptałam po przełożeniu ostatniej strony powieści i zamknięciu okładki, którą automatycznie pogłaskałam. Niechcący również pisarza tam siedzącego:

 

 

Zawsze tak robię, kiedy nagromadzonymi emocjami domagającymi się oddania, odbicia, ujścia, wyrażenia, ekspresji i wdzięczności, nie mam szansy podzielić się z autorem w bezpośrednim kontakcie. Ale zanim to nastąpiło, był jeszcze początek. Bardzo krótki, na jeden rzut oka, jeden łyk tekstu, by posmakować stylu, spróbować klimatu i…
Znalazłam się w Malinowym chruśniaku Bolesława Leśmiana napisanego prozą. W owocowym ogrodzie, pełnym dojrzałych porzeczek i malin, zrywanych ostrożnie kobiecą ręką. Wkładanych do ust, początkowo nie wiem czyich, by potem się tego domyślać. Tylko domyślać. W lekko rozedrganym, owadzim brzękiem, powietrzu ciepłego lata, przesyconego malinowym aromatem i erotyką. Ociężałą, lepką, gęstą, powolną, obserwowaną, podglądaną i okaleczoną samotnością. Z unoszącą się nad wszystkim tajemnicą. Całością sprawiającą wrażenie gotowego obrazu, oddzielnej miniaturki literackiej, wstępu do dalszej treści i jednocześnie skondensowanego jej preludium.
Oczarowana tym niewielkim rozdzialikiem, z trudem odłożyłam książkę. Musiałam to zrobić, by w pospiesznym, przypadkowym, okazyjnym czytaniu nie uronić zapowiadanej obietnicy nieuchwytnego. Tego podstawowego składnika, bez którego powieść jest tylko zbiorem zdań, a nie spotkaniem z wnętrzem umysłu pisarza. Chciałam zacząć ją czytać od początku, jeszcze raz od tego swoistego prologu, w dniu zarezerwowanym tylko dla niej, dla jej wymiaru wyobraźni. Poczułam już przedsmak jej mocy hipnotycznego słowa i zatapiania obrazów w moim umyśle, wiec wiedziałam, że mnie pochłonie, że nie chcę, by mi ktokolwiek przerywał.
I tak się stało.
Nie odłożyłam książki, dopóki nie zobaczyłam ostatniej kropki na końcu ostatniego zdania. I jeszcze długo przed zaśnięciem przeglądałam pod powiekami namalowane słowem obrazy, śledziłam w umyśle losy ludzi, utkane z naprzemiennej narracji dwóch mężczyzn, sprawiających wrażenie zupełnie obcych, oddalonych w czasie i przestrzeni do tego stopnia, że miałam wrażenie czytania dwóch różnych powieści, przypadkowo złożonych w jedną książkę. I tylko wyspa Bornholm powoli ogniskowała plecione wątki, coraz bardziej zagęszczając je, zapętlając jeden obraz o drugi, zahaczając jedno wspomnienie o następne, kojarząc jedną fotografię z inną, by ostatecznie zbliżyć bohaterów do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło i wszystko się kończyło. Bornholm jak echo, nie pozwalał o sobie zapomnieć, wracał odbity panosząc się w życiu dorosłym i przyciągał z powrotem szepcząc: Gdziekolwiek będziesz poza nią , zawsze odbije się echem w twoim sercu i wrócisz, nawet jeślibyś z tym miejscem wiązał najgorsze wspomnienia.
Każdy z tych mężczyzn miał swój własny, osobisty Bornholm, który wdrukowany w psychikę zagnieżdżał się, pozostawiał ślad, naznaczał dalszy los, nie pozwalał żyć, zatruwał je, kazał wracać do korzeni, do skażonego źródła. Nawet wbrew własnej woli i rozsądkowi. Dla jednego było nim małżeństwo spojone przyzwyczajeniem, które je zabijało, a dla drugiego zaborcza, nadopiekuńcza, apodyktyczna miłość matki. Dla obu ten ich Bornholm był fatum, nieszczęściem, niewolą, pułapką bez wyjścia, matnią, z której obaj nie mogli się wydostać. Więzieniem na mentalnej wyspie bez możliwości ucieczki z niej pomimo usilnych starań, wysiłków i prób odcięcia się od przeszłości, życia od nowa i na swój rachunek. Bornholm wracał jak echo, bez względu na to co robili i na ile sposobów próbowali odczynić urok.
Przyglądałam się tej rozpaczliwej szamotaninie bez zaangażowania emocjonalnego i bez oceny moralnej ich poczynań w aktach desperacji, chociaż czułam wyraźnie ogromny natłok i ciężar nagromadzonych uczuć. To efekt sposobu prowadzenia chłodnej, opisowej narracji, niemalże faktograficznej, momentami relacji z groteskowym humorem, jednostronnym uśmiechem, gorzką ironią czy śmiechem przez łzy.
I chwała za to autorowi!
Bo nie o użalanie się nad losem obcych ludzi chodziło, ale o odnalezienie w sobie swojego, osobistego Bornholmu. Dostrzeżenie go. Porównanie. Podsumowanie. Wyciągnięcie wniosków. Usłyszenie odbitego echa. Pozytywnego lub negatywnego. Zapłakanie nad sobą lub ucieszenie się, poprzez kontrast, z mojego Bornholmu, szczęśliwego, który wyposażył mnie w kapitał na drogę życia i od którego teraz odcinam kupony.
Ale to nie wszystko.
Ta powieść zmusza również do zastanowienia się i odpowiedzenia sobie na pytanie – Jakim ja Bornholmem obciążę najbliższych na resztę ich życia?
Misterne cacuszko.

 

 

A tutaj wysłuchałam rozmów z czytelnikami na temat innej powieści w opowiadaniach lub opowiadań w powieści, jak to pisarz sam ujął, Rzeczy pierwsze.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Wbrew naturze – Aida Amer i 16 innych autorów

Wbrew naturze – A. Amer , N. Bobrowska , A. Drotkiewicz , A. Janko , W. Kowalewski , M. Królik , R. Lipczyński , M. Mizuro , G. Plebanek , B. Rudzińska , Z. Rudzka , H. Samson , T. Sobieraj , I. Sowa , J. Stróżniak , M. Sufin , I. Szolc ; fotografie Roman Lipczyński
Wydawnictwo Amea , 2011 , 239 stron
Literatura polska

Oczy zalewa mi zieleń liści pobliskich drzew. Czuję zapach bzu rosnącego z prawej strony. W uszach dzwonki i dzwoneczki godowego śpiewu ptaków. Nadchodzi wiosna. Czas przebudzenia.
Chce się żyć!
A przede mną, na kolanach wbrew otaczającej mnie naturze, swoiste „memento mori”. Nomen omen Wbrew naturze. Kukułcze jajo pozostawione mi przez zimowy, martwy czas ku pamięci. Zbiór 17 opowiadań autorstwa:

 

 

Bardziej i mniej znanych lub w ogóle nieznanych mi pisarzy. Zbiorek, w który bezwiednie wsunęłam palec, by otworzyć go na przypadkowej fotografii z krótkim podpisem na odwrocie – od do…. Tej:

 

 

Graficzny posłaniec zwiastujący ponurą tematykę poświęconą zazębiającym się pojęciom, przenikającym się zjawiskom, uzupełniającym się procesom jakimi są przemijanie, starość i w ostateczności śmierć. Trochę obawiałam się chaosu wynikającego z różnorodności stylów, preferowanych form przekazu czy subiektywnych ujęć. Jednym słowem kakofonii, dodatkowo nakładającej się na moją niechęć do opowiadań.
Niepotrzebnie.
To właśnie te cechy, których obawiałam się najbardziej, stały się atutami zbiorku. Postawiły w środku starość, by ukazać ją w literackim obrazie 3D, w tworzeniu którego każdy z pisarzy stanowił dopasowane elementy jednego zespołu, będących jednocześnie oddzielnymi cząstkami, autonomicznymi aparatami fotograficznymi, subiektywnymi źrenicami oczu utrwalającymi go pod własnymi, indywidualnymi, osobistymi kątami widzenia.
I to było fascynujące!
Mogłam przyjrzeć się starości oczami osoby młodej, nieświadomej dotyku przemijania, jego obecności nawet kiedy ma się naście lat, a także kobiety dojrzałej, świadomej utraty młodości, więc próbującej ją zatrzymać czy staruszka znającego wartość przemijającego czasu i pogodzonego z czekającą go śmiercią, by ostatecznie poczuć jak starość fizycznie usztywnia stawy, ogranicza zdolność ruchu, osłabia mięśnie, plami skórę, poprzez wniknięcie w świadomość i ciało starej kobiety. Mogłam też poprzyglądać się z bliska śladom, rysom, bliznom, nieodwracalnym zniszczeniom pozostawionym na ludzkim ciele przez upływ czasu, jak obrazom wystawionym w muzeum staroci. Portretom tak plastycznie, namacalnie oddającym detale pomarszczonej skóry, chwiejących się zębów, powykręcanych stawów rak, stróżki śliny ciągnącej się z ust, aż do współczucia, litości i obrzydzenia. Lęku? Mogłam podpatrzeć, podejrzeć jak inni radzą sobie z przemijaniem, z wizją śmierci majaczącej gdzieś tam, na końcu drogi. Jak próbują zachować młodość, oszukać czas, zatuszować rysy zostawione przez proces destrukcji, ignorować przemijanie, oddalać myśli o śmierci i oswajać się z powszechną obecnością rozkładu ciała i przedmiotów. Nie tylko na poważnie, z patosem, przerażeniem lub grozą, ale i z przymrużeniem oka. Nie tylko w sposób piękny i wzniosły, a przez to uległy jej potędze nieuchronności, ale i wulgarny, pełen złości, wykrzyczanego buntu i oskarżeń pod adresem reżysera mojego świata. Mogłam też przeanalizować inny rodzaj śmierci. Tej za życia. Społecznej. Alienującej ludzi starych, a przez to niepotrzebnych, bezużytecznych, nieprzydatnych jak rzecz, zużyty samochód będący odpowiednikiem ludzkiego bohatera. Ale i nie tylko ludzi starych. Dotyczyło to również kobiet, osiągających magiczną granicę wieku, za którą stają się niewidoczne dla mężczyzn, z wyrokiem śmierci za życia, bo już nieatrakcyjnych seksualnie.
I gdybym miała z tych wielu spojrzeń wybrać to najbliższe moim odczuciom i myślom, to na pewno nie kierowałabym się warsztatem literackim, który jest bardzo równy, ale moimi subiektywnymi preferencjami jak plastyczność opisów w Pani Hedwig i w Kotce antykwariusza, siła emocji w Na deskach (mało mi było tego monologu, zdecydowanie za mało) czy pomysł na radzenie sobie z lękiem w Wannie i mroku.
A całość tych miniaturek została oprawiona w ramy mini-galerii.
Niezwykłej.
I tutaj muszę, koniecznie muszę, opowiedzieć o stronie graficznej tej książki. O 17 fotografiach Romana Lipczyńskiego. O jego obrazach stanowiących oryginalną wizualizację wprowadzającą mnie w przesłanie każdego opowiadania. Będące zarazem przecinkami odgradzającymi opowiadania, ale i przystankami do pomyślenia nad tekstem już przeczytanym, zastanowienia się nad treścią przede mną, zadumania się nad samą fotografią. Bo każda z nich to swoisty rebus, zagadka, roszada. Bo cóż może oznaczać na przykład ten kadr?

 

 

Był już świat zamknięty w ziarenku piasku, a tutaj autor zawarł kosmos w ziarenku cukru, bo to Kosmos cukru. I tak za każdym razem, na każdym przystanku, przed kolejną fotografią. Przyglądałam się, odszukiwałam symbolikę, dopasowywałam słowa, by swoją propozycję, pomysł, syntezę skojarzeń skonfrontować z odpowiedzią-tytułem umieszczonym na odwrocie strony. Genialne obrazy, bo łączące prostotę symboliki z zawiłością filozofii, łatwość kojarzeń z trudnością syntezy w dwóch słowach, abstrakcję myśli z praktyczną wizualizacją. Siedziałam czasami zastygła w pochylonej pozie przez kilka (a może nawet kilkanaście) minut, zatopiona w tych fotografiach, aż do pojawienia się bólu sygnalizującego niewygodę pozycji ciała, walcząc sama ze sobą, by nie zajrzeć z tyłu po gotową odpowiedź.
Całość obrazu i treści idealnie współgra ze sobą tworząc książkę do czytania, do oglądania, ale przede wszystkim do przemyśleń, zastanowień, smakowania i oswajania się ze starością graniczącą niemalże z turpizmem. Bo ta budzącą się wiosna wokół mnie nie jest oddzielnym życiem i tylko życiem, a starość, przemijanie i śmierć wbrew tej naturze. Jest jednym z etapów, objawów przemijania, który towarzyszy mi od urodzenia (to ta pierwsza fotografia z trumną), czy tego chcę czy nie. Pozostaje mi się z tym tylko pogodzić. I takie jest ostateczne, trochę pocieszające i wbrew pozorom optymistyczne przesłanie tej książki, tak trafnie ujęte słowami bohatera opowiadania Punkt zwrotnyStarość – jak rozmyślał – pozwala się przyzwyczaić do fizycznego końca, do śmierci, pogodzić się z nią, zrozumieć jej nieuchronność.
Na koniec moich rozważań, pozwolę sobie umieścić jeszcze jedną fotografię-zagadkę:

 

 

Odpowiedź jest niezwykle prosta (jak wszystko co genialne), bo oddaje formę i przemijanie czasu w dwóch słowach. Trzeba tylko pomyśleć. Nawet jeśli to zajmie cały dzień. Ale warto. Zyskuje się dużo więcej niż tytuł, bo przygodę z własnym umysłem. Bezcenne.
Wyrazy uznania dla wyobraźni autora.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Jeden dzień – David Nicholls

Jeden dzień – David Nicholls
Przełożyła Małgorzata Miłosz
Wydawnictwo Świat Książki , 2011 , 446 stron
Literatura angielska

Znam wiele historii związków małżeńskich zawartych między kobietą i mężczyzną wbrew logice i dobrym radom rodziny i znajomych. Zarówno z literatury jak i z życia. Uprawomocnionych na przekór wadom obojga z góry skazujących ich wspólną przyszłość na niepowodzenie i wbrew różnicom osobowościowym wykopującym przepaście między nimi nie do zasypania, by kilka lub kilkanaście lat później można je było, w przytłaczającej większości, podsumować jednym stwierdzeniem – A nie mówiłam!?
Albo napisać o tym powieść.
Sądząc po ilości książek krążących wśród czytelników mogę wywnioskować, jak bardzo miłość jest ślepa, a stan zakochania niebezpiecznie szalony, skoro ludzie nagminnie popełniają ten błąd.
Błąd?
A skąd ja mogę wiedzieć, że to błąd? Bo tak uważa większość? Bo taki wniosek nasuwa się po przeczytaniu opowieści o nieudanym małżeństwie? A ile przeczytałam książek alternatywnych? Tych przedstawiających wspólną historię dwojga ludzi idącej za głosem rozsądku? Rezygnujących z uczucia? Niewiele? Bardzo mało?
W ogóle!
Bo o czym miałby napisać pisarz, skoro do niczego nie doszło, a każde z nich poszło w swoją stronę żyć życiem mniej ciekawym? Czy ja tak naprawdę myślałam? Jak mogłam w ogóle tak myśleć?!
Mogłam, bo nie znałam tej opowieści. Historii opisującej dzień, w którym wszystko się zaczęło i wszystko skończyło. Brzmi absurdalnie, ale jeśli ma się taką wyobraźnię jak autor i pomysł na formę ukazania swoich przemyśleń, to ta wielka pustka dzwoniąca ciszą w pojęciu „pomiędzy” wypełnia się równie silnymi emocjami, co życie osoby zakochanej i idącej za głosem serca prosto w objęcia partnera, który (o czym bardzo dobrze wie wcześniej) będzie tylko krzywdził. Zresztą wzajemnie.
Emma, bohaterka tej powieści, nie popełniła tego „błędu”. Wiedziała, że życie z Dexterem będzie ciągłą walką o jakość związku, jego trwałość, o sens jego istnienia i w ostateczności o siebie samą. Zdawała sobie sprawę, że różnice w ich światopoglądach są nie do pogodzenia czy chociaż do wypracowania przynajmniej wspólnych punktów styczności. Poza płaszczyzną emocji nie łączyło ich nic. Ona zawsze będzie idealistką, wierną swoim poglądom, z poukładanymi planami na życie i oczekiwaniem wierności ze strony męża. On wiecznym kawalerem o mentalności dziecka traktującego świat jak wielką piaskownicę z życiem do zabawy, niepotrafiącego sprostać tradycyjnym, konserwatywnym wymaganiom małżeństwa.
W pojęciu obojga, przyjaźń była jedynym rozsądnym rozwiązaniem tej patowej sytuacji.
Jedynym słusznym, ale…
Zawsze jest jakieś „ale”, kiedy w grę wchodzą uczucia. Tutaj odwzajemnione. Na początku zupełnie nieuświadomione, by z czasem zamiast słabnąć, nabierać mocy wzajemnego, nieodpartego przyciągania, nadającego powieści erotyczny klimat i napięcie niespełnionego pragnienia bycia razem, pożądania fizycznego. Można je wyprzeć ze świadomości, zaprzeczając ich istnieniu tak, jak zrobiła to Emma z Dexterem, można je zagłuszyć innymi emocjami, zakochując się (ale nie kochać!) w innej osobie, można o nich zapomnieć na jakiś czas, układając sobie życie z innym partnerem, ale zawsze gdzieś tam, w głębi serca będzie miejsce dla tej zabronionej miłości, już zajęte, zamknięte dla innych i przez to niepozwalające na czerpanie radości z życia pełnymi garściami, wręcz boleśnie okaleczające doznawane chwile szczęścia tu i teraz.
Przyglądałam się temu alternatywnemu życiu opartemu na rozsądku raz w roku, w jednym granicznym dniu – 15 lipca. Od momentu ukończenia przez oboje studiów w 1988 roku przez kolejnych dziewiętnaście lat. I muszę przyznać, że równoległe życia jakie wybrali, a właściwie to, co istniało w ramach przyjaźni pomiędzy nimi, dostarczyło mi tyle samo skrajanych wrażeń, ambiwalentnych emocji, burzliwych przemyśleń i dyskusji samej ze sobą, wielu zapytań z jeszcze większą liczbą sprzecznych odpowiedzi, a także łez (tak, tak, popłakałam się) co rozdzierająca serce nieszczęśliwa historia ewentualnego życia razem. Tyle, że byłaby to historia jakich wiele, a ta jest jedyna w swoim rodzaju. I pomimo ogromu smutku stanowi rekompensatę, pocieszenie dla tych, którzy żałowali podjętych decyzji dotyczących wyborów życiowych partnerów. Mówi wprost – Nie masz czego żałować! Cokolwiek wybierzesz, na cokolwiek się zdecydujesz, przeżyjesz dokładnie tyle samo doznań smutku, radości, rozczarowań, uśmiechów, łez, bezsensu obranej drogi i szczęścia. Nic nie będzie oszczędzone i nic dane w nadmiarze.
Chociaż…
Dla mnie pójście za głosem serca, a nie rozumu, jest korzystniejsze.
Dlaczego?
Wyczytałam to w tej książce. Warto do niej zajrzeć, bo w realnym życiu nie znam nikogo, kto posłuchałby głosu rozsądku, mordując z własnej, nieprzymuszonej woli i świadomie, miłość do nieodpowiedniego (w oczach innych) partnera i kto mógłby mi o tym po latach opowiedzieć.
Może jednak to dobrze, że miłość jest ślepa?

Jeden dzień [David Nicholls]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Motyl – Lisa Genova

Motyl – Lisa Genova
Przełożył Łukasz Dunajski
Wydawnictwo Papierowy Księżyc , 2011 , 368 stron
Literatura amerykańska

O tym, że będzie to opowieść o umieraniu sugerowała już okładka, a w czym upewnił mnie prolog, akcentujący to w ostatnim, złowieszczym zdaniu – Niezależnie od tego, czy było to molekularne morderstwo, czy też komórkowe samobójstwo, jej ciało nie było w stanie jej ostrzec, że umiera.
Alice, główna bohaterka, nie wiedziała, że ktoś, gdzieś nacisnął dla niej guzik odliczający początek końca jej życia. Nie zwróciła zupełnie uwagi na symptomy cykającego czasomierza. Była przecież pięćdziesięcioletnią kobietą, w pełni sił fizycznych i psychicznych, niechorującą, uprawiającą sport, czynnym zawodowo pracownikiem uniwersyteckim, akademickim wykładowcą psychologii na Harvardzie, dużo podróżującą i publikującą teksty naukowe. Można powiedzieć, że ideał symbiotycznego funkcjonowania ducha i ciała. Nie zwróciła więc uwagi na sporadyczne zdarzenia zaburzające jej dotychczasowy, ustalony rytm życia. Tłumaczyła sobie, że każdemu może się przecież zdarzyć zapomnienie nazwiska w trakcie rozmowy czy kluczowego słowa podczas publicznego odczytu, zapodzianie telefonu, chwilowy mętlik w głowie czy dezorientacja w terenie. Uznała, że to normalne objawy intensywnego trybu życia, przemęczenia pracą umysłową i obowiązkami zawodowymi. Ale zapomnianych wyrazów przybywało tak, jak ilości zagubień telefonu czy niemożliwości skojarzenia czynności z hasłem na liście rzeczy do zrobienia. Ale to też mogła jeszcze wytłumaczyć sobie objawami menopauzy, normalnej, fizjologicznej przypadłości kobiet w jej wieku. Zdarzeniem, które przesądziło o konieczności wizyty u lekarza, była nieświadoma absencja na ważnej konferencji, na którą nie przybyła z powodu chociażby spóźnienia się na lotnisko, ale z powodu całkowitego zapomnienia o tym bardzo ważnym fakcie.
Słowa diagnozy, jakie usłyszała od lekarza, zabrzmiały jak wyrok – Alzheimer. I to wyrok podwójny. Oznaczał nie tylko powolną śmierć fizyczną, systematycznie niszczącą mózg, a tym samym destrukcyjnie wpływającą na funkcjonowanie całego organizmu, ale i śmierć społeczną. Dla Alice oznaczało to bycie mimowolnym świadkiem stawania się dla jej środowiska zawodowego osobą początkowo tolerowaną, następnie wyobcowaną, by stać się wręcz niepożądaną, czując jak największa jej część, część, którą ceniła i o którą pieczołowicie dbała, wywyższona na majestatycznym piedestale, umarła. Pozostała jej cała, nic nieznacząca reszta. Nie mogąc pogodzić się z tą degradacją społeczną wymyśliła test Motyla, zawierający pięć pytań monitorujących postęp choroby. Brak odpowiedzi na jakiekolwiek z nich odsyłał ją do folderu w komputerze po dalsze wskazówki.
I kiedyś ten moment nadszedł.
To, co w nim ujrzałam, wstrząsnęło mną. Byłam bezradna i jednocześnie pełna zrozumienia.
I dokładnie o to autorce chodziło. Przybliżyć mi obraz wewnętrznych przeżyć osoby chorej na Alzheimera, krok po kroku (każdy rozdział był kolejnym miesiącem z życia Alice, z dwuletniego okresu choroby), od diagnozy po całkowity rozpad umysłu i osobowości, od zaprzeczenia, paniki, niedowierzania i szukania pomocy w medycynie, a potem w grupie wsparcia i rodzinie, po akceptację. Pokazać, że ta choroba dotyka nie tylko ludzi w podeszłym wieku, ale w swojej odmianie – Alzheimer o wczesnym początku – również ludzi tuż po czterdziestce i pięćdziesiątce. Nie bez powodu autorka, jak wspomniała w wywiadzie umieszczonym na końcu książki, wybrała właśnie ten rodzaj choroby Alzheimera. Dzięki temu, bohaterka powieści zapadająca na niego w pełnym zdrowiu, mogła jeszcze zdążyć opowiedzieć o tych destrukcyjnych zmianach w umyśle i osobowości oraz o emocjach z tym związanych. O lęku, poniżeniu, nieprzydatności, samotności, bezradności i samobójczych myślach. I w tym przejmującym opisie, autorka jest bardzo wiarygodna. Wartość merytoryczną powieści (od strony zarówno medycznej jak i psychologicznej) gwarantuje jej zawodowe wykształcenie i doświadczenie (doktor nauk medycznych w dziedzinie neurobiologii) oraz zatwierdzenie powieści, a tym samym poparcie dla niej, przez amerykańskie stowarzyszenie National Alzheimer’s Association. Może dlatego historia Alice jest daleka od sentymentalizmu i łzawych scen obliczonych na populizm. To rzeczowe, profesjonalne naszkicowanie psychicznego obrazu niezależnej, spełnionej kobiety, która w ciągu dwóch lat z podziwianego naukowca, kochanej żony i matki staje się osobą całkowicie zależną od innych ludzi, ma przede wszystkim wiarygodnie przybliżyć samą chorobę, jak i problemy osób chorujących oraz ich rodzin.
A może przygotować na czekającą ewentualność?
Nikt nie wie kiedy ktoś, gdzieś naciśnie guzik odliczający początek końca. Mojego? Moich najbliższych? Lepiej wiedzieć więcej.
Zdecydowanie lepiej.

 

 

Na okładkowym skrzydełku, tuż nad zdjęciem autorki, przeczytałam bardzo ciekawą informację o jej nowej książce. Chciałabym ją również przeczytać.

 

Motyl [Lisa Genova]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi: