Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Vox – Christina Dalcher

24 marca 2019

Vox – Christina Dalcher
Przełożył Radosław Madejski
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2019 , 414 stron
Literatura amerykańska


Stałyśmy się złem koniecznym, pozbawionymi głosu przedmiotami służącymi do pieprzenia.

My, kobiety. Możemy wypowiedzieć tylko sto słów dziennie. Limit wyznacza licznik noszony na nadgarstku, który resetuje się o północy. Jego przekroczenie karane jest porażeniem prądem z opcją zwiększania mocy w przypadku recydywy. Nie możemy czytać, pisać, a nawet używać języka migowego. Nie wolno posiadać nam książek, przyborów do pisania, własnych dokumentów, a nawet konta mejlowego. O nas, za nas i w naszym imieniu mówi mąż lub inny mężczyzna. Jesteśmy od rodzenia i wychowywania pod dyktando ideologii wtłaczającej dzieciom do głów wyznacznik nowego ładu – Bóg, mężczyzna, kobieta. A w telewizji możemy codziennie słyszeć poniższy komunikat.

Niemożliwe?

Jean, głównej bohaterce powieści, też tak się wydawało. Nie wierzyła przyjaciółce, która roztaczała przed nią dokładnie takie perspektywy grożącej im przyszłości. Miała kochającą się rodzinę. Dobrego męża i czwórkę dzieci. Zajmowała stanowisko jednego z najlepszych neurolingwistów w USA ze znacznymi osiągnięciami w badaniach nad zaburzeniami mowy. Sprawy zawodowe przedkładała nad sprawy społeczne i polityczne, zostawiając je aktywistom takim, jak jej przyjaciółka. Z dnia na dzień straciła to wszystko w dniu wejścia dekretu, który wprowadziła wygrywająca wybory Liga Cnoty. Przez rok rządów systematycznie wprowadzała zasady oparte na religii, przywracające stare porządki opisywane w biblijnym liście do Koryntian (Kor 11,3) – głową każdego mężczyzny jest Chrystus, mężczyzna zaś jest głową kobiety, a głową Chrystusa – Bóg. Dużo bardziej obostrzoną wersję nazistowskich trzech K – Kinder, Küche, Kirche. Z czasem okazało się, że to nie koniec dyktatorskich porządków i uciszania tylko kobiet. Prezydent, zwany wielebnym Morganem LeBronem, w swoich planach miał zamiar posunąć się dalej w uciszaniu amerykańskiego społeczeństwa, a Jane, wybitna specjalistka od afazji, miała mu w tym pomóc. Dla kobiety była to szansa na przeciwstawienie się i podjęcie walki z patriarchalnym systemem, której dotychczas unikała, a dla mnie czas na refleksję nad dobitnym przesłaniem tej powieści.

Autorka ujęła ich tutaj kilka.

Pod postacią dystopii pokazała przede wszystkim demoralizującą rolę obojętności wobec zła, które umacnia. W powieści wyraźnie formułuje kilka razy powtarzaną myśl przez bohaterów – Zło triumfuje, kiedy dobrzy ludzie nic nie robią. Destrukcyjną rządzę władzy absolutnej dążącej do maksymalnego kontrolowania ludzkości. Manipulacyjne metody wykorzystywania religii wskrzeszającej wiktoriański kult ogniska domowego i eliminacji kobiet z życia społecznego. Kompleks współczesnego, białego, heteroseksualnego mężczyzny, który czuje się wykastrowany i ma dosyć słuchania, że powinni być bardziej wrażliwi. I, uwaga!, to co kobiety zaboli najbardziej – przekonanie, że frakcja garkotłuków stanie po ich stronie.

Obojętność, żądza władzy, kompleksy i głupota.

Wszystkie te czynniki, których mechanizmy działania w całej swojej destrukcyjnej grozie pokazała w fabule autorka, ostatecznie prowadzą do utraty cennej wartości – wolności. Nie tylko przez kobiety, które w tej powieści są jedynie jedną z jej opcji. Powieść swoim przesłaniem przypomina Opowieść podręcznej Margaret Atwood sprzed ponad czterech dekad , wpisując się w znany współcześnie nurt ruchu #MeToo, który nie dotyczy tylko kobiet znanych, a przez to mających głos. Dotyczy każdego z nas. Jeśli jednak ktoś nadal ma wątpliwości z określeniem swojej postawy, zacytuję odpowiedź Jane, która po fakcie wprowadzenia nowych zmian, stwierdziła:

No cóż, na dobry początek mogłam zrobić cokolwiek, byle tylko nie wypinać się na wszystko.

Zdania piane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Vox [Christina Dalcher]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi: , ,

Nie opuszczaj mnie – Kazuo Ishiguro

21 marca 2019

Nie opuszczaj mnie – Kazuo Ishiguro
Przełożył Andrzej Szulc
Seria Pi
Wydawnictwo Albatros , 2005 , 320 stron
Literatura angielska

   Jest lato. Czas relaksu, radości, wakacyjnych zauroczeń, więc wiele obiecywałam sobie po tak nostalgicznym tytule. Takim samym, jaki posiada przepiękna piosenka Jacues’a Brela Ne me quitte pas. W Polsce śpiewana przez Edytę Górniak, a dla mnie najlepiej wykonywany cover po polsku.
   Niestety, nastrój prysnął już na drugiej stronie pierwszej kartki. Jeszcze próbowałam ubłagać autora: nie.. proszę… nie rób mi tego… tylko nie dzieci. A on bezlitośnie zaczął rzucać w zdania wyrazy jak czarne kamienie: dawca, donacja, klon, zejście. Pozwolił na powolne oswojenie się z bohaterami, z ich dzieciństwem, problemami dorastania, radościami i smutkami, marzeniami, pragnieniami, z ich pierwszymi miłościami. Kiedy zrozumiałam ich człowieczeństwo, kiedy ich pokochałam (bo jak nie kochać dzieci, które nie mają rodzin?), kazał mi ich zabijać, jeden po drugim. Mogłam to robić na raty, jak w filmie Walka o ogień. Wycinać sobie kawałek po kawałku, w zależności od potrzeby, aż do zejścia dawcy. Zmusił mnie do życia w kraju George’a Orwella, w którym wszyscy są równi, ale niektórzy równiejsi. W świecie, w którym najważniejszą zasadą było: nie zabijaj, ale zrób to, jeśli ma to uratować życie twoje, twojej śmiertelnie chorej żony, dziecka, mamy.
   Taki świat mnie czeka?
   Chcę pozostać w dotychczasowym, gdzie wartości moralne są jednoznaczne, proste i klarowne, gdzie nie zabijaj nie ma odcieni szarości.
   Proszę, Świecie, zatrzymaj się, pozwól dokonywać prostych wyborów.
   Nie opuszczaj mnie…

text

 Obrazek pochodzi z artykułu Klonowanie dzieci tuż-tuż.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Smokobójca – Tomasz Pacyński

Smokobójca – Tomasz Pacyński
Wydawnictwo Fabryka Słów , 2006 , 387 stron
Literatura polska

   Zachciało mi się bajek dla dorosłych, tych grzecznych, dla kamuflażu nazywanych literaturą fantasy, żeby dzieci nie pomyślały, że starsi im czegoś zazdroszczą. Chciwie sięgnęłam po Smokobójcę, licząc na wiele, a może nawet na dużo więcej.
Trafiłam do świata, w którym kłobuków, utopców i strzyg na kopy, ale i smoków od groma i ciut ciut i to gadających. Przyczepiłam się więc do rycerza, który miał konia, zbroję i specjalny arsenał do zabijania gadziny: kuszę z magicznymi bełtami i balistę. Wpadł pod Krakowem zabijając ulubioną maskotkę jego mieszczan. Otruł gada, nadzianą siarką i saletrą, owcą, zamiast stanąć honornie do walki. Przyszło mu więc pożegnać się z życiem, kładąc głowę pod topór, na kruczym kamieniu. Uratowała go zasuszona dziewica, narzucając jakąś szmatę i drąc się przeraźliwie: Mój ci on! Mój ci!. Ustąpiłam. Niech ma! Będzie miała minę jak się dowie, że to zwykły szewczyk-dratewka, który w posiadanie tytułu rycerza wszedł zadając skrytobójczą śmierć prawowitemu właścicielowi, a smoki zabijał cudzymi rękoma, sobie przypisując zwycięstwa. Może jednak zasuszonej dziewicy wszystko jedno jaki rycerz, byle były jakieś troki od spodni to znaczy jakieś oczka od zbroi. To niech ma i się udławi jak, nie przymierzając, ten smok spod Krakowa.
   Poszłam sobie godnym krokiem do innej bajki, w której w smoki nie wierzono, ale za to wierzono w demony. Zrobiło się ciemno, straszno, krwisto i rzeźniczo.
   Szybko przeskoczyłam do następnej bajki, patrząc przez lewe ramię, czy jakiegoś demona za sobą nie wlokę. Wylądowałam na czterech… łapach. Stałam się kotem i to nie byle jakim, ale kotem czarownicy. Długo się nią nie nacieszyłam. Wywlekli mi ją z naszej wieży, źli ludzie, na stos.
   Zakradłam się więc na następną stronę, do świata dziewczynki-odmieńca, bawiącej się kukiełkami i nieświadomej tego, że uprawia woodoo. Uuuuu co tam się działo! Wyobraźnia tego dziecka nie znała granic. Uciekłam stamtąd szybko, nie chcąc stać się bezwolną lalką w jej rękach.
   Z ulgą zamknęłam książkę, bo jeszcze kilka bajek, a jak nic, popadłabym w schizofrenię. Ile i jak szybko można zmieniać nastroje, emocje i okoliczności, a każde następne groźniejsze i bardziej niebezpieczne od poprzednich? Ja zabraniam umieszczać tyle bajek w jednej książce. Grozi to kalectwem psychicznym, a i przywleczeniem czego złego do rzeczywistości. Potem człowiek zaczyna ni z tego ni z owego szyć pacynkę przypadkowo podobną do szefa, bo a nuż zadziała? Albo bawić się w smoka. To nic, że z papieru. Ważne, że się rusza i to jak!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Generation "P" – Wiktor Pielewin

Generation „P” – Wiktor Pielewin
Przełożyła Ewa Rojewska-Olejarczuk
Seria Don Kichot i Sancho Pansa
Wydawnictwo W.A.B. , 2002 , 317 stron
Literatura rosyjska

   Moja przygoda z twórczością Wiktora Pielewina zaczęła się od powieści Życie owadów i Omon Ra, dzięki koleżance, która jeżdżąc do Rosji, przywoziła mi świeżynkę literatury rosyjskich młodych gniewnych. Ukułam to moje prywatne pojęcie do określania współczesnych mi pisarzy, wychowanych jeszcze w komunie, będących świadkami przemian ustrojowych i opisujących obecny świat z dużą dawką ironii.
   Generation „P”, wydana w Polsce jako pierwsza powieść autora w formie książki (Omon Ra był drukowany wcześniej w odcinkach w czasopiśmie poświęconym fantastyce), po siedmiu latach trafiła do mnie jako ostatnia. Zupełnie przypadkiem, mrugnęła do mnie okładkowym kapslem z półki bibliotecznej. Wiedziałam więc czego oczekiwać, ponieważ pisarz powiela określony schemat: samotny bohater wplątany w niezależną od niego sieć zdarzeń, spisek dziejowy tajemniczych onych oraz zaskakujące, budzące grozę zakończenie. Jedyną różnicą między jego historiami jest rodzaj środowiska, w którym go umieszcza. Tym razem wybrał świat reklamy i ludzi go kreujących. No i tutaj potwierdziła się zasada, że w życiu wszystko ma swój sens, ponieważ powieść okazała się kontynuacją i rozwinięciem wątku zarysowanego we wcześniej czytanej przeze mnie książce Tomasza Piątka Pałac Ostrogskich i żeby było ciekawiej obaj bohaterowie są copywriterami.
   Wiedziałam, że świat reklamy nami manipuluje, ale, że stoi za tym teoria opisująca społeczeństwo na miarę filozofii profesora Władysława Tatarkiewicza, dowiedziałam się dopiero teraz.
   Według niej jestem Oranusem w target group w grze o nazwie This game has no name. Rządzi w niej czarne public relations, w skrócie pi-ar. Moim logo jest pepsi-cola. Zbudowana jestem z komórek mamony, a głównym moim zakończeniem nerwowym jest telewizor, poprzez który copywriterzy stopniowo zmieniają mój mózg w program telewizyjny oglądający program telewizyjny, a szczególnie reklamy. Uciekanie się do ich unikania czyli zappingu jest bezcelowe, bo staję się wtedy Homo Zapiens. Sterują mną wow-impulsy: oralne, analne i wypierające. Dwa pierwsze mają na celu wpojenie chęci przepuszczania przeze mnie bez umiaru pieniędzy. Trzeci ma za zadanie tłumić moje uczucia wyższe i ostatnie resztki zdrowego rozsądku. Kultura, socjologia i ekonomia są naukami, które opisują te procesy somatyczne i psychiczne Oranusa czyli mnie. Taka jestem w dużym skrócie według bujnej wyobraźni pisarza.
   No horror!
   Pocieszam się tylko, że nie piję pepsi, bo uważam, że to świetny środek chemiczny do czyszczenia metali. Na spoty patrzę jak na dzieła sztuki, z których zapamiętuję melodię i piękno obrazu, a nie reklamowany produkt. W sklepie zdarza się, że chcę kupić to coś z reklamy, z tą radosną muzyką, ale nie wiem dokładnie co. Może, więc nie jestem Oranusem, może jestem jeszcze nieopisanym przypadkiem Biblonusa?
   Najciekawszy w twórczości Wiktora Pielewina jest jego przerażający, bolesny i okrutny realizm, pomimo zaliczania jego powieści do fantastyki. Za to właśnie go cenię. No i za to, że jest taaaaki przystojny. 😀
   Może kiedyś uda mi się obejrzeć ekranizację tej książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Siewca Wiatru – Maja Lidia Kossakowska

Siewca Wiatru – Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo Fabryka Słów , 2004 , 650 strony
Literatura polska

   Od dawna miałam na tę książkę apetyt, rosnący w miarę upływu czasu i licznych zachęt. Pani w bibliotece była zadowolona, że udało jej się ten tytuł dla mnie przechwycić, zachęcający mnie, że przeczytałam, tylko mój apetyt nie został w pełni zaspokojony. Może tak już jest ze zbyt narosłymi oczekiwaniami w zderzeniu z faktami. A fakty są takie, że pomysł na fabułę mi się spodobał. Nawet bardzo mi się spodobał. Któż nie chciałby być w raju z aniołami? Całymi zastępami aniołów!? Różnego autoramentu, maści i charakterów. Taaaak, tych Świetlistych i tych Mrocznych, bo to byli na wskroś ludzcy aniołowie pomimo swoich mocy, darów i innych zdolności nadprzyrodzonych. Mający swoje zalety, ale i wady, które rządziły ich namiętnościami, wyborami, zachowaniami, kreującymi z kolei historie światów, w których żyli. Była więc walka o władzę w Królestwie opuszczonym przez Pana, była walka z tytułowym Siewcą Wiatru, przeciwko któremu jednoczyły się wszystkie istoty z wszystkich krain, była pięknie i dynamicznie opisana ostateczna bitwa dobra ze złem, no i była również tragiczna miłość.
   Czegóż chcieć więcej?
   Ano, czegoś mi zabrakło. Zabrakło mi w tej opowieści zachowania proporcji między jej składnikami.
   Za dużo bohaterów. Jestem pod wrażeniem wiedzy zdobytej na temat aniołów i demonów, ale nadmiar postaci przy kolejnym pojawiającym się bohaterze implikował pytanie: who is who? Efekt ten potęgowało nadawanie wielości imion, funkcji, tytułów jednemu bohaterowi. Sama główna postać Daimona Freya nazywana była również Rycerzem Miecza, Aniołem Miecza, Abbaddonem, Aniołem Zagłady, Niszczycielem, Tańczącym na zgliszczach. Brakowało tylko Tańczącego z Wilkami.
   Za dużo bocznych i ślepych wątków przygodowych, osłabiających siłę głównego nurtu powieści.
   Za dużo zdrobnień typu Misiu czy Gabrysiu infantylizujących i odbierających męskość aniołom i demoniczność demonom. Tego nie robi się dorosłym facetom ratującym świat!
   Za dużo komizmu w grozie jak w tym zdaniu, opisującym krew zamordowanego skrzydlatego: Kapa na łóżku i ściana poweselały od czerwonych bryzgów. Ja nie poweselałam, ja osłupiałam.
   Za mało z kolei, pomimo zapewnień autorki w przedmowie, że się o to starała, wyrazistości wąskiej grupy głównych bohaterów, niestety lekko rozmytych w plejadzie pozostałych istot.
   No i za mało, mnie kobiecie, rozbudowanej historii miłości łączącej Daimona z Hiją. Nawiązana zbyt późno i potraktowana zbyt płytko, zbyt powierzchownie i zbyt szybko. W takich sprawach nie wolno, pod karą śmierci, się spieszyć!
   Na dodatek ta niespójność między nazwami używanymi w powieści, w przedmowie autorki i na okładce książki jak: Siewca Wiatru – Siewca wiatru albo Daimon-Diamon.
   Ale pierwsze koty za płoty, bo to pierwsza powieść tej autorki. „Następna będzie lepsza”, jak mówi Krzysztof Hołowczyc w samochodowym nawigatorze.
   Przynajmniej mam taka nadzieję. Bo potencjał jest. Oj, jest.

Siewca Wiatru [Maja Lidia Kossakowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

Jak można do takiego KOGOŚ mówić Gabrysiu!?

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Ałtorka – Cuca Canals

Ałtorka – Cuca Canals
Tłumaczyła Agnieszka Fijałkowska
Wydawnictwo Muza , 2003 , 198 stron
Literatura hiszpańska

Na spotkaniach autorskich z pisarzami czasami zadawałam pytanie o ich warsztat literacki. Wówczas z „mądrością” w oczach wysłuchiwałam wynurzeń autorów książek i przytakując głową, sygnalizowałam, że rozumiem o czym mówią. Tak, tak, ta mgiełka tajemniczej i nieuchwytnej weny prowokowała te pytania.
Co innego jednak rozumieć i wyobrażać sobie, a co innego „przeżyć” taki warsztat. Odczuć emocjonalnie jego stosowanie w pasji tworzenia na sobie samym.
Ta książka daje taką możliwość!
Chciałam wiedzieć skąd się biorą pomysły na fabułę? Z przepastnej, nielogicznej, bezdennej wyobraźni, przesiąkniętej miłością do liter. A jak stworzyć bohaterów? Poprzez wyraz, według własnych upodobań i gustów literowych. Można się nawet zakochać we własnym bohaterze, a że już zainteresowany inną kobietą? Nie szkodzi, można ją zabić, bo to Ałtorka jest Bogiem w tym literowym świecie, dziele swojego stworzenia i to ona może wszystko. Może go nawet rozkochać w sobie, a potem znudzona porzucić. A że fikcja może się troszkę pomieszać ze światem realnym? No cóż, artyście wszystko uchodzi.
Ałtorka może się nie znać na wypełnianiu przekazu bankowego, ale zna się od dzieciństwa na literach i potrafi nimi świetnie żonglować, wyłapywać z otaczających napisów,zestawiać w kalambury i w wyrazy, by następnie przewrotnie konfrontować je znaczeniowo. W ferworze zabawy tworzyć z nich rysunki taki jak ten:

 

Ałtorka1

 

W zależności od nastroju i stanu uczuć może ukochać sobie jedną literkę i wyróżnić ją w tekście lub całkowicie pominąć.

 

Ałtorka2

 

Ba! Może zupełnie wykreślić tekst zakazując go czytać.

 

Ałtorka3

 

Może w połowie fabuły zmienić powieść przygodową w erotyczną (uch, chciałam przygodową!), nie licząc się z konsekwencjami takich zachowań w świecie realnym. Wszak jest Ałtorką, a to w pełni tłumaczy, że będąc dorosłą kobietą może powielać zachowania nastolatki. Lubi więc, podejmując życiowe decyzje, kierować się swoją literacką (literową?) pasją. Właściwie wszystko jest nią zdeterminowane, nawet tak prosta czynność jak wysyłanie kartek bożonarodzeniowych czy nadanie tytułu książce.
A że wszystko mnie tak bardzo rozdrażniło, potwornie zirytowało, czasami wywołało wściekłość, rozedrgało emocjonalnie? No cóż… Na własne życzenie pozwoliłam zniszczyć mit weny pisarskiej i obnażyć bezwstydną, nagą prawdę. Fuj, bardzo brzydką, wręcz obrzydliwie paskudną.
Już nigdy więcej nie zadam pisarzowi „mądrego” pytania o jego warsztat tworzenia.
(A w tle słyszę chichot i słowa Ałtorki uwielbiającej językowe sprzeczności: Nigdy nie mów nigdy mój drogi czytelniku!)

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Skradzione dziecko – Keith Donohue

Skradzione dziecko – Keith Donohue
Przełożyła Adriana Sokołowska
Wydawnictwo Otwarte , 2008 , 407 stron
Literatura amerykańska

   Leśne duszki, skrzaty, chochliki, elfy zawsze przywoływały z mojej pamięci obrazy z dzieciństwa, gdy leżąc pod kołdrą przykładnie podciągniętą pod brodę, z napięciem wpatrywałam się w czytającą mi baśnie nianię. Bardzo czekałam na ten moment i chociaż też bardzo szybko zasypiałam, zawsze coś jednak zdążyło zapaść w moją pamięć. Przyjemne i miłe wspomnienia aż do teraz.
   Autor książki odarł z magii moje leśne skrzaty. Przypominają bardziej strzygi, zwłaszcza, gdy się uśmiechają, pokazując drobne, mleczne zęby. W dziecięcym ciele tkwią stuletni starcy, kierujący się takimi samymi emocjami jak ludzie dorośli, również tymi negatywnymi: żądzą władzy, egoizmem czy nieopanowanym popędem seksualnym. Są bezwzględne, również dla siebie nawzajem, w dążeniu do przeniknięcia do świata ludzi. Podmieniają w tym celu nie tylko dzieci, by zająć ich miejsce, ale również kradną, by przeżyć. Nareszcie wiem dlaczego giną mi skarpetki do pary podczas prania ( wcale nie wpadają za pralkę), gdzie znika towar ze sklepowych półek (to nie pracownicy czy klienci), dlaczego rano w kuchni zastaję pobojowisko, mimo, że wieczorem wszystko leżało na swoim miejscu ( nie wierzyłam, gdy tłumaczono mi, że to skrzaty), dlaczego w bibliotece w prozie znajduję poezję (to nie panie bibliotekarki w roztargnieniu czy niedbały czytelnik) i nie „diabeł ogonem nakrywa rzecz”, która mi się gdzieś zawieruszyła. Nawet, uwaga!, homoseksualizm wśród ludzi to też ich sprawka. Właściwie całe zło tego świata to ich robota. Nie polubiłam ich.
   Jednocześnie było mi ich żal. Coraz trudniej było im znaleźć bezpieczne schronienie, bo lasy w jakich przyszło im żyć w naszych czasach są coraz bardziej zaśmiecone, pełne plączących się po nich ludzi, hałasu przelatujących nad nimi samolotów. Wspomnienia z dzieciństwa sprzed porwania, tęsknota za ludzkim życiem, posiadaniem własnych dzieci czy nieograniczonym dostępem do ludzkiego jedzenia wywoływały smutek i żal.
   To wszystko wzbudziło we mnie niechęć, współczucie, ale i czujność. Podejrzliwie patrzę na zachwyconą mamę, której dziecko nagle objawiło niezwykłe zdolności czy na ciocię dziwującą się nad blond włosami siostrzeńca w rodzinie brunetów. I tylko ja wiem, że to nie wina listonosza czy sąsiada. Podmianki są wśród nas!

Wolę jednak poczciwego Żwirka i Muchomorka, też skrzaty, a nie kradną cudzych dzieci.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Lód – Jacek Dukaj

Lód – Jacek Dukaj
Wydawnictwo Literackie , 2008 , 1045 stron
Literatura polska

   Książka-omnibus i powieść-panorama. Ktokolwiek weźmie ją do ręki, znajdzie dla siebie to, co jak lód przykuje jego uwagę i pozwoli się zamrozić w tej zmarzlinie, która nie odpuści aż do odwilży, aż do końca historii.
   Nie odnalazłam siebie w Benedykcie Gierosławskim, głównym bohaterze, który rzucony w tryby historii próbuje odnaleźć w niej matematyczną logikę i samego siebie. Nie śledziłam wątków sensacyjno-politycznych i nie doszukiwałam się w nich spisków dziejowych w paraboli odwilży- rewolucji, której akcja dzieje się w Królestwie i Imperium Rosyjskim, istniejącym w czasie równoległym do tego znanego mi z książek historycznych okresu międzywojnia. Nie dałam się porwać zdarzeniom, które jak plaga nieszczęść tropiły bohaterów, wirowały wokół nich, wciągały jak tornado, czasami pozbawiając życia. Nie zatopiłam się ani w rozważaniach filozoficznych, ani w naukowych z zakresu fizyki konwencjonalnej i fizyki czarnej w odmiennych stanach rzeczywistości. Nie dałam się ponieść wyobraźni i nie zamarzłam w Kraju Lutych, wędrując z bohaterem i glacjuszami po Drogach Mamutów. Nie wzruszyłam się miłością dwojga kochanków mimo, że bezsłowne pożegnanie Benedykta i Jeleny było jednym z najbardziej poruszających jakie czytałam. Dla mnie to całe bogactwo wielowątkowości tematów, wielopłaszczyznowości zdarzeń i różnorodności postaci było tłem, efektami końcowymi, składnikami koniecznymi. Istniały po to bym mogła wsłuchiwać się w język, który pochłonął mnie całkowicie. Po pierwszych czterech zdaniach przyjemność na chwilę przymknęła mi oczy, a pamięć przywołała podobne uczucie, gdy czytałam Kyś Tatiany Tołstoj. Język przebogaty w słowa te już dawno zapomniane, te rzadko używane i te stworzone przez autora na potrzeby powieści – nieobecne w żadnym słowniku neologizmy. Mnóstwo makaronizmów, spolszczeń i zapożyczeń przede wszystkim z języka rosyjskiego, ale i z francuskiego, angielskiego i niemieckiego, a nawet z tunguskiego. Szyk wyrazów w zdaniu nadający mu przedwojenny styl i wymowę, z pisownią jak ze starodruków, a wszystko to z zaśpiewem rosyjskim. Porównania i metafory godne grafik Wojciecha Siudmaka. Takim językiem opis Irkucka skutego lodem czytałam trzy razy i nie było mi dosyć tej krainy fantasy, a charakterystyka flegmatycznego Ciecierkiewicza może stanowić za wzór, jak z nieciekawego człowieka zrobić człowieka fascynującego. Obawa autora, że tej powieści trudniej się będzie poddać w pędzie życia miejskiego zupełnie mnie nie dotyczyła. Dałam się ukołysać słowom w rytm stukających kół pociągu transsyberyjskiego, w rytm bębnów głaszatieli, w rytm dudniącego młota szalonego Tesli wykuwającego na nowo historię, całkowicie zgodnie z intencją autora, że mają swoje kołysanki dzieci, mają i ludzie dorośli. Dobrą opowieść smakuje się jak dobry tytuń czy dobrą whisky, nie należy się spieszyć, nie należy popędzać opowiadającego, nie o to tu idzie, by dognać jak najprędzej do puenty, złapać za grzbiet fabułę, poznać losy, sensy i tajemnice, nie o to wcale.
   Więc o co?
   O to, że działa czar i że zostaliśmy wyjęci z czasu i miejsca, i żebym po przeczytaniu książki, wracając do rzeczywistości, powiedziała z westchnieniem: „się zatchnęło się”.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi: