Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Poślij chociaż słowo – Orlando Figes

10 sierpnia 2019

Poślij chociaż słowo: opowieść o miłości i przetrwaniu w Gułagu – Orlando Figes

Przełożył Władysław Jeżewski

Wydawnictwo Magnum , 2012 , 414 stron

Literatura angielska

   Taka miłość się nie zdarza.

    A jednak!

Przydarzyła się, wydarzyła się, istniała i trwała do śmierci Swietłany i Lwa w 2010 roku.

Mieli po osiemnaście lat, kiedy poznali się na studiach w Moskwie. Początek zauroczenia, fascynacji i zawiązywania się nici sympatii przerwała wojna i wyjazd Lwa na front w 1941 roku. Tam trafił do niemieckiego obozu jenieckiego, gdzie pracował jako tłumacz. Po powrocie do ZSRR został oskarżony o zdradę ojczyzny i skazany na dziesięć lat łagru w Peczorze. Obóz opuścił 1954 roku.

   Razem 15 lat rozłąki ze Swietą!

   A mimo to ich miłość trwała. Nadal się kochali, by wziąć ślub w 1955 roku. Mieli wtedy oboje po trzydzieści osiem lat. Dzieje ich wyjątkowego uczucia w ekstremalnych czasach, które zamiast umierać, z każdym rokiem rozłąki rosło, umacniało się i pogłębiało, zawarte są w ponad półtora tysiącu listach. Ośmioletnią korespondencję rozpoczęła Swieta w 1946 roku, odrzucając propozycję ukochanego na ułożenie sobie życia bez niego, a zakończył Lew w 1954 roku tuż przed odzyskaniem wolności. Pisali do siebie drogą nielegalną przynajmniej dwa razy w tygodniu. Listy przemycane przez druty obozu, mimo braku cenzury, ale z ryzykiem wpadki, zawierały zaszyfrowane wiadomości, dwuznaczne zwroty, inicjały, przezwiska oraz aluzje literackie. Ich odczytanie autorowi opracowania zajęło dwa lata. Uzupełnił je dołączonymi do listów dokumentami – notatkami, dziennikami, fotografiami, dokumentami urzędowymi oraz wywiadami ze Swietą i Lewm, ich rodziną i współwięźniami. Sięgnął również do opracowań historycznych oraz archiwum peczorskiego obozu. Wykorzystał także własne obserwacje z pobytów w dzisiejszej Peczorze. Na podstawie tego największego, a przez to unikatowego zbioru prywatnej, kompletnej korespondencji związanej z historią Gułagu, przechowywanej w archiwum Stowarzyszenia Memoriał, autor odtworzył chronologię życia wyjątkowej pary połączonej miłością oraz historię walki o jej przetrwanie w czasach, w których w 999 przypadkach na tysiąc przyjęte zasady przyzwoitości prowadzą przeciętnego człowieka albo do głodu, albo do śmierci w walce o byt. W miejscu, w którym wszystkie niedostatki, wady i następstwa ludzkich uczynków przybierają ogromne rozmiary. (…) Nieżyczliwość zamienia się we wrogość, wrogość przybiera postać dzikiej nienawiści, małostkowość staje się podłością, a ta ostatnia przeobraża się w zbrodnię. W tym mroku Swieta i jej listy były dla Lwa światłem i całym światem.

Autorowi udało się przekazać atmosferę emocji w nich zawartych, mimo że oboje bardzo powściągliwie je okazywali, ale to właśnie w nich wyznali sobie miłość, zapewniali o jej stałości i pewności, ustalali wspólne, bliskie i dalekie cele w życiu, planowali przyszłość, mając świadomość jej ulotności i niepewności. Zorganizowali nawet pierwsze, nielegalne odwiedziny Swiety w łagrze, mając pełną świadomość ogromnego ryzyka. Zwłaszcza dla Swiety. Dziewczyna pracowała w instytucie o znaczeniu wojskowym, zajmując się badaniami objętymi tajemnicą państwową. Już sama korespondencja z więźniem, „wrogiem ludu”, a tym bardziej nielegalny kontakt, groziła utratą pracy i zesłaniem. A mimo to z walizką w ręku i plecakiem pokonała 4340 km, aby pobyć z Lwem przez zaledwie kilka godzin.

Po latach wspominała – Jak mogłam tam pojechać, tak bez zastanowienia, nie znając warunków i wszystkiego innego? Nie wiem. To była głupota, na pewno. Chyba jakiś diabeł we mnie wstąpił!

   A ja myślę, że to właśnie była miłość!

   Listy obojga mają również ogromną wartość dla historyków. Dostarczają bogatej wiedzy o kontrastach wynikających z życia w obozie i życia mieszkańców w powojennej Moskwie.

   Nadal jednak zastanawiam się nad cudem przetrwania miłości, która nie miała prawa przetrwać rozłąki, odległości, lat nieobecności, izolacji fizycznej, koszmaru obozu, depresji Swiety, braku realnych perspektyw, zagrożenia i nieuchronności śmierci przez 15 lat!

   Czy to jest właśnie dowód na potęgę i moc nadziei wbrew wszystkiemu i wszystkim?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Poślij chociaż słowo. Opowieść o miłości i przetrwaniu w Gułagu [Orlando Figes]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: , , ,

Epigram na Stalina – Robert Littell

21 marca 2019

Epigram na Stalina – Robert Littell
Przełożył Krzysztof Obłucki
Oficyna Literacka Noir sur Blanc , 2010 , 330 stron
Literatura amerykańska

Akty heroicznych, czasami szalonych zamachów na dyktatorów systemów totalitarnych, jak na przykład przez Clausa von Stauffenberga i Wernera von Haeftena na Adolfa Hitlera w Wilczym Szańcu, są przez historyków pieczołowicie analizowane, opisywane, omawiane, podziwiane, a tym samym nagłaśniane. Takie same akty zainicjowane przez pisarzy słowem, już mniej. Być może według historyków zamach koniecznie musi być z bronią w ręku lub podłożoną bombą, by można było docenić bohaterstwo zamachowca, jego brawurę, szybkość i spektakularność, mimo że nie jest bez wad: wybiórcza skuteczność. Heroizm ludzi pióra może docenić tylko drugi pisarz w sposób w jaki potrafi najlepiej – pisząc o tym powieść. Tylko on w pełni rozumie ostrość, celność i zabójczość słowa utrwalonego w druku, którego trwałość jest nieskończona tak, jak pamięć zniewolonych narodów.
Tym razem zrobił to Robert Littell, znany twórca powieści szpiegowskich. Z mroków przeszłości wydobył jeden fakt historyczny, wokół którego obudował prawdopodobną fabułę zdarzeń. Bohaterem swojej opowieści uczynił rosyjskiego poetę Osipa Mandelsztama, duszącego się w systemie dyktatury zniewalającej człowieka. Przekonanego, że ciąży na nim obowiązek uprawiania prawdy na ugorze kłamstw. Cierpiącego z powodu zakazu publikacji swojej twórczości, która jak pięść waląca w okno, domagała się uwolnienia. Niepotrafiącego pisać jak rzemieślnik pod dyktando wyznaczonej linii realizmu socjalistycznego w sztuce, gdy dusza domagała się uwolnienia słów o indywiduum , które nazywał góralem kremlowskim, o całkowitej porażce bolszewickiej rewolucji w polepszaniu doli zwykłych ludzi, o transformacji Rosji w państwo policyjne znacznie gorsze od tego, które istniało pod panowaniem pożałowania godnych carów, którzy odebrali prawo poetom do pisania wierszy o najbanalniejszych sprawach ludzkich. Mającego potrzebę wyrzucenia z siebie tkwiącego mu w gardle krzyku gniewu. To z niej zrodził się jednoosobowy spisek przeciwko znienawidzonemu kaidowi, chozjainowi z Kremla i chęć zniszczenia go za pomocą wiersza rażącego pociskiem prawdy, która rozniesie się szerokim echem po kraju. I stworzył „Epigram na Stalina”, w tej powieści przetłumaczony przez Stanisława Barańczaka:

 

Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi,
Nie słychać i na dziesięć kroków, co szepczemy,

 

[Słyszymy jeno górala kremlowskiego,
Mordercę, oprawcę chłopskiego.]

 

Palce tłuste jak czerwie w grubą pięść układa,
Słowo mu z ust pudowym ciężarem upada.

 

Śmieją się karalusze wąsiska
I cholewa jak słońce rozbłyska.

 

Wokół niego hałastra cienkoszyich wodzów:
Bawi go tych usłużnych półludzików mozół.

 

Jeden łka, drugi czka, trzeci skrzeczy,
A on sam szturcha ich i złorzeczy.

 

I ukaz za ukazem kuje jak podkowę –
Temu w pysk, temu w kark, temu w brzuch, temu w głowę.

 

Miodem kapie każda nowa śmierć
Na szeroka osetyńską pierś.

 

Te kilkanaście wersów okazały się bardzo niebezpiecznym materiałem wybuchowym, siejącym niepoprawną myśl, niezgodną z przyjętą linią światopoglądową partii, która reagowała natychmiast likwidacją winnych zdrady osób. Osipa nie zamordowano w potocznym tego słowa rozumieniu. Zrobiono to pośrednio zsyłając go na wygnanie do Czerdynia, potem do Woroneża, by niszczony głodem, depresją, chorobą serca, arteriosklerozą i psychopatią schizoidalną, umrzeć w obozie przejściowym pod Władywostokiem.
Powieść czytałam jak dobry thriller, w którym elementy układanki opowiadane przez kilku narratorów, w tym fikcyjnych i istniejących historycznie, jak przyjaciele poety Borys Pasternak i Anna Achmatowa, zaskakiwały, zazębiały się o siebie ukazując powoli system wyrafinowanego, represyjnego, sprawnie działającego mechanizmu sterowania społeczeństwem. Procedurę tak dobrze znaną mi z „Archipelagu Gułag” Michaiła Szołochowa: denuncjacja, aresztowanie, przesłuchanie, proces lub jego brak, wyrok, podróż, obóz, najczęściej śmierć.
Przez każdy z tych etapów przeszedł Osip Mandelsztam, którego słowa-pociski były dla Stalina równie niebezpieczne jak zbrojny zamach, zdrada, spisek czy szpiegostwo.
Autor postawił piękny pomnik poecie, który marzył o końcu rządów Stalina i nie bał się tego urzeczywistnić, mając świadomość braku jakiejkolwiek ochrony, wsparcia i szansy przeżycia. Czy mógł wtedy powiedzieć, jak sugeruje Robert Littell: nie o nią chodzi; celem jest ratowanie Rosji, a nie mnie?
Nawet jeśli nie wypowiedział tego zdania, jego niepokorna twórczość i postawa mówi o tym wyraźnie i jednoznacznie.

 

Przyjrzałam się tym oryginalnym słowom, za które poeta zapłacił życiem. Faktycznie dla historyków może to być mało spektakularna broń. Zdjęcie pochodzi z wolnych zasobów Wikipedii.

 

 

Powieść bierze udział w plebiscycie Książka na lato 2010 organizowanym przez portal Przy Kominku oraz zaprzyjaźnione blogi, w tym i mój.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Portret – Pierre Assouline

Portret – Pierre Assouline
Przełożyła Anna Michalska
Oficyna Literacka Noir sur Blanc , 2010 , 199 stron
Literatura francuska

Gdybym miała przeczytać monografię historyka na temat dziejów obrazu, jego okolicznościach powstania oraz o jego właścicielach, żydowskiej rodzinie Rothschildów i czasach w jakich przyszło jej żyć, zdecydowanie powiedziałabym: nie. Ale gdy to samo zaproponował mi pisarz ubierając to w powieść, zdecydowanie powiedziałam: tak.
Opowieść zaczyna się 1 września 1886 roku w Boulogne-Billancourt pogrzebem Betty de Rothschild. Osiemdziesięciojednoletniej wdowy po Jamesie i matki czworga dorosłych już dzieci. Nie, nie jest smutno. Jest ciekawie, nawet bardzo. Dusza zmarłej zamiast odejść w zaświaty, wstępuje w swój własny portret pędzla Ingres’a, zdobiącego również okładkę tej książki. Baronowa Betty, wtopiona w obraz, zaczyna obserwować otoczenie wędrując na prawach spadkowych z pokolenia na pokolenie po domach pierworodnych synów, aż do czasów mi współczesnych. Podglądając życie toczące się w domu syna, potem wnuka i prawnuków, przysłuchuje się rozmowom rodziny i goszczącym u nich osobom. Obserwuje przychodzących, przygląda się zmieniającym czasom i ich obyczajom, łowi słowa i półsłówka, dyskretne gesty i spojrzenia, komentując i porównując z epoką jej młodości. Do tych wspomnień wystarczył jej jakiś kolor czy drobiazg, postać lub spojrzenie, słowo czy zapach, by dać się ponieść wspomnieniom i ukrytą furtką powrócić w miniony świat za sprawą tajemniczej pracy pamięci. Wydobyć z mułu niepamięci obrazy z życia wysoko urodzonych, wpływowych elit francuskich sfer, tak bliskie jej sercu, a tak przyjemnie wypełniających moją wyobraźnię o czasach dawnej arystokracji, w której pobrzmiewały polskie nuty emigrantów. O willach, pałacach i zamkach. Kolacjach kilka razy w tygodniu dla pięćdziesięciu osób. Balach w prywatnych salach mogących pomieścić do trzech tysięcy zaproszonych gości. Sukniach, toaletach i biżuterii wartych fortunę. Zasadach savoir-vivre w ubiorze, zachowaniu, a nawet konwersacji, która wykluczała w rozmowach towarzyskich temat pieniędzy i chorób. O początkach bajecznego majątku Rothschildów, jej nazwiska, tytułów i żelaznej zasadzie, przekazywanej przez umierającego ojca najstarszemu synowi: Trzymajcie się razem, a będziecie najbogatszymi ludźmi w Niemczech. Ta solidarność w obrębie rodziny, dbałość o jej jedność, w której mąż wnosił bogactwo materialne, a żona bogactwo duchowe, łączenie z aranżowanymi, wewnątrzrodzinnymi małżeństwami, kultywowanie tradycji religijnej przodków, nacisk na miłość, łączność i partnerstwo między rodzeństwem, na solidność i uczciwość noszonego nazwiska, zaowocowało jedną z największych fortun w Europie. Ale Betty miała świadomość, że taki majątek to również obowiązek i odpowiedzialność, zamykająca się w tym gorzkim stwierdzeniu: …mieć hojną rękę. I być świadomym, by nie doznać przykrego zawodu, że ludzie nigdy nie wybaczają dobra, którego od was doświadczyli.
I nie wybaczali.
Byli bezwzględnie bezlitośni w wypominaniu żydowskich korzeni. Betty była częstym świadkiem nieprzychylnych, szkalujących ją i jej męża rozmów toczonych pod obrazem. Znosiła to z godnością, choć z ogromnym żalem w duszy. Ona, kobieta o wielkim sercu, filantropka biednych, mecenas Balzaka, Chopina, Heinego i wielu innych artystów oraz sztuki w ogóle, ofiara zamieszek politycznych i wojennych, w trakcie których grabiono i rozkradano rodzinny majątek, mozolnie odzyskiwany w czasach pokoju.
A sam obraz?

 

 

Pomimo upływu lat pozostał niezwykły. O okolicznościach jego powstawania Betty snuje opowieść na końcu powieści, uzupełniając ją komentarzami odwiedzających muzea, którym od czasu do czasu rodzina wypożycza portret. Kontrastowość wypowiadanych opinii z duchem przeszłej epoki wprowadza Betty w stan konsternacji i niesmaku, bo jak można na jej rodowy herb umieszczony w górnym rogu, za którym stoi historia rodziny i epoki, mówić: logo podobne obrazkowi widniejącemu w rogu telewizora?
Obraz, który w momencie powstawania powieści wisiał w bibliotece Hotelu Lambert, roztacza wokół aurę niezwykłości do dziś. Może to sprawia nieobyczajna, jak na ówczesne czasy, poza z założeniem nogi na nogę? A może mlecznobiała skóra nasycona jasnością? A może jedwabna suknia i jej kolor nazywany różem afrykańskim, za każdym razem mający inny odcień w galeriach internetowych: Artchive, Olga,s Gallery czy oficjalnej stronie malarza Jean Auguste Dominique Ingres’a ? Cokolwiek by to nie było przyciąga wzrok, zwraca uwagę, przykuwa spojrzenie na dłużej, zmusza do zatrzymania się przy nim. Nawet będąc grafiką na okładce wydaje mi się być innym w świetle dnia, by wieczorem nabrać głębi koloru, cieplejszego tonu oświetlających go lamp. Wtedy lubiłam przyglądać mu się najbardziej. Po tej powieści to nie był już dla mnie tylko martwy obraz w muzeum, ale mit potęgi nazwiska Rothschild, rzeczywistość legendy, domy, które tętniły życiem, kolekcje, które wciąż żyją i ogromna wdzięczność muzeów narodowych.
Gdyby z każdego obrazu uczynić bohatera takiej powieści, napisanej tak pięknym językiem, historię sztuki znałabym równie dobrze jak realia życia współczesnego.

 

 

Powieść bierze udział w plebiscycie Książka na lato 2010 organizowanym przez portal Przy Kominku oraz zaprzyjaźnione blogi, w tym i mój.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Good night, Dżerzi – Janusz Głowacki

Good night, Dżerzi – Janusz Głowacki
Wydawnictwo Świat Książki , 2010 , 317 stron
Seria Nowa Proza Polska
Literatura polska

Moje czytanie tej powieści uprzedziło swoiste motto-szantaż, którego fragment brzmiał:

…Błagam cię, napisz tę historię bez żartów i poważnie. To jest twoja ostatnia szansa. Ludzie mają dość twojego cynizmu…

Jak to? Przede mną więc powieść bez krzywego zwierciadła spojrzenia na rzeczywistość, tak cenionego przeze mnie w prozie tego pisarza? Moja nadzieja, że jednak może być inaczej, pozostała więc w zapewniającej, ale jednocześnie pojemnej treści odpowiedzi – zrobię, co się da.
Autor podjął się więc piekielnie trudnego zadania. Sprostać prośbie kobiety, na której mu zależało, pozbyć się charakterystycznej, nierozerwalnej jak do tej pory cechy swojego stylu, zmierzyć się z kontrowersyjną legendą Jerzego Kosińskiego, mającej tyle samo zwolenników co przeciwników, a którego uczynił najważniejszą postacią tej opowieści oraz przeciwstawić się zniechęcającym pytaniom: co ty właściwie chcesz o nim nowego powiedzieć? , czy ktoś jeszcze go czyta? , czy ktoś będzie chciał o nim czytać? Przerażona tymi ograniczeniami z lekką obawą zaczęłam wkraczać w polsko-rosyjski świat amerykańskiego Nowego Jorku począwszy od oficjalnych, elitarnych przyjęć poprzez zwykłe, na które zwala się nowojorska hołota po piwnice nieoficjalnych, nocnych seansów sadomaso. Wiedziałam, że opis będzie wiarygodny, bo po pierwsze czytałam jego wcześniejsze książki, a po drugie sam przyznaje: wiem co piszę, bo przepieprzyłem na takich przyjęciach dobrych parę lat. Dlatego w miarę czytania moje początkowe obawy znikały na rzecz coraz bardziej spójnego obrazu środowiska, w którym próbował odnaleźć się Dżerzi, jak mówili do niego przyjaciele. Na szczęście, nie otrzymałam jego prostego życiorysu, linearnej historii, odpowiedzi wprost na pytania dociekliwych dziennikarzy o tę prawdziwą przeszłość, o fałsz (genialnego dla mnie) Malowanego ptaka, o plagiat Wystarczy być, o pisanie pod dyktando CIA, o okoliczności przyjazdu do USA i wiele innych, próbujących dokonać wiwisekcji, prześwietlenia, przejrzenia na wylot człowieka, który nie mieścił się w amerykańskich normach i pojęciach. Nie otrzymałam też jednoznacznych ocen i osądów, bo jak opowiedzieć o osobowości zmiennej, dynamicznej, nieprzewidywalnej jak płomień świecy, wokół którego roją się owady-ludzie, czasami na własną zgubę, z których połowa mu zazdrości, a reszta nienawidzi lub uwielbia? O mężczyźnie, który był piekielnie brzydki i piękny, dziko chciwy i absolutnie bezinteresowny, bardzo sprytny i okropnie głupi, który ciągle coś albo kogoś udawał? Autor pozostawił mnie z faktami, ze zdarzeniami, z relacjami naocznych świadków, z opowieściami w formie wspomnień, skojarzeń i dialogów osób mu bliskich lub mających z nim kontakt zupełnie przypadkowy. Dla mnie mrocznymi, dusznymi, pełnymi koszmarów, lęków, obaw, uzależnień od ludzi, nałogów, wszechobecnego, obsesyjnego? seksu, przygniatającego dziedzictwa przeszłości, wiary w przypadek, pogardy dla pewności zwiastującej nudę i śmierć, płynięcia z nurtem życia i desperackiego szukania w bólu egzystencjalnym swojego miejsca , wartości, tożsamości, sensu życia, wdrapania się za wszelka cenę na sam szczyt, podpierając się prawdą i nieprawdą, by zaistnieć, rozświetlić NOC. I w życiu, i w pisaniu.
Z takim mrokiem w duszy, ścigającymi go demonami z przeszłości i współczesnym światem biznesu rządzącym się swoimi prawami pozwolił, żeby te prawdziwe i te wymyślone pewnej nocy otoczyły go w wannie na Pięćdziesiątej Siódmej ulicy ciasnym kręgiem, nie pozwalając mu żyć dalej.
Z tych skrawków jego życia opowiedzianych przez innych, złożyłam obraz człowieka zagubionego, wielkiego mistyfikatora. Małego chłopca zmuszonego do wyparcia się własnej tożsamości, do kłamstwa, dającego mu szansę na przeżycie Holokaustu, a potem dorosłego człowieka, który tej metody na przeżycie nie potrafił?, nie chciał?, nie mógł? już porzucić, pozwalając tym samym, aby Hitler dokończył to co zaczął piórami dziennikarzy, by wykonali egzekucję z odroczonym wyrokiem skazującym. Obraz nakreślony w mistrzowski sposób, którego tak trudną do uchwycenia dynamikę autor osiągnął nie tylko poprzez prozę, ale i wplecione wstawki fragmentów dramatu oraz elementy charakterystyczne dla scenariusza filmowego. Obiektywizm w ocenie i nieuchwytność osobowości Jerzego Kosińskiego poprzez wielogłos osób opowiadających o nim. Subiektywizm poprzez wewnętrzny monolog bohatera z samym sobą. Pozostając przy tym, ku mojej przyjemności, cynicznym facetem przynajmniej w tych fragmentach dotyczących samego siebie.
Lubię prozę Janusza Głowackiego, ale najwyżej ceniłam sobie do tej pory jego dramat Antygona w Nowym Jorku tak dobrze zagrany przez Jerzego Trelę, Jana Peszka i Annę Dymną. Teraz obok niego stawiam Good nihgt, Dżerzi.

Good night, Dżerzi [Janusz Głowacki]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 Powieść ukaże się również w wersji do słuchania, a czytać będzie Krzysztof Globisz. Jej fragmenty mogłam odsłuchać na oficjalnej stronie książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Król z żelaza – Maurice Druon

Król z żelaza – Maurice Druon
Przełożyła Adriana Celińska
Wydawnictwo Otwarte , 2010 , 349 stron
Cykl Królowie Przeklęci ; Tom 1
Literatura francuska

Papież Bonifacy VIII powiedział o królu Francji Filipie IV Pięknym: Na próżno jest najpiękniejszym człowiekiem na ziemi, umie bowiem tylko patrzeć na ludzi bez słowa. Nie jest człowiekiem, ani zwierzęciem, jest jak posąg. Niewiara w uczucia, które tak dobrze potrafił ukryć pod maską władcy, żyjącym ideą zapewnienia przyszłości swojemu królestwu i przede wszystkim mając na uwadze jego dobro we wszystkich swoich działaniach, ukuła o nim jednoznaczną opinię wśród jemu współczesnych – król z żelaza.
Jak było naprawdę?
Obiektywną rekonstrukcją rządów właśnie tego króla Francji jest ta powieść, bazująca przede wszystkim na suchych wzmiankach kronikarzy, jak informuje tekst na tylnej okładce, świadków jego panowania w XIV wieku. Dokładnie od ostatniego roku , siedmioletniego sporu z templariuszami, aż do śmierci w 1314 roku, sprowadzoną, jak wierzyli niektórzy, przekleństwem wykrzyczanym w męczarniach na płonącym stosie przez wielkiego mistrza Francji i Zamorza zakonu templariuszy Jakuba de Molay’a: Papieżu Klemensie!… Rycerzu Wilhelmie!… Królu Filipie!… Przeklinam was! Przeklinam was! Niech wasze rody będą przeklęte aż do trzynastego pokolenia!…
I były, jak opisuje historia.
Nie jest to jednak tylko powieść biograficzna kontrowersyjnego władcy, który tyleż samo uczynił dobrego co złego dla dobra monarchii. To przede wszystkim odtworzenie życia społeczno-obyczajowego osób wchodzących w skład dworu królewskiego: jego trzech synów Filipa V Długiego, Ludwika X Kłótliwego, Karola IV Pięknego i ich żon, córki Izabeli, dalszych krewnych, dworzan i każdego kto mógł się przyczynić do osiągania celów stawianych przez króla: duchowieństwa z papieżem Klemensem V w Awinionie włącznie, bankierów i członków możnych, wpływowych rodów. Bogaty przekrój rządzącej elity począwszy od króla na giermku skończywszy, a każdy próbujący uszczknąć coś dla siebie lub zagarnąć całość należącą do innego: władzę, majątek, namiętność. Misterna, rozległa, nierzadko tajna sieć intryg sięgająca nawet angielskiego dworu, stworzona do tych celów, była na tyle gęsta, że unikanie zastawianych intryg-pułapek decydujących nie tylko o utracie bogactw, autorytetu, wpływów, ale nawet życia, wymagało od wszystkich najwyższego kunsztu logistycznego zarówno w polityce jak i w życiu prywatnym. Śledzenie ich, bycie ich świadkiem pochłonęło mnie całkowicie.
A wszystko to ubrane w formę powieści przepełnionej spektrum uczuć od nienawiści do miłości, którą czytałam z zachłanną ciekawością, poznając zagmatwaną historię i trudne, polityczne zagadnienia w sposób niezwykle intrygujący, ale i bardzo prosty, czytelny nawet dla gimnazjalisty. Sama książka natomiast wyposażona w bogaty aparat informacyjny, ułatwiała wyjaśnienie trudniejszych pojęć czy umiejscowienie bohaterów w historii poprzez noty biograficzne i historyczne oraz drzewa genealogiczne, do których dosyć często zaglądałam , ciesząc się jednocześnie na kontynuację czytanego tomu. Wraz z częścią pierwszą ukazały się dwie kolejne: Zamordowana królowa i Trucizna królewska. Wszystkich ostatecznie ma być siedem.

Tutaj obejrzałam film promujący nowy cykl historyczny. Szkoda tylko, że infantylność okładek, nie oddaje mroczności treści.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Raszida – Marc Buhl

Raszida: czyli bieg do źródeł Nilu – Marc Buhl
Przełożyła Alicja Rosenau
Wydawnictwo Jeden Świat , 2006 , 214 stron
Literatura niemiecka

Zmęczyłam się psychicznie czytając tę powieść. Trzeba mieć niezłą kondycję, by wytrzymać tempo biegu narzucone przez Ernsta Mensena. Chłopca, a potem mężczyzny biegnącego odkąd pamięta, nieumiejącego utrzymać nieruchomo głowy i nóg niosących go przed siebie. To coś pchające go do przodu było silniejsze od niego. Właściwie nawet nie wiadomo dokąd. W biegu często tracił obrany kierunek, o którym marzył od dzieciństwa: źródło Nilu, przy którym czeka raj, jak mawiał jego zbyt wcześnie zmarły ojciec. W pierwszej połowie dziewiętnastego wieku, za czasów bohatera jeszcze legendarne, bo nieodkryte, nieoznaczone na mapach świata. Absorbowany biegiem dla pieniędzy niedających szczęścia, biegiem dla idei przynoszącej cierpienie, biegiem za miłością okazującą się zbyt wolną albo próbującą zakotwiczyć go w jednym miejscu, tracił młodość i siły. Biegł jednak dalej, by dotrzeć do celu w chęci dotarcia, dobicia do brzegu, ostatecznego zatrzymania się. Biegł by uciec od rzeczywistości i odnaleźć się w miejscu ukojenia, bo im więcej Mensen biegał, tym mnie bolał go świat.
Cieszę się, że nie biegnę , podziwiając i zachwycając się tym, co rozmazuje się życiowym sprinterom w ciągłym ruchu. Mając w sobie spokój i świadomość, że każdy bieg życia kończy się na krawędzi, za którą nie ma nic lub jest wielka niewiadoma, lub drugie życie. W zależności od światopoglądu zawodnika. Po co się więc spieszyć, skoro meta bliżej lub dalej czeka nieruchomo na wszystkich?
A może się mylę? Może bezruch, stagnacja to śmierć jak twierdził Mensen? Ale czy przed śmiercią można w ogóle uciec? Czy niepokój i przymus ruchu jaki posiadają w sobie niektórzy ludzie, to fiksacja w pogoni za szczęściem tak pojemnym, a zarazem indywidualnym w swoim rozumieniu?
Powieść-przypowieść, która w biegu stawia wiele pytań, nie troszcząc się o odpowiedzi. Musiałam sama je znaleźć. Nad niektórymi zastanawiam się nadal. Są takie, na które odpowiedzi być może nigdy nie znajdę. Ale wiem na pewno jedno: życie z człowiekiem-biegaczem wymaga od partnera ogromnej kondycji psychicznej i wyboru jednej z trzech dróg: dotrzymania tempa w biegu, pozostania w tyle lub stania się jego przystanią, w której zacumuje.
Każda z nich to ogromny wysiłek, praca, cierpienie i łzy we współistnieniu. Dlatego warto wiedzieć w jakim tempie się biegnie, po co, a przede wszystkim z kim, bo Jeśli nie pasujesz do towarzystwa, nie zmieniaj siebie. To jest zła droga. Zmień towarzystwo.

 

 

 

Ernst Mensen to norweski sportowiec specjalizujący się w maratonach, którego życie posłużyło autorowi do napisania książki na poły biograficznej, na poły filozoficznej.
Zdjęcie pochodzi z wolnych zasobów Wikipedii, a książkę wylosowałam w loterii zorganizowanej przez maiooffkę, której bardzo za nią dziękuję.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Opowieść o Darwinie – Irving Stone

Opowieść o Darwinie – Irving Stone
Przełożyła Hanna Pawlikowska-Gannon
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2011 , 718 stron
Literatura amerykańska

Gdybym nie wiedziała, że autor tej powieści nie był rówieśnikiem Karola Darwina i nie żył w jego czasach, to pomyślałabym, że towarzyszył bohaterowi tej powieści biograficznej od narodzin w rodowej posiadłości The Mount do śmierci w domu rodzinnym w Down House, w roli dyskretnego obserwatora, który mógłby śmiało zakończyć ją niczym baśń – tam byłem, miód i wino piłem, a co widziałem wam opowiedziałem.
Na ponad siedmiuset stronach!
Dlatego nastawiłam się na bardzo długą opowieść, ale że będzie to historia pełna skrajnych emocji, sprzecznych uczuć, niebezpiecznej pasji, silnych namiętności, momentów grozy, napięć niepewności, wyczerpujących zmagań z ludzkimi słabościami i z bezsilnością wobec granic technicznych możliwości narzędzi pracy, nigdy bym nie przypuszczała. Dodam, emocji bezpośrednio przelewanych na mnie.
A wszystko to było udziałem skromnego, niepewnego własnej wartości, poziomu swojej wiedzy i wykształcenia (przynajmniej na początku kariery), a potem niedowierzającego w swoje osiągnięcia, nieliczącego wielości zaszczytów, nagród i tytułów, Karola Darwina, twórcy myśli o ewolucjonizmie. Autora nowego spojrzenia na pochodzenie gatunków, które do dnia dzisiejszego dzieli ludzkość na dwa, przeciwne, zwalczające się obozy, mimo że na przykład Kościół katolicki oficjalnie uznał już teorię ewolucji.
Ale zanim do tego doszło Karol Darwin był młodym, poszukującym własnej drogi życia, dwudziestodwuletnim, początkującym geologiem, planującym objęcie prebendy na angielskiej prowincji, gdyby nie przypadek, który zadecydował o jego dalszym życiu, zmieniającym całkowicie przyszłość – propozycja podróży. Wyprawa dookoła świata na Hydrograficznym Jego Brytyjskiej Mości statku „Beagle” w roli naturalisty, którą przyjął z ogromną radością. Podróż tę, opisaną w pierwszej części książki, mogłam śledzić również na współczesnej Karolowi Darwinowi mapie z zaznaczoną trasą przebiegu, umieszczoną na wyklejce:

 

 

Pięcioletnią, niezwykle intensywną w doznania emocjonalne i odkrycia naukowe oraz obfitą w zdobyczne egzemplarze zwierząt, skał i roślin, w trakcie której zrozumiał, że zostawił bezpowrotnie swoją nieukierunkowaną młodość i stał się mężczyzną nie stopniowo, tylko nagle, z wykrystalizowanymi planami na przyszłość i zapoczątkowaną myślą będącą od tej pory jego radością i przekleństwem, a on jej niewolnikiem. Myśl o transmutacji gatunków, nad której rozwojem i badaniami naukowymi ją potwierdzającymi pracował po powrocie do Anglii przez następne 20 lat, zanim ubrał ją w słowa i wydał w formie książki pod tytułem O powstawaniu gatunków. I o tej walce człowieka ogarniętego pasją nauki, gorączką zdobywania wiedzy, zmaganiach z możliwościami fizycznymi ludzkiego organizmu, z ograniczeniami dostępu do informacji, z granicami możliwości technicznych metodyki badań, z zazdrością i złośliwością naukowców o osiągnięcia innych, z przeciwnikami jego teorii, jest druga część tej książki.
Całość tworzy obraz człowieka, którego, wbrew jego woli, wybrał los?, Bóg?, przypadek?, łut szczęścia? natura? do przekazania ludzkości myśli naukowej niczym objawienie wiernym przez proroka, z wszystkimi przynależnymi cechami procesu tego zjawiska. Począwszy od skromnego, nieśmiałego wybrańca. Człowieka uległego zarówno wobec autorytetów naukowych, którego przerażała myśl przeciwstawienia się ówczesnemu, niezmiennemu porządkowi ustanowionemu przez Boga i ludzi, jak i wobec ojca, dla którego gotów był zrezygnować z marzeń, powołania, podróży. Poprzez początkowe odsuwanie od siebie zdobytej wiedzy (na prośbę wierzącej żony), potem ukrywanie jej, planowanie publikacji pośmiertnie, by za namową przyjaciół wyjawić ją światu za życia, przypłacając to zdrowiem fizycznym i załamaniami psychicznymi. Na ogromie ciężaru, nałożonego na jego spolegliwą, uległą, szczerą osobowość dobrego człowieka, skończywszy, a który zdołał udźwignąć jedynie dzięki grupie oddanych, wiernych przyjaciół i rodzinie. Przede wszystkim żonie, Emmie Wedgwood, z którą tworzył wzorowe małżeństwo, oparte nie tylko na miłości, ale i lojalności, wyrozumiałości i przyjaźni. Był przykładem naukowca, szczęśliwego męża i ojca, z którym można było żyć na co dzień, wychować siedmioro dzieci, zadając kłam wizerunkowi szalonego, o aspołecznych cechach osobowości samotnika.
Ale ta obszerna opowieść biograficzna to nie tylko historia życia jednego człowieka i jego rodziny. To również szkic literacki o epoce, w której przyszło żyć niezwykłemu uczonemu. Autor dokładnie opisał tło społeczne, polityczne i gospodarcze ówczesnej Wielkiej Brytanii. Wiernie ukazał środowisko naukowców przez pryzmat ludzkich emocji, kierujących się również zawiścią i zazdrością w dążeniu do sukcesu, stan nauki i czynniki procesu jej rozwoju, świat kultury, poziom życia warstw społecznych, bezradność medycyny wobec wielu, współcześnie wyleczalnych chorób czy burzliwą politykę mającą wpływ na losy kształtującego się świata na geopolitycznej mapie. A wszystko to bardzo szczegółowo, wręcz pedantycznie drobiazgowo z podawaniem tytułów książek jakie czytano w XIX wieku, wystawianych sztuk teatralnych i operowych, z opisem ubiorów, wyposażeniem wnętrz budynków, mieszkań jak i statku, z wyliczaniem potraw pojawiających się na stole w domu i w podróży czy stylem życia zarówno na wsi, jak i w mieście. Ale to, co mnie najbardziej poruszyło, to umiejętność operowania słowem przelewającym na mnie emocje towarzyszące Karolowi Darwinowi – strach i ciekawość przed wypłynięciem w podróż statkiem, gorączka poznawania wszystkiego co nowe, irytacja wymuszoną, choćby nawet chwilową bezczynnością, bezgraniczna radość na widok wyczekiwanych listów od rodziny, które czytałam z nie mniejszą ekscytacja niż Karol, a potem ta niepewność własnych poglądów, lęk przed atakiem złości i nienawiści ze strony wierzących i duchownych i ta wszechogarniająca, obezwładniająca, zniewalająca pasja szukania odpowiedzi, wkraczania na bezkresne obszary, dziewiczych, niezbadanych jeszcze terenów wiedzy i stale poganiający przymus pracy, działania, badania, poznania, wyjaśniania przypuszczeń, domniemań, domysłów i hipotez do utraty poczucia czasu, miejsca i świadomości istnienia. Stąd to moje wcześniejsze skojarzenie i porównanie do męki proroczych objawień, w tym przypadku naukowych. Ten sam ciężar dźwiganego brzemienia wiedzy, te same skrajne, rozszarpujące serce i umysł emocje, tyle samo wątpliwości w sens słuszności obranej drogi i tyle samo zjadliwości w przeciwnikach atakujących publikowaną wiedzę. A przecież Karol Darwin nigdy nie zaprzeczył istnieniu Boga, stał się z czasem jedynie agnostykiem i nigdy też nie twierdził, że człowiek pochodzi od małpy, chociaż ten pogląd pokutuje wśród ludzi do dnia dzisiejszego. Nic dziwnego, że większość wielkich uczonych doceniana jest dopiero po śmierci.
Osiągnięcia Karola Darwin, bardzo liczne i nie ograniczone tylko do idei ewolucjonizmu, zostały na szczęście uznane jeszcze za jego życia, ale rozpoczęte spory, wbrew pozorom i upływowi lat, są nadal kontynuowane. Jego następcy rozwijający teorię ewolucjonizmu, jak chociażby Richard Dawkins w czytanym przeze mnie Najwspanialszym widowisku świata, nadal nie mają lekko.
Walka trwa nadal!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

To ja, Karol! – Grzegorz Polak

To ja, Karol!: Nie poznajesz mnie?!: anegdoty o Janie Pawle II ciągle odnajdywane – Grzegorz Polak ; ilustrował Marcin Wicha
Wydawca Agora , 2011 , 168 stron
Literatura polska

Jak dobrze, przyjemnie i normalnie jest mieszkać w kraju, w którym oprócz pomników stawianych Janowi Pawłowi II, okazywanej mu powszechnie bezgranicznej i bezkrytycznej miłości w nadawaniu patronatów ważnych instytucji, wielbienia jego słowa w pochwalnych opracowaniach i wreszcie ogłoszenia go błogosławionym, mogę również dla równowagi sięgnąć po książeczkę obnażającą jego świętość i pokazującą jego mniej znaną naturę, na którą nie ma miejsca w poważnych, napuszonych biografiach czy opracowaniach jego twórczości. A do tego podaną z dużym poczuciem humoru. Nie są to jednak rubaszne kawały czy żarty, po których wybuchałam śmiechem zginającym mnie w pół.
Nic z tych rzeczy.
Autor dobierając anegdoty (powinnam raczej użyć rzadko już stosowanego określenia – filipiki) dotyczące Papieża, miał świadomość z kogo będę się śmiała, a właściwie dobrodusznie i pobłażliwie uśmiechała. Tak delikatnie, czasami jednym kącikiem ust, ale jednak nieustannie z błądzącym uśmiechem na twarzy. Bo te humorystyczne sytuacje, ułożone chronologicznie, dotyczące najpierw szeregowego księdza Karola Wojtyły, potem biskupa i kardynała, na pontyfikacie papieskim skończywszy, wyłuskiwane z książek o Papieżu, z rozmów i wywiadów z jego najbliższymi, przyjaciółmi, znajomymi, współpracownikami czy przypadkowo spotkanymi osobami, ukazują go przede wszystkim jako człowieka, ale podkreślające tylko jego zalety (o wadach nie czas i miejsce w tej książeczce) takie jak skromność, znajomość języków, współczucie, bardzo dobra pamięć, słabość do kawałów o blondynkach (sic!) czy niezwykłą inteligencję, ujawnianą w takich sytuacjach jak ta:

 

Oto pewnego dnia podczas soboru Deskur przedstawił Wojtyłę kard. Ottavianiemu” „Eminencjo, to jest właśnie nasz krakowski biskup”. „Taki młody?” – zdziwił się prefekt kongregacji. Na to Wojtyła, istotnie mający wówczas 40 lat, z uśmiechem przytomnie odpowiedział: „To wada, która szybko minie”.

 

Ale to, co podkreślają i uwypuklają przede wszystkim to ogromne, niezwykle taktowne poczucie humoru Papieża nie tylko w kontaktach z ludźmi i z ludzi, ale również potrafiącego śmiać się z własnej osoby. I o ile Grzegorz Polak ukazał mi Papieża z przymrużeniem oka, o tyle ilustrator Marcin Wicha rysunkowo zażartował sobie z Polaków i ich uwielbienia do wszystkiego co papieskie. Chociażby wypominając zawłaszczenie monopolu na papieskie kremówki:

 

 

czy „bitwę” na pomniki:

 

 

A w całej książeczce, u dołu każdej strony, towarzyszył mi ekspresyjny, swoisty „balum-balum”.

 

 

To trzeci z kolei zbiór „kwiatków” o Papieżu, jak określa je sam autor, zapewniając, iż niewykluczonym jest pojawienie się kolejnego, bo, jak sam wyjaśnia, anegdoty o Janie Pawle II to rozdział bynajmniej nie zamknięty. Będziemy je pewnie poznawać dopóty, dopóki pamięć o tym Papieżu będzie żywa.
I bardzo dobrze.
Bo tak naprawdę z kogo śmiałam się czytając ten zbiorek? Z samej siebie się śmiałam, jak skutecznie obrazował mi w taki oto sposób ilustrator:

 

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: