Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Miłość z lupanaru – Michał Römer

15 grudnia 2019

Miłość z lupanaru: dziennik intymny wileńskiego adwokata – Michał Römer ; wybrała Agnieszka Knyt

Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2019 , 360 stron

Literatura polska

   Jedyna, romantyczna, zakazana i tragiczna!

   Tak określiłabym to szaleństwo uczuć z udziałem Michała Römera i Anny Wolberg. Według autora dziennika – Dzika i pierwotna jak głód, wielka i idealna, subtelna i szlachetna”.

   Miłość jak bajka, którą napisało życie.

   Dokładnie takiego czarownego pojęcia użył Michał Römer – Tak, królewną z bajki była, a bajką tą jest życie moje. Dla świata prostytutką poznaną w lunaparze. W wileńskim domu publicznym, do którego od czasu do czasu lubił gościnnie zachodzić Michał, gdy duch słabnie, raptem rozszaleje ciało, a z kryjówek wypełzają najniższe instynkty użycia, podłej lubieżności, która plwa na wszystko, co jest w człowieku harmonią, i chce się upić, chce żeru, chce splugawienia się. Dziewczyna przykuła jego uwagę kontrastem, gdy wśród kobiet lubieżnych, kobiet do wzięcia była jedna czysta i nieskalana, nietknięta, naiwna, wstydliwa. Anna miała 20 lat i właśnie trafiła do domu publicznego wyrzucona z domu rodzinnego. Jej młodość, uroda, cnotliwość, skromność i świeżość zauroczyły Michała, budząc ku sobie ostrą bolesną tęsknotę, budziła – czarodziejka – z najgłębszych tajników duszy jakieś sny nieziszczone i nieziszczalne, subtelne gdzieś het promyki wczesnych marzeń młodości, jakieś przeczucia rozkoszne a smętne, bo strawione świadomością brudu.

   Postanowił ją uratować!

   Zorganizował wykupienie i wyrwanie Anny z rąk „opiekunki”, a potem znalazł pracę i mieszkanie. Jednak z czasem, w trakcie tych zbawczych działań, zaczęło rodzić się między nimi uczucie tworzące namiętny związek zamieniający się powoli w duchowy. Pełnym wzlotów i upadków, rozstań, zerwań i powrotów, naprzemiennych zachwytów, wielbień, uniesień, tęsknot, wyznań, zapewnień, planów i pewności, a z drugiej strony niepewności, wątpliwości i brutalnych realiów wymuszających podporządkowanie się sztywnym normom społecznym i jeszcze sztywniejszym konwenansom.

   Taka miłość nie miała prawa i szans zaistnieć!

   Anna była córką kowala i robotnicy. Chłopką z pochodzenia. Łotewką nieznającą języka polskiego. Jedenaście lat starszy Michał, z zawodu adwokat, ziemianin, należał do arystokracji. Mezalians, który popełnił nigdy nie znalazłby akceptacji w jego rodzinie i środowisku. Nawet, gdyby zgodnie z planem, miał zalegalizować związek po śmierci rodziców.

   Życie brutalnie rozcięło ten węzeł gordyjski za niego.

   Anna zachorowała na gruźlicę i zmarła. Jednak tak głęboko zapisała się w sercu i pamięci Michała, że nikt nigdy nie zajął jej miejsca. Mimo że pojawiały się w jego dalszym życiu inne kobiety, a w późniejszym okresie nawet żona. Nigdy też nie żałował tych trzech, wyjątkowych lat z Anninką, jak nazywał ją z łotewska. Zawsze podkreślał, że otrzymał dar wyjątkowy – miłość pełną cudów i z cudów utkaną, a uratowanie Anny z piekła rozpusty za najbardziej wartościowe w całym życiu. Przedłożył ten fakt nad swoje znaczące dokonania zawodowe, społeczne i polityczne. Zwłaszcza te ostatnie okazały się dla Anny najbardziej konkurencyjne. To z ich powodu Anna umierała bez obecności ukochanego, a on nie mógł sobie tego wybaczyć, chociaż zdawał sobie sprawę ze spełnienia jednej z najcięższych ofiar w życiu w straszliwej rozterce sumienia.

   Losy ukochanej Annineczki, jak spieszczał jej imię Michał, autor ujął w pierwszym tomie Dzienników, jednak marginalnie potraktowane i rozproszone pomiędzy wpisami komentującymi wszechstronnie prowadzoną działalność człowieka aktywnego we wszystkich sferach życia, rozmywały intensywność przeżywanego uczucia. Dopiero wyłuskanie, uzupełnienie o wpisy nieujęte w dzienniku i potraktowanie go monotematycznie przywróciło mu wyrazistość, burzliwość, żarliwość i podkreśliło wyjątkowość. Historia zyskała na spoistości rozwoju uczucia, ale i ewolucji rozkwitu osobowości kochanków. Anna szlachetniała, rozwijając swój intelekt i duchowość przy Michale. Miał w niej wierną kochającą towarzyszkę, taki piękny dar miłości, prześliczny krystaliczny charakter, niezwykle głęboką i szlachetną duszę ludzką, wrażliwą i subtelną, a pełną poczucia sprawiedliwości i prawdy. Z kolei autor spełniał swoje marzenia o jedności i niepodzielności serc, dusz i umysłów z kobietą. Pragnień których nie spełnił w pierwszym małżeństwie z Reginą, trwającym zaledwie kilka miesięcy, zapewniając – Dopiero tu, w Annie, zdobyłem pełnię tę wielkiej miłości, które dwoje ludzi oddaje sobie wzajemnie w zespół całkowity, mieszając w sposób cudowny dwie indywidualności. To spełnianie się szczęścia obojga w związku, tym bardziej bolało, gdy Anna odeszła.

   A wraz z nią obumarła część Michała.

   Pozostała świadomość istnienia problemu tragicznego położenia kobiet w społeczeństwie. Wstydliwa przeszłość Anny, według niego, była typowa dla wielu dziewcząt z niższych warstw społecznych. Los i jej dzieje – powszednie; tragedia jej nie jest ostatecznie o wiele głębsza niż tragedie setek i tysięcy takich dziewcząt. – zauważał. W ich obronie napisał artykuł Prawa kobiety do czasopisma „Kurier Krajowy”. Zwrócił uwagę na nieudolność i niewydolność Towarzystwa Ochrony Kobiet, które zajmuje się nie tyle ratowaniem kobiet tak zwanych upadłych, ile raczej stręczeniem pracy dla dziewcząt i kobiet „uczciwych” w celu zapobieżenia ich upadkowi. Deklarował otwarcie się na związek swobodny, który jest daleki od rozpusty, o wiele dalszy niż powszechnie tolerowane małżeństwo z interesu. Krytykował hipokryzję własnego środowiska – Być u Szumana, kupować dziewki, rzucać się w wyuzdanej rozpuście, lupanary zwiedzać – to się toleruje i ostatecznie, byle cicho, uchodzi. Ale ci sami, którzy na to pozwalają sobie i innym, będą się gorszyli i potępiali, gdy się kocha uczciwie i prosto, i jawnie dziewczynę, którą się z tej ohydy ich zabaw rozpustnych wyrwało. Potępia mężczyzn korzystających z domów publicznych, samemu czując winę wobec Anny, bo okazał się też względem niej świnią.

   A jednak!

   Z rozbrajającą uczciwością, co jakiś czas, odnotowuje swój sromotny upadek, kiedy dzika żądza orgii, która się zawsze jak wicher z jakichś szumowin ducha w chwilach upadku podnosi, człowiek wtedy rzuca się do kałuży zepsucia, spadla się doszczętnie, rwie swoją duszę w szmaty i jak ścierkę włóczy po brudzie. Szał mętów i namiętności robi zawieruchę i żywiołowo człowiekiem miota.

   Ależ pięknie ujęte w słowach samobiczowanie!

   Szczerość, z jaką autor analizuje swoje uczucia, emocje i sprzeczne z nakazem rozumu zachowania, pozwoliła mi na prześledzenie toku rozumowania i wewnętrznej walki między moralnością a zniewalającym go libido. Męskiego kochania jednej kobiety ponad życie, a jednocześnie zdradzania jej z innymi.

   Coś, co nam kobietom, było, jest i zawsze będzie trudno pojąć.

   Autor pokusił się nawet o próbę wyjaśnienia tej dychotomii od strony psychicznej. Muszę przyznać, że psycholog nie miałby wiele do dodania. To tylko potwierdziło moje zdanie o niepospolitości, wszechstronności, otwartości i bystrości umysłu Michała oraz elokwencji w przekładaniu myśli na zdania. Również mężczyzny, który umiał mówić i pisać o uczuciach. O miłości łączącej znane historie z Pretty women i Love story o tyle ciekawszej, że prawdziwej. Krótkiej jak bajka i brutalnej jak życie.

Dlatego więc – bajka skończona i skończone życie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna, Fakty reportaż wywiad

Tagi: , ,

Kobieta z blizną – Katarzyna Dacyszyn , Irena A. Stanisławska

30 listopada 2019

Kobieta z blizną: o powrocie do życia po oblaniu kwasem przez stalkera – Katarzyna Dacyszyn w rozmowie z Ireną A. Stanisławską

Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2019 , 256 stron

Literatura polska

   Która z kobiet nie chciała być ładną?

   To pytanie retoryczne, bo na etapie dorastania niemalże każda nastolatka czuła taką potrzebę, posiadała takie marzenie, a nawet pragnienie, które realizowała w dorosłości, poddając się operacjom plastycznym. Nic w tym złego, bo we współczesnym świecie powszechnego konsumpcjonizmu uroda to dar przynoszący korzyści. Wiele ułatwia i wiele załatwia. Niebezpiecznym jest tylko to, że mało kto pamięta o jej mrocznej stronie.

   Że uroda to również przekleństwo.

   Obu jej skrajnych wymiarów doświadczyła autorka tych wspomnień przywołanych w formie rozmowy. Dzięki nieprzeciętnej urodzie mogła wejść do świata modelingu. Szybko znaleźć partnera. Miała więc wszystko, o czym marzy każda dziewczyna na progu dorosłości – urodę, chłopaka i dobrze płatną pracę, w której się realizowała.

   Gratis do pakietu szczęścia – „diabła stróża”.

   Tak siebie nazywał stalker Robert W., który uosabiał tutaj ciemną stronę urody. Na dodatek okazał się jednym z tych na kilku innych mężczyzn, u którego biegli psychiatrzy stwierdzili wysoką inteligencję połączoną z zaburzeniami osobowości. Mężczyzną, który nie pogodził się z odrzuceniem, a negacja jego zachowań ze strony kobiety eskalowała z jego strony patologią działań. Kierował się tylko jedną myślą – skoro nie będziesz moja, to nie będziesz niczyja, doprowadzę cię do szaleństwa i sama się zniszczysz. I doprowadzał agresywnymi komentarzami, zastraszaniem i śledzeniem, nasilającymi się w miarę upływu czasu. Stalking trwał jedenaście lat i zakończył się tragicznie.

   Autorka została oblana kwasem siarkowym o stężeniu 87%.

   Poparzenie chemiczne objęło twarz, głowę, szyję, klatkę piersiową, tułów, powłoki brzuszne i prawe ramię w stopniu drugim, trzecim i czwartym czyli do kości. Ze szczególną uwagą śledziłam jej wspomnienia sprzed, w trakcie i po ataku, szukając odpowiedzi na jedno nurtujące mnie pytanie – w którym momencie popełniła błąd? Nie znalazłam ani odpowiedzi, ani błędu. Od początku, od pierwszej wiadomości pozostawionej na fejsbukowym profilu, reagowała negatywnie, zgłaszała na policji, prosiła o pomoc rodzinę oraz przyjaciół i wreszcie wytoczyła sprawę sądową o nękanie.

   Z góry była na przegranej pozycji w tym starciu.

   Rok 2010 to czas, w którym w prawie polskim nie figurowało pojęcie stalking, znajoma widziała w zachowaniu agresora romantyzm, policja zalecała ucieczkę, a w budynku sądu upośledzony system bezpieczeństwa umożliwił napastnikowi atak. Wszystko sprzyjało sprawcy, a jedyną „winą”ofiary było asertywne zachowanie i uroda.

   Czy zniszczona?

   Wątpię. Przyglądając się temu zdjęciu, występowi na pokazie autorskiej kolekcji bielizny,

i instagramowym ujęciom widzę nadal piękną kobietę. Trzeba dobrze przyjrzeć się, by zobaczyć ślady dramatu i wysłuchać jej opowieści, by zobaczyć blizny wewnętrzne. To efekt, który zawdzięcza nie tylko lekarzom, ale przede wszystkim sobie. Widziałam to w piekielnie bolesnym procesie kolejnych operacji, przeszczepów, powikłań i procesie gojenia się.

   Ciała i duszy.

   Podnoszenia się z dna depresji, wychodzenia z traumy i wchodzenia ponownie w życie. W tym zakresie to terapeutyczna opowieść dla wszystkich, którzy z różnych powodów uczą się żyć na nowo. Każda jej myśl, każde zdanie dawało moc wiary w siebie i popychało życzliwie, ze zrozumieniem, do przodu. Pokazała skąd czerpać siły do działania. Pomagała odkryć, jak obcowanie z bólem, ze śmiercią, z przemijaniem, sprawia, że czujesz, jak doświadczasz życia. Już nie unosisz się lekko nad ziemią, tylko szorujesz po niej gębą.

   A mimo to…

   Musiało paść w tej rozmowie pytanie ze strony współrozmówczyni, którego nie cierpię – Nigdy nie pomyślałaś, że w jakiś sposób sprowokowałaś tego czlowieka? To typowo tendencyjne pytanie czyniące ofiarę z kata i pokazujące nadal powszechne w społeczeństwie seksistowskie nastawienie. Pomimo silnej kampanii #MeToo (#Ja Też), którą rozpoczęła Rose McGowan (Odważna) nadal potrzebujemy takich pozycji, ponieważ nadal żyjemy w kulturze pustych opakowań, która nie ceni zawartości, a ci, którzy powinni stać na straży bezpieczeństwa każdego człowieka bez względu na płeć – zawiedli. To kolejny, ważny wymiar tej historii, w której zostały opisane służby powołane do ochrony obywatela – sądownictwo, pogotowie ratunkowe, lekarze, policja, a nawet media. Świadectwo wystawione przez autorkę nie jest najlepsze. Pokazała upośledzenie systemu pomocy i ochrony bezpieczeństwa, w którym zwiodło Państwo, ale nie zawiedli ludzie – aniołowie-stróże. Przy okazji podzieliła się praktycznymi radami i wskazówkami, jak zachować się w podobnej sytuacji, podkreślając, że najwięcej zależy od nas samych. Naszej trzeźwości umysłu, wewnętrznej siły, przedsiębiorczości i uporu.

   Bo my też możemy stać się ofiarą.

   Dlatego niech ta książka będzie wsparciem dla tych, którzy go potrzebują, by przechodząc swoje dramaty, wiedzieli w chwilach zwątpienia, że każdy ból ma swój kres i jest lekcją, która kryje jakiś cel. Niech poruszy publicznie kwestię bezdusznego systemu prawa, w którym często ofiara jest wtórnie wiktymizowana ze względu na sposób egzekwowania przepisów.

   Przede wszystkim po to została napisana.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: ,

Mela Muter – Karolina Prewęcka

16 listopada 2019

Mela Muter: gorączka życia – Karolina Prewęcka

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 326 stron

Literatura polska

   Jedna z największych polskich malarek XX wieku.

   To zdanie przeczytałam na tylnej okładce. Dla mnie zaskakujące. Nie jestem znawczynią sztuki, tylko odbiorcą, który chętnie ją pochłania w różnej formie i okolicznościach. Byłam zdziwiona, że do tej pory nie natknęłam się na jej nazwisko. Miałam jeszcze nadzieję, że umknęło mi ono, ale znam jej jakiś obraz. Zaczęłam przeglądać internetową galerię jej twórczości w Muzeum Uniwersyteckim Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

   Nic z tego!

   Mela Muter, a właściwie Maria Melania Mutermilch z domu Klingsland stała się dla mnie odkryciem. Właściwie nie powinnam się temu dziwić, ponieważ malarka, jako młodziutka mężatka i matka niespełna rocznego syna, wyjechała z kraju w 1901 roku do Paryża. Powracała do niego, by przede wszystkim odwiedzić rodzinę. To we Francji zdobywała szlify, galerie i sławę, jako „przedstawicielka École de Paris”. Za jej czasów uznawana za Rosjankę, czemu zdecydowanie się przeciwstawiała. Obecnie we Francji wzmiankowana najczęściej jako „artystka francuska polskiego pochodzenia”, czego nie ma komu prostować. To okup za niezależność, którą ceniła sobie ponad wszystko. Malowała to, co chciała, jak i kiedy chciała. W swoim stylu, który nie zmieniał się. Nie ulegał modom.

   Po latach odkrywa się ją dla Polaków na nowo.

   Chociażby dzięki takiej niezwykłej biografii, bo podanej w ekscytujący sposób. Jej autorka oparła pomysł na myśli, że „w każdym swoim dziele Muter opowiada o sobie, o swoim stanie wewnętrznym”. W nich uwalniała i zawierała swoje emocje, a tym samym dramatyczne losy kobiety-artystki. Potrzebowała gorączki życia, by tworzyć, a ono jej nie skąpiło. To dlatego autorka biografię artystki ujęła modułowo w języku przypominającym reporterski – szybki, syntetyczny, precyzyjny, z przewaga krótkich zdań, bez ozdób w postaci środków stylistycznych. To nie jej słowa miały mnie poruszyć. To twórczość artystki miała do mnie przemówić. Głównym reprezentantem poszczególnych rozdziałów był obraz, rzadziej fotografia. Tematycznie skupiające wokół siebie pozostałą twórczość, wydarzenia z jej życia, zdarzenia w środowisku artystycznym i okoliczności historyczne, które były katalizatorem ostatecznego, artystycznego efektu.

   I tutaj kolejne zaskoczenie!

Jeden z początkowych rozdziałów poprzedzał portret młodego mężczyzny. Nie rozpoznałam w nim Leopolda Staffa. Jej wielką miłość. On i pośmiertna maska znanej samobójczyni w tle opowiadała całą historię ich wieloletniego romansu. A potem następne obrazy lub zdjęcia w roli zapowiadających kolejny etap życia artystki.

Pejzaż pokazujący kierunki i miejsca jej podróży.

Kobiety z dziećmi mówiące wiele o jej tragicznym macierzyństwie. Portrety znanych i nieznanych, bliskich i obcych, pokazujące osoby, które ją otaczały.

Martwa natura wypełniona emocjami, a nawet uczłowieczana jako ekspresja i impresja w jednym.

Mela Muter, Dachy w Ondarroa, (1913), Kolekcja Bolesława i Liny Nawrockich, fot. Piotr Jamski.

Mnie najbardziej urzekły widoki miast. Budynków i uliczek oddających nie tylko ich urok, ale przede wszystkim bajkowość i tajemnicę ukrytą w zaułkach. Jej zauroczenie, którym mnie wypełniała.

   Efekt?

   Znam Melę Muter i jej życie nie z przekazu, ale z jej sztuki. Wystarczy mi spojrzeć na jej obrazy i grafiki, by zaczęły do mnie mówić. Opowiadać o kobiecie niezależnej, dla której sztuka była ponad wszystkim i wszystko, a życie było potrzebne do jej tworzenia. Pamięć o niej można było wymazywać i ignorować w biografiach ludzi, z którymi była bardzo blisko – Leopolda Staffa czy Rainera Marii Rilkego.

   Jej sztuki już nie.

   Sztuka daje temu opór. I przetrwa. Tego pragnęła najbardziej. – z przekonaniem podsumowała autorka życie artystki.

   Ma rację i ją udowodniła w dobrze przemyślanej formie biografii i pięknie wydanej książce!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Żałuje bardzo, że jutro mnie tam nie będzie.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: , ,

Joyce Girl – Annabel Abbs

15 września 2019

Joyce Girl: pasja i upadek: literacka opowieść o córce Jamesa Joyce’a – Annabel Abbs

Przełożyła Małgorzata Kafel

Wydawnictwo Mando , 2019 , 448 stron

Literatura angielska

   Jak się zaczyna szaleństwo, Sandy?

   To pytanie Lucia, główna bohaterka powieści biograficznej, zadała swojemu nauczycielowi rysunku. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że sama popadnie w obłęd i w wieku 27 lat zostanie zamknięta w paryskim zakładzie dla umysłowo chorych, nigdy nie odzyskawszy wolności. Jedyną osobą myślącą o niej, martwiącą się, odwiedzającą ją i mającą nadzieję na wyzdrowienie, będzie jej ojciec.

   James Joyce.

   Autorka stworzyła literacką opowieść o jedynej córce znanego i uznanego pisarza, posiadającej genialny potencjał wielu zdolności i talentów.

Tańczyła w szkole tańca nowoczesnego Raymonda Duncana, brata Isadory. Rysowała pod okiem Alexandra Caldera. Grała, śpiewała, tworzyła choreografię i znała cztery języki. Opowieść o tej wyjątkowej kobiecie jest próbą odpowiedzi na automatycznie nasuwające się pytanie – dlaczego Lucia, mając idealne warunki do rozwoju artystycznego i osiągnięcia międzynarodowego sukcesu, uporczywie żyła w cieniu sławy i geniuszu ojca, nie mając szansy zaistnieć samodzielnie, pomimo jednogłośnie entuzjastycznych recenzji w stylu – Kiedy osiągnie pełnię swoich możliwości w tańcu nowoczesnym, James Joyce może jeszcze zasłynąć jako ojciec swojej córki. Autorka, wykorzystując fakty z życia rodziny Joyce’ów oraz historyczne tło życia paryskiej bohemy lat 20. XX wieku, opowiedziała historię Lucii, przypisując jej słowa i wspomnienia jako narratorce w pierwszej osobie. Człowiekiem wysłuchującym jej zwierzeń uczyniła jej dwudziestego z kolei lekarza, znanego szwajcarskiego psychiatrę Carla Gustava Junga. To dlatego akcja powieści toczyła się naprzemiennie w jego gabinecie w Zurychu, w 1934 roku oraz w latach 1928-1932 głównie w Paryżu, a opowieść rozpoczęła od opisów pierwszych pragnień i ambicji, które opanowały serce i umysł dwudziestojednoletniej dziewczyny. Również pełnej naiwnej wiary w nieuchronność sukcesu także w życiu osobistym oraz przekonania, że była jedyną muzą swojego ojca. Ta ostatnia przypisana jej rola stała się dumą, ale i ciężarem. Przyczyną niemożności przeciwstawienia się rodzicom angażującym ją w działalność literacką ojca, kosztem jej marzeń i celów. Autorka ukazała powolny, destrukcyjny proces nieradzenia sobie z porażkami (zbyt późno podjęta nauka baletu), zawodami miłosnymi (z Samuelem Beckettem), materializmem brata (usilnie namawiającego ją do zamążpójścia dla pieniędzy), apodyktycznością matki podporządkowującej jej życie potrzebom ojca oraz samego babbo, jak nazywali go w rodzinie, namawiającego ją do porzucenia wszystkiego, co kocha na rzecz praktycznego zawodu ilustratorki lub introligatorki. Autorce udało się oddać ból i cierpienie niszczenia młodego geniuszu, by mógł w pełni rozwijać się inny. Sama Lucia porównuje siebie do młodego drzewka, które zapuściło korzenie za blisko starego platana.

   To musiała być powieść pełna cierpienia i bólu.

   Gęsta od skrajnych emocji historia mordowanych marzeń, gasnących pragnień, umierających ambicji, rozpływających się planów, trującej bezsilności, a za nimi rozpadu psychiki i wrażliwej duszy artystki oraz rozpaczliwych prób walki uwolnienia się spod wpływu i władzy ojca, przypłaconej nie do końca jednoznacznie zdiagnozowaną chorobą psychiczną. Może dlatego, że śmierci ludzkiego geniuszu nie można zamknąć w żadnej naukowej szufladce. Dla mnie jest osobną i odrębną jednostką buntu przeciwko ograniczeniom i zniewoleniu.

   Inaczej dusza choruje i wyje!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Taniec Lucii do dzisiaj inspiruje współczesnych tancerzy.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: , ,

Kobiety Donalda Trumpa – Nina Burleigh

27 sierpnia 2019

Kobiety Donalda Trumpa: życie w złotych kajdankach – Nina Burleigh

Przełożył Maciej Lorenc

Wydawnictwo Kobiece , 2019 , 448 stron

Literatura amerykańska

   Królowe Trumplandii!

   Pozornie temat tabloidowy. Nadający się do publikacji na stronach pudelkowych. Jeśli jednak przyjrzeć się mu od strony psychologicznej, to okaże się, że poprzez kobiety otaczające czterdziestego piątego prezydenta USA można wiele powiedzieć o jego życiu emocjonalnym, a tym samym o podstawowych czynnikach kształtujących jego osobowość. Jak wiemy z doniesień medialnych, bardzo kontrowersyjnej. Zwłaszcza w postawie wobec kobiet, które traktuje, jak jedno z narzędzi do osiągania kolejnych sukcesów w biznesie, a teraz w polityce. Jego światopogląd w tym zakresie zamyka się w wypowiedzianym publicznie zdaniu – Dopóki masz przy sobie młodą i ładną laseczkę, cudze opinie na twój temat nie mają żadnego znaczenia.

   Zwłaszcza gdy metodą ich zdobywania jest słynne łapanie za cipki.

   Autorka głównie skupiła się na sześciu najważniejszych kobietach w życiu Donalda Trumpa – jego babce Elizabeth Christ Trump, matce Mary Trump, pierwszej żonie Ivanie Trump, drugiej żonie Marli Maples, trzeciej żonie Melanii Trump oraz córce z pierwszego małżeństwa Ivance Trump. Szczegółowo przedstawia ich pochodzenie, losy imigracyjne, karierę zawodową oraz życie rodzinne u boku Donalda. Przy okazji kreśli ewolucję pożądanego profilu żony, która spełniałaby warunki i wymogi męża chcącego wpasować ją w swój seksistowski światopogląd.

   Pozyskanie informacji na temat kobiet Donalda Trumpa wbrew pozorom nie było łatwe.

   Jak sama napisała – …tak naprawdę nie wiemy zbyt wiele o kobietach Trumpa. Żyją bowiem one w otoczeniu lustrzanych murów zbudowanych przez dziennikarzy, którzy pracują w tabloidach, przez publicystów i prawników. Na dodatek każda z nich prezentuje wyretuszowaną wersję własnego życia. Z tego względu nie możemy mieć pwności, co jest prawdą, a co nie. Sekrety Trumpów zamykane są przekupstwem, klauzulami poufności strzeżonymi przez dobrze opłacanych adwokatów oraz ochronę zajmującą się rozwiązywaniem problemów, z którymi prawnicy nie są w stanie sobie poradzić. To dlatego opowieść o Królowych Trumplandii zaczyna się niemalże sensacyjno-szpiegowską sceną spotkania autorki z tajemniczą kobietą na Manhattanie, w szykownym lokalu wypełnionym kobietami, które przed opuszczeniem swoich apartamentów w dzielnicy Upper East Side ubierają się w coś od Diora i wkładają buty od Christiana Louboutina w podobny sposób, w jaki inne kobiety wkładają dżinsy i tenisówki przed wizytą w Starbucksie, posługując się podczas niemej konwersacji wyłącznie długopisem i kartką papieru. Mimo tych utrudnień autorka postanowiła pominąć wiele nieobyczajnych plotek i zamiast tego oprzeć się na opublikowanych materiałach, archiwalnych dokumentach i wywiadach z ludźmi z otoczenia Trumpów oraz książek autorstwa jej członków. W tym celu odwiedziła również kraje i miejscowości, z których pochodziły babka, matka i dwie żony prezydenta. Osobny rozdział poświeciła innym kobietom, które dopełniły opowieść, tworząc taksonomię z nazwiskami jego dwóch sióstr, najbliższych pracowniczek, z którymi nie sypiał oraz „gorących lasek” i „kłamczuch”, które oskarżyły go o molestowanie seksualne.

   Autorka, opisując klan Trumpów, uchyliła również drzwi do świata Jachtowych Ludzi.

   Tego jednego procenta najbogatszych osób na świecie, których bogactwo nie zna granic, a ich ojczyzną jest każde miejsce, w którym można jeździć po asfaltowych drogach i rozmawiać z bankierami przez telefon komórkowy. Bogaczy, których obowiązują inne zasady, prawa i normy niż pozostałe 99% ludzi. Wyeksponowani na publicznych stanowiskach szokują swoją niestandardową mentalnością tak, jak Donald Trump. Żeby zrozumieć jego poglądy, postawy i zachowanie, trzeba poznać jego świat.

   A warto!

   Jeśli wierzyć pierwszemu dworzaninowi rodziny Trumpów, Paolo Zampolliniemu, który powiedział – Donald chce rządzić przez osiem lat i ma nadzieję, że przez kolejne osiem będzie rządzić jego córka” Ivanka, to czeka nas jeszcze wiele ciekawych sytuacji, zdarzeń, decyzji i zachowań obecnego prezydenta USA, a w przyszłości może nawet pani prezydent.

   Nierealne?

   W świecie Jachtowych Ludzi wszystko jest możliwe.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Kilka informacji na temat Melanii, ostatniej żony Donalda Trumpa.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: ,

Poślij chociaż słowo – Orlando Figes

10 sierpnia 2019

Poślij chociaż słowo: opowieść o miłości i przetrwaniu w Gułagu – Orlando Figes

Przełożył Władysław Jeżewski

Wydawnictwo Magnum , 2012 , 414 stron

Literatura angielska

   Taka miłość się nie zdarza.

    A jednak!

Przydarzyła się, wydarzyła się, istniała i trwała do śmierci Swietłany i Lwa w 2010 roku.

Mieli po osiemnaście lat, kiedy poznali się na studiach w Moskwie. Początek zauroczenia, fascynacji i zawiązywania się nici sympatii przerwała wojna i wyjazd Lwa na front w 1941 roku. Tam trafił do niemieckiego obozu jenieckiego, gdzie pracował jako tłumacz. Po powrocie do ZSRR został oskarżony o zdradę ojczyzny i skazany na dziesięć lat łagru w Peczorze. Obóz opuścił 1954 roku.

   Razem 15 lat rozłąki ze Swietą!

   A mimo to ich miłość trwała. Nadal się kochali, by wziąć ślub w 1955 roku. Mieli wtedy oboje po trzydzieści osiem lat. Dzieje ich wyjątkowego uczucia w ekstremalnych czasach, które zamiast umierać, z każdym rokiem rozłąki rosło, umacniało się i pogłębiało, zawarte są w ponad półtora tysiącu listach. Ośmioletnią korespondencję rozpoczęła Swieta w 1946 roku, odrzucając propozycję ukochanego na ułożenie sobie życia bez niego, a zakończył Lew w 1954 roku tuż przed odzyskaniem wolności. Pisali do siebie drogą nielegalną przynajmniej dwa razy w tygodniu. Listy przemycane przez druty obozu, mimo braku cenzury, ale z ryzykiem wpadki, zawierały zaszyfrowane wiadomości, dwuznaczne zwroty, inicjały, przezwiska oraz aluzje literackie. Ich odczytanie autorowi opracowania zajęło dwa lata. Uzupełnił je dołączonymi do listów dokumentami – notatkami, dziennikami, fotografiami, dokumentami urzędowymi oraz wywiadami ze Swietą i Lewm, ich rodziną i współwięźniami. Sięgnął również do opracowań historycznych oraz archiwum peczorskiego obozu. Wykorzystał także własne obserwacje z pobytów w dzisiejszej Peczorze. Na podstawie tego największego, a przez to unikatowego zbioru prywatnej, kompletnej korespondencji związanej z historią Gułagu, przechowywanej w archiwum Stowarzyszenia Memoriał, autor odtworzył chronologię życia wyjątkowej pary połączonej miłością oraz historię walki o jej przetrwanie w czasach, w których w 999 przypadkach na tysiąc przyjęte zasady przyzwoitości prowadzą przeciętnego człowieka albo do głodu, albo do śmierci w walce o byt. W miejscu, w którym wszystkie niedostatki, wady i następstwa ludzkich uczynków przybierają ogromne rozmiary. (…) Nieżyczliwość zamienia się we wrogość, wrogość przybiera postać dzikiej nienawiści, małostkowość staje się podłością, a ta ostatnia przeobraża się w zbrodnię. W tym mroku Swieta i jej listy były dla Lwa światłem i całym światem.

Autorowi udało się przekazać atmosferę emocji w nich zawartych, mimo że oboje bardzo powściągliwie je okazywali, ale to właśnie w nich wyznali sobie miłość, zapewniali o jej stałości i pewności, ustalali wspólne, bliskie i dalekie cele w życiu, planowali przyszłość, mając świadomość jej ulotności i niepewności. Zorganizowali nawet pierwsze, nielegalne odwiedziny Swiety w łagrze, mając pełną świadomość ogromnego ryzyka. Zwłaszcza dla Swiety. Dziewczyna pracowała w instytucie o znaczeniu wojskowym, zajmując się badaniami objętymi tajemnicą państwową. Już sama korespondencja z więźniem, „wrogiem ludu”, a tym bardziej nielegalny kontakt, groziła utratą pracy i zesłaniem. A mimo to z walizką w ręku i plecakiem pokonała 4340 km, aby pobyć z Lwem przez zaledwie kilka godzin.

Po latach wspominała – Jak mogłam tam pojechać, tak bez zastanowienia, nie znając warunków i wszystkiego innego? Nie wiem. To była głupota, na pewno. Chyba jakiś diabeł we mnie wstąpił!

   A ja myślę, że to właśnie była miłość!

   Listy obojga mają również ogromną wartość dla historyków. Dostarczają bogatej wiedzy o kontrastach wynikających z życia w obozie i życia mieszkańców w powojennej Moskwie.

   Nadal jednak zastanawiam się nad cudem przetrwania miłości, która nie miała prawa przetrwać rozłąki, odległości, lat nieobecności, izolacji fizycznej, koszmaru obozu, depresji Swiety, braku realnych perspektyw, zagrożenia i nieuchronności śmierci przez 15 lat!

   Czy to jest właśnie dowód na potęgę i moc nadziei wbrew wszystkiemu i wszystkim?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Poślij chociaż słowo. Opowieść o miłości i przetrwaniu w Gułagu [Orlando Figes]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: , , ,

Epigram na Stalina – Robert Littell

21 marca 2019

Epigram na Stalina – Robert Littell
Przełożył Krzysztof Obłucki
Oficyna Literacka Noir sur Blanc , 2010 , 330 stron
Literatura amerykańska

Akty heroicznych, czasami szalonych zamachów na dyktatorów systemów totalitarnych, jak na przykład przez Clausa von Stauffenberga i Wernera von Haeftena na Adolfa Hitlera w Wilczym Szańcu, są przez historyków pieczołowicie analizowane, opisywane, omawiane, podziwiane, a tym samym nagłaśniane. Takie same akty zainicjowane przez pisarzy słowem, już mniej. Być może według historyków zamach koniecznie musi być z bronią w ręku lub podłożoną bombą, by można było docenić bohaterstwo zamachowca, jego brawurę, szybkość i spektakularność, mimo że nie jest bez wad: wybiórcza skuteczność. Heroizm ludzi pióra może docenić tylko drugi pisarz w sposób w jaki potrafi najlepiej – pisząc o tym powieść. Tylko on w pełni rozumie ostrość, celność i zabójczość słowa utrwalonego w druku, którego trwałość jest nieskończona tak, jak pamięć zniewolonych narodów.
Tym razem zrobił to Robert Littell, znany twórca powieści szpiegowskich. Z mroków przeszłości wydobył jeden fakt historyczny, wokół którego obudował prawdopodobną fabułę zdarzeń. Bohaterem swojej opowieści uczynił rosyjskiego poetę Osipa Mandelsztama, duszącego się w systemie dyktatury zniewalającej człowieka. Przekonanego, że ciąży na nim obowiązek uprawiania prawdy na ugorze kłamstw. Cierpiącego z powodu zakazu publikacji swojej twórczości, która jak pięść waląca w okno, domagała się uwolnienia. Niepotrafiącego pisać jak rzemieślnik pod dyktando wyznaczonej linii realizmu socjalistycznego w sztuce, gdy dusza domagała się uwolnienia słów o indywiduum , które nazywał góralem kremlowskim, o całkowitej porażce bolszewickiej rewolucji w polepszaniu doli zwykłych ludzi, o transformacji Rosji w państwo policyjne znacznie gorsze od tego, które istniało pod panowaniem pożałowania godnych carów, którzy odebrali prawo poetom do pisania wierszy o najbanalniejszych sprawach ludzkich. Mającego potrzebę wyrzucenia z siebie tkwiącego mu w gardle krzyku gniewu. To z niej zrodził się jednoosobowy spisek przeciwko znienawidzonemu kaidowi, chozjainowi z Kremla i chęć zniszczenia go za pomocą wiersza rażącego pociskiem prawdy, która rozniesie się szerokim echem po kraju. I stworzył „Epigram na Stalina”, w tej powieści przetłumaczony przez Stanisława Barańczaka:

 

Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi,
Nie słychać i na dziesięć kroków, co szepczemy,

 

[Słyszymy jeno górala kremlowskiego,
Mordercę, oprawcę chłopskiego.]

 

Palce tłuste jak czerwie w grubą pięść układa,
Słowo mu z ust pudowym ciężarem upada.

 

Śmieją się karalusze wąsiska
I cholewa jak słońce rozbłyska.

 

Wokół niego hałastra cienkoszyich wodzów:
Bawi go tych usłużnych półludzików mozół.

 

Jeden łka, drugi czka, trzeci skrzeczy,
A on sam szturcha ich i złorzeczy.

 

I ukaz za ukazem kuje jak podkowę –
Temu w pysk, temu w kark, temu w brzuch, temu w głowę.

 

Miodem kapie każda nowa śmierć
Na szeroka osetyńską pierś.

 

Te kilkanaście wersów okazały się bardzo niebezpiecznym materiałem wybuchowym, siejącym niepoprawną myśl, niezgodną z przyjętą linią światopoglądową partii, która reagowała natychmiast likwidacją winnych zdrady osób. Osipa nie zamordowano w potocznym tego słowa rozumieniu. Zrobiono to pośrednio zsyłając go na wygnanie do Czerdynia, potem do Woroneża, by niszczony głodem, depresją, chorobą serca, arteriosklerozą i psychopatią schizoidalną, umrzeć w obozie przejściowym pod Władywostokiem.
Powieść czytałam jak dobry thriller, w którym elementy układanki opowiadane przez kilku narratorów, w tym fikcyjnych i istniejących historycznie, jak przyjaciele poety Borys Pasternak i Anna Achmatowa, zaskakiwały, zazębiały się o siebie ukazując powoli system wyrafinowanego, represyjnego, sprawnie działającego mechanizmu sterowania społeczeństwem. Procedurę tak dobrze znaną mi z „Archipelagu Gułag” Michaiła Szołochowa: denuncjacja, aresztowanie, przesłuchanie, proces lub jego brak, wyrok, podróż, obóz, najczęściej śmierć.
Przez każdy z tych etapów przeszedł Osip Mandelsztam, którego słowa-pociski były dla Stalina równie niebezpieczne jak zbrojny zamach, zdrada, spisek czy szpiegostwo.
Autor postawił piękny pomnik poecie, który marzył o końcu rządów Stalina i nie bał się tego urzeczywistnić, mając świadomość braku jakiejkolwiek ochrony, wsparcia i szansy przeżycia. Czy mógł wtedy powiedzieć, jak sugeruje Robert Littell: nie o nią chodzi; celem jest ratowanie Rosji, a nie mnie?
Nawet jeśli nie wypowiedział tego zdania, jego niepokorna twórczość i postawa mówi o tym wyraźnie i jednoznacznie.

 

Przyjrzałam się tym oryginalnym słowom, za które poeta zapłacił życiem. Faktycznie dla historyków może to być mało spektakularna broń. Zdjęcie pochodzi z wolnych zasobów Wikipedii.

 

 

Powieść bierze udział w plebiscycie Książka na lato 2010 organizowanym przez portal Przy Kominku oraz zaprzyjaźnione blogi, w tym i mój.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Portret – Pierre Assouline

Portret – Pierre Assouline
Przełożyła Anna Michalska
Oficyna Literacka Noir sur Blanc , 2010 , 199 stron
Literatura francuska

Gdybym miała przeczytać monografię historyka na temat dziejów obrazu, jego okolicznościach powstania oraz o jego właścicielach, żydowskiej rodzinie Rothschildów i czasach w jakich przyszło jej żyć, zdecydowanie powiedziałabym: nie. Ale gdy to samo zaproponował mi pisarz ubierając to w powieść, zdecydowanie powiedziałam: tak.
Opowieść zaczyna się 1 września 1886 roku w Boulogne-Billancourt pogrzebem Betty de Rothschild. Osiemdziesięciojednoletniej wdowy po Jamesie i matki czworga dorosłych już dzieci. Nie, nie jest smutno. Jest ciekawie, nawet bardzo. Dusza zmarłej zamiast odejść w zaświaty, wstępuje w swój własny portret pędzla Ingres’a, zdobiącego również okładkę tej książki. Baronowa Betty, wtopiona w obraz, zaczyna obserwować otoczenie wędrując na prawach spadkowych z pokolenia na pokolenie po domach pierworodnych synów, aż do czasów mi współczesnych. Podglądając życie toczące się w domu syna, potem wnuka i prawnuków, przysłuchuje się rozmowom rodziny i goszczącym u nich osobom. Obserwuje przychodzących, przygląda się zmieniającym czasom i ich obyczajom, łowi słowa i półsłówka, dyskretne gesty i spojrzenia, komentując i porównując z epoką jej młodości. Do tych wspomnień wystarczył jej jakiś kolor czy drobiazg, postać lub spojrzenie, słowo czy zapach, by dać się ponieść wspomnieniom i ukrytą furtką powrócić w miniony świat za sprawą tajemniczej pracy pamięci. Wydobyć z mułu niepamięci obrazy z życia wysoko urodzonych, wpływowych elit francuskich sfer, tak bliskie jej sercu, a tak przyjemnie wypełniających moją wyobraźnię o czasach dawnej arystokracji, w której pobrzmiewały polskie nuty emigrantów. O willach, pałacach i zamkach. Kolacjach kilka razy w tygodniu dla pięćdziesięciu osób. Balach w prywatnych salach mogących pomieścić do trzech tysięcy zaproszonych gości. Sukniach, toaletach i biżuterii wartych fortunę. Zasadach savoir-vivre w ubiorze, zachowaniu, a nawet konwersacji, która wykluczała w rozmowach towarzyskich temat pieniędzy i chorób. O początkach bajecznego majątku Rothschildów, jej nazwiska, tytułów i żelaznej zasadzie, przekazywanej przez umierającego ojca najstarszemu synowi: Trzymajcie się razem, a będziecie najbogatszymi ludźmi w Niemczech. Ta solidarność w obrębie rodziny, dbałość o jej jedność, w której mąż wnosił bogactwo materialne, a żona bogactwo duchowe, łączenie z aranżowanymi, wewnątrzrodzinnymi małżeństwami, kultywowanie tradycji religijnej przodków, nacisk na miłość, łączność i partnerstwo między rodzeństwem, na solidność i uczciwość noszonego nazwiska, zaowocowało jedną z największych fortun w Europie. Ale Betty miała świadomość, że taki majątek to również obowiązek i odpowiedzialność, zamykająca się w tym gorzkim stwierdzeniu: …mieć hojną rękę. I być świadomym, by nie doznać przykrego zawodu, że ludzie nigdy nie wybaczają dobra, którego od was doświadczyli.
I nie wybaczali.
Byli bezwzględnie bezlitośni w wypominaniu żydowskich korzeni. Betty była częstym świadkiem nieprzychylnych, szkalujących ją i jej męża rozmów toczonych pod obrazem. Znosiła to z godnością, choć z ogromnym żalem w duszy. Ona, kobieta o wielkim sercu, filantropka biednych, mecenas Balzaka, Chopina, Heinego i wielu innych artystów oraz sztuki w ogóle, ofiara zamieszek politycznych i wojennych, w trakcie których grabiono i rozkradano rodzinny majątek, mozolnie odzyskiwany w czasach pokoju.
A sam obraz?

 

 

Pomimo upływu lat pozostał niezwykły. O okolicznościach jego powstawania Betty snuje opowieść na końcu powieści, uzupełniając ją komentarzami odwiedzających muzea, którym od czasu do czasu rodzina wypożycza portret. Kontrastowość wypowiadanych opinii z duchem przeszłej epoki wprowadza Betty w stan konsternacji i niesmaku, bo jak można na jej rodowy herb umieszczony w górnym rogu, za którym stoi historia rodziny i epoki, mówić: logo podobne obrazkowi widniejącemu w rogu telewizora?
Obraz, który w momencie powstawania powieści wisiał w bibliotece Hotelu Lambert, roztacza wokół aurę niezwykłości do dziś. Może to sprawia nieobyczajna, jak na ówczesne czasy, poza z założeniem nogi na nogę? A może mlecznobiała skóra nasycona jasnością? A może jedwabna suknia i jej kolor nazywany różem afrykańskim, za każdym razem mający inny odcień w galeriach internetowych: Artchive, Olga,s Gallery czy oficjalnej stronie malarza Jean Auguste Dominique Ingres’a ? Cokolwiek by to nie było przyciąga wzrok, zwraca uwagę, przykuwa spojrzenie na dłużej, zmusza do zatrzymania się przy nim. Nawet będąc grafiką na okładce wydaje mi się być innym w świetle dnia, by wieczorem nabrać głębi koloru, cieplejszego tonu oświetlających go lamp. Wtedy lubiłam przyglądać mu się najbardziej. Po tej powieści to nie był już dla mnie tylko martwy obraz w muzeum, ale mit potęgi nazwiska Rothschild, rzeczywistość legendy, domy, które tętniły życiem, kolekcje, które wciąż żyją i ogromna wdzięczność muzeów narodowych.
Gdyby z każdego obrazu uczynić bohatera takiej powieści, napisanej tak pięknym językiem, historię sztuki znałabym równie dobrze jak realia życia współczesnego.

 

 

Powieść bierze udział w plebiscycie Książka na lato 2010 organizowanym przez portal Przy Kominku oraz zaprzyjaźnione blogi, w tym i mój.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi: