Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Karta nr 96/2018

24 marca 2019

Karta nr 96/2018
Wydawnictwo Ośrodek Karta
Kwartalnik

Przydałaby się w końcu cywilizacja bardziej kobieca, szczególnie w Polsce.

Tą myślą rozpoczął wstęp do 96 numeru Karty, nie, nie kobieta, a mężczyzna – Zbigniew Gluza. Zakończył jeszcze ciekawszą – Przywódcom – konserwującym „męskie” racje – można by podziękować. Swoje niepopularne poglądy uzasadniał w ten sposób – Pełna podmiotowość kobiet to większe szanse na rzeczywistość pacyfistyczną między ludźmi, wolną od zachowań autorytarnych. Dając życie, bardziej chronią one istnienie niż je wykorzystują. II Rzeczypospolitej nie udało się im ocalić, a tamtych dwóch dekad nie starczyło, by prawo kobiet do wybierania przekształciło eis w prawo do stanowienia. Potem było tylko gorzej – po II wojnie światowej i stalinizm, i cały Peerel były porządkami męskimi, skreślającymi role żeńskie z perspektywy systemu dyktatorskiego, zgodnie ze sprzecznymi z życiem regułami ideologii.

To nie znaczy, że ówczesne kobiety nie walczyły o swoje prawa.

Artykuł Polka niepodległa zawierał pełne pasji i argumentów wypowiedzi pionierek walczących o prawa kobiet w różnych dziedzinach – prawa wyborczego, do studiowania „męskich” kierunków i wykonywania „męskich” zawodów czy prawa do aborcji, którego w Polsce kobiety nie mają do dzisiaj. Do walki prowokowała jedna z największych buntowniczek międzywojnia – Irena Krzywicka. Dała sobie prawo ich reprezentowania, mówiąc – Zabieram głos w imieniu tych, co mają zwyciężyć. Reprezentuję siłę. Jeżeli nie jakość, to ilość, większość naszej cywilizowanej ludzkości – kobiety”. Była jednak rozgoryczona ich uległością i inercją, dodając – Tak bym chciała być dobrego zdania o kobietach! Są zdolne, mają zdrową energię do życia. Cóż, kiedy wciąż jeszcze takie niedorosłe i takie tchórzliwe, takie nieporadne i takie posłuszne. Kiedy to minie? Za dziesięć lat? Za dwadzieścia? Dajcie znać, kiedy się będzie można z wami porozumieć.

Ciekawe, jakie zdanie miałaby o kobietach współczesnych?

W artykule Konflikt wawelski, ku mojej radości, mogłam dokładnie prześledzić spór o miejsce pochówki Józefa Piłsudskiego między arcybiskupem Adamem Stefanem Sapiehą a ówczesnym rządem i narodem. Wspomniała o nim, a tym samym roznieciła ciekawość, Virgilia Sapieha w swoich wspomnieniach Amerykańska księżna. Tutaj mogłam przyjrzeć się mu od strony osób w niego zaangażowanych, czytając ich notatki i korespondencję. Komentarz Leszka Moczulskiego dodatkowo umiejscowił go w realiach politycznych ówczesnej Polski. Długo nad nim rozmyślałam. Nad racjami obu stron. Nad osobistymi i politycznymi przyczynami nieugiętych postaw w sporze, a przede wszystkim nad odważnym dla jednych i haniebnym dla innych czynem A. S. Sapiehy, którego charakter oddał wicemarszałek sejmu Tadeusz Schaetzel w swoim przemówieniu na nadzwyczajnej sesji sejmowej – Od przesunięcia tej trumny zatrzęsła się Polska. Ostatecznie rację przyznałam arcybiskupowi, który postąpił racjonalnie, a czego zabrakło w tym konflikcie. Były w nim przede wszystkim emocje, a tam gdzie one dominują, nie ma rozsądku, a tym samym warunków do dialogu. A.S. Sapieha zamiast dyskutować z emocjami, zadziałał w sytuacji patowej. W tym kontekście zastanawiam się, jakim cudem pochowano na krakowskim Wawelu parę prezydencką Lecha i Marię Kaczyńskich?

To dopiero zagadka!

Wraz ze wspomnieniami powstańca warszawskiego Olgierda Sawickiego Taki rozkaz prześledziłam jego drogę od konspiracji i udziału w powstaniu aż po obóz jeniecki. To przede wszystkim obraz śmierci najbliższych i miasta, który porównał do filmu oglądanego z rzędów, gdzie obowiązywało opanowanie.

Dużą część numeru zajęły fragmenty traumatycznych wspomnień, wydanych obecnie w formie książkowej, a których lekturę mam już za sobą – Przemytnicy życia Bernarda Konrada Świerczyńskiego, Miasto utracone Michaela Wiecka, Mrówka w słoiku Poliny Żerebcowej oraz antologię rumuńskiej literatury faktu Łacińska wyspa.

Tradycyjnie teksty licznie ilustrowano unikalnymi zdjęciami.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z czasopisma.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Czasopisma artykuły

Tagi: , , ,

I więcej nic nie pamiętam – Adina Blady-Szwajger

21 marca 2019

I więcej nic nie pamiętam – Adina Blady-Szwajger
Wydawnictwo Świat Książki , 2010 , 285 stron
Literatura polska

   Lubię, przed wejściem w treść książki, zapoznać się z jej aparatem informacyjnym. W tej zatrzymałam się na króciutkim fragmencie umieszczonym na skrzydełku i… pochyliłam głowę, żeby powstrzymać łzy, wyciszyć emocje i odpowiedzieć sobie na pytanie: czy dam radę czytać dalej? Zwłaszcza, że autorka wspomnień powstrzymywała się przed ich ujawnieniem 45 lat, wierząc, że …to, co się stało, nie jest ani do pisania, ani do czytania.(…) Bo to wszystko są tylko słowa. A ja nie jestem literatem i nie umiem znaleźć słów, które krzyczą.
   Ale zaraz potem, na tylnej okładce, kategoryczne zdanie Marka Edelmana, jednego z jej kolegów z czasów okupacji: Książkę trzeba przeczytać.
   Posłuchałam go.
   I mimo, że ciężar faktów pochylał mi głowę nad tą historią jeszcze kilka razy, by ochłonąć, by móc czytać dalej, móc towarzyszyć jej w ofiarowywaniu dzieciom łaski cichej śmierci, w spolegliwej obecności w łagodnym i godnym odejściu w śmierci głodowej, w miłosiernej eutanazji osób dorosłych, w niesieniu pomocy łączniczki ŻOB, podszytej wszechobecnym strachem przed śmiercią, zapijanym alkoholem, brnęłam dalej, z uporem. Przyglądałam się, jak te wspomnienia odzierają z mitu szlachetnego bohaterstwa, bo niezupełnie wynikającego wyłącznie z odwagi i altruizmu. Był jeszcze zwykły, człowieczy lęk, rozpacz, depresja, chęć życia, głód, własny egoizm, próby samobójcze, tchórzostwo, aborcje. Przeżycia, które skutecznie dusiły chęć dzielenia się nimi z kimkolwiek, z nadzieją, na całkowite zapomnienie, pogrzebanie w głębinach pamięci, bo jak pracować po wojnie jako pediatra, gdy pierwsze kroki w tym zawodzie zaczęło się od zabijania dzieci? Bo przecież nie zaczyna się pracy lekarza od prowadzenia ludzi zamiast do życia – do śmierci.(…) I nic nie pomaga, że wiem, że to wszystko było właśnie po to, żeby ratować życie ludzkie, że to wszystko było konieczne…
   Tak jak koniecznym było przeczytanie tej książki, przebrnięcie przez ból i koszmar czyjegoś życia, by móc odpowiedzieć na zadawane mi pytanie: po co ty czytasz TAKIE książki?!
   Dotychczas podawałam kilka argumentów, które od niedawna zastępuję tylko jednym: po to, aby ani mnie, ani moim dzieciom, moim wnukom, prawnukom i praprawnukom nigdy nie przyszła do głowy myśl kradzieży napisu „ARBEIT MACHT FREI” znad oświęcimskiej bramy obozowej, ani żadnej rzeczy, która ich jest.
   Tyle jestem im winna, a zarazem tylko tyle… wysłuchać, przeczytać, pamiętać, przekazać.
   To nie jest ponad moje siły.

   Inni czynią dużo więcej. Na podstawie tych wspomnień Remigiusz Grzela przygotowuje program do spektaklu, w którym gra Alina Świdowska, córka autorki.
   To jest jeden z tych momentów, w którym żałuję, że mam tak daleko do Warszawy.

 A wśród nich młodziutka lekarka, która musiała zabijać…

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Żydówka Noemi – Jerzy Stegner

Żydówka Noemi – Jerzy Stegner
Wydawca Gdański Kantor Wydawniczy , 2010 , 365 stron
Literatura polska

   Ludzie cenzury, którzy pozwalali mi do tej pory czytać książki o Holokauście tylko zgodne z ich światopoglądem i przez nich akceptowane, stworzyli mi świat składający się wyłącznie z pomników na piedestałach. Smutne jest to, że na pewno nie mnie jednej. Na podstawie jedynych, słusznych wspomnień ludzi, którzy przeżyli czas okupacji, zdążyłam sobie zbudować system sądów, według których mogłam , w swoim mniemaniu, sprawiedliwie oceniać i słusznie dzielić na dobrych i złych, na bohaterów i zdrajców, na wartych pamięci i tych skazanych na zapomnienie. Do czasu. Dopóki mogły zacząć ukazywać się takie książki jak Żydówka Noemi, której nikt od lat 80. nie chciał wydać jako niepoprawnej politycznie. A kiedy to się stało, autor nie dożył tego momentu, a ja siedzę właśnie na ruinach moich wypracowanych zasad ocen, zmuszona konstruować je od nowa.
   A wszystko zaczęło się od dwóch Żydówek. Jednej zastrzelonej po aryjskiej stronie Warszawy, zimą 1942 roku przed kamienicą rodzinnego domu głównego bohatera Leszka i drugiej, znalezionej na strychu tejże kamienicy. Wcale nie wynędzniałej, brudnej, zawszonej i w łachmanach, jak wyobrażała sobie jego rodzina, ale zadbanej i przede wszystkim pięknej dziewczyny – Noemi, która po przenocowaniu odeszła. Leszek nie mogąc o niej zapomnieć, postanawia ją odnaleźć. Historia tych trudnych poszukiwań, wymagających niebezpiecznych wejść do warszawskiego getta, jest tajemnicza, pełna zaskoczeń, niespodzianek, stale zmieniających się okoliczności i osób z nimi związanych. Ale to nie ona jest najważniejsza. Jest przede wszystkim tłem do ukazania jednego z oblicz warszawskiego getta. Nie tego, które znałam do tej pory z dotychczasowych opisów: getto nędzy, zarazy, głodu i ludzkiej niewoli, o którym będą później pisać książki, kręcić filmy, grać sztuki, a tych nielicznych, ocalałych, podziwiać. Ale to getto podziemne, niewidoczne na zewnątrz, niedostępne dla niewtajemniczonych, w którym Żydzi, Polacy i Niemcy, jak bracia we wspólnym i wzajemnie korzystnym interesie, prowadzili nielegalną produkcję, nielegalny handel czy szmugiel na ogromna skalę. Drugie getto z Żydami bogaczami, u których jada się pieczone kurczaki podlewane francuskim winem, gdzie kawiorem smaruje się grzanki, gdzie gra się w karty na dolary i funty. „Moje” getto, w którym strzelano do jego mieszkańców jak do kaczek i którym pozwalano zdychać jak psom na ulicy, okazało się być również gettem, w którym Niemcy przychodzą, trzymając czapkę w ręku i prosząc o pozwolenie wejścia do mieszkania. W którym obok żebrzących w ulicznych rynsztokach czy gromadzonych do wywozu do obozów koncentracyjnych na Umschlagplatzu, bardzo dobrze prosperują luksusowe lokale z prostytutkami, w których Niemcy w cywilu, alfonsi, urzędnicy z Judenratu czy handlarze ubijają wspólny interes. Każdy swój własny, osobisty, egoistyczny. Wszystko by przeżyć, by wyrwać się z tego piekła, w którym nie ma miejsca na skrupuły i wyrzuty sumienia, gdy w grę wchodzi własne życie, przetrwanie. Nawet po trupach innych. Dosłownie.
    Autor opisując tę absurdalność podwójnej rzeczywistości nie osądza jednak jej bohaterów i nie daje takiego prawa również mnie. Wręcz uniemożliwia mi jego zdobycie usuwając wszelkie stałe punkty odniesienia. Żadna z postaci tej powieści nie jest jednoznaczna, stała w swoich poglądach i postawach, a jeśli jej się wydaje, że jest, okoliczności lub inni ludzie zmuszają ją do wyboru, do opowiedzenia się, do podjęcia decyzji. Za niezdecydowanych wybierają sami i w jednej chwili z bohatera czynią zdrajcę, a z kolaboranta patriotę.
    Właśnie tak wyglądało realne życie w okresie okupacji, bez ukrywania lub nadmiernego eksponowania którejkolwiek z jego ciemnych i jasnych stron. Nawet słownictwo wplecione w dialogi ówczesnych mieszkańców Warszawy w swoim autentyzmie były jednak niepoprawne politycznie: Żydziak, aryjak, palestyński wymoczek, Żydziątko.
I mimo, że ta historia była opowiedziana językiem niezaangażowanego narratora, zdystansowanego do uczuć i przeżyć bohaterów, naocznego świadka wykorzystanych w tej powieści faktów, to jednak scena końcowa, oparta na poznanych wydarzeniach z życia jednej z bohaterek, chwyciła mnie mocno za gardło z pytaniem: Ale co ciebie to obchodzi? Ciebie, sędziego, który patrzy na życie jak widz w kinie na film, ciebie i wszystkich tych sędziów, którzy sądzić nas będą po wojnie. I wydawać wyroki. Czy ty znasz mój ból, moje cierpienie, poniżenie, wstyd?
    Wycofuję się.
    Mogę być widzem by poznać prawdę, ale nie chcę być sędzią, a tym bardziej uczestnikiem takich czasów sprawdzających poziom człowieczeństwa w człowieku. Nie chciałabym się przekonać ile we mnie z morderczyni, zdrajczyni, prostytutki i egoistki, a ile altruistki, filantropki, siostry miłosierdzia i patriotki.
    Nigdy.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Ich Miasto – Anis D. Pordes , Irek Grin

Ich Miasto: wspomnienia Izraelczyków, przedwojennych mieszkańców Krakowa – Anis D. Pordes , Irek Grin
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2004 , 311 stron
Literatura polska

Unikatowy i niezwykle ciekawy obraz przedwojennego życia krakowskiej społeczności żydowskiej w brzydkiej oprawie – tak określiłabym tę książkę. Zawarty w niej zbiór wywiadów z Izraelczykami, urodzonymi i spędzającymi swoje dzieciństwo oraz okres młodzieńczy w Krakowie, jest pokłosiem pracy doktorskiej Anis Pordes. Metodologia pisania takiej pracy wymaga ściśle określonych zasad, które gwarantują rzeczowość i wiarygodność badań.
Niestety, w książce metoda badawcza (wywiad) jaką się posługiwała, stała się jej wadą. Raziła mnie schematyczność i powtarzalność zadawanych pytań, którą rzadko burzyło zapytanie niestandardowe, nasunięte pod wpływem ciekawej informacji zwrotnej, impulsu, sprawiające tym samym wrażenie „zaliczania” kolejnego wywiadu z następną osobą. Nieprecyzyjność pytań implikowała odpowiedzi mijające się z tematem narzucanym przez autorkę. Prośby kierowane w formie: proszę opowiedzieć o swojej rodzinie, trafiając na osobę małomówną spełniały się po dwóch zdaniach, wyczerpując potencjał informacyjny jej pamięci. Umieszczanie kilku zagadnień, tematów czy pytań w jednym, gubiło oczekiwaną treść w odpowiedzi, o którą autorka często już się nie dopominała. Czułam ten brak dziennikarskiego profesjonalizmu w prowadzeniu rozmowy.
Jednak wszystkie te niedogodności, w miarę czytania, w pełni rekompensował i zacierał fascynujący obraz życia przedwojennego Krakowa wyłaniający się z zamglonej pamięci, obecnie bardzo starych ludzi, nierzadko już nieżyjących, zmarłych tuż po spotkaniu z autorką. Znowu ożył przed moimi oczami, jak w niemym kinie z lektorem, obraz krakowskich uliczek tętniących życiem ich mieszkańców. Znów zobaczyłam przewiązkę pomiędzy Meiselsa i Józefa, sprzedawcę kapeluszy na Szerokiej, spieszących na modlitwę pod Starą Synagogą, tłum kibiców na boisku Makabi, szyldy sklepików przy Krakowskiej:

text

Targ rybny przed Synagogą Izaaka:

text

Dzieci bawiące się na targu wśród dorosłych:

text

Czy przechodniów spieszących do domów z modlitwy porannej w szabat na rogu Józefa i Bożego Ciała:

text

Życie, po prostu tętniące życie w przedwojennym Krakowie, w którym Żydzi byli jego stałym i nieodłącznym elementem. Ich Miasto obdarzane miłością nieodwzajemnioną, w kraju, który zmusił ich do opuszczenia grobów swoich przodków w okresie powojennym. Miasto, które żyje w nich do dzisiaj, którego plan, układ ulic znają na pamięć, spacerując po nich często w snach. Miejsce, które odwiedzane po kilkudziesięciu latach wywołuje w nich burzę emocji i wzruszeń, ponownie ożywając. Znów bawiły się dzieci naprawdę, jeździły na hulajnogach i rowerkach, takich trzykołowych, ale ja widziałam te dzieci pejsate. Słyszałam matki, jak wołają dzieci na kolację, i słyszałam język żydowski, którego właściwie nie znam, a tam go słyszałam. – jak wspomina kobieta ukrywająca się pod inicjałami I. J. Tak, byli i tacy wśród rozmówców, w których lęk przed prześladowaniami 60 lat po wojnie tkwi do dziś. Zrozumiałam to po opowieści Stenii Manheim, w której opisuje swój pierwszy wyjazd do Krakowa w 1997 roku. Na podwórku jej rodzinnego domu, z czasów swojego dzieciństwa ujrzała ogromne graffiti, które często można spotkać w miastach i miasteczkach całej Polski : „Żydzi do gazu!” i jak sama wspomina : Sparaliżowało mnie w tamtej chwili. Zobaczyłam wtedy, jak w czasie wojny przez okno patrzę na sąsiadów, którzy wychodzą, aby pójść do gazu…
Bolesne wspomnienia, potęgowane przez współczesnych Polaków antysemickimi hasłami i postawami, przepojone ogromną tęsknotą i nostalgią za ich miejscem urodzenia. Dla jednych cmentarz, na którym pozostawili najbliższych, dla innych ukochane miejsce zamknięte w przeszłości, którego nie chcą już oglądać współcześnie, bo serce może nie wytrzymać, a dla niektórych bolesna miłość wyznawana w słowach: Kocham Kraków, ale otwierają mi się tam rany, serce boli i łza się kręci w oku.
Ich Miasto, którego już nie ma, które odchodzi z każdą umierającą pamięcią jego dawnych mieszkańców, a które pozostanie tylko między innymi w tej książce.
Na podstawie tych 20 wywiadów Irek Grin, autor wstępu, napisał społeczno-obyczajową powieść „Ze złości”. Czytając ją kilka lat temu, miałam wrażenie, że napisał ją wiekowy staruszek, Żyd, mieszkaniec przedwojennego Krakowa. Dziwiłam się, skąd tak młody człowiek czerpał tak bogatą wiedzę, by móc w tak realny, wręcz namacalny, a zarazem precyzyjny sposób opisać ówczesną rzeczywistość środowiska żydowskiego.
Teraz już wiem skąd. Wspomina o tym we wstępie do tej książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Skrzypce z Auschwitz – Maria Ángeles Anglada

Skrzypce z Auschwitz – Maria Ángeles Anglada
Przełożyła Anna Sawicka
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2010, 126 stron
Literatura hiszpańska (katalońska)

   To dobrze, że są pisarze, którzy poprzez swoją twórczość przejęli pałeczkę pamięci od świadków Holokaustu, więźniów obozów koncentracyjnych. Bo nadal istnieją czytelnicy chcący czytać, poznawać i zrozumieć trudną historię II wojny światowej poprzez takie opowieści jak ta. Historię Daniela, polskiego Żyda, z zawodu lutnika, który w obozie Auschwitz staje się przedmiotem zakładu o skrzynkę wina i jego życie między dwoma wysokimi rangą nazistami w administracyjnej hierarchii obozowej. Ma wykonać skrzypce tak doskonałe jak instrument Stardivariusa w określonym, nieznanym mu terminie. Ale pomimo, że Daniel, skrzypce i wyścig o życie są główną fabułą tej opowieści, to równie ważną rolę odgrywa czas, w którym się toczy. Osadzona w realiach obozu koncentracyjnego jednym przypomina, innym przekazuje wiedzę i pamięć o czarnych kartach historii tamtego okresu. Aby ją uwiarygodnić i ukazać precyzyjność działania systemu eksterminacji i jego wykonawców, autorka przed każdym kolejnym rozdziałem przedrukowała autentyczną treść z oryginalnych dokumentów obozowych. I nieważne, że było w niej trochę patosu, który mi odrobinę przeszkadzał. Może dlatego, że jestem przyzwyczajona do wspomnień surowych, szorstkich, odartych z metafor, często pisanych prostym językiem przez ludzi bez daru przekazywania słowa, zwykłych uczestników wojennych wydarzeń. Ale ważna jest dla mnie nomenklatura tamtych czasów i nie mogę zgodzić się na jej nieścisłość, która zakradła się do tej opowieści, popełnioną przez autorkę? tłumaczkę? Użyte w niej słowo łagier – Widział ją, pracującą w szwalni mundurów wojskowych Tischa, w tym raju, o którym szeptano po kątach w łagrze. – jest przynależne obozom sowieckim. Może to szczegół, ale ważny. Tak, jak ważnym jest budowanie rzetelnej wiedzy czytelników. A przecież o to głównie chodziło pisarce, która musiała poprzez jeden los, jedną, krótką historię więźnia opowiedzieć o hitlerowskim ludobójstwie. Dlatego dbam o takie szczegóły tak, jak Polacy dbają o poprawną nazwę „niemieckich obozów koncentracyjnych na terenie Polski”.

Pisarka wiedzę o trudnej sztuce tworzenia skrzypiec i jej terminologii zasięgnęła u lutnika, a ja, by móc zobaczyć, która ich część to dusza, obejrzałam ten film.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

I była miłość w getcie – Marek Edelman

I była miłość w getcie – Marek Edelman
Wydawnictwo Świat Książki , 2009, 195 stron
Literatura polska

    I była miłość w getcie…
    Oczywiście, że była. Nie miałam żadnych wątpliwości. Byłam tego pewna. Czytałam mnóstwo opisów jej obecności w różnorodnych postaciach, w różnych sytuacjach. Choćby Adiny Blady-Szwajger. Skąd więc u autora wspomnień ta chęć, wręcz wewnętrzny przymus zaakcentowania jej poprzez tę książkę? To pytanie nie dawało mi spokoju. Wsłuchując się w migawki pamięci, przyglądając się strzępom wspomnień, które były bardziej mówione niż pisane, bardziej opowiadane i tak też zapisane z zachowaniem mowy potocznej przez słuchającą go Paulę Sawicką, przyglądałam się tej miłości widzianej, postrzeganej i odbieranej przez narratora bardzo subiektywnie i osobiście. Wyławiał ją z morza zła, nie mogąc całkowicie jej oddzielić, odciąć. Była takim samym elementem ludzkiej egzystencji, jak potrzeba życia, jedzenia, bezpieczeństwa. Wczytując się w obrazy miłości zachłannej, z nagła ogarniającej ludzi, pozwalającej przeżyć otaczający ich koszmar, pokonać wszechobecny lęk, widziałam jak stawała się dla jednych tarczą, dla innych motywem działania, chęci przeżycia, ale i trudnych wyborów między własnymi dziećmi a ukochanym, między ukochanym a własną matką, miedzy życiem swoim a swojego dziecka. Była motorem działania w imieniu dobra, słusznie moralnego wyboru. Pozwalała człowiekowi być nim nadal wbrew panującemu wokół zezwierzęceniu.
    Ale dlaczego o tym szczególnie pisać?
    Dlaczego autor musiał o tym opowiedzieć, chociaż nawrót wspomnień był bardzo bolesny, pomimo braku jakiejkolwiek wzmianki o miłości własnej? Dlaczego przywoływał obrazy o śmierci najbliższych, o zagrożeniu własnego życia, stałej niepewności jutra? Dlaczego wyławiał wspomnienia, które pomimo upływu lat, nadal miały moc koszmarów wczorajszego dnia, które, gdy już nie wytrzymywał ich ciężaru i natłoku, przerywał krótkim: Już dosyć. No, już. Dosyć.? Po co więc ponowne cierpienie? Czy tylko po to, by je z siebie wyrzucić, bo jak sam mówił: Do teraz trzymałem to w brzuchu? Odpowiedź znalazłam na końcu książki w pytaniach autora: Dlaczego nikt nie pyta, czy w getcie była miłość? Dlaczego nikogo to nie interesuje? (…) To ona pozwalała trwać. A on jest już ostatni, który znał tych ludzi z imienia i nazwiska, a pewnie nigdy nikt ich już nie wspomni. Trzeba, żeby został po nich jakiś ślad.
    Dla tych, którzy przyszli po nich.
    Dla młodego pokolenia, żyjącego w demokracji, w której w imię swobód demokratycznych na ulicach miast odbywają się parady nienawiści i nietolerancji. Dla tych, którzy zatracili pierwotne pojęcie miłości myląc je z miłością własną. Dla tych, którzy czując ją boją się jej manifestacji. Dla tych, którzy są odpowiedzialni za wychowanie młodych ludzi i uczenie w szkołach, w przedszkolach, na uniwersytetach, że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem. Bo nienawiść dużo łatwiej wzbudzić, niż skłonić do miłości. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia. By poświęcenie tych wszystkich ludzi przywołanych przez autora nie zmarnowało się. By ktoś kiedyś mógł napisać o obecnych pokoleniach współczesnego świata: i była miłość wśród ludzi…

Tutaj wysłuchałam rozmowy Filipa Łobodzińskiego z Markiem Edelmanem na temat tej książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Złodziejka książek – Markus Zusak

Złodziejka książek – Markus Zusak
Przełożyła Hanna Baltyn
Wydawnictwo Nasza Księgarnia , 2008 , 495 stron
Literatura australijska

W tej książce jest śmierć. Na okładce, na każdej stronie snutej historii i w narracji. Pan śmierć, tak ON, który łamie wszystkie stereotypy i schematy go dotyczące. Nie ma sierpa ani kosy, ani trupiej czaszki zamiast głowy, za to jest wyposażony w dar synestezji. Widzi najpierw kolory, a potem ludzi, najpierw barwy otoczenia, a potem miejsce, w którym się znalazł. Zajmuje się wyczerpującym zajęciem przyjmowania w swoje ramiona dusz opuszczających ciało, planowanym gdzieś tam odgórnie. Ktoś musi to robić i nie ma nikogo, kto mógłby go zastąpić, dlatego czasami jest wyczerpany, zmęczony. Zwłaszcza, gdy ludzie swoim zachowaniem wywołującym wojny, dostarczają mu zajęcia w masowych ilościach. Wtedy ma ochotę wszystko to zdeptać, zmiąć gazetowe niebo i wyrzucić w kąt, ale również, przedzierając się przez gąszcz zbieranych dusz i stojących za nimi historii, ma okazję przyjrzeć się ich przeszłości. Z tego morza dusz wyłowił jedną, dziewczęcą. Dziesięcioletniej Liesel Meminger.
Dlaczego właśnie ją?
Bo kochała książki. Uwielbiała słowa niosące ze sobą nowe znaczenia, inne światy. Ceniła ich dar budowania i nienawidziła siłę niszczenia. I ilekroć śmierć ją spotykał, tylekroć właśnie je kradła. Chociaż, moim zdaniem, prawdziwej kradzieży dopuściła się tylko raz i to w słusznej sprawie.
Nie dziwię się temu wyborowi śmierci. Sama postrzegam w tłumie najpierw tych pochylonych nad książką, mających moc przykuwania mojej uwagi. Widzę zamarłą wokół nich przestrzeń, wyłączoną z otaczającego ich świata, niemal ciszę jak w oku cyklonu. Być może śmierć widział jeszcze kolor? Ciekawe jaki? Choć opowiadał dużo o barwach godziny, nieba i pory dnia, ale o tym niestety nie wspomniał. Za to pięknie opowiedział historię tej złodziejki książek, a nawet ją narysował:

 

 

 

Na tym obrazku zamieścił wszystko: Liesel, jej przyjaciela Rudy’ego, niemiecki kraj w czasie II wojny światowej, Hitlera, siebie w stosie trupów i zwyczajne życie, w którym świeci słońce. Jednym zdaniem, jak sam określił: Był to wspaniały dzień, a nazistowskie Niemcy były cudowną krainą.
Jak to możliwe?
Możliwe jeśli się ma dziesięć lat, żadnej wiedzy na temat II wojny światowej dopiero się zapisującej na kartach historii, nie rozumie się polityki świata dorosłych, posiada kochających rodziców zastępczych i wspólne , niebezpieczne z nimi tajemnice, rozkochanego w sobie przyjaciela i miłosierną zdolność przystosowywania się do warunków, których nie jest się w tak wczesnym wieku skonfrontować z tym, jak powinno być. Po prostu świat dziecka: prosty, nieskomplikowany, w którym Paranoja nastolatki jest przytłaczająca. Ulga nastolatki graniczy z euforią. Myliłam się jednak, że przejdę przez tę opowieść bez jednego wzruszenia, bez jednej łzy, mimo że śmierć robił wszystko, aby mi tego oszczędzić. Uprzedzał fakty, nie doprowadzał mojej ciekawości do granic cierpliwości, nie stopniował napięcia, wcześniej odkrywał tajemnice, uprzedzał fakty, zapowiadał rozwiązanie problemów, zdradzał końce historii, bo jak sam mówił: Tajemnice nudzą mnie i męczą. (…) To mechanizmy, które napędzają wydarzenia, interesują mnie, zadziwiają, konsternują i denerwują. Więc mnie nie zadziwiał, nie konsternował i nie denerwował. Pokazywał przeszłość i przyszłość bohaterów we wszystkich barwach, które tak lubił i poprzez które postrzegał wydarzenia. Wojnę i zaplątane, zagubione w niej dziecko.
Nie pomogło.
Bo nie w odkrytych kolorach życia tkwiła tajemnica emocji, ale w więziach międzyludzkich świata dziecięcego niszczonego przez dorosłych i w bezradności samego śmierci wobec takiego świata.
Bezsilność też wywołuje łzy.

 

Złodziejka książek [Markus Zusak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

Tutaj obejrzałam film promujący tę książkę.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

I była dzielnica żydowska w Warszawie – Władysław Bartoszewski , Marek Edelman

I była dzielnica żydowska w Warszawie: wybór tekstów – Władysław Bartoszewski , Marek Edelman
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2010 , 372 strony
Seria Literatura Faktu PWN
Literatura polska

Czytając zbeletryzowane powieści, których akcja toczy się w warszawskim getcie takie, jak Żydówka Noemi Jerzego Stegnera, zawsze zastanawiałam się ile w nich prawdy? Jak odróżnić fikcję literacką od faktów, na których opierają się pisarze wykorzystujący tło wojenne do snutej fabuły? Brakowało mi całościowego, obiektywnego obrazu historii getta żydowskiego w Warszawie w szerszym kontekście, postaw Polaków czy ówczesnej polityki innych państw. Obraz ten dodatkowo zamazywał żal i pretensje zarówno Żydów do Polaków o brak poparcia, pomocy, kolaborację na ich szkodę, Żydów do świata o milczenie w obliczu zagłady narodu żydowskiego i wreszcie Żydów do samych Żydów o bierność, brak oporu, o uległość wobec Niemców. Trochę się w tym gubiłam, by po lekturze tej książki zrozumieć dlaczego. Czytane przeze mnie dotychczas pozycje prezentowały jeden pogląd, jedną rację, czasami forsowaną przez autora jako jedynie słuszną, jedną postawę wobec sytuacji getta warszawskiego i jej mieszkańców, uniemożliwiając mi wypracowanie jednoznacznego, w miarę obiektywnego poglądu popartego bezspornymi faktami.
I oto nareszcie otrzymałam książkę zawierającą wspomnienia wraz z ilustrującymi te słowa przedrukami dokumentów historycznych w postaci obwieszczeń, raportów, odezw, meldunków, przemówień, deklaracji, oświadczeń, sprawozdań polskich, niemieckich i żydowskich, świadków tamtych wydarzeń: zakładania, funkcjonowania i likwidowania getta warszawskiego w latach 1940-43. Wspomnienia dwóch mężczyzn, przedstawicieli dwóch narodów:

 

 

Żyda, socjalisty, członka Bundu, mieszkańca getta, uczestnika akcji zbrojnej ŻOB w getcie warszawskim i Polaka, członka Rady Pomocy Żydom, mieszkańca strony aryjskiej skonfrontowanych w jednej publikacji, ale w tamtych czasach stojących po różnych stronach muru getta i mających inny ogląd (co nie znaczy różny) na tę samą sprawę. Ta wspólna wymiana wspomnień, myśli, ocen dała mi gwarancję obiektywizmu, ugruntowania faktów w szerokim kontekście historyczno-politycznym, a przede wszystkim wypracowania własnego poglądu na ten trudny i bolesny dla obu stron temat.
I tak jak zawiła jest historia, w której nic nie jest tylko czarne lub tylko białe, tak i w tym przypadku prawda leży pośrodku. Wielka, milcząca, wstydliwa, rozciągająca się od skrajnych postaw Polaków-kolaborantów denuncjujących Żydów do Polaków-altruistów oddających życie za pomoc Żydom, indywidualną lub zorganizowaną poprzez ogniwa Rady Pomocy Żydom, poprzez pomoc zbrojną AK czy akty prawne potępiające donosy i wykonujące wyroki śmierci na kolaborantach. Ale te postawy stanowiły niewielki statystyczny ułamek ówczesnego społeczeństwa polskiego. Pomiędzy tymi dwiema moralnymi skrajnościami rozciągała się ogromna przestrzeń nijakości. Milcząca obojętność zarówno Żydów, którzy nie byli w stanie uwierzyć w hitlerowską politykę eksterminacyjną ich narodu, że można ludzi mordować za to, że mają taki, a nie inny kolor włosów czy oczu, za to, że są innego pochodzenia, odrzucający ludobójczą prawdę, poddający się ufnie polityce niemieckiej. Polaków sterroryzowanych przez niemieckiego okupanta karą śmierci za udzielanie jakiejkolwiek pomocy Żydom i ograniczonymi możliwościami pomocy zbrojnej bojownikom ŻOB po wyniszczających walkach wrześniowych z niemieckim najeźdźcą, ale przede wszystkim inercją świata. Ówczesnych państw koalicyjnych odrzucających doniesienia i raporty dostarczane przez polskich i żydowskich agentów z okupowanej Polski początkowo jako trudne do uwierzenia, by potem problem zbywać obietnicą kary po zakończeniu działań wojennych.
Nie ma jednego winnego. Są nimi wszyscy ci, którzy byli obojętni na ówczesne zło. Dwadzieścia lat po wojnie tę moją konkluzję ubiera w dosadniejsze słowa ówczesny sekretarz Światowego Komitetu Koordynacyjnego Bundu w Nowym Jorku: Tym samym świat nieżydowski ponosi współodpowiedzialność za los sześciu milionów Żydów.
Ta książka to też swoiste przesłanie obu autorów poprzez słowa Marka Edelmana cytowane przez Władysława Bartoszewskiego: Jeśli się przyglądasz złu i odwracasz głowę, albo nie pomagasz, kiedy możesz pomóc, to stajesz się współodpowiedzialny. Bo twoje odwrócenie głowy pomaga tym, którzy dopuszczają się zła. Którzy w imię obrony cywilizacji, chrześcijaństwa i walki z bolszewizmem, jak argumentowali Niemcy swoje zbrodnicze działania, przy wymownej bierności przyglądającemu się światu, meldowali jednocześnie przełożonym: „Es gibt keine judisches Wohnbezirk in Warschau mehr!”(Nie ma już dzielnicy żydowskiej w Warszawie), pozostawiając za sobą pustynię gruzów i ponad 56 tysięcy zgładzonych istnień ludzkich:

 

 

Ale dzielnica żydowska istnieje nadal w przestrzeni historycznej, w świadomości moralnej jak wyrzut sumienia, w sercu każdego nieobojętnego człowieka, czy chociażby na takich mapach jak tej umieszczonej na wyklejce książki:

 

 

W środku której, znajduje się Muzeum Więzienia Pawiak, miejsce kaźni zarówno Żydów jak i Polaków. Zbezczeszczenie stojącego tam drzewa-pomnika odebrałam jak cios w serce. Nie chcę być obojętna tak, jak ten, który to uczynił, bo zdolność do przeciwstawiania się złu nie wynika z wiedzy o istnieniu zła, ale z kondycji moralnej każdego z nas, jak pisze Władysław Bartoszewski.
Mam nadzieję, że kradzież napisu znad oświęcimskiej bramy obozowej i zniszczenie pomnika przy Muzeum Więzienia Pawiak to incydenty, że kondycja moralna moich rodaków pozwala na ocenę skutków takich czynów, na reakcję. Staram się nie być gapiem i najlepiej jak potrafię rozmawiam, uczulam, wyjaśniam, polecam między innymi takie książki i piszę o tym również tutaj.
Obojętność zabija.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: