Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Dlaczego nie jestem muzułmaninem – Ibn Warraq

13 lipca 2019

Dlaczego nie jestem muzułmaninem – Ibn Warraq

Przełożyli Karolina M. Wielgat , Gwidon Kuśmierek

Wydawca Stowarzyszenie Europa Przyszłości , 2013 , 506 stron

Literatura angielska

   Obecnie uważam się za świeckiego humanistę, dla którego wszystkie religie są urojeniami chorych ludzi, w sposób oczywisty nieprawdziwymi i szkodliwymi.

   Już to zdanie autora umieszczone we wstępie jednoznacznie określało zawartość publikacji. Wyraźnie sugerowało o opisie drogi od wychowania w muzułmańskiej rodzinie, poprzez zwątpienie, potem poszukiwanie odpowiedzi po stanie się sceptykiem, a potem krytykiem religii nie tylko muzułmańskiej, ale religii w ogóle.

   Każdej.

   I jeśli nawet napis umieszczony u dołu strony tytułowej brzmi:

To ostrzegałabym jego zwolenników. Autor wykorzystał islam tylko jako przykład, bo był w nim wychowywany i dobrze go znał, a tak naprawdę powoływał się również na judaizm i chrześcijaństwo. Dostarczał argumentów tylko i wyłącznie ateistom, posuwając się w swoich rozważaniach do poglądów skrajnie radykalnych w negacji wiary, Boga i jego wszystkich proroków. Poddawał w wątpliwość historyczne istnienie Abrahama, Jezusa i Mahometa, sugerując legendarne ich pochodzenie tak, jak Herkulesa. A to tylko jeden przykład z wielu „bluźnierczych” poglądów. Swoje negujące rozważania krytyczne popierał licznymi poglądami, opiniami, koncepcjami, wywodami znanych badaczy filozofii, teologii i nauki (Stephen Hawking, Richard Dawkins). Głównie opozycyjnie nastawionych do religii jako takiej. Czynił to świadomie, ponieważ chciał dostarczyć jak najwięcej argumentów w odpowiedzi na swoje tytułowe pytanie, a raczej tezę. Swoją polemikę uczynił bardzo skrupulatną i szczegółową, zaczynając od historii islamu, jego zasad i dogmatów, proroka Mahometa, opisu Koranu na roli islamu na Zachodzie skończywszy. Rozważania rozszerzał na judaizm i chrześcijaństwo, jako religię jednej wiary w tego samego Boga.

   Nie przekonał mnie jednak.

   Dla osoby niezorientowanej treść publikacji może wydawać się bardzo merytoryczna i obiektywna. Przekonywać ogromem zgromadzonego materiału źródłowego i częstymi cytatami z Biblii i Koranu. Stworzeniem przestrzeni dla polemiki wielu głosów, która sprawiała pozytywne wrażenie rozmachem i wynikającymi z niej wnioskami. Jednak wiele z tych myśli było dla mnie nielogicznych, a nawet kłamliwych. Zgodzę się, że można zaprzeczać istnieniu Boga, bo to jest kwestia wiary, a nie rozumu. Nie przeszkadzało to jednak autorowi stosować metod rozumowych do udowadniania kwestii z natury duchowych, wymykających się racjonalnej nauce. To z ich pomocą dostarczył konkretnych dowodów na nieistnienie historyczne Jezusa. Często zaprzeczał faktom i ich prawdziwości, by bez skrupułów powoływać się na ten „fałsz” w swoich udowadnianych wywodach. Był bardzo niekonsekwentny i wybiórczy, gdy chciał osiągnąć swój cel. Czasami uogólniał swoje twierdzenia, pomijając istotne szczegóły, mające wpływ na logikę rozumowania, a tym samym obiektywność wniosków. Nie mówiąc całej prawdy, operował półprawdami i niedopowiedzeniami. Nie podobało mi się ich forsowanie w celu udowodnienia własnych tez. A wszystko to po to, by dojść do jednego wniosku – religia to samo zło naszego świata, które zawiera w cytowanej myśli Gore Vidala – Z barbarzyńskiego tekstu epoki brązu zwanego Starym Testamentem rozwinęły się trzy antyludzkie religie – judaizm, chrześcijaństwo i islam. Główna i największa przyczyna wojen, ludobójstwa, zbrodni, wyzysku, niewolnictwa i przemocy. Nie dopuszczał myśli, że religia jest dobra, tylko ludzie ją wypaczają, cytując myśl Winwooda Reade’a – Wszyscy, którzy choć trochę poznali naturę ludzką, wiedzą jedno: człowiek głęboko religijny często jest bardzo złym człowiekiem.

   Wbrew pozorom to bardzo emocjonalna pozycja.  

   Z mocnymi epitetami i określeniami opisywanych zjawisk lub postaci. Autor pisząc tę publikację, stworzył dwugłos do innej krytycznej pozycji Dlaczego nie jestem chrześcijaninem Bertranda Russella, w której wyjaśnił swój ateizm, dokładnie tak, jak Ibn Warraq, chociaż w dużo skromniejszej formie – krótkim eseju. Rożnica polega na tym, że Bertrand Russell i jego dorobek filozoficzny cieszy się do dzisiaj poważaniem, a autor musiał opuścić rodzinny Pakistan i ukrywać się pod pseudonimem nawiązującym do krytyka islamu z IX wieku Muhammada al Warraqa, bo ośmielił się skrytykować islam.

   W tym momencie przyznaję mu rację.

   Ma prawo do krytyki, jak sam napisał – do krytykowania islamu w całej rozciągłości – mam prawo bluźnić, popełniać błędy, ironizować i drwić. Dlaczego w tej myśli odniósł się tylko islamu? Ponieważ to jedyna religia, której krytykować nie wolno. Karana jest fatwą, a nawet śmiercią. A to właśnie jej brak, jest główną przyczyną problemów z islamem i muzułmanami. Autor przywołuje wiele postaci-męczenników w obronie prawa do krytyki, z których współcześnie najbardziej znaną jest Salman Rushdie z wyrokiem śmierci za napisanie Szatańskich wersetów. Dlatego nie mogę napisać, że ta pozycja jest tylko religijnym coming outem autora, ale również relacją o kurczeniu się kultury religijnej, o powszechnym dostępie do wiedzy, a także o braku możliwości ucieczki od kultury humanistycznej, która przetrwa wszelkie możliwe formy religii w XXI wieku. – jak podsumował pozycję w przedmowie R. Joseph Hoffmann. Odważny głos przełamujący tabu milczenia, krytyki islamu i poprawności politycznej, pozwalający zrozumieć walkę między działaczami praw człowieka broniącymi wartości demokracji a zwolennikami wielokulturowości.

Kropla wiedzy zza zielonej kurtyny niezbędna do konstruktywnej, pełnej dyskusji krytycznej wszystkich opcji światopoglądowych na temat religii .

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: , ,

Judasz – Tosca Lee

26 czerwca 2019

Judasz – Tosca Lee

Przełożyła Anna Wawrzyniak- Kędziorek

Wydawnictwo Święty Wojciech , 2016 , 338 stron

Literatura amerykańska

   Alternatywne życie Judasza!

   Wcześniej poznałam takie, czytając Diabła i byłam zachwycona stylem przekazu autorki. Kolejne wyzwanie brzmiało równie intrygująco. Zwłaszcza że o tej postaci biblijnej wiemy bardzo mało. Reszta to domysły i spekulacje biblistów oparte na poszlakach. Jednak te kilka niepodważalnych faktów, jakie znajdujemy w Biblii, jest na tyle ważnych, że dobrze wpisały się w pamięć ludzką. Tylko i wyłącznie negatywnie.

   W kontekście zdrady.

   Dlaczego więc Jezus określił go, jako jedynego spośród swoich uczniów, mianem przyjaciela? Na to i na wiele innych pytań autorka próbuje odpowiedzieć w tej opowieści, do której przygotowywała się merytorycznie przez półtora roku. Nie na wszystkie odpowiada wprost. Raczej tworzy wiele nowych możliwości do interpretacji. A wszystko po to, by ukazać Judasza tylko człowiekiem. Z dramatyczną przeszłością, która wpływa na jego myśli, pragnienia, postępowanie i postawy. Na jego decyzje i wybory podejmowane w przyszłości. Jego biografię buduje na tragicznych przesłankach mających wpływ na jego osobowość. Z wadami i zaletami, które tworzą dynamikę postaci próbującej dostosować się do nietypowych i niecodziennych wydarzeń. Często wymykających się ludzkiej logice i postrzeganiu. Próbuje zrozumieć nieprzewidywalne, sprzeczne, bluźniercze i prowokacyjne postępowanie Jezusa mówiącego przypowieściami i zagadkami. Kocha go, a rozum nakazuje go chronić przed samym sobą. Szuka dróg wyjścia z coraz bardziej niebezpiecznej sytuacji. Chciał dobrze.

   Wyszło źle.

   Stał się ofiarą pułapki wrogów Jezusa. Ten moment grozy uświadomienia sobie tego pięknie ukazał Nikołaj Gay na obrazie Judasz.

Potomność zapamiętała nie dramat uwikłanego człowieka, a jedno – zdradę. To inne proponowane spojrzenie przez autorkę czyni go bardzo bliskim, zrozumiałym i zmusza do zadania sobie pytania – jak zachowałbym się na miejscu Judasza? Dobrze oddane napięcie ówczesnych zdarzeń, narastająca niepewność i poczucie zagrożenia, bezsilność wobec narastającej agresji prześladowców Jezusa, presja rodziny, sprawiły, że można poczuć emocje Judasza i zrozumieć jego rozpaczliwe poszukiwania obrony człowieka, którego kochał i chciał uchronić przed nieuniknionym. Nawet poprzez układy z wrogiem. Można dotknąć tajemnicy miłości. Tej idealnej – Bożej i tej ułomnej – ludzkiej.

   Przeczytać alternatywną opowieść o sobie samym.

Powieści można wysłuchać w interpretacji Krzysztofa Gosztyły.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi: , ,

Raban!: o Kościele nie z tej ziemi – Mirosław Wlekły

27 maja 2019

Raban!: o Kościele nie z tej ziemi – Mirosław Wlekły

Wydawnictwo Agora , 2019 , 400 stron

Literatura polska

   Kościół ubogich.

   Tę myśl papież Franciszek I podkreślał od momentu objęcia pontyfikatu. Zawsze zastanawiałam się, co miał na myśli, bo patrząc wokół siebie, miałam wrażenie, że nie idą za nimi czyny. Że to kolejny slogan padający z ust duchownego. Że nic tak naprawdę się nie zmienia dla tych ubogich. Ubogich nie tylko materialnie, ale również odrzuconych duchem – prostytutek czy osób LGBT. Odnoszę wręcz wrażenie biernego oporu wobec tych słów. Bo kto chciałby wśród ułożonej, zakonserwowanej, polskiej rzeczywistości nowego katolika, który wychodzi z kościoła do ubogich i dzieli się z nimi tym, co posiada. Uczestniczy w mszy dla gejów, wspierając ich duchowo. Pomaga charytatywnie imigrantom. Współistnieje z muzułmanami, szukając punktów wspólnych wiary. Jest świadomy swojej ekoduchowości, szerząc ekoewangelizację. Wie, że na świecie żyje około stu tysięcy żonatych, czynnych księży. Wielu z nich tuż za naszą czeską granicą.

   Takiego rabanu chce Franciszek I, namawiając do niego młodych podczas Światowych Dni Młodzieży w Rio de Janeiro w 2013 roku.

Rewolucji możliwej, bo już dokonującej się. Autor dowody na to zebrał podczas pięcioletniej podróży po świecie, którą rozpoczął w 2013 roku, a zakończył w szóstym roku pontyfikatu papieża. W poszukiwaniu Kościoła Franciszka I odwiedził wiele państw pokazanych na dołączonej mapce, w których szukał ludzi robiących raban.

Duchownych i świeckich, którzy hasła – „Nie dzielić się własnymi dobrami z ubogimi znaczy okradać ich i pozbawiać życia” lub „Są różne religie, ale jedna rzecz jest pewna: wszyscy jesteśmy dziećmi Boga” czy „misją księdza jest głosić dobrą nowinę biednym i stawiać wymagania bogatym” – zamieniają w działanie i konkretne czyny. W ten sposób powstało siedem reportaży opisujących realizację zamysłu Franciszka I zwieńczonych wymownymi tytułami, brzmiącymi jak wyliczanka cnót dobrego, współczesnego katolika.

W ten sposób nie tylko wyjaśnił słowa papieża, nie tylko udowodnił ich realizm, ale również pokazał poprzez bohaterów reportaży, jak to robić. Okazało się, że raban w Kościele jest możliwy. Jego wprowadzenie wymaga tylko i aż rewolucji w teologii, a tym samym rewolucji w myśleniu. W przypadku Polskich katolików żmudnej, długiej i bolesnej.

   Ale za tą rewolucją teologiczną kryje się drugie przesłanie.

   Podróże autora ukazały również problemy współczesnego świata oraz mechanizmy ich powstawania – narastającą biedę, niewolnictwo ekonomiczne, polityczne wykorzystywanie religii, terroryzm ekologiczny, nienawiść międzyreligijną podsycaną strachem, konsumpcjonizm kosztem najuboższych, co można sprawdzić na liczniku umieszczonym na stronie Make Fruit Fair. Remedium na te bolączki jest właśnie raban Franciszka.

   To głos ważny, ale mało słyszalny i popularny wśród polskich wiernych.

   Przyczyn mogę się tylko domyślać.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi: , ,

Sodoma – Frédéric Martel

14 kwietnia 2019

Sodoma: hipokryzja i władza w Watykanie – Frédéric Martel

Przełożyły Anastazja Dwulit , Elżbieta Derelkowska , Jagna Wisz

Wydawnictwo Agora , 2019 , 720 stron

Literatura francuska

   Matrix Sodomy i świat pięćdziesięciu twarzy geja.

   To dwa z wielu określeń drugiego, niewidocznego, homoseksualnego życia w Watykanie, jakich użył autor w tej książce. Jednak najbardziej precyzyjnym było porównanie do kłącza z licznymi rozgałęzieniami pionowymi i poziomymi, że nie wiadomo już, czy jest on podziemny, czy naziemny ani co jest korzeniem, a co łodygą. (…) Ta porozgałęziana, dynamiczna i przeobfita sieć stwarza okazje do niezliczonych, wielokierunkowych kontaktów: związki miłosne, relacje seksualne, zerwania, przyjaźnie, obustronne układy, sytuacje zależności zawodowego awansu, nadużywanie dominującej pozycji i prawa pierwszej nocy – a wszystko to bez możliwości ustalenia ani rozszyfrowania z zewnątrz przyczyn, kierunków i powiązań.

   Przede wszystkim dla niewtajemniczonego człowieka.

   Jak żadne, pasuje tutaj heideggerowskie pojęcie – obecność transparentna. Rzeczywistość istniejąca, ale niewidoczna. Nie dla przeciętnego człowieka, który Watykan ogląda w telewizji lub na pielgrzymce, a wykładnię myślenia pobiera z kazań. Żeby ją zobaczyć, a przede wszystkim zrozumieć podstawy jej funkcjonowania i wpływu na strukturę hierarchii kościelnej, wewnętrzną i zewnętrzną politykę, a tym samym historię Watykanu i Kościoła katolickiego, trzeba poznać kody ją deszyfrujące i klucze otwierające bramy do sekretnej strefy tajemnicy i zmowy milczenia, którą autor nazywa na wzór mafijny  – omertą.

   Autor zdobył je.

   Odkodował ten świat i pootwierał wiele drzwi do serc, a dosłownie do rezydencji rozmówców – świadków, uczestników, katów (to nie przesada!) i ofiar. Dziennikarskie śledztwo, które  prowadził w latach 2015-2018 we Włoszech i ponad 30 innych krajach przy pomocy zespołu złożonego z 80 współpracowników, tłumaczy, doradców, korespondentów i researcherów z różnych krajów, zajęło mu cztery lata. W tym czasie odbył niezliczoną ilość podróży do Ameryki Łacińskiej, Azji, Europy (w tym Polski), USA i na Bliski Wschód, by przeprowadzić ponad 1500 rozmów z 41 kardynałami, 52 biskupami, z 45 nuncjuszami apostolskimi, sekretarzami nuncjatur bądź zagranicznymi ambasadorami, z 11 gwardzistami szwajcarskimi i ponad 200 księżmi i seminarzystami. W tej wyliczance zapomniał o licznych kochankach i męskich prostytutkach księży oczekujących na watykańskich ulicach i rezydujących w watykańskich klubach nocnych, po których oprowadzał mnie, niczym przewodnik, w dzień i nocną porą. Pozyskane informacje pochodzą z pierwszej ręki. Nigdy drogą telefoniczną lub mejlową. Wszystkie „spowiedzi” ludzi z „parafii”, jak sami określali swoje homoseksualne otoczenie rozmówcy, były nagrywane za ich zgodą, wiedząc, że autor jest pisarzem, dziennikarzem, badaczem i doktorem nauk społecznych.

   Jego profesja miała znaczenie.

   Autor podszedł do tematu homoseksualizmu w Watykanie i Kościele katolickim, jak do socjologicznego problemu badawczego ujętego w formie bardzo obszernego, szczegółowego  reportażu, w którym liczyły się fakty poparte dowodami. Stąd bardzo obszerna, bo trzystustronicowa bibliografia, która ze względu na objętość, została umieszczona na stronie internetowej autora. Natomiast na Instagramie mogłam zobaczyć zdjęcia ilustrujące tekst oraz niektórych bohaterów opowieści. Autor zastrzegł sobie jednak, że książka nie krytykuje całego Kościoła, lecz pewną bardzo szczególną formę gejowskiej wspólnoty; opowiada historię większości w watykańskim kolegium kardynalskim. Dzieje systemu opartego na dwóch filarach – ukrytym życiu homoseksualnym i homofobii. Począwszy od seminarzystów poprzez kolegium kardynalskie na papieżach skończywszy, którzy okazywali się przynajmniej homofilami. Jak sam napisał – Nie bardzo interesują mnie indywidualne sytuacje, chodzi o ogólny typ, o psychologię kolektywną, o homospołeczność w ogóle. Chociaż nie zabrakło w publikacji wielu znanych nazwisk (również polskich) i konkretnych biografii zwykłych księży i ich przełożonych – biskupów, kardynałów i oczywiście papieży. Tym samym odżegnuje się od roli sędziego jego bohaterów, ale z całą stanowczością piętnuje ich hipokryzję. Moralną schizofrenię powodującą, że nieomylność papieża przeradza się w bezkarność, jeśli dotyka obyczajów jego otoczenia”. Papież Franciszek nazywa ją schizofrenią egzystencjalną wymienianą przy okazji innych „piętnastu chorób kurii”, tych, którzy tworzą „świat równoległy, gdzie odsuwają na bok wszystko, czego surowo nauczają innych, i zaczynają żyć drugim, ukrytym życiem, często rozwiązłym”.

   Treść podzielił na cztery rozdziały odpowiadające kadencjom papieży: Franciszka, Pawła VI, Jana Pawła II i Benedykta XVI.

Każdy poprzedził schematem struktury władzy z najważniejszymi osobami w otoczeniu danego papieża. Przybliżając ich sylwetki, prześwietlił życiorysy i działalność (czasami bardzo mroczną!), by pokazać wpływ homoseksualizmu na kierunki polityki papieży, zjawiska charakterystyczne dla poszczególnych kadencji, głośne medialnie afery i skandale, a przede wszystkim powolny, katastrofalny rozwój rozkładu moralnego, który doprowadził do abdykacji Benedykta XVI. Ustępujący papież ukrył go w sformułowaniu – Ile brudu jest w Kościele. Obnażył również  bezsilność jego następcy wobec zastanej skali zjawiska. Ostatecznie efektem śledztwa dziennikarskiego było nie tylko stworzenie obrazu gejowskiego środowiska watykańskiego i kościelnego w ogóle. To również sformułowanie czternastu reguł Sodomy, z których pięć wydawca umieścił na okładkowym skrzydełku.

Wszystkie tworzyły syntezę rozbudowanej analizy zebranej wiedzy, którą powoli podawał kropelka po kropelce, by mnie nie zszokować. W tym stanie odrzuciłabym treść reportażu, jako niemożliwą do przyjęcia, bo aż tak przekraczającą moją wyobraźnię. Co nie uchroniło mnie od kilku stuporów, mimo że znałam mechanizmy umożliwiajcie mi ich zrozumienie. Chociaż wiedziałam o istnieniu homoseksualizmu wśród kleru, nie znałam jednak skali tego zjawiska i jego ogromnego wpływu na środowisko Kościoła katolickiego, a w konsekwencji na zwykłego, przeciętnego katolika nieświadomego tej manipulacji. Najbardziej przerażającym w tym wszystkim jest fakt, że nie ogrania go również sam papież Franciszek, o którym autor napisał – Myślę, że Franciszek, który choć nie jest naiwny i wiedział, czego się spodziewać, był oszołomiony rozmiarem homoseksualizacji włoskiego episkopatu. Jeśli z początku wyobrażał sobie, że zdoła oczyścić Watykan i CEI z kardynałów, biskupów i prałatów homofilów, to dziś okazuje się, że musi z nimi współpracować. Z braku heteroseksualnych kandydatów został zmuszony, by się otoczyć kardynałami, o których doskonale wie, że są gejami. Nie ma już złudzeń, że może zmienić układ sił. Chce tylko „powstrzymać” to zjawisko. To co stara się robić, to polityka „powstrzymywania”.

   Bardzo smutne.

   Autor nie odpowiada na wszystkie pytania, które mnożną się w miarę czytania w postępie geometrycznym. Wiele pozostaje bez odpowiedzi. Pisze wręcz – wszystko, o czym opowiadam w tej książce, to zaledwie pierwsza strona historii, która właśnie się pisze. Domyślam się nawet, że dostrzegam jedynie drobny ułamek rzeczywistości. Odkrywanie, obnażanie, opisywanie tajemniczego i prawie jeszcze niezbadanego świata Sodomy dopiero się zaczyna.

   A przecież Sodoma to jedna strona medalu badanego zjawiska.

   Jej druga to Gomora. Lesbianizm w żeńskim życiu zakonnym, o którym mówili jego rozmówcy. Nie poświęcił jej uwagi, ponieważ zdawał sobie sprawę, że dostęp do tego świata uzyskałaby tylko kobieta. Myślę, że ukazanie się Gomory na rynku wydawniczym to tylko kwestia czasu.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi: , ,

Tajemnica Marii Magdaleny – Paweł Lisicki

21 marca 2019

Tajemnica Marii Magdaleny – Paweł Lisicki
Wydawnictwo M , 2014 , 231 stron
Literatura polska

Gdy ujrzałam na rynku wydawniczym tę pozycję, pomyślałam z westchnieniem – ileż można pisać o postaci, o której ewangelie kanoniczne wzmiankują skąpo, chociaż kluczowo dla wydarzeń z życia Jezusa?
Okazuje się, że można, a stopień potrzeby takiej pozycji zależy od piszącego, bo czytelnik niekoniecznie może być jej świadomy. W przypadku tego autora, po lekturze jego innej publikacji Kto zabił Jezusa? wiedziałam, że na pewno będzie w niej coś więcej niż tylko opowieść o tytułowej bohaterce. Analogicznie tak, jak było z Jezusem.
A dokładniej kontekst historyczny i współczesny tej postaci.
Ten pierwszy poprzez umieszczenie osoby, wydarzeń i słów w warunkach jej współczesnych, starając się je zrozumieć poprzez wychodzenie od ówczesnych wartości, sposobów zachowania, reguł życia. To przestawienie myślenia współczesnego człowieka na myślenie kategoriami dyktowanymi przez czasy, w których żyła postać historyczna, było wymaganym przez autora kluczem do zrozumienia przekazu biblijnego. Ten drugi poprzez ukazanie ogromnego wpływu współczesnych ideologii i zjawisk społeczno-kulturowych na ostateczny obraz Marii Magdaleny. W tym przypadku przez feminizm. To one, te konteksty, tak naprawdę są głównymi bohaterami, tematami i problemami książki. To dlatego autor nie ujmuje postaci bohaterki odtwórczo, a już na pewno nie rewolucyjnie, próbując spekulować.
Wręcz przeciwnie!
Bierze miotełkę faktów historycznych, czasami papier ścierny tekstów z ewangelii kanonicznych i pracowicie, słowo przeciwko słowu, myśl przeciwko myśli, argument przeciwko argumentowi, ściera, zdziera i zeskrobuje narosłą patynę. Bynajmniej szlachetną. Według niego brudną, zbędną, szkodliwą i zniekształcającą obraz postaci. Przede wszystkim dla chrześcijanina, bo autor jest apologetą chrześcijaństwa, jak nazywają go inni. Dla mnie trochę monopolizującym dostęp do Boga, ale szanuję tę postawę, bo w końcu jego jest ten kawałek podłogi (czytaj książka) i on na nim rządzi, a ja jestem tylko gościem słuchającym go z powodu wcześniej wymienionych kontekstów. Zwłaszcza że autor nie jest owładnięty misją jedynej słusznej prawdy, ale obrońcą rozumnym i rzeczowym, odkładającym emocje na bok i pracującym nad zagadnieniami umysłem, opierając się na faktach, które czerpał z Biblii. I tę Biblię musiałam mieć przy sobie podczas lektury, ponieważ autor często się do niej odwoływał, rzadko cytując konkretny fragment. Raczej wymagał ode mnie, abym sama go odnalazła. Przyznam, że ta wymuszona interaktywność i uczucie aktywnego uczestnictwa w procesie logicznego myślenia, sprawiała mi sporą przyjemność, mimo że wymagało to ode mnie dużej dyscypliny. Była ona bezwzględnie konieczna z dwóch powodów. Po pierwsze wynikała z funkcji autora w roli prowadzącego dialog lub polemikę z wieloma egzegetami, teologami oraz innymi naukowcami, w którym to wielogłosie, w chwili rozproszenia, łatwo było zgubić głos autora. Zwłaszcza wtedy, gdy stosował ulubioną (tak sądzę po częstości jej występowania) metodę ironii i pozornego przyznawania przeciwnikowi racji, by wyolbrzymić absurdalność poglądów lub toku myślenia. A po drugie dlatego, że precyzja logicznego wywodu była tak skonstruowana, że przerwanie jej w jakimkolwiek miejscu, wymagała powrotu do początku. Do tezy, którą argumentował. Nie napiszę, ile razy musiałam zaczynać od nowa, bo było ich tak dużo, ale nie narzekam. Wręcz przeciwnie. Lubiłam tę powtarzalność, bo cenię sobie autorów, wyciągających mnie z lenistwa umysłowego, podnoszących poprzeczkę, do której staram się dosięgnąć, a przy okazji uczyć się dostrzegać słabe punkty w logice rozmówcy.
Tak nastawiona, zdyscyplinowana i z Biblią u boku, z zaciekawieniem zajrzałam do środka, zastanawiając się przed czym i przed kim będzie bronił tym razem Marii Magdaleny?
Otóż przede wszystkim przed poprawnością polityczną wielu egzegetów tworzących wielopiętrowe konstrukcje, byle tylko dostosować sens odziedziczonych przekazów do swych oczekiwań i wyobrażeń (nic nowego, bo znam to z Kto zabił Jezusa?) i przed feministkami, które coraz częściej Marię Magdalenę traktują jako symbol swoich poglądów.
Nie byłam świadoma tego, jak daleko ta ideologia ingeruje w interpretację Biblii forsując swój punkt widzenia. Ale nie to mnie przerażało, tylko skala wiary w ich argumenty. Wiary w fikcyjne teksty literackie Dana Browna (Kod Leonarda da Vinci) i popularnonaukową pozycję Maria Magdalena i Święty Graal Margaret Starbird, na których ludzie opierali swoją wiedzę o Marii Magdalenie w roli apostołki i żony Jezusa, która urodziła mu dzieci. Czytałam obie pozycję, również dziwiąc się i zastanawiając się tak, jak autor, jakim cudem te książki, pierwsza napisana w celach rozrywkowych, a druga, by zaspokoić potrzebę sensacji, stały się dla czytelników niepodważalnym źródłem prawdziwej wiedzy? Jakim cudem rzesze katolików uwierzyły w argumenty feministek opierających swoją wiedzę na ewangeliach gnostycznych, stosując metodę egzegezy milczenia i współczesną miarę do interpretowania czasów historycznych? Jakim cudem, po raz trzeci, te pozycje stały się dla chrześcijan wiarygodniejsze od Biblii?
Przysłuchiwałam się autorowi z rosnącym podziwem, jak cierpliwie zamiata tę stajnię Augiasza, pełną poglądów wyrosłych na gruncie życzeniowo-emocjonalno-misyjno-sensacyjnym, pochylając się nad każdym argumentem przeciwnika, nawet tym wyssanym z palca, niezmiennie przypominając chrześcijanom o fundamentalnym źródle ich wiedzy – Biblii. Jak przywraca Marii Magdalenie jej pierwotny wizerunek, odwracając proces od pobożnej pokutnicy do wyuzdanej kochanki Jezusa, od niewzruszonego filaru Kościoła do tajemniczej kobiety, noszącej w sobie sekret, który może zachwiać w posadach całym chrześcijaństwem – jak napisał, cytowany przez autora, francuski historyk Regis Burnet. Jak rzeczowo odpowiada na pytania – dlaczego tak się stało (wszechobejmująca erotyka i postępująca seksualizacja kultury), jakie są tego przyczyny (nie boi się obarczyć winą również Kościół), komu na tym zależy i dlaczego?
I nie będzie lepiej, bo za feminizmem dużymi krokami nadciąga gender!
Dlatego moją kolejną lekturą będzie publikacja poświęcona właśnie temu ostatniemu pojęciu?, zjawisku?, ideologii?, a może nauce?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Tajemnica Marii Magdaleny [Paweł Lisicki]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Pokonaj swoje demony – ojciec Łazarz

Pokonaj swoje demony – ojciec Łazarz
Przełożył ks. Jarosław Czuchta
Wydawnictwo M , 2014 , 127 stron
Literatura egipska

Daleko, daleko, za lasami i rzekami, bo aż w Górnym Egipcie w okolicach wybrzeży Morza Czerwonego znajduje się najstarszy klasztor egipski założony przez współtwórcę ruchu monastycznego ( a dokładniej twórcę anachoretyzmu), św. Antoniego Wielkiego.

Wikipedia

W znajdującej się przy nim pustelni żyją w odosobnieniu mnisi i kapłani Koptyjskiego Kościoła Ortodoksyjnego (Prawowiernego). Prowadzą życie ascetyczne, ukierunkowane na Boga, przepełnione modlitwą, pracą i prostotą. Są tylko oni, Bóg, demony (dosłownie i w przenośni) i pustynia.
Brzmi trochę jak bajka, bo aż trudno uwierzyć, że w XXI wieku i czasach globalizacji istnieją jeszcze takie miejsca wyciszenia, w których czas zatrzymał się w miejscu. A jeszcze trudniej, że groty na pustyni mają cały czas swoich lokatorów, uciekających przed światem materialnym.
Do takiego właśnie miejsca trafił w wieku czterdziestu lat pewien Australijczyk, który przyjął imię Łazarz. Chciał, by jego symbolika biblijna nawiązywała metaforycznie do jego życia, w którym umarł i narodził się ponownie. Umarł dla świata jako wykładowca uniwersytecki, ateista wychowany na dziełach Karola Marksa i Zygmunta Freuda, materialista wzrastający w przekonaniu, że religia jest swego rodzaju lekarstwem na chorobę, z którą człowiek sam nie potrafi sobie poradzić, naturalista pewny słuszności teorii Wielkiego Wybuchu i wreszcie człowiek opuszczony, zagubiony, nieszczęśliwy i ciągle poszukujący. A narodził się dla Boga jako mnich i kapłan, dążący do nieustannej relacji z nim i ostatecznie odnajdujący wewnętrzny spokój (nazywa go pokojem ducha) zbudowany na pewności odnalezienia miejsca, które przeznaczył dla niego Bóg.
Czterdzieści lat trwała długa droga (w sensie geograficznym i duchowym) do szczęścia. Od wykładowcy do mnicha. Z Australii do Egiptu. Od ateizmu do wiary. Od zadufania do pokory. Od materializmu do ascetyzmu. I właśnie o tym zawiłym dochodzeniu, o czynnikach determinujących, o wyborach decydujących i konsekwencjach prowadzących do jaskini pustelnika jest ta książka. Zawiera ona zapisy rozmów z ojcem Łazarzem, w których opowiada o swoim dzieciństwie, rozczarowaniach okresu dorastania, o śmierci matki, której rolę przejęła Maryja, o objawieniach i demonach, o radościach obcowania z Jezusem, o walce wewnętrznej ze słabościami i rutyną oraz prostym, codziennym życiu na pustyni. Ku mojej uldze nie okazał się mówcą filozofującym. Jego wypowiedzi rozwijane opowieściami o życiu eremity, a dotyczące jednak trudnych zagadnień, jak śmierć, Bóg, wiara, modlitwa, wola boża, były opowiedziane prostym językiem, trafiającym i do umysłu, i do serca. Tłumaczył swój wybór, wyjaśniał styl życia skupiony na modlitwie, Bogu i pracy tak, jak żył. Prosto, niemalże ascetycznie, często poprzez przykłady wydarzeń z własnego życia mające charakter dowodu i pouczenia.
Przysłuchiwałam się mu z ogromną uwagą również dlatego, że od czasu do czasu pokazywał mi kierunek, w którym warto podążać. Trud, który warto podjąć. Radę, z której warto skorzystać. Miał w sobie siłę słowa popartą własnym życiem – że jeśli bardzo pragnie się, to można. Nie przeszkadzała mi w tym obca mi liturgia Kościoła koptyjskiego, bo poddanie się woli bożej, konieczność modlitwy, walka z pokusą grzechu sprowadza wiele wyznań do wspólnego mianownika, z którego warto czerpać doświadczenie i wiedzę bez względu na różnice wyznaniowe. Ale to, co wyniosłam najważniejszego z opowieści ojca Łazarza to zmiana przekonania, że mnisi poprzez wyrzeczenia ( w moim pojęciu) mają dużo trudniej niż osoby świeckie. Miał zupełnie odmienne zdanie na ten temat, mówiąc – Dla mnie izolacja, jaką daje pustynia i cisza tu panująca, są sposobem na to, aby wsłuchiwać się w głos Boga. Ludziom powiązanym kulturowo i uwikłanym w stosunki społeczne dużo trudniej go słyszeć, a tym bardziej stale skupiać się na nim. Zwłaszcza młodym ludziom – żyjąc w świecie, mają dużo więcej trudności i prób, którym zostają poddani. Jak bardzo przegrywają, świadczy postępująca sekularyzacja społeczeństw. To zjawisko zaczyna być już bardzo widoczne w Polsce. Jej niszczące działanie, niedające nic w zamian, obserwuję u mojej zaprzyjaźnionej młodzieży. Dobrze więc, że dla jednych odosobnienie jest błogosławieństwem, ochroną, wolnością i dobrem, by inni mogli w chwilach zagubienia, wahania, zwątpienia odnaleźć środek ciężkości dynamicznie pędzącego świata.
Pozostaje pytanie – Ku czemu?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 A tutaj mogłam zobaczyć i, tym razem, posłuchać ojca Łazarza oraz obejrzeć miejsce, w którym żyje.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Testament Marii – Colm Tóibin

Testament Marii – Colm Tóibin
Przełożył Jerzy Kozłowski
Grupa Wydawnicza PWN i Wydawnictwo Imprint , 2014 , 150 stron
Literatura irlandzka

Maria, matka Jezusa, nie musiała być taka, jak opisują ją Ewangelie kanoniczne – pokorna, oddana, wyrozumiała, heroiczna, cicha, akceptująca, a boleściwa i cierpiąca z zupełnie innych powodów. Jej wizerunek może być zupełnie inny od obecnie powszechnie przyjętego, bo przeciwstawny.
Dla niektórych – obrazoburczy.
Naruszający wyobrażenie wzoru matki, a pośrednio syna. Bo matka Jezusa mogła widzieć wydarzenia, w których uczestniczył jej syn, zupełnie inaczej. Przede wszystkim mogła postrzegać syna, jako człowieka, którego poglądów, zachowania i postępowania nie rozumiała. W którym Syna Bożego nie dostrzegała. Widziała za to jego inteligencję, wdzięczność, umiejętność milczenia, spędzania samotnie czasu i patrzenia na kobiety, jakby były równe jemu, wokół którego zgromadzili się mężczyźni niepotrafiący spojrzeć kobiecie w oczy, dorosłe dzieci wychowane bez ojców, szaleńców, malkontentów, jąkałów, nerwusów. Grupa nieudaczników kierująca się brawurą i ambicją doprowadzającymi do lekkomyślności i okrucieństwa. Mogła podważać zasadność cudów dokonywanych przez Jezusa, jako tych, które zawracały lub wywracały odwieczny porządek rzeczy nieuniknionych, uznając wskrzeszenie Łazarza za szyderstwo z niebios i samej śmierci, wesele w Kanie za nadarzającą się sposobność odwiedzenia syna od jego planów prowadzących do zguby, a światło i łaskę poczęcia za szczęście kobiety brzemiennej. W swoim krytycyzmie mogła nie pomijać samej siebie, ganiąc się za ucieczkę spod krzyża w obawie o własne życie. Ten odmienny obraz malowany konfesyjną opowieścią kobiety owdowiałej, która straciła również syna, mógłby być właśnie taki – pełen goryczy, poczucia niespełnienia, żalu, pretensji oraz niechęci do otaczającego świata i ludzi. Pretensji również do Boga, w którego traci wiarę, zwracając się z modlitwami do bogini Artemidy.
Jej osoba, żyjąca w starożytnym Efezie już po ukrzyżowaniu Jezusa, stanowi klamrę narracyjną kreślonej historii z przeszłości, której wysłuchują spisujący Ewangelie wchodzące w skład Nowego Testamentu. Dwaj mężczyźni, którzy przychodząc do niej do domu, czekają na jej słowa zbyt zaślepieni swymi wielkimi, nienasyconymi potrzebami i zbyt otumanieni resztkami strachu, który wtedy czuliśmy wszyscy, żeby zauważyć, że pamiętam wszystko. Ale by nie zauważyć, że pamięta inaczej. Czekający na potwierdzenie tego, co według ich wyobrażenia powinna pamiętać. Słuchający lecz niesłyszący ewangelii według Marii.
Autor, aby zbudować tak odmienną postawę i poglądy Marii, wykorzystał wspólną dla wszystkich matek płaszczyznę jedności i porozumienia – emocje.
Bezinteresowna miłość do własnych dzieci, które są nimi nadal, nawet, gdy dorosną, troska o bezpieczeństwo i przyszłość opartą na tradycji, chęć ochrony przez złem świata – tego chce każda matka. Nie inaczej mogło być z Marią – sugeruje autor. Przyszło jej żyć w gorącym czasie pełnym pogłosek i opowieści, w których zmarłych wskrzeszano, woda zamieniała się w wino, a fale morskie uspokajał człowiek kroczący po wodzie, mogąc tylko marzyć, by syn, jak inni młodzi mężczyźni, wyemigrował do Jerozolimy za lepszym bytem. By stając się mężczyzną, miał w niej nadal oparcie, słuchając przede wszystkim jej rad. By kochać go jeszcze bardziej, kimkolwiek by się stał, by go chronić. By wreszcie mieć opiekę na starość i kogoś, kto się nią zaopiekuje. Kto zajmie się jej ciałem i pogrzebem po śmierci. Tego wszystkiego chce każda, kochająca matka.
To dlatego w całym monologu bohaterki nie pada ani razu imię Jezusa. W dialogach z Ewangelistami używa zamienników – ”on”, „mój syn”, „nasz syn”, „ten, który tu był”, „wasz przyjaciel”, „ten, który was interesuje”. Tym celowym zabiegiem autor stwarza idealne warunki każdej matce do empatii i utożsamiania się z Marią zbuntowaną, która chce, skoro cuda się wydarzają, cudu dla siebie – wrócić do lat sprzed śmierci jej syna zanim opuścił dom, kiedy był dzieckiem i żył jego ojciec, a na świecie panował spokój. Ta płaszczyzna to najprostsza droga do zrozumienia Marii. Nie poprzez argumenty, logikę i rozum, ale poprzez uczucia. Poprzez wspólne doświadczenie emocji macierzyństwa i bólu po stracie dziecka.
Czy tak mogło być? – to pytanie autor pozostawia otwarte.
Jedno jest pewne – można zastanawiać się, gdybać, można polemizować, czyniąc z Biblii księgę żywą tak, jak czyni to Bella Szwarcman-Czarnota z Torą w Księdze Kobiet i Kobietach Księgi. Mną jednak ta historia nie zachwiała w poglądach. Wierzę w miłość Marii do Boga większą niż w miłość do syna. Maria nie była w tym jedyną. Przypomnę, że podobną, bezwarunkową miłość do Boga udowodnił Abraham, gotowy złożyć własnego syna w ofierze.
Dla mnie ta opowieść stawia zupełnie inne pytanie – ile z nas matek jest Marią zbuntowaną, a ile poddaną Bogu?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Testament Marii [Colm Tóibín]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi:

Księga Kobiet – Kobiety Księgi – Bella Szwarcman-Czarnota

Księga Kobiet – Kobiety Księgi: komentarze do Tory – Bella Szwarcman-Czarnota
Wydawnictwo M , 2014 , 245 stron
Literatura polska

Byłam przekonana, że tytuł odnosił się do Biblii katolickiej. Dopiero podtytuł, umieszczony na stronie tytułowej, doprecyzował, o jaką księgę chodziło – Komentarze do Tory.
Moje zaciekawienie urosło jeszcze bardziej. Rzadko przydarza mi się okazja, posłuchać braci starszych w wierze rozważających nad słowem Boga.
Ale to nie koniec niespodzianek!
Znając pozycję kobiety w społeczeństwie żydowskim, o czym czytałam między innymi w Tajemnicy Marii Magdaleny Pawła Lisickiego, jej miejsce i rolę, jaką przypisywała jej Tora i Stary Testament w Biblii katolickiej, troszkę byłam zaskoczona. No bo, jak to tak? Kobieta, a nie rabin, ośmieliła się komentować, i to publicznie!, słowo Boga? Otóż nie tylko ośmieliła się, ale namawiała również do tego innych, powołując się na jedno z przykazań, jakim jest również studiowanie Tory – Obowiązkiem każdego Żyda jest przeczytać dwukrotnie czytanie przypadające na dany tydzień – powiada traktat Brachot, a ten, kto nie jest Żydem i studiuje Torę, jest równy arcykapłanowi. W praktyce dotyczyłoby to również Talmudu, dzieł etycznych judaizmu i midraszy czyli komentarzy rabinicznych.
Autorka w pełni wykorzystała ten przywilej, z którego kobiety, jak podaje w krótkim rysie historycznym o komentatorach, mogły korzystać i wypełniać przykazanie dopiero od XVI wieku. Obecnie Tora jest studiowana i komentowana jako część dziedzictwa, jako istotny element tradycji żydowskiej. Swoje komentarze, również o charakterze polemicznym z innymi tekstami komentatorskimi, do poszczególnych czytań Pięcioksięgu umieszczała na stronach swojego blogu, poddając je z kolei komentarzom czytających jej teksty. Ich najciekawsze uwagi, pytania, spostrzeżenia, rozważania a nawet dialogi, dołączyła do książki.
Jednak w swoich komentarzach autorka odrzuciła literalność tekstu, nie odnosząc się do jego całości i wszystkich zawartych przesłań. Jak sama napisała we wstępie – Nie trzymałam się więc rygorystycznie jednego wątku, jednego klucza. Przedmiotem swoich rozważań czyniłam to, co dla mnie w danym momencie było najciekawsze, najistotniejsze. A jak sam tytuł główny wskazuje, najistotniejszą kwestią w czytaniach była kobieta – jej sytuacja, rola, zadanie, pozycja oraz zakres i wymiar udziału w opisywanych dziejach narodu żydowskiego.
To w tym momencie ujawniła się dla mnie rewolucyjna treść tej publikacji.
W swoich interpretacjach nie tylko wysuwała na plan pierwszy w przedstawianych zdarzeniach kobietę, dotychczas w nich pomijaną, odsuwaną na dalszy plan, deprecjonowaną, ale nadała jej zupełnie inną rolę, znaczenie czynów i kontekst. Tym samym zmieniając sens dobrze znanych mi zdarzeń ze Starego Testamentu Biblii katolickiej i Koranu. I to od samego początku czyli stworzenia Adama i Ewy i pierwszego grzechu, bo komentarze autorki zachowują, zgodnie z zasadami czytania, chronologię Tory – Bereszit – Księga Rodzaju, Szemot – Księga Wyjścia, Wajikra – Księga Kapłańska, Bamidbar – Księga Liczb i Dewarim Księga Powtórzonego Prawa.
Nie będę opisywała przeciekawie interpretowanych znanych historii biblijnych odpowiadających kolejno jednemu rozdziałowi, bo większość była na tyle rewolucyjna dla mnie, że powstałby tekst komentujący komentarze autorki. A nie oto mi tutaj chodzi. Chcę spisać tylko swoje wrażenia, które ujęłabym w ten sposób – niebezpiecznie skręcały w nurt ruchu feministycznego. Z jednej strony odkrywałam nowe spojrzenie, kobiece, jako odpowiedź na wiele dominujących interpretacji męskich wynikających ze społecznego patriarchatu. A z drugiej strony obawiałam się przekroczenia cienkiej linii nadinterpretacji. Uspokajało mnie jedno – otwartość autorki na dyskusję, która pozwalała nie zgubić w tej delikatnej materii rozważań, zdrowego rozsądku, czyniąc tym samym z Tory księgę żywą, a samych komentatorów odkrywcami nowych, innych znaczeń, wątków i przesłań tekstów. Z którymi niekoniecznie muszę się zgadzać, ale podyskutować zawsze warto.
Księgę również dla chrześcijan!
Jej zawartość nie jest hermetyczna i przeznaczona tylko dla wiernych wyznania mojżeszowego. Ta publikacja, jak napisał wydawca na okładce książki, przytaczając słowa papieża Franciszka, jest odpowiedzią na zachętę Kościoła, abyśmy – chrześcijanie i Żydzi – „czytali razem teksty Biblii hebrajskiej i pomagali sobie w studiowaniu bogactwa Słowa”.
W moim odczuciu to konieczna lekcja do odrobienia dla katolików.
Na koniec dwie uwagi praktyczne dla potencjalnego czytelnika tej pozycji. Po pierwsze – dobrze mieć przy sobie Torę. Chociaż nie jest to bezwzględną koniecznością. Wprawdzie autorka przytaczała sens komentowanego czytania z podaniem licznych cytatów, ale ja jestem przyzwyczajona na płaszczyźnie religijnej do bezpośredniego sięgania do źródeł, do których się odnoszę lub o nich czytam. Po drugie – wypowiedzi internautów umieściłabym bezpośrednio pod rozdziałem, do którego się odnosiły. Książkę czytałam linearnie, więc komentarze przeczytałam tak, jak umieszczono je w książce, na końcu, w rozdziale Głosy, tym samym robiąc nieodżałowany błąd.
A teraz idę przemyśleć jeszcze raz zdanie autorki – Nieposłuszeństwo Adama i Ewy nie jest w tekście biblijnym określone jako grzech (zdolność odróżniania dobra od zła zdobyli dopiero po spożyciu owocu). Słowo „grzech” pojawia się po raz pierwszy w Torze w kontekście zbrodni Kainowej…
A potem jest jeszcze ciekawiej!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

 A tutaj mogłam uczestniczyć w wykładzie, którego wątki autorka poruszała również w książce.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: