Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Złość u młodzieży – Nick Luxmoore

21 marca 2019

Złość u młodzieży: jak sobie z nią radzić – Nick Luxmoore
Przełożył Roman Zawadzki
Wydawnictwo Bellona , 2009 , 168 stron
Literatura angielska

Wbrew pozorom pedagogika jest nauką stale rozwijającą się. Są tacy, są, którzy w to nie wierzą. A ja, co jakiś czas, słyszę o nowych teoriach, metodach i technikach stosowanych w procesie wychowania. O większym lub mniejszym znaczeniu jego elementów, do których wcześniej nie przywiązywano wagi.
Przed czytaniem tej pozycji, próbowałam sobie przypomnieć, co wiem o złości, co czytałam o niej wcześniej i okazało się, nie licząc wzmianek przy okazji omawiania emocji, że nic. O agresji owszem, nawet sporo. Pojęcie to stało się nawet składowym znanego hasła „Stop agresji w szkole”. Natomiast złość, która często jest mylona z agresją mimo diametralnych różnic, spychano na margines jako emocję mało znaczącą, bo mniej szkodliwą w procesie wychowania, z którą „trzeba się przespać”, którą należy opanować na hasło „nerwy w konserwy i na eksport” lub, jak pisze autor – „trzeba ją przepracować”.
A złość, jak zaraz potem udowadnia ten wieloletni nauczyciel, doradca szkolny, trener i psychoterapeuta, jest emocją silnie destrukcyjną (ale nie tylko, o czym później), która wypierana (złość piękności szkodzi!), tłumiona (opanuj się!), kumulowana (narastająca frustracja) prowadzi do zachowań agresywnych, niedostosowań społecznych i niepowodzeń szkolnych włącznie z absencją szkolną, plagą polskich szkół nieradzących sobie z problemem.
W polskich szkołach nie wysyła się dziecka do pedagoga szkolnego z powodu złości okazywanej przez nastolatka. Tym bardziej z powodu tej ukrytej, bo taka również istnieje, pod postacią nieumiejętności okazywania jej, zaniechania określonych czynności, przybierania na wadze czy dolegliwości fizycznych. Trafia tam, gdy zachowa się agresywnie. A pedagog „leczy objawy choroby” umoralniającą rozmową, która przebiega mniej więcej tak, jak podaje autor: wysłucha, jak będę mu mówił o tym, że włamanie to przestępstwo, o wandalizmie, prawie własności, opinii rówieśników, o mamie, znaczeniu edukacji, o tym, jakie to straszne być oskarżonym o przestępstwo i o więzieniu, które czeka na takich niepoprawnych, młodych przestępców. On pozostanie głuchy na słowa, nie zgodzi się z niczym, co powiem i odejdzie. Dodam od siebie – albo zgodzi i przeprosi dla świętego spokoju. W przypadku braku poprawy pedagog zaproponuje podpisanie kontraktu, bardzo powszechnie stosowanej w ostatnich latach metody radzenia sobie z „recydywistami”.
W szkole angielskiej takimi złoszczącymi się nastolatkami zajmuje się dodatkowo (oprócz pedagoga szkolnego i psychologa) zatrudniony doradca (jak neutralnie brzmi!), prowadzący indywidualne lub grupowe spotkania w ramach lekcji (!). To w ramach właśnie takich zajęć prowadzący terapię rozpoznaje przyczyny złości, które autor omawia w książce bardzo szczegółowo i uczy nastolatka jak je rozpoznawać u siebie, nazywać i zarządzać nią kreatywnie. Jako praktyk skupia się w tej książce przede wszystkim na opisaniu konkretnych przypadków pedagogicznych, które spotkał w swojej pracy doradcy, pokazując krok po kroku postępowanie z takim zezłoszczonym człowiekiem. Mogłam wyłuskać niektóre metody, techniki socjometryczne czy stosowane zabawy diagnozujące, jednak sama książka nie jest ich wyodrębnionym zbiorem z dokładnym opisem czy instrukcją ich przeprowadzania. Jest przede wszystkim przystępnym przekazem sygnalizującym znaczenie niepozornej emocji złości w procesie wychowania i jak sam podkreśla we wstępie: Jest to książka o tym, jak pracować ze złością, a nie przeciwko niej, książka o słuchaniu złości. Rzecz w tym, że trzymanie się mitu „przeracowywania złości” grozi tym, iż nie będziemy w stanie „wsłuchać się” w znaczenie złości u młodych ludzi, a jej istotę potraktujemy li tylko jako niebezpieczny błąd systemu, bez którego funkcjonowałby on sobie spokojnie i bez zarzutu. A przecież dobrze ukierunkowana złość może być twórcza, konstruktywna i pożyteczna. W tym kontekście walka z agresją w szkołach pozostaje pustym sloganem, z góry skazanym na porażkę. Agresja w polskich szkołach, po szeroko zakrojonej akcji profilaktycznej na skalę kraju, ma się nadal dobrze, a nawet bardzo dobrze.
I jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz, o której wspomina autor.
O złości zawodowców, czyli wszystkich pracujących z młodzieżą. Ukrywana za maską spokoju zawodowego profesjonalisty, bez umiejętności wychodzenia z roli i braku refleksji nad pracą z uczniem lub wychowankiem, zostaje przelana na podopiecznych, innych nauczycieli czy rodzinę poprzez projekcje identyfikacyjną. To jedna z przyczyn stresu nauczycieli. I tutaj autor jest bezlitosny w formułowaniu wniosku – by móc pracować z emocją złości u ucznia, sam musi być od niej wolny, w przeciwnym razie grozi nam, że wdamy się w długotrwałą i niszczącą wojnę.
Angielscy nauczyciele mają możliwość pomocy u doradców zatrudnionych w szkole również z myślą o kadrze pedagogicznej, a polscy nauczyciele muszą zadbać o siebie sami – warsztaty, szkolenia, literatura. Nie mówię, że to złe rozwiązanie, ale zadaję sobie pytanie: ilu nauczycieli sięgnie po tę książkę (literatura), a potem zada sobie trud pracy nad własną złością (warsztaty), by móc pracować ze złoszczącym się uczniem (szkolenia)? Ilu w ogóle (poza dydaktyką) czyta książki z psychologii i metodyki wychowania?

 

 

Będąc w Szwecji, w niewielkim miasteczku, musiałam odwiedzić, przymusem czytelnika, bibliotekę. Okazała mieścić się w szkole, służąc zarówno mieszkańcom jak i uczniom. Znajdowała się w lewej części budynku na powyższym zdjęciu, będąc osobną a zarazem integralną częścią szkoły. To co mnie najbardziej wprawiło w zdumienie, to świetliki w dachach z oknami na niebo i pejzaż okolicy, a w części bibliotecznej wieżyczka. Prowadziły do nich takie kręte schody na szkolnym korytarzu:

 

 

Zezłoszczone dziecko, potrzebujące odprężenia, wyciszenia, oderwania się i chwili odosobnienia wchodziło sobie na górę i gapiło się w niebo na chmury i ptaki tak długo, jak tego potrzebowało. Nie wiem czy to powszechna praktyka w szkołach szwedzkich, ale akurat w tej uwzględniono taką potrzebę ucznia w architekturze budynku. Przyznam, że to odkrycie wprowadziło mnie w osłupienie, a potem w najprawdziwszą zazdrość nie tylko o te świetliki, ale o ogromną świadomość Szwedów znaczenia wychowania w szkole i stosowania jej w praktyce w myśl przekonania autora: Uważam, że krokiem naprzód byłoby nie tyle usuwanie złości ze szkół, ile utworzenie przestrzeni do jej bezpiecznego ujawniania, uznania jej za uzasadnioną emocję, za pewną możliwość, a nie zagrożenie.
To książka nie tylko dla nauczycieli i wychowawców, ale również dla rodziców.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Poradnik

Tagi:

Wyznania upiornej mamuśki – Jill Smokler

Wyznania upiornej mamuśki – Jill Smokler
Przełożyła Agnieszka Barbara Ciepłowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2012 , 190 stron
Literatura amerykańska

Słusznie na okładce tej książki, tuż pod tytułem, umieszczono to zdanie:

Zachęca ono bowiem do sięgnięcia po nią dwie grupy, wbrew pozorom, różnych odbiorców – matki (zwłaszcza te, które przerasta macierzyństwo) i profesjonalistów od wychowania (mam tu na myśli metodyków i psychologów). Dla wszystkich jest pozycją bardzo pożyteczną, chociaż nie w identycznym znaczeniu. To dlatego namawiam wszystkie mamy do podpisania poniższego manifestu umieszczonego na wewnętrznych stronach okładki:

 

To dlatego też ja go nie podpisałam, nie wypowiedziałam słów przysięgi, do której namawiała mnie autorka w manifeście. Skąd taka postawa? – napiszę później. Najważniejszym w tej chwili jest fakt, że matki wszystkich krajów dzięki tym felietonom autorki, które ukazywały się początkowo na prowadzonym przez nią blogu, ujrzały pełny, wielowymiarowy obraz macierzyństwa, wychowania i roli matki. Nie tylko ujmujący cudowne chwile i piękne przeżycia oraz emocje (właściwie są ich tutaj tylko śladowe akcenty), ale i momenty trudne, frustrujące, najeżone wątpliwościami, czasami agresją, często zniechęceniem, obrzydzeniem, a nawet nienawiścią do siebie i własnych dzieci, skrywanych dotychczas pod maską matki idealnej. Autorka mówi wprost – rodzic doskonały nie istnieje, a powszechne przekonanie, że tak jest, zarówno wśród matek jak i w społeczeństwie wywierającym na nie presję osiągania tego wzoru, jest powszechne. Niemożność pogodzenia rozczarowujących doświadczeń własnych z oczekiwaniami środowiska, topi w macierzyństwie kolejne ofiary powszechnych przekonań, produkując znerwicowane, krzyczące, depresyjne, schizofreniczne matki.
Autorka mówi temu – stop! i daje prawo każdej matce do popełniania błędów, do zmęczenia, chwili słabości, niewiedzy, odpoczynku od dzieci, do okazywania negatywnych emocji i dzielenia się własnymi niepopularnymi myślami i poglądami na temat wychowania.
Prawo do bycia upiorną mamuśką.
Sama korzysta z niego w sposób brutalny, szczery, ironiczny, z ogromnym poczuciem humoru i dystansem do siebie, dzieci oraz świata. Opisuje przeżyte doświadczenia z trójką własnych pociech począwszy od ciąży, łamiąc przy tym tabu idealnej matki, a przy okazji nakłaniając do „upiornych” zwierzeń matki czytające jej wpisy blogowe, którymi otwiera każdy felieton w tej książce. Z wnikliwością uważnego obserwatora piętnuje absurdalne zachowania rodziców, demaskuje wzorcową rolę matki i uwalnia kobiety z poczucia winy bycia złym rodzicem.
I do tego momentu można traktować tę książkę, jako koło ratunkowe dla wszystkich załamanych mam, które uważają, że zawiodły, że nie podołały wyzwaniu i że nigdy nie zostaną supermamą. Do tego momentu też namawiałabym je do podpisania Manifestu upiornej mamuśki autorki, który wyzwala, daje wsparcie i utwierdza w normalności ich odczuć, myśli i zachowań, będących udziałem milionów kobiet.
Ale, ale!
Nie wolno tej książki traktować jak rozgrzeszenie dotychczasowej postawy i usiąść na laurach prawdy. Nie wolno brać sobie do serca wszystkich uwag autorki, bezkrytycznie wierzyć we wszystko, co napisała, poprzestać tylko na przyznaniu się do bycia „upiorną mamuśką”. Ta książka to dopiero pierwszy krok do świadomego macierzyństwa. Autorka w wielu opisywanych sytuacjach popełnia błędy (śmieciowe jedzenie, alkohol sprzedawany przez dzieci w loteriach, akceptacja wulgaryzmów i wiele, wiele innych), do których ma prawo, ale nie mogę zgodzić się na ich powielanie lub pozostawienie bez korekty. W swojej nieświadomości preferuje wychowanie intuicyjne, bo, jak tłumaczy, od wieków kobiety radziły sobie bez żadnych kursów, naturalnie, jak z zapłodnieniem. Będzie dobrze. Wątpię w to ostatnie zapewnienie tak, jak nie mogę zgodzić się z ostatnim punktem manifestu. Autorka zapomina, że rodzina sprzed wieków, wielopokoleniowa, z wzorcami rodzicielstwa, z cudowną możliwością przygotowania do macierzyństwa przyszłych matek, to już przeszłość. Obecnie samotność matki, to skutek życia w rodzinie jednopokoleniowej, często niepełnej, a jednorodne wzorce plemienne lub kulturowe, zastąpiła różnorodność norm społeczeństwa wielonarodowego i wielokulturowego, wywołującego rozbieżność potrzeb i oczekiwań, a w konsekwencji frustrację matki. Przykładem niech będzie punkt dziesiąty manifestu mówiący o obrzezaniu. W Polsce, jako dobra rada, nie do pomyślenia. Jeszcze.
Współczesne pozostawienie wychowania matce niewydolnej wychowawczo (a ma do tego prawo) własnemu biegowi, bez wsparcia rodziny lub profesjonalistów, jest niebezpieczne. O głodzie i ogromnym zapotrzebowaniu na przystępną wiedzę pedagogiczno-psychologiczną świadczy niezwykła popularność programu Superniania Doroty Zawadzkiej, która odkryła przed społeczeństwem, że wychowanie jest sztuką i nic nie można w tym zakresie pozostawić przypadkowi, a ono samo w sobie nie jest tak upiornie trudne, jeśli nauczy się konkretnych metod postępowania i pozna jego podstawowe zasady.
Problem w tym, żeby mamie zachciało się chcieć sięgnąć po fachową literaturę (polecam rewelacyjne książki duetu Adele Faber i Elaine Mazlish), uczestniczyć w warsztatach aktywizacji metod wychowawczych (praktyczne kształcenie umiejętności to podstawa) i pamiętać, że dziecko jest jak plastelina, z której rodzice mogą ulepić wszystko co zechcą i jak gąbka, którą mogą nasączyć tym, czym im się tylko zamarzy. Stworzyć potwora lub filantropa. To piękny proces, ale wymagający ogromnej odpowiedzialności i konsekwentnej pracy, a ta książka jest pierwszym stopniem do jego wtajemniczenia.
Tylko pierwszym i o tyle niebezpiecznym w swoim demaskatorskim i wyzwalającym hura (nie ma idealnych mam, są tylko upiorne mamuśki!), że mogącym w swoim rozgrzeszeniu nie inspirować do dalszych, koniecznych działań. I właśnie z tego powodu nie podpisałabym się pod manifestem autorki.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki. 

Wyznania upiornej mamuśki [Jill Smokler]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Seksolatki – Izabela Jąderek

Seksolatki: jak rozmawiać z młodzieżą o seksie? – Izabela Jąderek
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 184 strony
Literatura polska

Wymarzona książka dla mnie!
Spędzam z nastolatkami mnóstwo czasu, wykorzystując go na konkretne działania, ale również na konieczne rozmowy. Nastolatkowie chcą dyskutować, chcą wiedzieć, chcą się radzić. Również często w sprawach emocjonalnych, a także seksualnych. Dziewczęta skupiają się na interakcjach w związku i antykoncepcji. Chłopcy szukają porady w konkretnych, zaistniałych sytuacjach problemowych. Najczęściej zdrowotnych. Oprócz własnej wiedzy, dodatkowo mam pod ręką kilka pozycji, które im podsuwam.
Żadnej publikacji pod ręką dla mnie!
Mimo pięcioletniego przygotowania z metodyki wychowania nie wiem, czy robię to prawidłowo, a wychowanie seksualne w całym toku studiów ograniczyło się do rozwoju płciowego dziecka w ramach psychologii rozwojowej. Zostałam wprawdzie wyposażona w minimum wiedzy teoretycznej i odwagę dyskusji , ale resztę musiałam wypracować sobie sama. Zdobywać szerszą wiedzę teoretyczną z licznych publikacji popularnonaukowych na ten temat i łączyć ją, bazując na uniwersalnych metodach wychowawczych i dydaktycznych, bo młodzież tego ode mnie wymagała i oczekiwała. Żadna jednak pozycja nie odpowiadała na pytanie – JAK tę wiedzę umiejętnie przekazać? JAK rozmawiać z młodzieżą o seksie? – jak głosi podtytuł tej pozycji. Okazało się, że moje zdanie na ten temat nie jest odosobnione. Autorka w trakcie wywiadu z dziennikarzami usłyszała – Szkoda, że nikt nie napisał jeszcze podręcznika dla rodziców i opiekunów. Taka książka powinna powstać, aby wyjaśnić dorosłym krok po kroku, jak rozmawiać z młodzieżą o seksie.
I oto jest!
Dokładnie taka! Łącząca w sobie wiedzę teoretyczną, znajomość narzędzi przekazu oraz kształcenie umiejętności rozmowy z nastolatkami. Autorka całą wiedzę i doświadczenie psychologa, seksuologa, edukatora seksualnego, trenera umiejętności psycho-społecznych i szkoleniowca, jako owoc dziesiątków godzin spędzonych z rodzicami , nauczycielami i młodzieżą, podzieliła na osiem rozdziałów.

Każdy rozpoczyna częścią teoretyczną, która stanowi obowiązkową i niezbędną bazę wiedzy do dalszej pracy. To materiał informacyjny, z którym odbiorca musi bardzo dobrze zapoznać się. Nie może go pominąć lub tylko przekartkować. Wręcz przeciwnie. Solidnie przeanalizować, zapamiętać wszystkie pojęcia, którymi operuje autorka oraz zrewolucjonizować i przetasować swoją dotychczasową wiedzę. Najlepiej każdy rozdział przeczytać dwa, a nawet trzykrotnie i nie ma w tym przekonaniu żadnej przesady. Szczególnie po konfrontacji z myślami, które podkreśla w tekście szarym tłem.

Nie czyni tego bez powodu. Często są one odkrywcze i nowe w podejściu do seksuologii młodzieży i jej szerokich kontekstów. Obala stereotypy (np. błędnego utożsamiania seksualności z seksualizacją), burzy uprzedzenia (np. orientacja seksualna) , rozwiewa mity (np. przenikanie przez pory w prezerwatywie wirusów HIV) i odsłania kulisy prawdziwego (smutnego i przerażającego, jak gwałty w szkołach!) życia seksualnego nastolatków, podając przykłady, z którymi spotkała się w pracy zawodowej. Tych rewolucyjnych treści jest tutaj mnóstwo. Wszystkie zagadnienia tematyczne poukładane są w logiczny ciąg. Od ogólnego czyli seksualności jako takiej do jej współczesnych kontekstów przybierających rozmiary powszechnego zjawiska społecznego (np. cyberprzemoc), w których Internet odgrywa destrukcyjną rolę.
Dopiero tak wyposażony odbiorca może przejść do drugiej części rozdziału.
Ma on charakter warsztatowy, ponieważ składa się ze scenariusza do praktycznego wykorzystania, bazującego na wcześniej zdobytej wiedzy. Można go dowolnie modyfikować w zależności od tego, gdzie i z kim odbywa się spotkanie lub rozmowa. Wprawdzie jego realizacja inaczej będzie przebiegała w rozmowie rodzica z dzieckiem, opiekuna z wychowankiem czy podczas spotkania nauczyciela z klasą, ale główna konstrukcja i jego treść pozostaje bez zmian. Mogą się zmieniać narzędzia i metody z grupowych na indywidualne, ale zawsze będzie zawierać główne kroki, które są szczegółowo omówione i odpowiadają na pytania – kiedy, co mają zawierać, jakie metody przekazu stosować, jakimi pojęciami operować czy jakimi najefektywniejszymi metodami dydaktycznymi posłużyć się? Dla nauczycieli i wychowawców to gotowe, profesjonalne scenariusze zajęć do przeprowadzenia na godzinach wychowawczych, z edukacji seksualnej, wychowania do życia w rodzinie, religii (piękny rozdział o normach uczący tolerancji!) czy spotkań profilaktycznych.
Pozostaje pytanie, czy my, dorośli, jesteśmy na to gotowi?
Autorka często wspomina, powołując się na doświadczenia z rodzicami i nauczycielami (niektórzy odmawiają prowadzenia takich zajęć lub rozmów!), że nie wygląda to różowo, by ostatecznie stwierdzić – Edukacja seksualna w Polsce nie istnieje, rodzice nie chcą bądź nie umieją rozmawiać ze swoimi dziećmi o seksualności, nie ma też zbyt wielu rzetelnych źródeł , z których młodzież może dowiedzieć się więcej o sobie, więc treści pornograficzne są dla rozwijającego się człowieka jedynym źródłem odpowiedzi na nurtujące go pytania.
Nic nowego!
W historii polskiej edukacji (śmiem twierdzić, że od epoki brązu) wychowanie seksualne zawsze było nieuregulowaną lub nieumiejętnie regulowaną, ale zawsze wrząca rzeką, do której lepiej było nie wchodzić, bo boleśnie parzyła. Efekt jest taki, że współcześni rodzice nie wiedzą, jakim językiem rozmawiać ze swoimi dziećmi o seksualności, że czują się zakłopotani i zawstydzeni. Często z trudem dyskutują na ten temat z dorosłymi, jak zatem mają przekazać wiedzę jeszcze młodszym? Od siebie dodam – wiedzę pełną mitów, uprzedzeń i stereotypów, bez znajomości prawidłowego języka medycznego, posługując się słownictwem albo wulgarnym, albo infantylnym. Nic dziwnego, że cedują to na szkołę. A w szkole zagubieni nauczyciele nie wiedzą jednak, jakie mogą poczynić kroki, aby nie naruszyć systemu wartości funkcjonującego w domu. Pomijając aspekty prawne, w których nauczyciele mają związane ręce, ponieważ bez zgody opiekuna prawnego wiedza z zakresu szeroko rozumianej edukacji seksualnej ne może być przekazywana, śmiem twierdzić, ze poziom ich wiedzy nie odbiega od wiedzy rodziców. Na szczęście są szkolenia! Sama niedawno otrzymałam zaproszenie na warsztaty z „Wychowania seksualnego dzieci i młodzieży”. Przyznam, że byłam zaskoczona, bo to chyba, o ile mnie pamięć nie myli, pierwsze takie szkolenie (nie dla edukatorów seksualnych) w mojej dwudziestosześcioletniej pracy z młodzieżą. Jest więc nadzieja, że posuniemy się w tym zakresie trochę do przodu.
Tylko że młodzież nie będzie na nas czekać!
Edukuje się samodzielnie – szuka wzorców, sięga po wiedzę, której nie ma możliwości zweryfikować, sprawdza autorytety, buduje relacje niekoniecznie zgodne z zasadami rozwoju psychoseksualnego. Jej świat, w którym próbuje sobie radzić z różnym skutkiem, to postępująca seksualizacja, kreowana przez media, powszechny, nieograniczony dostęp do pornografii oraz narzędzi elektronicznych umożliwiających niekontrolowany kontakt, osłabienie kontroli rodzicielskiej, liberalizacja postaw względem związków, bliskich relacji i seksu. Autorka podkreśla, że zamiast negować tę rzeczywistość i reagować zaskoczeniem, przypisując radykalizację (dosadniej ujmując – patologię) postaw młodzieży „naturalnym” zmianom społecznym, należy podkreślać rolę edukacji seksualnej na rzecz pożądanych zmian, by młody człowiek, wyposażony w wiedzę i narzędzia intelektualne, świadomie i prawidłowo sobie z nią radził, a w dalszej konsekwencji zmieniał na lepsze. Nikt inny, tylko my, dorośli, jesteśmy za to odpowiedzialni.
To MUST HAVE! pozycja dla wszystkich wychowujących dzieci i młodzież.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2016 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Seksolatki. Jak rozmawiać z młodzieżą o seksie? [Izabela Jąderek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Postawa 3X wśród młodzieży – coś więcej niż abstynencja – Dominika Łęcka

Postawa 3X wśród młodzieży – coś więcej niż abstynencja: studium psychokulturowe – Dominika Łęcka
Oficyna Wydawnicza Impuls , 2011 , 144 strony
Literatura polska

Daj młodemu człowiekowi mapę do Nieba, a odda Ci ją jutro… poprawioną.
Kiedy Fiodor Dostojewski formułował tę myśl, nie przypuszczał, że nadejdą czasy, w których młodzież nie będzie chciała jej poprawiać. Chętnie i z własnej inicjatywy przystanie na dobre rady dorosłych i przyjmie „postawę 3X” – nie piję, nie palę, nie zażywam narkotyków. I o tej postawie wśród polskiej młodzieży jest to badawcze opracowanie.
Bardzo pionierskie w wielu aspektach.
Po pierwsze ze względu na nowatorstwo obszaru badań i jego niezgłębianą dotychczas tematykę. Literatura socjologii wychowania obfituje w publikacje opisujące subkultury młodzieżowe, ale o negatywnym wydźwięku. Niewiele poświęcono tym pozytywnym.
Po drugie autorka wprowadza nową nomenklaturę i nadaje nowe konotacje treściom pojęć starych dotyczącą zagadnień abstynencji. Wprowadza nowe znaczenie pojęcia abstynenta przejawiającego postawę 3X w 100%. Jej grupa badawcza to młodzież włącznie ze studentami, której abstynencja nie wynika z przesłanek medycznych (uzależnienia w przeszłości i wynikająca z nich wstrzemięźliwość), psychologicznych (dzieci DDD), religijnych czy patriotycznych. Abstynencja w postawie 3X stanowi wartość samą w sobie tak, jak dobro czy miłość. Warto być dobrym, warto kochać i warto być abstynentem.
Po trzecie opisuje zjawisko częściowo nieznane według autorki, a według mnie w znikomym stopniu, specjalistom pracującym z młodzieżą. Wśród młodych ludzi natomiast, jak wynika z badań autorki, znane jest tylko 26% badanej młodzieży, która zetknęła się ze zjawiskiem sXe.

Inciclopedia

To akronim ruchu Straight Edge (w dowolnym tłumaczeniu – prosta krawędź, prosta droga czy ścieżka), który stał się dla autorki inspiracją do poszukiwania postawy traktującej abstynencję jako wartość. Pojawił się on w latach 80. XX wieku w amerykańskim środowisku punków jako alternatywa powszechnej postawy wyrażanej hasłem – „Sex & Drugs & Rock & Roll”. Znakiem rozpoznawczym tego oddolnego ruchu abstynenckiego stał się znak „X” w wielu odmianach grafiki tego symbolu umieszczanego na dłoniach,

ALT Sector

ubraniach,

Wikipedia

a także na ciele w formie tatuażu.

Wikipedia

Ale niekoniecznie. Wiele osób z „postawą 3X” nie manifestuje jej w widoczny sposób. Jak zauważa autorka – nie jest rozpoznawana po stylu muzyki, jakiej słuchają młode osoby, czy po ich ubiorze, ale po reakcjach na sytuacje, w których pojawiają się używki.
Po czwarte autorka wprowadza rewolucyjną myśl dotyczącą profilaktyki uzależnień. Odpowiada na pytanie, nad którym głowią się inni badacze – dlaczego żadne programy profilaktyczne nie przyczyniają się do zwiększania liczby osób żyjących w abstynencji? Świadomie jej tutaj nie przytoczę. Nie chcę odkrywać wszystkich kart tego opracowania.
Po piąte daje osobom pracującym z młodzieżą oraz rodzicom fantastyczny argument za wyborem życia bez uzależnień, odcinając się całkowicie od jedynej, dotychczas proponowanej alternatywy z negatywnymi konotacjami stereotypowego abstynenta, stygmatyzującego osoby niepalące, niepijące czy niezażywające narkotyków. Jest tylko jeden warunek powoływania się na „postawę 3X” lub sXe – trzeba samemu ją przyjąć. Wychowawca, pedagog czy rodzic mówiący o sXe nie jest wiarygodny, gdy sam pali, pije (nawet okazjonalnie!) lub zażywa narkotyki. Młodzież nie znosi schizofrenii w mówieniu i czynach.
Po szóste autorka, tłumacząc wyniki swoich badań opracowanych w kontekście psychokulturowym, kieruje swoją publikację nie tylko do praktyków i badaczy nauk społecznych, ale również do młodych osób zainteresowanych sXe, by obalić dotychczasowy stereotyp abstynenta, nadać abstynencji nowe znaczenie i pojęcie oraz wzmocnić postawę 3X, w której abstynencja jest wartością. Wartością dającą kontrolę nad sobą i wolność. Wolność od uzależnień i wolność wyboru stylu życia. Szczególnie kieruje ją do tych, którzy próbowali tak żyć lub myślą o tym, aby przyjąć taki styl życia, jednak ze względu na presję społeczną nie mogą tego zrobić. Trzeba mieć solidną podstawę teoretyczną i ideologiczną własnych wyborów, by potrafić przeciwstawić się bardzo silnej w wieku dorastania potrzebie przynależności do grupy rówieśniczej, w której alkohol jest obecny na 99% (piwo) imprez, jak wynika z badań autorki. Barierą w przyswajaniu wiedzy może okazać się jednak język naukowy publikacji.
Po siódme opracowanie to jest dowodem na to, że pedagogika, psychologia i socjologia, wbrew pozorom i poglądom o ich martwocie, z którymi czasami się spotykam, są dziedzinami żywymi, dynamicznymi i rozwijającymi się tak, jak ewoluuje społeczeństwo. Dawno nie czytałam tak świeżej i odkrywczej dla mnie wiedzy dającej mi do ręki rewelacyjny argument w profilaktyce uzależnień młodzieży.
I nie zawaham się go używać!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Postawa 3X wśród młodzieży – coś więcej niż abstynencja [Dominika Łęcka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

To normalne! – Enrico Gnaulati

To normalne!: dlaczego zwyczajne zachowania naszych dzieci nazwano ADHD, autyzmem i innymi zaburzeniami – Enrico Gnaulati
Przełożyła Iga Noszczyk
Wydawnictwo Znak Literanova , 2016 , 335 stron
Literatura amerykańska

ADHD to podobno ściema!
Ktoś podobno to sobie wymyślił! Podobno nie ma takiej choroby! Takie ostatnio informacje docierają do mnie zewsząd. Takie tytuły widziałam w mass mediach. Takie tytuły migały mi na okładkach ostatnio wydawanych książek. I wreszcie takie zdania słyszałam wśród zaprzyjaźnionych nauczycieli rzucane, jako rewelacje z ostatniej chwili, w trakcie rozmowy.
Podobno!
Dla mnie to było kluczowe słowo, które okazało się wierzchołkiem góry lodowej większego problemu z gruntem grząskim i bardzo głęboko położonym. Odważyłam się go zbadać, bo chciałam wiedzieć, jak naprawdę jest z tym ADHD? Jest czy go nie ma? Wybrałam do tego celu tę pozycję amerykańskiego psychologa, a zaważył na tym mocno intrygujący podtytuł, który wiele sugerował i jeszcze więcej dawał do myślenia – Dlaczego zwyczajne zachowania naszych dzieci nazwano ADHD, autyzmem i innymi zaburzeniami. Najważniejsze, że nie epatował skrajnością. Chciałam pozycji wyważonej i podchodzącej zdroworozsądkowo do zagadnienia.
I dokładnie to dostałam!
Ten niezwykle racjonalnie myślący człowiek od jakiegoś czasu przyglądał się z niepokojem swoim zdiagnozowanym przez psychiatrów małym pacjentom, których ilość w jego gabinecie rosła w zastraszającym tempie. Mało tego! W większości przypadków podważał diagnozę specjalistów, widząc nie chore psychicznie czy umysłowo dzieci, ale normalne, tyle że trudniejsze w przebiegu ich rozwoju lub dojrzewania. Statystyki ogólnokrajowe USA potwierdzały jego obserwacje. Wynikało z nich, że ADHD jest tak powszechne jak zwykły katar – można je zdiagnozować u co dziesiątego dziecka. Niemal tyle samo dzieci leczy się na ADHD co na przeziębienie – alarmowały – z czego aż trzydzieści do czterdziestu procent – w wieku dorosłym nie wykazuje już żadnych symptomów tej choroby. A przypomnijmy – ADHD to trwająca przez całe życie destrukcyjna i rujnująca choroba umysłowa. Leczona stymulantami na bazie, między innymi, amfetaminy. To nie było normalne według autora. Szczyt absurdu dostrzegł na jednym z portali poświęconemu ADHD, w którym udowadniano, że Kubuś Puchatek cierpi na ADHD, nie wspominając o jego rozbrykanym przyjacielu, Tygrysku. Tak! Królik też miał ADHD! Szalę cierpliwości wobec krzywdy wyrządzanej bezbronnym dzieciom przeważył przypadek dwuletniego dziecka, u którego zdiagnozowano ciężką chorobę psychiczną (sic!) leczoną stymulantami doprowadzającymi go do śmierci.
Autor powiedział – dość!
I zabrał głos w wojnie między dwoma obozami – tych, którzy twierdzili, że ADHD jest totalnym, stuprocentowym oszustwem a tymi, którzy upierali się przy fakcie jego bezsprzecznego istnienia. W tym celu napisał tę książkę, która, według niego, ma być przeciwwagą dla wciąż narastającej w naszym amerykańskim społeczeństwie tendencji do postrzegania wszystkich zachowań dziecka w kategoriach medycznych, do szufladkowania różnych normalnych reakcji stresowych naszych dzieci jako dowodów wspierających poważne diagnozy psychiatryczne. Swoim opracowaniem powiedział – Owszem, ADHD istnieje tak, jak autyzm i zaburzenia dwubiegunowe. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Problem jednak polega na nadużywaniu, nadinterpretowaniu i wykorzystywaniu tych chorób przez rodziców, nauczycieli, psychiatrów, młodzież i koncerny farmaceutyczne.
Każda grupa do własnych, egoistycznych celów.
Rodzice chcą mieć lżej w trudnej sztuce wychowania, wierząc, że „cudowna pigułka” rozwiąże teraz i natychmiast problem, z którym nie dają sobie rady.
Nauczyciele chcą pozbyć się problemu dziecka niewpisującego się w pożądany wzór zachowania – potulnego, posłusznego, pojętnego i uległego ucznia, kierując go do psychiatry.
Psychiatrzy chcą patrzeć na pacjenta od strony medycznej i w kategoriach choroby, ślepnąc na humanistyczne, zdroworozsądkowe wyjaśnienie problematycznych dziecięcych zachowań, za to dobrze widząc chorobę i sposób jej wyleczenia za pomocą chemii.
Młodzież chętnie przypisuje sobie ADHD i inne zaburzenia, czyniąc z nich modę na chorobę i sposób na lans. Jawnie obnosi się z nimi, umieszcza jako jedną z cech na profilach społecznościowych, wpisuje w żargon, tworzy piosenki i zaczytuje się bezkrytycznie w poradnikach ”dla idiotów”, w których udziela się rad.
I wreszcie koncerny farmaceutyczne, które nakręcają to zjawisko poprzez swoje, niekoniecznie prawdziwe, teorie, przeliczając je na zysk. Wszyscy przedstawiciele farmaceutyczni wiedzą o tym, że dziecko jest klientem, na którym można bardzo dobrze zarobić, bo lekarze, rodzice i nauczyciele wymagają od niego, by – po prostu – wzięło tabletkę i się rozchmurzyło.
Błędne kolo szaleństwa!
Zależności, w którym wszyscy zyskują oprócz dziecka. Autor poświęcił kilka rozdziałów na temat katastrofalnych skutków fizycznych (łącznie ze śmiercią), emocjonalnych, intelektualnych i społecznych, jakie niesie ze sobą zła diagnoza.
Prawidłowa diagnostyka to podstawa!
Nastawiona nie na pozbywanie się problemu z trudnym dzieckiem czy pacjentem, a na ujrzenie w nim rozwijającego się człowieka, który ma normalne problemy we wrażliwym okresie życia. Tego naturalnego okresu dojrzewania, którego łączy wiele cech wspólnych z zaburzeniami charakterystycznymi dla chorób psychicznych. Wykorzystywanie ich niewielkiego spektrum dla ułatwienia sobie wychowania czy nauczania to zbrodnia. Autor poświęcił dużo miejsca na wytłumaczenie specyfiki okresu adolescencji, pojęcia „normy” w tym burzliwym okresie, czynników mu sprzyjających i hamujących, wnioskując jedno – problematyczne zachowania nastolatków to NORMA! Zwłaszcza, że są potęgowane przez specyfikę dojrzewania w XXI wieku.
Dla mnie to rewelacyjna dawka wiedzy!
Coś, czego nie było, bo kilka dekad temu nie miało prawa w nich być, w akademickich podręcznikach guru wychowania Michała Godlewskiego czy Heliodora Muszyńskiego, a co autor podkreślił jako czynnik mający ogromny wpływ na współczesnego nastolatka – technologia informacyjna i komunikacyjna. Nowe technologie powodują zmianę stylu życia, a nastoletnia kultura zmieniła się tak bardzo, że już prawie w ogóle nie potrafimy jej zrozumieć. To kultura, w której otwarta, swobodna i natrętna autopromocja nie powoduje już zdziwionego uniesienia brwi; kultura, w której codziennością są „efektowne zerwania”, „świrowanie”, „seksemesy”. Łatwy dostęp do internetu, iPodów, komórek, konsol i telewizji kablowej powoduje, że nastolatki nieustannie doświadczają form ekspresji, w których dominują hałas, sprośność, przemoc i wściekłość. To pokolenia urodzone począwszy od lat 80. XX wieku i od urodzenia poddane immersji nowym mediom, a które Jacek Pyżalski w swojej pracy badawczej Agresja elektroniczna i cyberbullying nazwał „tubylcami cyfrowymi” w odróżnieniu od starszych pokoleń – „imigrantów cyfrowych”. To pokolenia, w wychowaniu których musi wziąć się pod uwagę cechy, które wcześniej nie występowały – wzrost samooceny, krzyk jako moda, jawna seksualność i deprywacja snu.
Tę książkę powinien przeczytać każdy pedagog!
Mimo że ta pozycja jest przeznaczona przede wszystkim dla rodziców, do których autor zwraca się bezpośrednio, prosząc o zdrowy rozsądek i jako do tych, dla których dobro własnego dziecka jest najważniejsze. To oni mogą i mają prawo zakwestionować sugestie nauczycieli i diagnozę psychiatrów, szukając pomocy u psychologów potrafiących pomóc przejść im przez trudniejszy niż u innych dzieci, proces rozwoju i dojrzewania. Poświęca temu ostatnie rozdziały, w których można znaleźć praktyczne, warsztatowe wręcz porady, jak radzić sobie w komunikacji z dzieckiem i jak organizować proces wychowawczy jako jego inżynier, animator, reżyser czy menadżer. Ilustruje je licznymi przykładami z własnej praktyki zawodowej. A wszystko to po to, by byli w stanie uchwycić nawet najdelikatniejsze przejawy dziecięcych oczekiwań, a dziwne reakcje umieli powiązać z osobowością dziecka i z okolicznościami życiowymi i żeby potrafili je odróżnić od prawdziwych problemów psychicznych.
To co spodobało się mi najbardziej, to podkreślanie płciowości w wychowaniu, jako czynnika go determinującego. W opozycji do wszechobecnego gender. Autor w nosie ma posądzenie o seksizm. Wręcz wskazuje na konieczność brania go pod uwagę w wychowywaniu chłopców i dziewczynek.
Dlaczego? – odsyłam do książki.
Może ktoś zauważyć, i słusznie, że autor opisuje zjawisko z rzeczywistości amerykańskiej. Ale jak historia wychowania pokazuje i globalizacja ułatwia, to tylko kwestia czasu, kiedy stanie się naszą, polską rzeczywistością. Wystarczy przyjrzeć się rozdmuchanemu u nas zjawisku dysleksji, które wykorzystuje się przez nauczycieli i rodziców do „ulżenia” sobie i dziecku w nauce szkolnej. Zaburzeniu, z którym w szkole ponadgimnazjalnej nie robi się nic, poza stawianiem bardziej „wyrozumiałych” ocen i zaznaczeniem tej dysfunkcji na arkuszu maturalnym. Nie znam żadnego tak zdiagnozowanego nastolatka lub nastolatki spośród mojej zaprzyjaźnionej młodzieży, którzy pracowaliby dodatkowo nad zminimalizowaniem dysfunkcji w domu lub w szkole. Nie wiem, jak to wygląda w szkole podstawowej i gimnazjum. Na szczęście dla dzieci, nie „leczy” się jej lekami. Śmiem twierdzić, że to „jaskółka” plagi, która właśnie ogarnęła USA, a do nas dociera w postaci „rewelacji”, że ADHD to ściema.
Czytajmy takie wyważone książki i bądźmy przygotowani, zamiast powtarzać bezmyślnie „rewelacje” z mediów.
Uwaga techniczna do tłumaczki!
To kolejna pozycja (zaczyna mnie to bardzo irytować!), w której tłumacz nie rozróżnia pojęcia „nastolatkowie” i „nastolatki”, a Internet pisze małą literą. Stąd cytaty z błędem, które zobowiązują do dosłowności, bez prawa nanoszenia poprawek.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

To normalne! [Enrico Gnaulati]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Agresja elektroniczna i cyberbullying – Jacek Pyżalski

Agresja elektroniczna i cyberbullying jako nowe ryzykowne zachowania młodzieży – Jacek Pyżalski
Oficyna Wydawnicza Impuls , 2012 , 317 stron
Literatura polska

Miecz o dwóch ostrzach.
Tak Internet nazwał, cytowany przez autora, Zheng Yan, profesor zajmujący się psychologią wychowawczą na amerykańskim Uniwersytecie Harwardzkim, który ujął w tej metaforze zarówno pozytywne, jak i negatywne konsekwencje społeczne, jakie ze sobą niesie. Autor w swoim opracowaniu skupił się przede wszystkim na tych negatywnych. Przy czym Internet uznał za nowe narzędzie realizacji zjawisk negatywnych, do których należy agresja elektroniczna. W swoich rozważaniach teoretycznych i badaniach zawęził ją do cyberbullyingu czyli przemocy elektronicznej zachodzącej tylko w środowisku szkolnym. Zanim jednak zaczął posługiwać się charakterystycznymi pojęciami związanymi z tematem, przytoczył wyczerpującą dawkę współczesnej wiedzy na ten temat w kilku pierwszych rozdziałach. W treści powołał się na badaczy nauk społecznych z całego świata, a tym samym wprowadził w świat nowych mediów i komunikacji zapośredniczonej, podkreślając przy tym jedność świata wirtualnego i rzeczywistego oraz standardowość procesów społecznych w nich zachodzących, jedynie przeniesionych do świata Internetu. To bardzo ważna uwaga, która nie pozwala na negowanie i piętnowanie Internetu jako takiego, wskazując jedynie na pojawienie się nowego środowiska socjalizującego młodzież.
Rozwój technologiczny trwa!
Nie było, nie ma i nie będzie takiego człowieka, który by go powstrzymał. Jak zauważył autor – wszystkie media na przestrzeni ostatnich dwustu lat, tj.: telegraf, telefon, radio, film i telewizja, bywały oskarżane o wiele bardzo niekorzystnych zjawisk (np. osłabienie więzi społecznych), przy równoległym świętowaniu i apoteozie możliwości, które przynosiły. Dlatego zamiast demonizować Internet, należy mu się bardzo dobrze przyjrzeć.
I dokładnie to zrobił autor!
Nominowany przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego do europejskiej akcji badającej zjawisko cyberbullyingu przeprowadził badania pod tym kątem wśród polskiej młodzieży, studentów i nauczycieli. Pozyskał nie tylko możliwość współpracy z czołowymi naukowcami badającymi to zagadnienie, ale i dostęp do najnowszych wyników ich prac. Doświadczenia i wnioski swojej czteroletniej pracy badawczej umieścił w drugiej części tej monografii. Szczegółowo opisał metodykę i procedury badawcze, ale co najważniejsze, sformułował teorię dotyczącą agresji elektronicznej, którą nazwał teorią ABACUS. Dla mnie najważniejszym i najbardziej przydatnym okazało się skonstruowanie praktycznych rozwiązań w zakresie profilaktyki i interwencji w przypadku agresji elektronicznej. „Nowy” cyberbullying to nic innego, jak dobrze znana przemoc szkolna (bullying) przeniesiona do świata wirtualnego. Odczarował zjawisko, które metaforycznie autor nazwał za cytowanym Quingiem Li – starym winem w nowej butelce.
To bardzo dobra wiadomość!
Zwłaszcza dla przerażonych i bezradnych osób odpowiedzialnych za wychowanie młodzieży. Autor daje im do ręki sprawdzone metody wychowawcze, zamiast restrykcyjnych i ograniczających dostęp do Internetu. Wymaga to jednak ze strony dorosłych zajrzenia do niego jako nowego pola działań wychowawczych, w którym stare metody w nowym środowisku mogą przynieść zamierzony efekt – świadome i odpowiedzialne korzystanie przez młodzież z nowych mediów.
To trudne!
Biorąc pod uwagę międzypokoleniową lukę cyfrową istniejącą między tubylcami cyfrowymi (ludzie urodzeni w latach 80. XX wieku i poddani immersji nowym mediom) a imigrantami cyfrowymi urodzonymi wcześniej, zjawisko cyberbullyingu póki co rozwija się bez przeszkód i nie daje objawów w realu. A jeśli już, to jest również skutkiem w postaci samobójczej śmierci. To właśnie fala samobójstw wśród norweskich nastolatków skłoniła badaczy nauk społecznych do zgłębienia tego zjawiska. Ofiary cyberbullyingu bardzo rzadko proszą o pomoc dorosłych. Wyniki badań polskich autorów wskazują, że jedynie co dziesiąta ofiara przemocy online informuje o tym rodziców, a bardzo nieliczni – nauczycieli. – podkreśla autor. Budujące jest to, że w obecnym roku szkolnym jednym z priorytetów w polskich szkołach jest technologia informacyjna i komunikacyjna. Ta praca badawcza i wynikające z niej wnioski idealnie wpisują się w ten priorytet, czyniąc z niej lekturę obowiązkową dla wszystkich wychowujących dzieci i młodzież.
Również rodziców. 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Agresja elektroniczna i cyberbullying jako nowe ryzykowne zachowania młodzieży [Jacek Pyżalski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Narkotyki w kulturze młodzieżowej – Beata Hoffmann

Narkotyki w kulturze młodzieżowej – Beata Hoffmann
Oficyna Wydawnicza Impuls , 2014 , 170 stron
Literatura polska

Powiedz mi, jakiej muzyki słuchasz, a powiem ci, co bierzesz.
Taka myśl pozostała we mnie po lekturze tej książki. Można zaprotestować, że czarno widzę i nie wszyscy słuchający muzyki to ludzie zażywający psychostymulanty. Jednak fakty i wyniki badań przytaczane przez autorkę są nie do obalenia. Jak można zaprzeczyć badaczce i socjolożce Hannie Świdzie-Ziembie, podważając jej wniosek, na który powołuje się autorka – …granica przebiega nie jak kiedyś, między tymi, co „biorą” i „nie biorą”, lecz między tymi, co sięgają po narkotyki miękkie (nieuzależnionymi) i twarde (uzależnionymi). Po takim dictum, w którym ludzie zażywający narkotyki miękkie nie są osobami uzależnionymi (sic!), mogłam sobie zakrzyknąć.
Co ja wiedziałam o narkotykach!
Świat poszedł do przodu, a ja tkwiłam w rodzajach, skutkach, objawach i w tego typu tematach niczym zadufany w sobie ekspert, a umykał mi w tym wszystkim kontekst kulturowy. A to on wyraźnie mówi, z czym się biję na co dzień. Cała para szła w gwizdek. Ta publikacja zmieniła moje nastawienie do problemu narkotyków. Zamiast walczyć z nimi – dać sobie spokój, a całą energię wkładać w tworzenie alternatyw dla nich. Równoległych propozycji dla młodzieży, które będą od nich atrakcyjniejsze.
To piekielne trudne zadanie!
Narkotyki to nie tylko chemia dająca poczucie szczęścia. To narkoświat! Element większej skomplikowanej całości, którą można nazwać stylem życia czy stanem umysłu, który zwłaszcza dla poszukującej młodzieży ma ogromne znaczenie. Żebym mogła dobrze to zrozumieć i zobaczyć oczami wyobraźni, autorka poprowadziła mnie w głąb historii ludzkości od społeczeństw przednowoczesnych do współczesności. Pokazała zmieniającą się rolę narkotyków od obowiązkowego elementu obrzędów i rytuałów religijnych pełniących rolę tabu i sacrum dostępnego tylko szamanom i kapłanom, poprzez składową światopoglądu tworzącego kontrkulturę oraz czasu narkotyków degradujących człowieka do poziomu patologii, aż do dzisiaj. Do dnia, w którym narkotyki są legalizowane w niektórych krajach, a „narkoman” to człowiek w garniturze. Wędrując w czasie, autorka wyodrębniała i szczegółowo opisywała subkultury (włącznie z analizą muzyki, tekstów piosenek oraz filmów), w których narkotyki wpisywały się w ich funkcjonowanie, zarówno na świecie, jak i w Polsce – mods, bitnicy (tak dobrze mi znani z literackiej serii Twarze Kontrkultury), punk, skinhead, rap, hip-hop czy rave. Swój przekaz licznie ilustrowała wypowiedziami osób uzależnionych od psychostymulantów.
Publikacja nie miała jednak charakteru badawczego.
Autorce nie zależało na przedstawieniu tematu do rozważań, dyskusji czy polemik. Nie chciała też ukazywać tego zjawiska społecznego jako dewiacji czy patologii. Jej celem, jak napisała we wstępie, było prześledzenie, jak zmieniała się funkcja substancji psychoaktywnych w swojej wielowiekowej historii. Zwłaszcza w kulturze młodzieżowej. Dlatego też nie zakończyła publikacji przestrogami o skutkach zażywania narkotyków. Przedstawiła obiektywne i bezwzględne fakty, pozostawiając mnie z konkretną wiedzą, a tym samym, dając mi możliwość przewidzenia dalszego rozwoju kierunków roli narkotyków w przyszłości w kontekście zmian społecznych i cywilizacyjnych, mających ostatecznie wpływ na przemiany kulturowe.
Nie są one optymistyczne!
Coraz większa tolerancja narkotyków miękkich oraz przesuwanie granicy między nimi a narkotykami twardymi. Upowszechnianie się modelu zażywania psychostymulantów jako uzasadnionego elementu kultury popularnej. Coraz częstsza orientacja na przyjemność, stająca się powoli normą społeczną. Przejmowanie przez media języka narkotykowego nawet w reklamach dla dzieci – odlotowy czy odjazdowy. Powstawanie „konopnych” czasopism, których autorka wymienia kilka tytułów. Publiczne przyznawanie się osób o uznanych autorytetach (pomijam celebrytów) do zażywania marihuany. Maskowanie szkodliwości psychostymulantów poprzez podkreślanie ich pozytywnego wizerunku czyli dezinformacyjna dychotomia w przekazie. I wiele, wiele innych zjawisk ułatwiających drogę narkotykom do młodzieży. Do czasu kiedy obudzimy się, czytając na opakowaniu suplementu diety, że jednym ze składowych jest psychostymulant. Paleta wyboru jest przeogromna.Te najczęściej zażywane obecnie autorka wymieniła i opisała w dodatkowym rozdziale umieszczonym na końcu książki. Są tam również ujęte leki.
Czarnowidztwo?
Niekoniecznie, jeśli prześledzi się treść tej publikacji i rozejrzy dookoła. Zwłaszcza wśród młodzieży. Widzę potwierdzenie zawartych w niej wniosków z badań socjologów z całego świata i Polski przytaczanych przez autorkę, które wyraźnie mówią, że narkotyki spowszedniały, a w wielu młodzieżowych grupach osoby, które nigdy nie zażyły narkotyku, stanowią zdecydowaną mniejszość. Najbardziej przerażający jest ten wniosek – Większość użytkowników substancji psychoaktywnych mieści się dziś w granicach tzw. zdrowego społeczeństwa, a narkoman bardziej przypomina współczesnego konsumenta niż „degenerata”.
Dokładnie z tym zjawiskiem kulturowym mają walczyć współcześni wychowawcy, nauczyciele, opiekunowie i rodzice młodzieży?
W obliczu tej „hydry” jednak dużo bardziej efektywne wydaje się piekielnie trudne tworzenie alternatyw dla niej. Pytanie tylko, czy współczesny pedagog jest do tego przygotowany?
Według mnie – nie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Jak można walczyć z TAKIM zjawiskiem!?

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Mózg nastolatka – Francess E. Jensen , Amy Ellis Nutt

Mózg nastolatka: jak przetrwać dorastanie własnych dzieci – Francess E. Jensen , Amy Ellis Nutt
Przełożyła Katarzyna Sosnowska
Wydawnictwo W.A.B. , 2016 , 366 stron
Literatura amerykańska 

Książka-koło ratunkowe dla wszystkich opiekujących się nastolatkami!
Na dodatek napisana przystępnym językiem, mimo że autorka jest neurobiologiem. Podejrzewam, że zawdzięcza to współautorce, dziennikarce. I może właśnie dlatego, miała możliwość nie tylko napisania książki, ale i zajęcia się tematem, który w jej rodzinie stał się palącym problemem. Pewnego dnia ujrzała w swoim własnym domu dwóch, obcych pasażerów ze statku kosmicznego Nostromo. Miała na myśli swoich nastoletnich synów, których nagle przestała rozumieć. Ówcześnie badała mózgi dziecięce, ale to zaskakujące ją doświadczenie adolescencji własnych dzieci, sprawiło, że zmieniła obiekt dotychczasowych dociekań naukowych.
Zajęła się mózgiem nastolatków!
Podjęła się badań, by pomóc zrozumieć nie tylko to, czym jest mózg nastolatka, lecz także, czym on nie jest i czym się dopiero staje. To, co zobaczyła, czego doświadczyła i co skonfrontowała z osobistymi doświadczeniami jako matki, zawarła w tej niepozornej, ale rewelacyjnej w przekazie, pozycji popularnonaukowej. Nie tylko dostarczyła neurologicznej wiedzy popartej dowodami naukowymi, ale również obaliła dotychczasowe mity (wielozadaniowość, buzujące hormony) i podzieliła się sprawdzonymi radami po każdym rozdziale danego tematu. Nie będę wymieniać wszystkiego, bo jest tego dużo i obszernie. Dla mnie najważniejszym był wniosek, że nastolatkowie nie są dorosłymi, mimo że wyglądają i rozmawiają jak dorośli. Pojęcie, że młodzież to młodsza wersja człowieka dorosłego o mniejszym przebiegu mózgu, to pogląd błędny, a nawet szkodliwy. Nie tylko dla nastolatków, ale również dla samych dorosłych. Tych pierwszych pozostawia bez opieki (przecież skończył 18 lat!), a tych drugich naraża na niepotrzebny stres. Wszystkich na niezrozumienie, konflikty i wojnę międzypokoleniową.
A zrozumieć należy jeden fakt!
Młodzież od dorosłych różni jedno – budowa mózgu. Tylko w jednym narządzie, ale za to strategicznym i znaczącym, ponieważ determinuje on nie tylko rozwój psychiczny, emocjonalny, fizyczny, społeczny i intelektualny, ale również przyszłość nastolatka. W jaki sposób – napiszę o tym później. Autorka, aby dobrze zwizualizować przyczynę wszystkich problemów z młodzieżą, porównała mózg nastolatka do zestawu puzzli. Otóż w zestawie młodzieżowym brakuje 20% elementów.
Pomyśleć – 20%!
To przede wszystkim niedojrzałość i nieczynność płatu czołowego odpowiedzialnego za myślenie perspektywiczne, wgląd, osąd, abstrahowanie, planowanie, samoświadomość, zdolność do oceny niebezpieczeństwa i ryzyka oraz łączenie postaw, wyborów i decyzji z ich skutkami. To stąd bierze się „ułańska fantazja” nastolatków do zachowań, których skutki są czasami drastyczne i tragiczne, o czym donoszą od czasu do czasu media. W tych szokujących odbiorców sytuacjach najczęściej dorośli zadają dwa pytania – „Czy oni nie myśleli?” i „Jak mogli to zrobić?”. Autorka odpowiada na te dotychczas retoryczne pytania, mówiąc, że nie myśleli, bo nie mieli czym. W płacie czołowym skończyła im się synapsa! A zrobili to, właśnie dlatego. To zjawisko najdobitniej opisał amerykański prawnik Steven Drizin, na którego powołuje się autorka – Młodzi działają w dużej mierze, jak osoby opóźnione umysłowo. Największe podobieństwo między tymi dwiema grupami polega na ich deficytach poznawczych. Jeśli do tego dodamy skłonność do emocjonalnych i impulsywnych zachowań oraz ryzyka, wpływ grupy rówieśniczej i łatwość uzależnień to mamy gotowy przepis na tragedię.
I tutaj autorka podkreśla rolę dorosłych!
Nauczyciele, wychowawcy, opiekunowie i rodzice mają, na delikatny czas przepoczwarzania się, dojrzewania, dorastania nastolatków, pełnić rolę nieczynnego płata czołowego. W praktyce przekłada się na bycie opiekunem, który, jak niekończącą się mantrę, wymienia i powtarza skutki ich wyborów i zachowań.
To działanie ma ogromne znaczenie w profilaktyce.
Ukazywanie skutków palenia papierosów, zażywania narkotyków, picia alkoholu i energetyków, braku snu, nadużywania technologii (telefony komórkowe i Internet), a także uprawianie sportów kontaktowych (mikrowstrząśnienia i wstrząśnienia mózgu), to nie tylko kilka rozdziałów tłumaczących ich destrukcyjny wpływ na rozwój mózgu, ale także stopniową degradację potencjału możliwości i zawężanie szans rozwoju, a tym samym zmianę przyszłości konkretnego nastolatka.
Wszystko ilustruje przykładami z życia własnej rodziny i swoich pacjentów.
Autorka daje rewelacyjne narzędzie do pracy z nastolatkami. Tłumaczy niezrozumiałe ich zachowania. Wskazuje praprzyczynę ciągu dramatycznych zdarzeń i zachowań. Przede wszystkim jednak pozwala uzbroić się w cierpliwość, która jest wręcz niezbędna w pracy z młodzieżą. Tak jak pochyla się z troską i wyrozumiałością nad osobami z różnych względów upośledzonymi, tak dokładnie w ten sam sposób należy pochylać się nad młodzieżą do mniej więcej dwudziestego roku życia.
Bez urazy droga młodzieży!
Uwaga techniczna – kolejny tłumacz, który nie rozróżnia pojęć – „nastolatki” i „nastolatkowie”.
Irytujące w trakcie czytania!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Mózg nastolatka. Jak przetrwać dorastanie własnych dzieci [Frances E. Jensen, Amy Ellis Nutt]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: