Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Długi marsz – Sławomir Rawicz

21 marca 2019

Długi marsz – Sławomir Rawicz
Przekład anonimowy opracowany przez Leszka Rybickiego
Wydawnictwo Gord , 2007 , 272 strony
Seria Ekstremum
Literatura angielska

Mordercza, wręcz śmiertelna w skutkach ucieczka grupy więźniów, wśród nich Polaka i Amerykanina Smitha, z syberyjskiego, sowieckiego obozu 303 przez tajgę, wzdłuż jeziora Bajkał, przez wyżyny Mongolii, pustynię Gobi, góry Tybetu i Himalajów, aż do Indii. Roczną wędrówkę w latach 1941-42, ponad 6 tysięcy kilometrów, skrajny survival , bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, który przetrwało 4 mężczyzn. W tym główny bohater wspomnień.
Dosyć lakoniczna notatka jak na światowy bestseller wydany w 25 językach i we wstępie poprzedzony piętnastoma zachwytami autorytetów ze świata mediów. Ale nie mogę napisać więcej o bohaterstwie, poświęceniu, szlachetności i altruizmie, po przeczytaniu artykułu Z Sybiru do Hollywood Maxa Fuzowskiego w styczniowym wydaniu tygodnika Newsweek Polska.

 

Newsweek

 

 

Powieliłabym kłamstwo, bo cała opowieść, ponad podane przeze mnie na początku fakty, to fikcja nadbudowana przez autora książki piórem angielskiego dziennikarza Ronalda Downinga, a sam życiorys i historia ucieczki skradziona Witoldowi Glińskiemu.

 

Gliński

 

 

Oszustwo Sławomira Rawicza zdemaskowano przypadkowo, bez możliwości konfrontacji. Twórca powieści zmarł na kilka lat przed jego publicznym ujawnieniem przez dziennikarza radia BBC.
Niezależnie jednak od całego skandalu opowieść żyje nadal, inspirując podróżników i amatorów ekstremalnych wyzwań do przemierzania opisanego szlaku. Na przełomie kwietnia i maja 2010 roku ruszy wyprawa dwóch Polaków pod nazwą Long Walk Expedition.
Na bazie książki i wspomnień prawdziwego uczestnika ucieczki powstaje też film w reżyserii Petera Weir’a (Piknik pod wiszącą skałą , Stowarzyszenie Umarłych Poetów) z Colinem Farrellem.

 

Farrell

 

 

Nie dziwię się, bo historia jest wręcz wymarzona na potrzeby Hollywood, a jej siła przekazu nawet mnie, świadomej fikcyjności przygód, zaciskała obręcz wzruszenia na gardle, szkląc niebezpiecznie oczy.
Mimo wszystko, warto było, bo miejsca i szczegóły mogły się różnić, ale przeżycia, cierpienia, upokorzenia, strach – oraz sprawcy – to pozostawało niezmienne jak asekurancko pisze, wplatając to zdanie w swoją opowieść, Sławomir Rawicz.
Mam nadzieję, że wydawnictwo w kolejnych wydaniach umieści w książce informację o najnowszych doniesieniach. Byłoby to uczciwe wobec czytelnika.

 

Ciekawą recenzję na temat tej książki przeczytałam w brulion.be.el.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Co u pana słychać? – Krzysztof Kąkolewski

Co u pana słychać? – Krzysztof Kąkolewski
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2010 , 275 stron
Literatura polska

Bardzo stereotypowe pytanie w tytule. Powszechne, popularne, sloganowe, chciałoby się rzec nudne, na które z uśmiechem odpowiadam najczęściej: A dobrze, nie narzekam!
A gdyby je zadać hitlerowskim zbrodniarzom?
Tym wysokiej rangi, z najbliższego kręgu Hitlera, którzy nie brudząc osobiście krwią rąk, zamordowali miliony ludzi? Którzy zagrożeni karą śmierci uciekli przed wymiarem sprawiedliwości pod opiekę innych państw? Którzy dzięki zrabowanym pieniądzom i rozległym koneksjom, wykpili się śmiesznie niskimi wyrokami więzienia? Używali w swoich planach „języka czasu” urzeczywistniając kwestie: będziemy brodzić po kolana we krwi, a czaszki sięgną ponad dachy? Tworzyli mózg precyzyjnej machiny zrealizowania wizji science-non-fiction, jednej, niemieckiej Europy bez granic, z rasą panów na szczycie władzy i narodami niewolników, w hierarchii której Polacy na samym dole (…) umieliby liczyć, by pełny analfabetyzm nie przeszkadzał im w wykonywaniu pracy niewykwalifikowanych robotników? I wreszcie, żyjący w latach 70. wygodnie, bezpiecznie, w dobrobycie krajów zachodnich, w szczęściu rodzinnym jako szanowani adwokaci, wybitni naukowcy, wpływowi politycy?
Autor podjął się tego zadania 30 lat po wojnie, wbrew sprzeciwowi swojego pracodawcy, wbrew odradzającym mu tego głosom czy wręcz naciskom zaniechania źle widzianego ówcześnie tematu. W atmosferze agresywnych pytań i stwierdzeń: Czy nie uczłowieczy ich pan tą rozmową? i Nie potrafiłbym się powstrzymać, żeby nie przegryźć im gardeł.
No bez przesady, pomyślałam, przecież upłynęło masę lat, ci ludzie zostali osądzeni, są już starszymi, schorowanymi ludźmi. To już historia!
Po dwóch rozmowach chciałam również przegryźć im gardło…
Musiałam przerwać czytanie, ochłonąć, schować kły i pazury, stanąć za plecami prowadzącego wywiad, zaufać jego profesjonalizmowi, by móc czytać dalej. By tak jak on opanować emocje i móc dowiedzieć się tego po co przyszedł – odkopać prawdę o kosmicznych eksperymentach w Dachau. O pierwszym kosmonaucie świata, którego męczeństwo uwieczniono w najokrutniejszym sprawozdaniu w dziejach medycyny, a w którym odnotowano: Na polecenie próbuje wstać, mówi stereotypowo: „Nie, proszę.”
Stereotypowo…w tej komorze doświadczalnej, w warunkach uszkodzonego, rozhermetyzowanego statku kosmicznego:

 

 

 

Nazwisko zbrodniarza chronionego i żyjącego w USA okrzyknięto ojcem i twórcą podstawowych praw medycyny kosmicznej. Nazwisko „osoby doświadczalnej” nie jest znane. Wiadomo tylko, że był żydowskim sprzedawcą urodzonym 1.11.1908 roku i że umierając prosił… stereotypowo…
A to tylko jedna z wytropionych i ujawnionych tajemnic, jednego wywiadu, z jednym zbrodniarzem. W sumie bezpośrednich spotkań i rozmów, na 11 reportaży zawartych w tej książce, jest dziewięć. Wszystkie budzące we mnie bestię trudną do opanowania, do okiełznania, gotową trepanować im bez znieczulenia czaszki, upewniając się doświadczalnie, czy tam w ogóle cokolwiek jest, a jeśli tak, to czy rozwinęło się zgodnie z normami natury.
Takie emocje i to 65 lat po wojnie!
Głębokie ukłony autorowi za odwagę w czasach PRL i wielkie brawa dla wydawcy za wznowienie tych jedenastu reportaży. Współcześnie też trzeba mieć odwagę przypomnieć potędze politycznej i gospodarczej świata, że u podstaw sukcesów NASA leży cierpienie i śmierć więźniów w Dachau oraz nazistowska koncepcja i skrupulatna praca „miłośnika naukowej prawdy”, wziętego pod opiekuńcze skrzydła USA.

 

Książkę otrzymałam od portalu Czytadełko.

 


Z ogromną ciekawością wysłuchałam wywiadu z autorem jak trudno i niebezpiecznie było być w czasach komunizmu reportażystą, pod koniec którego wspomina również o książce „Co u pana słychać?”.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Mój Auschwitz – Władysław Bartoszewski

Mój Auschwitz – Władysław Bartoszewski
Rozmowę przeprowadzili Piotr M. A. Cywiński i Marek Zając
Wydawnictwo Znak , 2010 , 247 stron
Literatura polska

Władysław Bartoszewski był ministrem spraw zagranicznych w rządzie Józefa Oleksego w 1995 roku. To wszystko co wiedziałam o tym człowieku do pewnego czasu. Do momentu, w którym znana dziennikarka Katarzyna Kolenda-Zaleska zapytana o tę postać, z przejęciem zaczęła jednym tchem wymieniać zasługi, funkcje, osiągnięcia, dziedziny działalności, czyny, sukcesy oraz dokonania na rzecz międzyludzkiego porozumienia i pokojowego współistnienia, począwszy od czasów II wojny światowej, Polski socjalistycznej poprzez Solidarność, aż do czasów współczesnych. Przedstawiła przepiękną, bogatą kartę dokonań mogącą zapełnić życiorysy nie jednego człowieka, ale kilku. Nie tylko jej ogrom działań na rzecz drugiego człowieka wprawił mnie w zdumienie, ale również emocje jakie towarzyszyły obszernej wypowiedzi zapytanej. Bardzo mnie to zaciekawiło, zaintrygowało i zastanowiło: Kim jest ten człowiek i dlaczego ja o nim nic nie wiem? Zaczęłam szukać informacji, szperać w życiorysie, śledzić wywiady, reportaże, rozmowy z dziennikarzami, czytać publikowane książki i nawet nie wiem, w którym momencie ten starszy, bardzo żywotny i energiczny pan zajął wolne do tej pory miejsce współcześnie mi żyjącego autorytetu moralnego. Pomimo to, pozostało jednak pytanie, które nie dawało mi spokoju: Jak człowiek staje się Człowiekiem? Nie zadowalała mnie odpowiedź, że trzeba być przyzwoitym. Nie znajdowałam jej w dotychczasowej literaturze, publikacjach, wywiadach, zastanawiając się dlaczego, poza nielicznymi napomknieniami chociażby w „Wywiadzie rzece”, nie opowiedział do tej pory o koszmarnych 199 dniach pobytu w obozie Auschwitz w latach 1940-41 w wieku osiemnastu lat, oznaczony numerem 4427? Przypuszczałam, przeczuwałam, że ten okres życia miał ogromny wpływ, jeśli nie decydujący, na ukształtowanie się późniejszej postawy, dlatego z ogromnym podekscytowaniem i ulgą przyjęłam pojawienie się książki „Mój Auschwitz”, licząc po cichu na odrobinę ekshibicjonizmu emocjonalnego człowieka znanego mi z chłodnej logiki, twardych i mocnych argumentów oraz panowania nad emocjami.
Przeliczyłam się.
Władysław Bartoszewski w swoich wspomnieniach w formie wywiadu, prowadzonego przez Piotra M. A. Cywińskiego i Marka Zająca, pozostał sobą. Co wcale nie oznacza braku uczuć. Przechodząc przez traumę obozu koncentracyjnego nabawił się piętna syndromu poobozowego jak każdy, bał się tak jak inni współwięźniowie, drżał ze strachu, długo odruchowo kulił się w sobie na dźwięk podkutych butów, skojarzonych z biciem, walczył ze skrajnymi emocjami. Jednak wierny przesłaniu jakie wyniósł z obozu, a jakim obarczył go ratujący mu życie obozowy lekarz, przede wszystkim świadczył o obiektywnej prawdzie koszmaru tego miejsca. Dlatego mniej skupiał się na swoich odczuciach, a bardziej na faktach otaczającej go wówczas rzeczywistości: czasu, miejsca i ludzi. Jak sam mówił: ja w Auschwitz byłem nikim. Był przy tym rzeczowy, konkretny, nie ubarwiał, nie nadinterpretował, nie dodawał, ale i nie ujmował. Mówił wprost, że nie jest literatem, a cała działalność pisarska aż do dziś motywowana jest właśnie dawaniem świadectwa o ludziach, o sprawach, o faktach. W ocenach, w jakiś finalnych sformułowaniach kategorycznych, które się nasuwają, staram się natomiast być oględny. W tym zakresie powierza głos pisarzom operującym słowem emocjonalnym, które oddaje w adekwatny sposób czas, atmosferę, emocje, nastroje tamtego koszmaru i podaje tytuły: opowiadania „Apel” Jerzego Andrzejewskiego oraz dwóch broszur wydanych tuż po jego wyjściu z obozu. Pierwszej „Oświęcim. Pamiętnik więźnia” napisanej przez Halinę Krahelską zawierającą 80% jego własnych doświadczeń oraz „W piekle” Zofii Kossak. Wszystkie tytuły dołączone są do wywiadu razem z reprintem relacji O. Augustyna „Za drutami obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu”.

 

 

Dzięki temu miałam okazję przeczytać unikatowe opowieści i sprawozdania, niedostępne powszechnie przeciętnemu czytelnikowi.
Prowadzący wywiad przygotowali się do wydania tego swoistego, prywatnego, osobistego piekła jednego człowieka bardzo dokładnie, szczegółowo i wszechstronnie. To było widać w rodzaju zadawanych pytań, ich chronologii zgodnej z kolejnością wydarzeń w życiu rozmówcy i z etapami jego pobytu w obozie, dygresjach podsuwających skojarzenia, wtrąceniach wydobywających nowe fakty z pamięci, uzupełnieniach z literatury obozowej w postaci takich fragmentów:

 

 

Potrzebowałam tej książki, dopełniającej niezwykły życiorys nieprzeciętnego Człowieka, który w tej postaci pozostawia jednocześnie swoisty rodzaj testamentu dla następnych pokoleń: Ja już wypełniłem obowiązek, którym kiedyś obarczono mnie w Auschwitz, w obozowym szpitalu. Opowiedziałem, dałem świadectwo. Ostatni z nas obchodzą. Zostaną nasze historie. Dobrze by było, gdybyście wyciągnęli z nich wnioski.
Staram się.

 

Książka ilustrowana jest reprodukcjami rysunków wykonanych przez więźniów. Ten autorstwa Mieczysława Kościelniaka z 1946 roku przedstawia odwiedziny chorego.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

I boję się snów – Wanda Półtawska

I boję się snów – Wanda Półtawska
Wydawca Edycja Świętego Pawła , 2009 , 216 strony
Literatura polska

I bała się snów. Ciemności, która jak pajęczyna oplatała jej umysł wyłapując koszmary z przeszłości. Widziała wtedy w nich olbrzymiego pająka z kosmatymi nogami i twarzą chirurga Fischera, swojego kata, ciągnącego ją za prawą nogę, tę ropiejącą w gipsie, w głąb horroru, o którym nie chciała mówić, opowiadać i myśleć. Ale w naturze nic nie ginie, tym bardziej w psychice człowieka. Wyparte z pamięci, zepchnięte do podświadomości wyłaziły z umysłu, a w nich ona jak mucha, stale uciekająca przed pająkiem-oprawcą w czasie snu. Przy tym jaskrawość tych snów i jakaś olbrzymia plastyczność sprawiały, że nie można było odróżnić czy to sen, czy dalszy ciąg obozu. Więc nie chciała spać, nie mogła. Zaczęła cierpieć na bezsenność ciągnącą się tygodniami, dopóki jej dawna nauczycielka nie poradziła: Wiesz, a spróbuj to napisać. Może pomoże? I zaczęła pisać, tylko dla siebie, do szuflady. O eksperymentach medycznych prowadzonych na więźniarkach obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, o lęku przed utratą życia, cierpieniu bez znieczulenia na stole operacyjnym, bólu jątrzących się ran, gorączce walczącego ciała z infekcją, głodzie na granicy śmierci, ukrywaniu się w obozie i graniu w straszną grę w chowanego do wyzwolenia obozu, w której stawką było życie w ostatecznej likwidacji wszystkich „królików doświadczalnych”. Świadków tych zbrodniczych badań, które na całe życie pozostawiły blizny w psychice i na nogach tych kobiet.

 

 

 

Ale było coś, co mnie urzekło w koszmarze tych wspomnień. Niezwykły, jak na obozowe warunki, obraz przyjaźni między dwiema dziewczynami: autorką wspomnień Wandą i spotkaną w więzieniu Krysią. Bezinteresownej, bezgranicznej, siostrzanej i co ciekawe ratującej życie obu dziewczynom. To ona pomogła im trwać. Wzajemna troska mobilizowała do walki o przetrwanie. Odpowiedzialność jedna za drugą nie pozwalała zrezygnować z życia, poddać się beznadziei. Wyjątkowe, niezwykłe oddanie się drugiemu człowiekowi w morzu jednostkowego egoizmu w wyścigu ku życiu.
Krysia swoje wspomnienia umieściła w zbiorowym wydaniu przeżyć współwięźniarek w książce pod wspólnym tytułem „Ponad ludzką miarę” , którą czytałam bardzo dawno temu. Wanda swoje wspomnienia, spisane tuż po wojnie, wydała osobno w latach 60. Obie książki tworzą dopełniającą się całość wstrząsającego dokumentu doświadczeń klinicznych w zakażeniach oraz operacjach kostnych, mięśniowych i nerwowych na więźniarkach obozu koncentracyjnego w Ravensbrück.

 

 

Portret autorki wykonany 6.08.1943 roku w obozie przez współwięźniarkę Jadwigę Pietkiewiczową.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Wyspa Kanibali – Nicolas Werth

Wyspa Kanibali – Nicolas Werth
Przełożyła Marta Szafrańska-Brandt
Wydawnictwo Znak , 2011 , 292 strony
Literatura francuska

Trzynastoletnia Taissa, wiosną 1933 roku, wybrała się z rodziną na sezonowe obdzieranie kory z drzew. Miejsce wyprawy, niewielka wyspa Nazino na rzece Ob, było porośnięte topolami, które po okorowaniu spławiano rzeką. Mieszkający nad nią Ostiacy żyli z tej sezonowej pracy. Do wyspy w tym roku jednak nie dopłynęli.
Była zajęta.

 

Wikipedia

 

Na niewielkiej powierzchni skrawka ziemi o długości 3 km i szerokości 500-600 metrów, tłoczyło się ponad 6 tysięcy ludzi. Bez dachu nad głową i podstawowych rzeczy do przeżycia. Na wpół gołych, obdartych, wychudzonych, chorych, a przede wszystkim umierających z głodu. Wyspa przedstawiała widok STRASZLIWY, PRZERAŻAJĄCY – jak pisał w sprawozdaniu dowódca transportu ludności „niepożądanej” przesiedlanej na Syberię – wszędzie leżały trupy, ze sto ciał albo i więcej. Niektórzy słaniali się wołając: „Dajcie nam chleba!” Nadzór i władzę nad całością sprawowali gangsterzy i strażnicy – przy czym ci drudzy ”odróżniali się od pierwszych tylko tym, że nosili broń”, wprowadzając sadyzm, bezprawie, terror i doraźne egzekucje przypominające polowanie na zwierzęta. Zresztą przesiedleńcy przypominali stado szakali. Uwięzieni na wyspie, bez możliwości ucieczki, zaczęli zjadać siebie nawzajem. Trupom, jak donosiły późniejsze raporty badających je felczerów, brakowało serc, wątrób, płuc, mięśni. Kobietom zjadano nawet piersi.
Wśród tubylców mieszkających nad rzeką zaczęła krążyć nowa nazwa tego strasznego miejsca – Wyspa Kanibali. W dokumentach archiwalnych funkcjonowało jako Wyspa-Śmierć.
Po takiej dawce makabrycznych faktów opartych na raportach i sprawozdaniach nadzorujących akcję deportacyjną, jak i na wspomnieniach miejscowej ludności i samych zesłańców, pojawiło się w mojej głowie mnóstwo pytań. Nie o kondycję psychiczną samego człowieka, postawionego w ekstremalnej sytuacji prowadzącej do procesów decywilizacyjnych, zachowań atawistycznych i psychopatologicznych, bo na to pytanie dawno odpowiedzieli psycholodzy i socjolodzy, ale jak doszło do sytuacji, w której ci ludzie się znaleźli? Bez podstawowych środków do życia, a nawet przeżycia i bez opieki administracyjnej ze strony państwa? Identyczne pytania zadał sobie autor opisując ten tak makabryczny… epizod? Wypadek przy pracy? Łańcuch błędów i zaniedbań? Bezsilność systemu? Pomyłkę błędnych założeń w planach politycznych?
Odpowiedzi na te pytania nie były proste i jednoznaczne, jak pokazał autor, przyjmując rolę badacza archiwalnych źródeł historycznych, który krok po kroku prześledził podłoże polityczne, gospodarcze, społeczne i demograficzne, składające się na przyczynę zaistnienia „przypadku” Nazino. Jak się potem okazało, jednego z wielu, o którym wiadomo oficjalnie.
Jedno było pewne. Ten tragiczny, ekstremalny „przypadek” w historii rodzącego się Związku Radzieckiego obnażył utopijny charakter inżynieryjnej polityki społecznej w tworzeniu osiedli specjalnych, drugiego Gułagu dla „elementów zdeklasowanych i społecznie szkodliwych” na Syberii. Wysypiska śmieci dla kułaków, gospodarczych sabotażystów, kryminalistów, złodziei, spekulantów, żebraków, włóczęgów, kalek, chorych psychicznie, prostytutek, narkomanów, osób bez stałego miejsca zameldowania, ale i przypadkowych „towarzyszy socjalnie bliskich władzy radzieckiej”, niemających przy sobie, podczas zatrzymania, wymaganego wówczas paszportu. Określanej mianem Dzikiego Wschodu. Krainy „bandytyzmu” i bezprawia. Wypadki na Nazino, przyczyniły się również do zmiany polityki z osiedleńczej na… eksterminacyjną poprzez rozstrzelanie lub skazywanie do obozów pracy.
Jak historia pokazała, te 4 tysiące ludzi, które zginęło na wyspie Nazino, były w oczach przywódców bez znaczenia na drodze budowania socjalistycznej ojczyzny, ale mimo wszystko utrzymywane w tajemnicy. I tylko gdzieś, ktoś po cichu opowiadał o przerażających rzeczach dziejących się w głębi kraju. Tak jak Nina, uczennica z Moskwy, odnotowująca w swoim dzienniku – Dziwne rzeczy dzieją się w Rosji. Głód, kanibalizm… Ci którzy przybywają z prowincji, opowiadają niestworzone historie…
Rosja oficjalnie dowiedziała się o Nazino na początku lat 90. wraz z otwarciem archiwów regionalnych Nowosybirska i Tomska. Świat dowiaduje się o tym teraz, z tej niepozornej książki, której tytuł brzmi jak zapowiedź powieści-horroru. W odróżnieniu od fikcji, ten koszmar wydarzył się naprawdę.

 

 

Historia Nazino stała się motywem utworu hiszpańskiej grupy death metalowej Avulsed, którego tekst musiałam przeczytać literalnie, ponieważ z wersji śpiewanej wychwytywałam tylko jedno słowo – Nazino. W obawie przed utratą głosu, nie próbowałam karaoke, które mi zaproponowano.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Niezłomny – Laura Hillenbrand

Niezłomny: opowieść o przetrwaniu, sile ducha i wybawieniu – Laura Hillenbrand
Przełożyła Anna Sak
Wydawnictwo Znak Literanova , 2011 , 440 stron
Literatura amerykańska

Tych wszystkich zachęcających opisów umieszczonych z przodu i z tyłu książki, mogłoby dla mnie nie być. Wystarczyła mi tylko ta jedna opinia, te dwa zdania wypatrzone u góry okładki, napisane przez reportażystkę, której pióro bardzo sobie cenię:

 

 

Po tej rekomendacji wiedziałam, byłam przekonana, że przede mną dobra literatura oparta na faktach. Jak się później okazało, pomyliłam się tylko w doborze określenia. Ona nie była „dobra”, ani nawet „bardzo dobra”.
Ona była…
I tu zabrakło mi słów. Ale jakiego słowa musiałabym użyć, które pomieściłoby w sobie jednocześnie takie określenia jak – wyjątkowa, porywająca, pochłaniająca, zdumiewająca i zaskakująca. Nie ma takiego, bo i takich życiorysów jest niewiele, by mogło ono powstać, stając się powszechnym w użyciu.
Już na samym początku, w prologu, zostałam rzucona na bezkresną wodę Oceanu Spokojnego, gdzieś między Hawajami a Wyspami Gilberta (można zajrzeć do wirtualnej książki, do której dołączono mapę), razem z głównym bohaterem Louisem Zamperinim. Celowniczym bombowca amerykańskiej armii, który właśnie przeżył katastrofę lotniczą podczas misji poszukiwawczej zaginionego poprzedniego dnia samolotu. Usilnie próbował nie utonąć, walcząc z wodą, kablami i ratując się dzięki tratwie, będącej w wyposażeniu samolotu.
Czy mogło być gorzej?
Mogło, kiedy nad tratwę nadleciały japońskie bombowce, otwierające do rozbitka ogień.
Czy mogło być jeszcze gorzej?
Mogło, gdy Louie (tak nazywali go najbliżsi i przyjaciele) zanurkował pod tratwę, szukając ochrony, prosto w krążące stado, tylko czekające na taką okazję, rekinów.
Czy mogło być jeszcze gorzej?
Mogło, kiedy kilka tygodni później, trafił do piekła, w którym zatęsknił do tratwy i oceanu z rekinami…
Jak się potem okazało, 47 ekstremalnych dni dryfowania, było tylko jedną z odsłon zdumiewającego życia Louisa Zamperiniego, znanego w USA przede wszystkim z lekkoatletycznych rekordów sportowych w biegach na średnich dystansach. Człowieka , który stał się legendą za życia. Legendą zbudowaną na doświadczeniach, zbierających śmiertelne żniwo wśród innych ludzi.
Ale zanim autorka tej powieści biograficznej, pozwoliła mi dojść do tej sceny z prologu, rozegranej 23 czerwca 1943 roku, cofnęła mnie do jego dzieciństwa i młodości, do rodziny włoskich emigrantów, zaczynających nowe życie w amerykańskim kraju. Do rodziców, którym systematycznie dostarczał najbardziej niechcianych i niepożądanych emocji wynikających z jego niespokojnego, zbuntowanego charakteru. Chłopca, który wszczynał bójki, prowokował awantury, kradł, popijał i palił, uciekał z domu i żył według jednej zasady – narozrabiać, a potem wiać, jak szalony! To ostatnie określenie pasowało do niego najbardziej. Wzmocnione sprytem, pomysłowością, odwagą i optymizmem, staną się kapitałem ratującym go z późniejszych opresji.
Tę niespożytą i nieokiełznaną energię, którą współcześni psychologowie zdiagnozowaliby jako ADHD, jego brat Pete skierował na grunt sportowy, „skazując” go na los olimpijczyka. Tak bardzo dobrze zapowiadającą się karierę przerwała wojna. Louie trafił do amerykańskich Sił Powietrznych Armii. Przeżył niejedną bitwę powietrzną, w których po tysiąckroć powinien stracić życie, a rozbił się podczas zwykłej misji poszukiwawczej. Jego dryfowanie na tratwie, zakończyło się pojmaniem przez wojsko japońskie i zesłaniem do obozów. O gehennie trwającej ponad dwa lata w czterech japońskich obozach jenieckich takich, jak ten na wyspie Omori,

 

 

opowiedział autorce tej książki podczas 75 rozmów, która odnalazła jego historię również we wspomnieniach olimpijczyków, byłych jeńców oraz lotników, japońskich weteranów, a także rodziny i przyjaciół z kraju, w dziennikach, listach, esejach i telegramach (…) w dokumentach wojskowych i na niewyraźnych fotografiach, w nieopublikowanych wspomnieniach zagrzebanych w szufladach biurek, w stertach pisemnych oświadczeń żołnierzy i materiałów z procesów o zbrodnie wojenne, w zapomnianych dokumentach znajdujących się w archiwach tak odległych miast jak Oslo czy Canberra. Dzięki tak wielu źródłom potwierdzającym i uzupełniającym opowieść Louisa, powstał niezwykły dokument – pasjonująca księga życia jednego człowieka, którą autorka pisała siedem lat, a ja pochłonęłam w dwa dni. Emocje jakie mi towarzyszyły podczas czytania, zmuszały mnie do głośnych komentarzy w drodze po herbatę i z powrotem, rzucanych otoczeniu. Nie interesowało mnie, czy ktoś je słucha. Nie miałam czasu. Louie na mnie czekał. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, ile emocji nagromadziło się we mnie podczas towarzyszenia Louiemu w drodze przez japońską, obozową Golgotę (to nie jest określenie na wyrost!), kiedy podczas sceny wyzwolenia amerykańskich jeńców, uradowana krzyknęłam – Louie jest wolny!, po czym na widok spadającej żywności prosto z nieba, popłakałam się razem z jeńcami.
Wtedy z kuchni dobiegło mnie pytanie – Przeżył?
A jednak ktoś słuchał i śledził te moje relacje.
Tak, przeżył – odpowiedziałam z ogromną ulgą. Przecież bez takiego zakończenia, nie powstałaby ta książka, ale…
Co to było za życie?
Koszmar przeżytych lat w niewoli, katowania przez psychopatycznego komendanta obozu, prześladował go zarówno w snach, jak i na jawie, jeszcze długo po powrocie do domu. Dla niego wojna jeszcze się nie skończyła, bo przed nim była ostatnia walka – o siebie.
I był w tym niezłomny do końca!
Życie tego wyjątkowego człowieka, to nie jedyny bohater tej powieści. To również niezwykłe kulisy organizacji olimpiady w Berlinie w 1936 roku z ciekawym epizodem osoby Hitlera w tle, historia II wojny światowej na Oceanie Spokojnym, dzieje amerykańskiego sportu lekkoatletycznego i przede wszystkim opis systemu obozów jenieckich stworzony przez Japończyków. Autorka w dyskretny sposób poszerzała o te konteksty wspomnienia bohatera, po to, bym mogła zrozumieć sens rozgrywających się scen i wydarzeń. Zawsze pełnych stopniowanego napięcia i skrajnych emocji od nienawiści do euforii. Czułam głód zmuszający do zastanawiania się nad jadalnością butów, ból łamanych kości, żar palącego skórę słońca, mróz ujemnych temperatur, smród ekskrementów i gnijących ran, powiew śmigających pocisków i metaliczny posmak amalgamatowych plomb w ustach wywołany przez radioaktywną falę znad Hiroszimy. Nic dziwnego, że zdarzało mi się pochylać głowę nad stronami, by nabrać sił psychicznych do dalszego czytania. Scen walki gołymi rękami jednego człowieka z kilkoma rekinami, nadal nie potrafię sobie wyobrazić.
Slogan – życie człowieka jest jak księga – w tym przypadku nie jest pustosłowiem. Można nim obdzielić kilka osób i napisać Zupę z trawy (Zhang Xianliang), Dywizjon 303 (Arkady Fiedler), Ponad ludzką miarę (wspomnienia zbiorowe), Życie Pi (Yann Martel) i dziwić się, że bohaterowie tych powieści przeżyli. Chociaż w ostatnim przypadku, dziwi mniej, bo to tylko postać literacka.
Można też tymi wszystkimi zabójczymi doświadczeniami obdarzyć jedną osobę, dołożyć jeszcze trochę skrajnego survivalu i szukać słowa na fenomen człowieka, który wyszedł z nich zwycięsko.
Niezłomny – to adekwatne określenie i odpowiedni tytuł.
Najbardziej ekstremalna z najbardziej ekstremalnych powieści biograficznych i autobiograficznych, jakie czytałam w życiu.

 

 

A to bohater, który w wieku 81 lat odkrył przyjemność jazdy na deskorolce.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

 

A tak opowiada o książce ten trailer. Jak przeczytałam na okładce – Prawa do adaptacji filmowej Niezłomnego zakupiło studio Universal.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Ile wart jest człowiek – Jefrosinia Kiersnowska

Ile wart jest człowiek – Jefrosinia Kiersnowska
Przełożyła Wiesława Karaczewska , Ewa Niepokólczycka , Ewa Rojewska-Olejarczuk
Wydawnictwo Świat Książki , 2012 , 671 stron
Literatura rosyjska

No, właśnie – ile wart jest człowiek?
To pytanie jest zawsze aktualne. Niezależnie od upływającego czasu. Zmieniają się tylko okoliczności jego wyceny. Autorce wspomnień przyszło je wyceniać w czasach, o których mówiła – może człowiek jest naszą wielką wartością, ale ludzie w ogóle to miałki pył i uzupełnić jego zapas tak łatwo, że nikomu nie przychodzi do głowy go cenić. W bezwzględnym ucieleśnianiu jej przekonania przodował Stalin.
Tyle że Frosia, jak nazywali ją najbliżsi, nie mogła się z tym pogodzić. Stanęła niczym biblijny Dawid naprzeciwko Goliata, jakim był ustrój socjalistyczny państwa radzieckiego. Wstąpiła wbrew własnej woli na „uniwersytety życia”, jak nazywała los, który wyznaczył jej Stalin, starając się nie tylko pojąć i zrozumieć absurdalność nowej rzeczywistości, która wkroczyła do jej ukochanej Besarabii wraz z wojskiem radzieckim w 1940 roku, ale i nie złamać przy tym zasad kręgosłupa moralnego, wyniesionego z rodzinnego domu.
Ukochanego majątku ziemskiego w Połucepiłowie. Raju mlekiem i miodem płynącym, któremu kres istnieniu położyło nastanie rządów Stalina wraz z zesłaniem jego mieszkańców jako obszarników, na Sybir. W takim transporcie wrogów ludu do przedsiębiorstwa leśnego w tajdze narymskiej znalazła się również trzydziestodwuletnia wówczas Frosia. Głód, skrajne warunki życia, mordercze normy pracy drwala i nieludzkie traktowanie przez nadzorców obozu, zmusiły ją do ucieczki. Pięciomiesięczna tułaczka na „wolności” zakończyła się ponownym uwięzieniem i nowym wyrokiem zsyłającym ją do Poprawczego Obozu Pracy NKWD, w którym pracowała najpierw w obozowym szpitalu jako pielęgniarka:

 

 

Potem w kostnicy jako pomoc przy sekcjach zwłok. Ileż ta kobieta musiała znieść cierpienia do tego momentu, skoro o tym okresie napisała – 1640 sekcji! 1640 zwłok przeszło przez moje ręce. A jednak właśnie ten rok z okładem przepracowany w kostnicy był, powtarzam raz jeszcze, najbardziej beztroski, powiedziałabym, najbardziej po ludzku przeżyty, w ciągu całych trzynastu lat niewoli. Jakimi musiały być poprzednie, by w cieniu śmierci znaleźć wytchnienie, by anomalia stała się normą z ludzką twarzą?! Wyjścia na wolność doczekała się w Norylskim Kombinacie Węglowym, w którym pracowała jako górnik. W sumie dwadzieścia lat gehenny w łagrach, więzieniach i na etapach, które opisała w dwunastu zeszytach spisanych i zilustrowanych własnymi rysunkami. To, co uderzyło mnie najbardziej podczas ich oglądania, to rażący kontrast między przytłaczającą ich treścią a użytą kolorystyką – radosną, żywą, niemalże tęczową.

 

 

Ta pozorna niespójność w ukazywaniu obserwowanej rzeczywistości oddaje jednak faktyczne spojrzenie autorki na otaczający ją świat poprzez własny system pielęgnowanych w sobie, pięknych wartości. Świat boleśnie ją doświadczający i testujący na każdym kroku nienawiścią, zdradą, kłamstwem, intrygą, zazdrością, fałszem, egoizmem i agresją, które potrafiła, dla mnie w niewytłumaczalny sposób, zamieniać w okoliczności, prędzej czy później, przemawiające na jej korzyść. Czytając jej wspomnienia, w których normą uczyniła rzucanie śmierci ciągłych wyzwań, zastanawiałam się, skąd czerpała siły, wiarę, nadzieję i niezłomne przekonanie o słuszności swoich odosobnionych, niepopularnych, często samobójczych, wręcz kpiących z instynktu samozachowawczego, poglądów na ideę dobra, której przejawy bardzo rzadko i bardzo trudno było jej wypatrzyć w otaczającym mroku egoizmu? Najłatwiej byłoby mi przyznać autorce rację, powtarzając jej wyjaśnienie – pozostałam przy życiu tylko dlatego, że miałam szczęście. To też, ale mnie ta odpowiedź nie zadowalała. Czytając jej wspomnienia, cały czas próbowałam odkryć podstawy jej fenomenu osobowości. Bazę charakteru kobiety skromnej, ciężko pracującej fizycznie, chociaż wykształconej (była felczerką weterynarii, oczytaną, czego dowodem są liczne cytaty z literatury, miłośniczką muzyki klasycznej, znającą biegle kilka języków obcych), która kochała swój besarabski zakątek, pracę ze smakiem na roli, swoją okrutną matkę-Rosję, wbrew jej powoli odkrywanemu, okrutnemu obrazowi, w który początkowo nie mogła uwierzyć, a o którym pisała – Musiało minąć wiele lat, żebym zrozumiała, że sedno tkwi w samej istocie sowieckiej ideologii, która sprowadza się do jednego słowa, a tym słowem jest fałsz! (…) Wiele czasu potrzebowałam, by się ostatecznie przekonać, że u nas wszystko od początku do końca oparte jest na kłamstwie, żywi się kłamstwem i rodzi jedynie fałsz. Jej naiwność, w której nie była odosobniona, długo nakazywała wierzyć, że baraki i wysokie ogrodzenia z drutu kolczastego z wieżyczkami w narożnikach, za Uralem, to wieże wartownicze poszukiwaczy ropy, dopóki sama nie stała się ich więźniem.

 

 

A mimo to z jej ust nigdy nie schodziła prawda, dobre słowo, głos sumienia, uczciwości, sprawiedliwości i zdrowia moralnego, a zapał prozelity w połączeniu ze szlachetnością Don Kichota mściwie przesądzał o jej losie. O okrutnych warunkach życia w czasie, który podsumowała jednym zdaniem – Wszystkie te ciężkie lata przeżyłam tak, że nie było w moim gorzkim życiu nawet jednej minuty, do której wstyd by mi było się przyznać, i wiem, że mogłabym spojrzeć w oczy mojemu ojcu i powiedzieć: „Twoja córka nie zhańbiła twojego nazwiska”.
Godność i honor nazwiska! – czy ta wartość jeszcze istnieje w świadomości współczesnych?
Ale te subiektywne, bardzo emocjonalne wspomnienia, to także niezwykły, jedyny w swoim rodzaju dokument, który w Rosji doczekał się ekspozycji, dzięki której po raz pierwszy ujrzałam tę wyjątkową kobietę i jej rodzinę. Dokument ukazujący drogę, jedną z wielu, przeciętnego obywatela radzieckiego w latach 1940-1960, zesłanego i więzionego w łagrach na tle ówczesnej polityki Stalina i po jego śmierci. O tyle ciekawą i dla mnie odkrywczą, że mogłam porównać ją z drogą zesłańców-cudzoziemców – Polaka, niemieckiego jeńca czy Żyda. Jedyna różnica, którą zauważyłam, to pewność śmierci tych ostatnich. Obywatel radziecki mógł mieć ciut, ale tylko odrobinę, więcej nadziei na przeżycie do zakończenia „kary”. Pojmowanej umownie, bo może się zwalić na głowę bez żadnego powodu i przy tym nie odkupuje winy, ale ją utwierdza na wieki, zarażając swoim piętnem również członków rodziny skazanego.
Brakowało mi jednak w tej pięknie wydanej, w twardych okładkach, bogato ilustrowanej pozycji historycznego opracowania. Kilku słów historyka do polskiego czytelnika, który umiejscowiłby wspomnienia w kontekście historii ZSRR. O ile nieistniejącą już Besarabię znałam z opowieści Świadek napisanej przez Ilję Mitrofanowa, o tyle podczas śledzenia tułaczej trasy autorki na mapie geograficznej współczesnej Rosji, napotykałam na trudności związane ze starą nomenklaturą ówczesnych miast jak Lenińsk czy Stalińsk. Częściowo rolę objaśniającą pełniły przypisy umiejscowione pod tekstem, ale nie likwidowały mnożących się pytań i nie wyjaśniały całkowicie moich wątpliwości. Szkoda, że wydawca nie pomyślał w tym przypadku o tak ważnym elemencie aparatu informacyjnego książki, który dla polskiego, młodszego pokolenia jest wręcz niezbędny. Zwłaszcza, że autorka zachowała chronologię opowieści tylko w latach, natomiast sama treść poszczególnych rozdziałów była pełna dygresji, wspomnień, opowieści przeszłych, przemyśleń, a przede wszystkim wiedzy wyniesionej z własnych doświadczeń, a więc niepełnej i wyrywkowej w kontekście ogólnym i na tle całego systemu polityki społecznej, gospodarczej, wojennej i ideologicznej państwa radzieckiego. Ale dzięki temu, w poszukiwaniu szerszej wiedzy i bardziej szczegółowych informacji na temat autorki i jej książki, odkryłam oryginalną jej wersję on-line!
Gdybym wiedziała o tym wcześniej!
Nie żałuję jednak, że kupiłam ją w polskim przekładzie, ponieważ o ile tekst się nie różni, o tyle ikonografia w dużym stopniu się uzupełnia. W oryginale odkryłam mnóstwo nowych rysunków Frosi, których w polskim wydaniu nie ma. I na odwrót.
I rzecz najważniejsza.
Autorka odpowiada w książce na tytułowe pytanie. Przytoczenie tutaj jej odpowiedzi, bardzo prostej, zabrzmiałoby w tym miejscu niewiarygodnie, płytko, niemalże absurdalnie i groteskowo. Jestem człowiekiem XXI wieku i żeby zrozumieć odpowiedź, odkurzyć z pyłu sloganu i odciążyć z brzemienia pustego hasła, musiałam poznać jej życie opowiedziane poprzez czyny, by uwierzyć, że można w najbardziej skrajnych warunkach żyć szlachetnie. Wrócić do korzeni wartości, których w moim świecie nie ceni się, traktując je jak odpady sumienia. Frosia tym śmieciom moralnym pozwoliła na odzyskanie w moich oczach pełnej, pierwotnej wartości. Wartości, którymi ta książka jest przesiąknięta poprzez ludzkie świadectwo. Może dlatego trudno opowiadać o niej nie popadając w patos, chociaż autorka jest daleka od niego. Używa prostego języka narracji. Kiedy jednak przerzuci się ostatnią stronę tych wspomnień pozostają w pamięci te wszystkie wielkie słowa, których aż boję się użyć, by nie spłycić ich przesłania, bo przecież ten kto tego nie przeżył, nie uwierzy, nie może uwierzyć, a które jednak w kontekście wspomnień są prawdziwe, żywe, pełne i sprawdzone w czynach.
A przede wszystkim udowadniające, że nic nie tłumaczy zapominania o nich.
Nic.
Nawet ideologia Stalina.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2012 roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Strażnik GUŁagu – Iwan Czistiakow

Strażnik GUŁagu: dziennik – Iwan Czistiakow
Przełożył Jan Cichocki
Wydawnictwo Bellona , 2012 , 301 stron
Literatura rosyjska

Do tej książki łagry oglądałam tylko z jednej strony drutów. Czytając wspomnienia więźniów i jeńców wojennych, nie zwracałam uwagi na pilnujących ich strażników. Byli dla mnie dobrowolnym ogniwem sytemu. Żywym elementem wyposażenia obozu jak wieżyczka, baraki czy druty. Nigdy nie zastanawiałam się, co stoi za opisami charakterystyk strażników kreślonych przez ich ofiary.
Nigdy.
Tę refleksję wywołał we mnie tytuł tej książki, chociaż z góry założyłam, że będzie w niej przede wszystkim obraz urzędnika oddanego idei komunizmu i przesiąkniętego ideologią marksistowsko-leninowską. No, bo kto właściwie dobrowolnie podejmował się takiej pracy?
Słowo, które musiałam z czasem wykreślić z tego pytania to „dobrowolnie”.
Autor tych wspomnień dostał odgórny nakaz wyjazdu do służby przy budowie Bajkalsko-Amurskiej Magistrali Kolejowej (w skrócie BAM) jako dowódca plutonu:

Wikipedia

Jak sam napisał – Wezwali i jedź. Po prostu musiał, a jako bezpartyjny, nie miał oparcia w strukturach partyjnych i związkowych, które chroniły swoich członków między innymi przed BAMłagiem. Nowym, wielokilometrowym projektem GUŁagu, do którego nikt nie chciał trafić (władze miały problem z naborem), a który opisał w dwóch zeszytach:

Zawarł w nich nie tylko obraz ciężkich warunków bytowych w obozach nazywanych falangami, nieekonomicznego i nieefektywnego sytemu zarządzania nimi, procesu samej budowy i stachanowskiego współzawodnictwa, ale przede wszystkim wewnętrzny portret psychologiczny człowieka, który chciał normalnie żyć, uczyć się i pracować, być zwykłym obywatelem, a został zmuszony do doznawania uroków łagru. Czuł się w nim jak w więzieniu, a świat widziany wokół traktował jak miejsce zesłania, by z czasem, czego obawiał się najbardziej, zdziczeć tak, jak inni strażnicy, odnotowując – Jednak wrastam w BAM. Niepostrzeżenie, sytuacja, obyczaje, życie – zasysają. O samych więźniach jest w tym dzienniku niewiele, bo oczywiście można pisać o zekach, ale wtedy gdy własne życie jest urządzone i jesteś spokojny. Gdy masz zapewnione przynajmniej minimum. Wtedy można zainteresować się życiem innych. A jego życie według niego, nie różniło się niczym w porównaniu z zekiem. Dlatego skupia się przede wszystkim na sobie, na własnych rozczarowaniach przygnębiającym miejscem, skrajnymi warunkami bytowymi, podupadającym zdrowiu, a zwłaszcza psychicznym wyczerpaniu, stresującej pracy, dyscyplinie opartej na strachu i rewtrybunale, podwładnych, którym bliżej do małpy niż do człowieka i zwierzchnictwie, które straszy konsekwencjami, wymaga bez logiki, karze bez przyczyny i krzyczy. Pełnomocnik krzyczy, pomocnik do spraw politycznych krzyczy, naczelnik trzeciego oddziału krzyczy. Wszyscy krzyczą. I nikt nie słucha, za to każdy szpieguje i donosi. Z goryczą pisze – Głupio się czuję wśród takiej kadry dowódczej – niekulturalni, nieuprzejmi, słabo wykształceni. To dlatego przez cały dziennik przewija się jedna myśl zawarta w często pojawiającym się pytaniu – Jak wydostać się z BAM-u? – by dojść do groteskowego wniosku, że są dwie drogi ku wolności – samobójstwo lub przestępstwo. Do pierwszego przymierzał się kilkakrotnie (samobójstwa wśród strażników nie były rzadkie), a o drugim myślał – Za cenę utraty wolności zyskam wolność.(…) Tak zmienił mnie BAM. Tak zmienił moje myśli. Uczynił przestępcą.
Te codziennie, przez rok, od 9 października 1935 roku do 17 października 1936 roku, odnotowywane przemyślenia i refleksje ukazują przerażający koszmar systemu totalitarnego od wewnątrz, w którym każdy mógł być więźniem lub strażnikiem, a granica formalna między nimi była bardzo płynna. Jedyne co łączyło tych ludzi to nadzieja czerpana z piękna otaczającej natury. Autor dziennika nie tylko notował, ale i ilustrował tekst rysunkami:

Przede wszystkim o tematyce przyrodniczej:

Przeglądając reprodukcję dziennika umieszczonego na końcu książki, przypominały mi się niedawno czytane wspomnienia z podobnymi rysunkami Jefrosinii Kiersnowskiej, więźniarki łagrów.
Dziennik autora urywa się gwałtownie. Ze wstępu Iriny Scherbakovej umieszczonego na początku książki, dowiedziałam się, że prawdopodobnie z powodu aresztowania. Autor przeczuwał to. Musiało wszystkim wydawać się podejrzane to jego notowanie i malowanie, pisząc – Co będzie, jeśli te linijki przeczyta trzeci oddział albo wydział polityczny? Zrozumieją to ze swojego punktu widzenia.
Autor zginął na froncie, ale dziennik cudem przetrwał w rodzinnych archiwach dalekich krewnych, którzy przekazali go Stowarzyszeniu Memoriał w Moskwie. O tej wyjątkowej instytucji i charakterze jej działalności mogłam przeczytać obszerną informację umieszczoną na końcu książki. Wpisy autora uzupełniają listy pisane przez więźnia BAM-u.
Jak pisze Irina Scherbakova, dzienniki są wyjątkowym dokumentem z drugiej strony drutów i prawdopodobnie w ogóle jedynym takim zachowanym źródłem o BAMłagu z lat 30. XX wieku. Dla mnie jednak są przede wszystkim obrazem człowieka zniewolonego psychicznie i moralnie, doprowadzonego do depresji przez system, w którym nie ma znaczenia, po której stronie drutów się stało. W obu przypadkach było się więźniem z bardzo tanim życiem, w którym każdy dzień stawał się jego pomnikiem nagrobkowym…

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 Budowa BAM-u pochłonęła tysiące istnień ludzkich. Jadąc wirtualnie po jego torach, przypomniała mi się czyjaś refleksja, że tory BAM-u leżą na ludzkich zwłokach. W tym kontekście ten stukot kół o tory na tle ciszy jest przejmujący…

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: