Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Niewidzialny – Mari Jungstedt

21 marca 2019

Niewidzialny – Mari Jungstedt
Przełożyła Teresa Jaśkowska-Drees
Wydawnictwo Bellona , 2010 , 348 stron
Seria Powieść Kryminalna
Literatura szwedzka

Umiejscowienie akcji na Gotlandii, najbardziej spokojnej wyspie Szwecji, stwarzało sensacyjny kontrast z ohydnymi zbrodniami, burząc poczucie raju na ziemi jej mieszkańców. Forma króciutkich rozdzialików, czasami nawet dwustronicowych, w których narracje po kolei prowadzili najważniejsi bohaterowie wydarzeń i ujęcie ich w rozdziały opatrzone datami, sugerowały nie tylko chronologię następujących po sobie zdarzeń, równoległość jednoczesnych działań (a właściwie ich brak), ale i narzucały tempo (takie miałam początkowe wrażenie) rozwoju wypadków. Pierwsze brutalne morderstwo Helen i jej psa wywołało pewien rodzaj oczekiwania na coś co może człowieka pochłonąć bez reszty. Czekałam więc na więcej, na pojawienie się tej nienazwanej siły napędowej zagarniającej mnie w wir poszukiwań sprawcy.
Przynajmniej taką miałam nadzieję.
Jednak rosła tylko ilość przeczytanych kartek i morderstw, śmiertelne zmęczenie inspektora Knutasa (musiałam skrupulatnie literować to nazwisko, żeby nie przeoczyć strategicznej litery n), zarażającego nim wszystkich dookoła łącznie z matką mordercy, ilość biedronek (nie mam pojęcia jaką rolę miały odegrać) oraz moja niecierpliwość. Nie zmieniała się cała reszta. Depresyjna, deszczowa, pochmurna pogoda (pomimo przełomu wiosny i lata), permanentne narady z grupą operacyjną wałkującą do znudzenia kto i jak zginął, konferencje prasowe z nieodłączną odpowiedzią: nie możemy ujawnić żadnych informacji, wyjazdy podwładnych do Sztokholmu (właściwie nie wiadomo po co) oraz wywiady ze świadkami, którzy nic nie widzieli i nie słyszeli.
Nadal liczyłam na cud, nie poddając się w nadziei na lepsze.
I zdarzył się, może nie taki jakiego oczekiwałam, ale zawsze coś. Odkryłam sprawcę morderstw już przy drugim odnalezionym ciele! Ja! Uosobienie naiwności! A policja przy trzecim nadal dreptała w miejscu. Poczucie satysfakcji – bezcenne! I pewnie morderca zdążyłby unicestwić połowę populacji wyspy, gdyby nie przypadkowe odkrycia mieszkańców popychające mozolne śledztwo do przodu, a właściwie stojące w miejscu. Na dodatek skrzętnie ukrywane przed prasą.
A co na to dziennikarze?
Potulnie stosowali się do zaleceń władzy. Ech, ci poprawni Szwedzi. Zamiast przekory, pasji i instynktu dziennikarza śledczego, zbudziło się w jednym z nich Johanie pożądanie do mężatki Emmy, dlatego chwała i radość (sic!) z kolejnego morderstwa, dającego pretekst do potajemnych spotkań.
W ogóle chwała, że był morderca w tej opowieści. Jako jedyny wnosił powiew nowości świeżością kolejnego, śmierdzącego trupa. Był jedyną osobą działającą sprawnie i skutecznie, pełną pasji, chęci, zaangażowania w pracę, energii, osiągającą pełną satysfakcję i widoczne efekty w szybkim czasie. Ale co z tego, skoro przez ¾ powieści był niewidzialny, a trochę napięcia dostarczył na ostatnich kilkudziesięciu stronach. Prawie go pokochałam za tę żywotność rozpraszającą monotonię.
Największym jednak zaskoczeniem, wprawiającym mnie w osłupienie, był… morał narratora. Wyskoczył z obrzydliwym dydaktyzmem w ostatnim momencie, na ostatniej stronie. Pogroził palcem i upomniał: brak kontaktu z rodzicami stał się początkiem całej tej tragedii. A potem dodał, że właściwie podobnie było w przypadku ofiar mordercy, a gdyby książka miałaby o kilkanaście stron więcej, oskarżenie rozciągnąłby jeszcze na pozostałych bohaterów wraz z inspektorem Knutasem włącznie. No i to byłby nie tyle kryminał, co społeczny horror.
Z morałem oczywiście.

 

 

Na skrzydełku okładki umieszczone są zapowiedzi dalszych części z inspektorem Knutasem, które mają się ukazać kolejno w listopadzie i styczniu. Wszystkich części ma być siedem.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

90 najważniejszych książek w życiu dla ludzi, którzy nie mają czasu czytać – Henrik Lange

90 najważniejszych książek w życiu dla ludzi, którzy nie mają czasu czytać – Henrik Lange
Przełożył Bohdan Maliborski
Wydawnictwo Świat Książki , 2009 , 187 stron
Literatura szwedzka

Do tego tytułu dodałabym jeszcze – lub mają go za mało. I w tej końcówce mieściłabym się ja. Człowiek, który czyta, ale tocząca się lawina nowych tytułów przez moje życie, tych z klasyki i tych właśnie przechodzących do klasyki, i tych, które się właśnie ukazują i na pewno staną się dziełami znanymi i uznanymi, przekracza limit czasowy jego trwania. Muszę dodać, że w tempie geometrycznym. Wbrew logice i racjonalnemu myśleniu, nie pogodziłam się z tym faktem do dzisiaj. O skutkach tej fiksacji nie napiszę. Zdradzę tylko, że wcale z tym nie walczę i jest mi z tym bardzo dobrze. Uciekam się za to do różnej w skutkach selekcji, a to poprzez osobistą rekomendację innych (te są najtrudniejsze do odrzucenia), a to poprzez recenzje krytyków literackich (czasami kosmicznie zawiłych i z tendencją do kilkakrotnego nicowania w tę i we w tę), a to poprzez zachwyty w portalach i blogach książkowych (te lubię najbardziej) lub właśnie poprzez „bryki” jak ta pozycja. Jakoś muszę sobie radzić, żeby nie usiąść nad brzegiem rzeki mojego umiłowanego końca świata i nie zacząć płakać z powodu niedostatku sił do zamiarów, zwłaszcza tych fizycznych. Moich marnych, potencjalnych, statystycznych jeszcze pięćdziesięciu lat życia (o ile nie oślepnę) wobec setek tysięcy powieści wartych poznania. Stronę finansową tej pasji ukryję pod ciężką kotarą milczenia. Od stycznia 2011 roku narzucę drugą, przykrywając sromotę podatku VAT.
Dlatego skwapliwie sięgnęłam po tę, nazywając rzecz po imieniu, ściągę ściągi, zwłaszcza że napisana jest, a właściwie narysowana, w formie mini komiksów. A żeby było prościej i szybciej oglądać, to w takiej postaci czterech obrazków każdy, z czego pierwszy to tytuł:

 

 

Dla podniesienia poziomu przyjemności odbioru, doprawione naprzemienną dawką lekkiego humoru lub ciężkiej ironii, w zależności od fabuły historii.
Z 90 tytułów przeczytałam 25. Kilku innych oglądałam ekranizację, po której obejrzeniu trudno wrócić mi do druku, chociaż z autopsji wiem, że ten ostatni przeważnie jest naj pod każdym względem. Ogólny wynik oceniam na marność nad marnościami, jak mawiał pewien filozof. Pocieszam się tylko, że nie jest to kanon obowiązkowy, chociaż za taką uważam Biblię (wcale nie ze względów tylko religijnych), której czytanie zakończyłam na Ewangelii według Św. Marka i czekającej na dokończenie kiedyś tam. Jej streszczenie w takim wydaniu jest dla mnie obrazkowym cudem:

 

 

Zastanawiam się, czy prawem serii nie doczytać jeszcze Koranu i Tory. Chociaż kolejność czytania powinna być odwrotna. Koran już mam, ale z Torą może być problem.
Zauważyłam też pewną tendencję autora w charakterystyce tych powieści. Im książka śmieszniejsza w założeniu jej twórcy, tym mniej śmieszniej przedstawiały ją rysunki i odwrotnie. I tutaj moje odczucia idealnie się pokrywały. Na przykład ta:

 

 

Do dzisiaj zastanawiam się, w którym momencie miała mnie rozbawić?
Kilka historii mnie zaciekawiło i zachęciło do odnotowania sobie paru tytułów do przeczytania, w tym ten:

 

 

Nie mam nic przeciwko temu, aby autor opisał kolejnych kilkadziesiąt historii kreską. Zawsze łatwiej będzie mi zrobić sobie taki oto powyższy, czytelniczy rachunek sumienia. Ale czy je uspokoi i rozgrzeszy w moich oczach?
Obawiam się, że nie.
Mam usiąść i płakać?
Nie, będę robić, a właściwie czytać swoje.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Komiks

Tagi:

Świadek – Lars Kepler

Świadek – Lars Kepler
Przełożyła Marta Rey-Radlińska
Wydawnictwo Czarne , 2013 , 456 stron
Seria Ze Strachem ; Cykl z Jooną Linną , tom 3
Literatura szwedzka

To najlepszy thriller, jaki czytałam do tej pory!
To nie moje słowa zachwytu, ale emocjonalny komentarz do oddawanej mi książki, którą najpierw pożyczyłam mojej koleżance. Po Kontrakcie Paganiniego wiedziałam, że duet szwedzkich pisarzy, kryjący się pod tym pseudonimem, tworzy dobre powieści kryminalno-sensacyjne. Bez wahania więc pożyczyłam jego najnowszą powieść, będąc pewną, że daję jej dobrą rozrywkę.
Ale żeby aż tak!? – pomyślałam.
A miałam nad czym się zastanawiać, bo powiedziała to czytelniczka wytrawna, mająca za sobą kilometry tytułów. Zaczęłam więc czytać z wysoko postawioną poprzeczką wymagań i… już wstęp pozbawił mnie sceptycyzmu i rozwiał wszelkie wątpliwości, że mogę mieć odmienne zdanie. I żebym nie miała jakichkolwiek złudzeń, że może się cokolwiek podczas dalszego czytania zmienić, dostałam młotkiem w głowę. Prawie dosłownie, bo scena morderstwa z użyciem tego narzędzia bolała mnie niemal realnie i gdyby to był film, na pewno zamknęłabym oczy przed siłą emocji i szczegółowością oraz namacalną realnością opisu zdarzeń. Jej grozę dziania się spotęgowało miejsce, w którym się wydarzyła – ośrodek dla dziewcząt niedostosowanych społecznie. Same najtrudniejsze przypadki – zaburzenia osobowości, samookaleczenia, depresje, kradzieże, uzależnienia, agresja fizyczna i słowna, niekonwencjonalne, wyzywające i nieprzewidywalne zachowanie. Dla osoby z zewnątrz przerażające środowisko z odczuwalną niepewnością i brakiem poczucia bezpieczeństwa w kontaktach z mieszkankami ośrodka. Na dodatek scena rozegrała się o północy, kiedy dziewczyny spały, a jedyną czuwającą w budynku była dyżurująca pielęgniarka. I nagle te niezrozumiałe szepty, te uchylone, a może niedomknięte tylko drzwi, ten zaczynający wściekle ujadać pies za oknem z niewyraźną sylwetką postaci w głębi ciemnego korytarza.
Można zacząć się bać!
Na tyle jednak paraliżując zdolność myślenia, by nie zdążyć uciec przed zabójcą. Przed śmiercią zbliżającą się z każdym krokiem i z każdym uderzeniem młotka. Uwalniającym wprawdzie od strachu bohaterkę, ale nie mnie, pozostającą w lekkim oszołomieniu.
A to były zaledwie pierwsze trzy kartki czekającej mnie historii, na którą miałam apetyt na więcej, dokładnie tak podaną. Mrocznej opowieści rozpoczynającej się podwójnym morderstwem i oskarżeniem o nie jedną z dziewcząt, a która swój początek i źródło późniejszych zachowań bohaterów miała w dzieciństwie. Do śledztwa został włączony oczywiście dobrze mi już znany komisarz policji kryminalnej – Joona Linna. Śledczy, o którym współpracownicy mówili – jest tak uparty, że sterczy na miejscu zbrodni, aż otwiera się ono przed nim niczym książka. Ja nie czytałam razem z komisarzem książki.
Ja w niej byłam!
Aktywnie brałam udział w intensywnym śledztwie, rozpaczliwej ucieczce, pogoni podnoszącej adrenalinę, wchłaniając jak gąbka kotłujące się w nich emocje. Wytrzymałam ich intensywność do mniej więcej połowy książki. Do sceny z wątkiem sił nadprzyrodzonych, po rozpoczęciu której, nie doczytawszy jej do końca, z lękiem odłożyłam książkę. Resztę nocy przespałam z kołdrą na głowie, obiecując sobie solennie, że od jutra będą czytała ją tylko i wyłącznie w dzień. Realnie bałam się nieprzewidywalności zachowań postaci, wstrzymywałam oddech, gdy nurek walczył ze słabością i strachem pod wodą, męczyłam się niosąc ciężkie ciało i przyśpieszałam, gdy uciekałam przed ścigającymi lub goniłam ofiarę, czułam obrzydzenie na widok krwi, kości, mózgu i brakowało mi powietrza, gdy tonęłam w coraz gęściejszej atmosferze wydarzeń z tego i nie z tego świata. Opowieść wyczerpywała mnie psychicznie, a mimo to, po chwili oddechu, brnęłam w nią dalej, popełniając niewybaczalny grzech czytelniczy – przeskakiwałam kilka zdań niżej, by wcześniej uzyskać rozładowującą napięcie informację. Zagłębiałam się w nią z jakąś perwersyjną, masochistyczną wręcz przyjemnością, nurzając się we krwi, cierpieniu, tajemnicy i wszechobecnej grozie, by poznać poplątane i zawiłe drogi kilku wątków prowadzących ostatecznie do finału, sygnalizującego jednocześnie przyszłe wydarzenia w kolejnej części cyklu z komisarzem Jooną Linną. Nie podejrzewałam, że wcześniej czytana rekomendacja Gulii Mozzato, umieszczona na tylnej okładce, tak perfekcyjnie odda moje wrażenia po lekturze – Czytanie tej książki przypomina nurkowanie – musisz się wynurzyć, by zaczerpnąć powietrza, ale marzysz już tylko o tym, by ponownie dać nura w tę pogmatwaną, tajemniczą i mroczną powieść.
Przyznaję rację mojej koleżance – dawno nie czytałam tak dobrego thrillera. Autorzy perfekcyjnie wykorzystali możliwości operowania słowem i jego niedopowiadaniem, by odwołując się do moich emocji, zbudować atmosferę niepewności, zagrożenia i nieprzewidywalności spotęgowanej dezinformacją poddającą w wątpliwość prawidłowy tok rozumowania i pracę zmysłów.
Wszystko mogło się w tej historii wydarzyć, a jednocześnie być efektem złudzenia, uprzedzeń lub stereotypowego myślenia. Ta płynność stale przesuwanych granic z jednocześnie rozwijanymi wątkami z życia zawodowego i osobistego detektywa Joony, które mogły wykluczyć go w każdej chwili ze śledztwa, powodowały we mnie frustrację, a zarazem gotowość do złamania zasad moralnych, byle tylko utrzymał się w śledztwie i nadal pozwolił mi wspólnie „czytać zbrodnię” jego umysłem.
Oczywiście szwedzki kryminał czy thriller, nie jest w pełni szwedzki, jeśli nie zawiera wątku społecznego. Jest więc i taki tutaj, ale bardzo nietypowy, bo z lekkim tylko dydaktyzmem i moralizatorstwem o zaniedbywanej młodzieży przez dorosłych zarówno na poziomie zdemoralizowanej rodziny, a właściwie jej braku, jak i na poziomie państwa oszczędzającego finansowo na prowadzonych przez nie placówkach wychowawczych. Bardziej skupia się na stereotypowym myśleniu o trudnej młodzieży jako potencjalnych zabójcach, podkreślając przede wszystkim ich ukryte, pod odpychającą maską potworów, człowieczeństwo. Ich ogromną potrzebę miłości w młodym i już tak popapranym życiu, jakie zgotowali im dorośli.
Autor broni ich, mówiąc wyraźnie – prawdziwe potwory czasami znajdują się na samej górze drabiny społecznej.
Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Świadek [Lars Kepler]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

 A tutaj obejrzałam trailer książki, który pokazuje początek czyli pierwszą zbrodnię. Ta dziewczynka nie bawi się w chowanego, ona nie żyje.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

W głąb labiryntu – Sigge Eklund

W głąb labiryntu – Sigge Eklund
Przełożyła Bogumiła Ratajczak
Wydawnictwo PWN , 2015 , 320 strony
Literatura szwedzka

Opowiadać znaczy skrywać tajemnicę.
To zdanie, wypowiedziane przez jednego z bohaterów, podpowiedziało mi, że jest ona w samym środku labiryntu tej opowieści, który nie miał początku ani końca. Można do niego było wejść z czterech stron opowiadanych historii przez Åsę, jej męża Martina, Toma – przyjaciela Martina i Katję – byłą dziewczynę Toma. Narrator zewnętrzny nie zachował chronologii wydarzeń, chociaż, jak w labiryncie, jego środkiem uczynił dzień zaginięcia jedenastoletniej Magdy. Przytaczając naprzemiennie wersję każdego z nich, pozostawił mnie w tym splątanym tunelu zdarzeń samą. Uczynił aktywnym uczestnikiem dochodzenia do wyjaśnienia zagadki nagłego zniknięcia dziewczynki. Córki Åsy i Martina. Ale zanim dotarłam do istotnych dla mnie informacji, musiałam zagłębić się w minilabirynty osobowości głównych bohaterów. Zapoznać się z pozornie (przynajmniej tak wydawało mi się na początku) nieistotnymi faktami z teraźniejszości i przeszłości całej czwórki. Stać się świadkiem drobiazgowej analizy psychologicznej ich osobowości oraz wewnętrznych zmagań moralnych i przemyśleń. Konfrontować wszystkie relacje, które w miarę powolnej wędrówki psychologicznymi ścieżkami i mozolnej orientacji między rzeczywistymi faktami, zaczynały zazębiać się, potwierdzać się lub wykluczać, czyniąc logikę wypadków jeszcze bardziej skomplikowaną. Im dalej brnęłam w środek labiryntu, im szczegółowiej poznawałam charaktery, postawy i motywacje całej czwórki, tym gęściejsza stawała się atmosfera całej historii, potęgowana przez samobójstwa bohaterów drugoplanowych, ale istotnych dla całości. Tym więcej pojawiało się skrajnych emocji.
I ukrywanych sekretów.
Ich wyjaśnianie niczego nie rozwiązywało. Nie ułatwiało mi wytypowanie porywacza lub przyczyny zaginięcia dziecka. Wręcz przeciwnie – im szybciej zbliżałam się do środka labiryntu, tym bardziej zaczynałam nabierać przekonania, że sprawa jest nie do wykrycia. Że klucząc w labiryncie, wcale nie zbliżam się do jego centrum. Moje podejrzenia okazały się słuszne, ale tylko pozornie.
To ja, i tylko ja, miałam poznać tę tajemnicę!
To ja miałam wskazać „porywacza”. To ja miałam wyłuskać z narracji czwórki bohaterów rozproszone drobinki kluczowych faktów, składających się na tajemnicę tego dosłownego (w treści rzeczywiście pojawia się instalacja labiryntu) i metaforycznego labiryntu. To ja miałam z tych rozsianych okruszków istotnych informacji, ułożyć odpowiedź na pytanie – kto i dlaczego porwał Magdę? Uświadomiłam to sobie w momencie przeczytania ostatniego zdania, po którym natychmiast cofnęłam się w tekście w poszukiwaniu fragmentu wyjaśniającego tajemnicę zaginięcia, będącego swoistym rebusem. Logiczną układanką, którą bardzo łatwo było przeoczyć.
Właśnie tym zabiegiem zaskoczyła mnie ta powieść.
Wytrąciła z przyzwyczajenia do szwedzkich kryminałów detektywistycznych, w których całą śledczą robotę prowadził agent, a ja ograniczałam się tylko do podejrzeń i podążania jego tropem. I ku mojej początkowej zgubie, dokładnie tak zaczęłam czytać tę powieść – jak kryminał. Tylko że tutaj nie było detektywa, działania policji były nic nieznaczącym tłem akcji, a sama powieść bardziej skupiała się na warstwie psychologicznej bohaterów. Byłam bardzo zaawansowana w czytaniu, kiedy zdałam sobie sprawę, że w tym thrillerze psychologicznym to ja jestem detektywem i od tylko moich umiejętności analizy, syntezy i kojarzenia zależy ostateczna odpowiedź.
Ale nie tylko na pytanie przewodnie.
Również na pytanie o przyczynę rozpadu rodzin, nieudanych związków partnerskich i wyobcowania rówieśniczego dzieci. Tytułowy labirynt to również obnażenie mechanizmu funkcjonowania człowieka w społeczeństwie, obarczonego traumatycznym dzieciństwem. Proces budowania emocjonalnego schronu, w którym znajduje poczucie bezpieczeństwa i do którego bardzo rzadko wpuszcza innych. Jeśli w ogóle kogokolwiek do niego zaprasza. A czasami zatrzaskuje wejście na zawsze, nagle znikając.
Dosłownie i w przenośni.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

W głąb labiryntu [Sigge Eklund]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Ten, kto zabije smoka – Leif GW Persson

Ten, kto zabije smoka – Leif GW Persson
Przełożyła Dominika Górecka
Wydawnictwo Czarna Owca , 2014 , 413 stron
Seria Czarna Seria ; Cykl z Evertem Bäckströmem , część 2
Literatura szwedzka

 

Ta dedykacja autora na początku książki, pełniąca rolę uprzedzenia czytelnika o tym, co go czeka za następną stroną, nie została umieszczona bez powodu. Nie bez powodu też nadał opowieści bajkowy tytuł, a monarchinią w złej bajce uczynił policjantkę. Nie byle jaką. Annę Holt. Szefową komendy rejonowej policji szwedzkiego okręgu Västerrot, która stała na straży prawa i sprawiedliwości swojego księstwa. Za bezpieczeństwo jego mieszkańców odpowiadała osobiście razem ze swoim „dworem”. Do dyspozycji miała pięciuset policjantów, spośród których wielu zasłużenie zaliczano do najlepszych w kraju. I nagle, to na jej ziemiach, jej włościach, w ciągu tygodnia wyczerpał się limit, a nawet znacznie go przekroczył, średniej morderstw najbardziej niebezpiecznych rejonów Szwecji. Potrzebowała rycerza na białym rumaku, który zabiłby dla niej smoka, zanim znowu wbije szpony w jej ziemie i zacznie ziać śmiertelnym ogniem, zostawiając po sobie kolejne trupy.
Pomyślała i dostała!
Everta Bäckströma, którego wyprzedzała „sława” z najczęściej powtarzającymi się określeniami – tłuścioch, wrzód na tyłku, pokuta za grzechy, seksista, mizantrop, rasista, homofob, ksenofob. Cynicznego zrzędę z mnóstwem uprzedzeń wobec innych ludzi, a zwłaszcza cudzoziemców i homoseksualistów. Alkoholika, którego poznałam w pierwszym dniu próby odwyku zaleconego przez doktora Mengele, jak nazywał policyjnego lekarza, przez którego czuł się rześko jak orzeł, który zaplątał się w linie wysokiego napięcia. Ryzykanta i chciwego chytrusa. Egoistę i zadufanego w sobie i swoim wyglądzie Narcyza. Najbardziej antypatycznego i kontrowersyjnego śledczego w regionie, ale za to jedyny, według Bäckströma, pięćdziesięciopięcioletni w pełni normalny Szwed w kwiecie wieku. Legendarny śledczy i spełnienie skrytych fantazji każdej kobiety. Te dwa odmienne i bardzo skrajne poglądy na osobę Bäckströma łączyła tylko jedna wspólna opinia.
Bäckström był bardzo dobry w swoim fachu.
Posiadał, jak mało kto, intuicję i przeczucie, które w jego przypadku zawsze się sprawdzały w praktyce. I dokładnie tak było z pierwszym morderstwem, które zlecono mu do rozpracowania. Nie miał do tego, według niego, odpowiednich warunków. Był trzeźwy, miał mało ludzi i znienawidzonego „opiekuna”, który czuwał nad nim na zlecenie szefowej. Na dodatek nikt błyskotliwy, mądry i inteligentny wokół niego, kto zrozumiałby, co mówi czyli same fujary, lesby, czarnuchy, zwykli debile, a jego zespół dochodzeniowy to nie była najbystrzejsza ekipa, z jaką zdarzyło mu się pracować w ciągu dwudziestu pięciu lat na stanowisku śledczego, ani nawet największa. Tylko dziewięć osób i tylko jeden prawdziwy policjant, czyli on, a reszta to czysty Fin, wieśniak z północy, też Fin, Chilijczyk, Rosjanka, młoda łyska, lesba, pomponiarz i stary, poczciwy Lars Zakuta Pała Alm, od urodzenia głęboko upośledzony umysłowo. Oprócz Nadii, do której żywił coś na kształt sympatii, bo stawiała dobrą, rosyjską wódkę, dotrzymując mu kroku w opróżnianiu butelki.
A samo morderstwo wyglądało na zwykłe, proste i szybkie do zamknięcia.
Oficjalnie typowa ofiara czyli samotny mężczyzna w średnim wieku z marginesu społecznego z poważnym problemem alkoholowym. Nieoficjalnie, według Bäckströma, kłótnia miejscowych żuli zakończona trupem. I tutaj odezwała się niezawodna intuicja detektywa. Jeszcze nie wiedział, co mu podpowiadała, ale był przekonany, że coś mu się w tym wszystkim nie zgadza. Kolejne morderstwa, pozornie niezwiązane z pierwszym, potwierdzały tylko jego podejrzenia. Wbrew niechęci prawie wszystkich (oprócz Nadii, która jako jedyna była w stanie go zrozumieć), którzy znali Bäckströma, miał szansę zostać rycerzem i zabić smoka.
Z ciekawością śledziłam prowadzone zawiłe i rozległe śledztwo przez detektywa i jego ekipę, ale najbardziej zafascynowała mnie jego osobowość i tok rozumowania toczony w myślach. Bezgłośne i bezcenne komentarze, kierowane wobec rozmówców, z których żadnemu nie przepuścił okazji czerpania przyjemności z piętnowania. To schizofreniczne zestawienie oficjalnych, grzecznych słów wypowiadanych na głos ze złośliwymi opiniami pomyślanymi tworzyło warstwę kapitalnego humoru w powieści. Ale tego złośliwego, nietaktownego, wulgarnego i niezgodnego z zasadami savoir-vivre. Mogłam, dzięki detektywowi, podeptać meczące normy dobrego wychowania i bezpiecznie dać upust swojemu negatywnemu nastawieniu do wszystkiego i do wszystkich. Skorzystać z rzadkiej okazji odreagowania nagromadzonych emocji. To, czego nie mogę robić w realu bez konsekwencji, tutaj mogłam, wiernie wtórując detektywowi w jego sadystycznie miażdżących opiniach. Odkryć swoje nieładne, drugie ja. Małego, złośliwego „detektywa” w sobie. I w tym kryje się pół sukcesu powodzenia powieści i przewaga książki nad filmem. To tylko w powieści można czerpać pełną przyjemność obserwowania prowadzenia dwulicowej gry. W filmie monologi mentalne muszą być wypowiadane na głos, by widz mógł „rozkoszować się” celnymi tekstami śledczego, ale już nie samą grą. Ale mimo to, muszą być dobre, skoro w Internecie krążą już składanki ze szwedzkiej ekranizacji cyklu z detektywem – Najlepsze z Everta Bäckströma. Nakręcono również wersję amerykańską.
W Polsce ukazały się do tej pory trzy części cyklu. Nieświadomie zaczęłam znajomość z cynicznym detektywem od części drugiej, bo akurat tę kolega dostał w prezencie i chętnie mi ją pożyczył. Nie umniejszyło to jednak przyjemności czytania, ponieważ każda część zawiera w sobie jeden, cały, skończony wątek kryminalny. Dla komentarzy niezrównanego w opiniowaniu innych Bäckströma mam ochotę zajrzeć jeszcze do części 1 i 3.

Wygląda na to, że jestem cichociemna w ukrywaniu złośliwości, skoro popełniana w powieści sprawiała mi taką przyjemność! Ale autor lojalnie mnie uprzedzał, że to bajka tylko dla dorosłych.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ten, kto zabije smoka [Leif GW Persson]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi: