Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Wampir z Ropraz – Jacques Chessex

21 marca 2019

Wampir z Ropraz – Jacques Chessex
Wydawnictwo W.A.B. , 2009 , 90 stron
Seria Inne Historie
Literatura szwajcarska

   Czytanie książki z okładkową notatką zakończoną zdaniem: Książka dla wymagających czytelników o silnych nerwach., o godzinie 23, w pustym mieszkaniu (cała chata dla mnie, a ja czytam!), nie było dobrym pomysłem. Nie wiem co mnie podkusiło zaryzykować spokój błogiego snu na rzecz koszmaru nocnego, zwłaszcza, że początek wprowadzający w opowieść był tak upiorny,że aż wymarzony dla sadysty-psychopaty.
   Wkroczyłam do krainy, gdzie Odludne domostwa rozproszone wśród mrocznych drzew, ciasne miasteczka o niskiej zabudowie. Brak przepływu idei, tradycja przytłacza, nowoczesnej higieny się nie zna. Skąpstwo, zabobon (…) gdzie panoszy się czarnoksięstwo, a w gospodarstwach ludzie często się wieszają. W stodole. Na belce pod kalenicą, a na cmentarzu takiej społeczności odnalezione, wykopane ciało młodziutkiej Rosy, zmarłej kilka dni wcześniej.
   Ale, żeby tylko wykopane!
   Ono zostało zgwałcone, okaleczone, rozczłonkowane, rozwłóczone i… dalszych szczegółów oszczędzę, bo ciężko się czytało (na szczęście nic nie jadłam), a jeszcze ciężej napisać o tym. I byłby z tego świetny horror, gdyby nie rzeczywiste wydarzenie w tytułowym Ropraz w 1903 roku, wykorzystane przez autora nie po to, by mnie straszyć i karmić głód sensacji podnoszącej adrenalinę, ale by pokazać psychopatyczne owoce społeczeństwa jako jawne przypomnienie wstydliwych sekretów każdego z okolicznych miasteczek. Przemilczane, skrywane brudy. Alkohol. Zabobon. Kazirodztwo. Odwieczne akty potajemnego nierządu w oborach i stajniach. Notoryczne okrucieństwo wobec oszalałych ze strachu zwierząt. Tuszowane zabójstwa. Przyczajona zemsta. Zemsta, która zaczęła polować na sprawcę, niekonieczne rzeczywistego.
   Mija 100 lat, a w moim kraju Wydarzenia Polsatu donoszą o podobnej historii w Zielonej Górze. Sprawca gwałci kobiety, nawet w obecności małych dzieci, posuwając się do okaleczania ofiar. W mieście zaczyna pojawiać się psychoza. Taksówkarze przeżywają ożywienie w interesie, wożąc kobiety po mieście, bojące się samodzielnie poruszać poza domem. Wszyscy szukają wampira według portretu pamięciowego zrekonstruowanego na podstawie zeznań poszkodowanych.

   Liczba ofiar rośnie lawinowo, również poza Zieloną Górą.
   Cała Polska żyje problemem!
   Problemem, który jak się okazało później, w połowie, a może w większej części został rozdmuchany przez same „ofiary”, które napady wymyśliły i aby uwiarygodnić oskarżenia, dokonały samookaleczeń o czym donoszą nagłówki w mediach: Pięć kobiet wymyśliło sobie gwałty , Świdnica: 16-latka okaleczyła się i wymyśliła gwałt .
   Jestem tym przerażona, bo idąc tokiem rozumowania autora książki, musiałam zadać sobie pytanie: jakim jesteśmy społeczeństwem, skoro rodzimy nie tylko zbrodniarzy, ale i ofiary chcące nimi być?! Czy to jest powtórka z Ropraz, czy problem podlegający ewolucji, który wiecznie gnije w najniższych, skrzętnie skrywanych pokładach życia społecznego, by od czasu do czasu wypłynąć cuchnącą, ropną wydzieliną na zewnątrz, za każdym razem coraz bardziej smrodliwą?
   I to był dopiero koszmar jaki zafundowałam sobie nie tylko przed snem i nie tylko na noc, ale na całe życie.
   Faktycznie, książka dla ludzi wymagających i o silnych nerwach, jednak nie przypuszczałam w jakże odmiennym znaczeniu.

Wampir z Ropraz [Jacques Chessex]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Żegnaj Afryko – Corinne Hofmann

Żegnaj Afryko: dalsze losy Białej Masajki – Corinne Hofmann
Przełożył Dariusz Muszer
Wydawnictwo Świat Książki , 2008 , 174 strony
Literatura szwajcarska

Musiałam, ale to koniecznie musiałam poznać dalsze losy Corinne. Chciałam wiedzieć jak ułożyła sobie życie w kraju po powrocie z Kenii, a przede wszystkim uzyskać odpowiedź na pytanie: czy dobrze odczytałam przekaz pochwały miłości zawarty w jej pierwszej części wspomnień Biała Masajka. Chciałam się dowiedzieć czy kiedykolwiek żałowała decyzji związania się z Lketingą, wojownikiem Samburu.
Nie musiałam się zagłębiać w treść, bo już na tylnej okładce otrzymałam wyczerpującą odpowiedź na to nurtujące mnie pytanie, które jak się okazało, figurowało jako żelazna stała na liście pytań zadawanych przez czytelników. Odpowiedź na nie zawsze brzmiała: Nigdy! Otrzymałam przywilej uczestnictwa w pewnej kulturze, której w tej formie prawdopodobnie już niedługo nie będzie, i dane mi było przeżyć wielką miłość. I tutaj Corinne się nie myli. Trafiłam na artykuł Czy pozwolimy rdzennym kulturom ewoluować na ich własnych warunkach? w National Geographicz 1999 roku, który jej obawy potwierdza.

 

 

Bez żalu więc, bez oglądania się za siebie, ze świadomością przeżycia wydarzeń wyjątkowych, zarówno przykrych jak i radosnych, rozpoczęła nowe życie ponownie od podstaw, ale tym razem z małym dzieckiem. Musiała przede wszystkim odzyskać zdrowie, uzyskać obywatelstwo szwajcarskie, przeprowadzić rozwód z Lketingą, zdobyć pracę i mieszkanie. Pomagała jej w tym rodzina, znajomi z dawnych lat, nowi przyjaciele, obcy, ale życzliwi ludzie, a przede wszystkim własny, niewyczerpany optymizm, stały upór, brawura i niezłomna wola walki. Ta szalona kobieta o niespożytej energii i odważnych pomysłach, często kierująca się impulsem chwili, pomimo i tak życia pełnego przygód, postanowiła zdobyć Kilimandżaro i jako jedna z niewielu z grupy uczestników wyprawy, dopięła swego. Co ciekawe ta góra, a właściwie masyw górski pozostały po trzech wulkanach, uchodząca wśród alpinistów za łatwą, dla przeciętnego turysty jest dużym wyzwaniem, nie tyle kondycyjnym co zdrowotnym. Wielu poddaje się w połowie drogi chociażby z powodu znacznych różnic ciśnienia atmosferycznego, przekraczającego tolerancję organizmu oraz spadku zawartości tlenu w powietrzu. Miałam okazję podczas lotu z Momabasy do Amsterdamu sfotografować szczyt Kilimandżaro. Przynajmniej taką informację usłyszałam w głośnikach. Wyjątkowo uprzejmy kapitan przechylił samolot na lewe skrzydło, by umożliwić pasażerom ten widok:

 

 

Niestety warstwa chmur i niekontrastowy, biały śnieg pokrywający szczyt ograniczyły pole widzenia. Do dnia dzisiejszego zastanawiam się, gdzie to Kilimandżaro widział pilot?! Szukałam nawet z lupą. Nic z tego, widzę nadal tylko chmury. Stawiam książkę z zakładką temu, kto je znajdzie!
A Corinne, po powrocie z wyczerpującej, morderczej wyprawy, zaczęła budować nowe życie ze… zdwojoną energią! I gdyby nie trudności, o których pisze jak o niezasługujących na uwagę przeszkodach, myślałabym, że tej kobiecie wszystko przychodzi łatwo, lekko i bez wysiłku: praca, wychowanie córki, sukces wydanej książki, nowy związek, realizacja planów i wyznaczanie kolejnych celów do osiągnięcia.
Przyglądałam się jej życiu z ogromną uwagą i z jednoczesnym podziwem. To jedna z tych osób, która zamiast narzekać i obwiniać świat o swoje niepowodzenia, szuka dróg wyjścia poruszając niebo i ziemię, by jej sprzyjały. I sprzyjały jej w dwójnasób! Miałam wrażenie, że gdyby sobie postawiła za cel wybudowanie stadionu olimpijskiego w nowym dla niej mieście, w obcym kraju (tak, tak mam na myśli Polskę), bez żadnych środków finansowych i znajomości, wybudowałaby go! A co tam! Nie zawaham się powiedzieć, że nawet dwa! Drugi dla Ukrainy, żeby było sprawiedliwie.
Obie książki zarażają optymizmem, podnoszą na duchu, dodają energii, udowadniając, że wszystko jest możliwe, trzeba tylko chcieć, a przede wszystkim mieć odwagę, żeby do tego dopuścić. W życiu wszystko może się zdarzyć, trzeba tylko dać temu szansę, a potem niczego nie żałować, tylko iść dalej do przodu. Niby truizm,slogan, ale nabiera realizmu w kontekście przeżyć Corinne, która jest ucieleśnieniem tego przesłania. Żywym dowodem.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Biała Masajka – Corinne Hofmann

Biała Masajka – Corinne Hofmann
Przełożył Dariusz Muszer
Wydawnictwo Świat Książki , 2007 , 304 strony
Literatura szwajcarska

Dosyć długo leżała na półce „do przeczytania kiedyś”. Dopiero zapowiedź emisji jej ekranizacji w TV skłoniła mnie do sięgnięcia po nią. Wiedziałam, że jeśli nie przeczytam jej przed obejrzeniem filmu, to będę miała problem z chęcią na powtórkę tego, co już widziałam. Narzucone tempo czytania było zabójcze dla moich oczu z powodu bardzo drobnego druku w tym wydaniu, chciałam jednak zdążyć z przeczytaniem do następnego wieczoru. Mimo to nie odczułam tego jako wyścigu z czasem, bo historia Corinne, dwudziestokilkuletniej Szwajcarki, pochłonęła mnie całkowicie. Czytałam z ogromnym zaciekawieniem i jednocześnie przerażeniem, dziękując opatrzności, że nie obdarzyła mnie tym zauroczeniem, odurzeniem i pożądaniem, a potem ślepą miłością (w dobrym znaczeniu) od pierwszego wejrzenia do mężczyzny z innej bajki. Bo Masajowie tacy są rzeczywiście. Będąc w Kenii i Tanzanii zatrzymywali mój wzrok jak barwne punkty w krajobrazie na targowisku, na poboczu drogi, w tłumie ulicznym. Wyróżniają się wszystkim nawet wśród tubylców: wysokim wzrostem, szczupłą sylwetką ciała, dumną postawą, charakterystyczną fryzurą i ozdobami, strojem z przewagą jaskrawej czerwieni. Są egzotyką egzotyki. Mimowolnie przyciągają cudzoziemki, zwłaszcza te młodsze, które nie mają oporów, jak wielokrotnie zaobserwowałam, z podejściem, zaczepieniem, nawiązaniem kontaktu. Pisała o tym roztaczanym zauroczeniu również Dorota Katende w Domu na Zanzibarze.
Nie dziwię się więc Corinne, że ją to spotkało. Postąpiłabym dokładnie tak samo. Wybrałabym miłość (w oczach obserwatorów szaloną) niż mdłe, bezcelowe, nudne życie w dobrobycie. Corinne widziała w niej jedyną drogę do szczęścia. Dla niej zrezygnowała z dotychczasowego życia, rodziny, przyjaciół, kraju przenosząc się na afrykański kontynent i decydując się na życie w buszu. Dosłownie.
Inna rzecz, że takie zauroczenie nie jest wieczne, trwa określoną ilość czasu i prędzej czy później proza życia powoli je studzi, a z czasem zabija. Moja przygoda skończyłaby się dużo szybciej, najpewniej z pierwszym atakiem malarii. I tu podziwiam Corinne, która walczyła o związek, miłość i rodzinę cztery lata w warunkach skrajnego survivalu. Dała z siebie wszystko i pewnie z jej bardzo silną, przedsiębiorczą osobowością, z ogromnymi pokładami determinacji, żyłaby w Afryce do dzisiaj, gdyby nie choroba męża. Niestety miała to nieszczęście trafić na człowieka, u którego normalna zazdrość towarzysząca uczuciu miłości, przeistoczyła się w obsesję, w zazdrość chorobliwą.
Cała historia znajomości i małżeństwa była dla mnie nie tylko piękną opowieścią o potędze miłości pokonującej kontynenty i kulturę, szukającej wspólnoty zbudowanej z różnic dwojga kochających się osób , ale również opowieść o najmniej znanych aspektach codziennego życia Masajów, ich zwyczajach i obyczajach, tradycji, mentalności, ale i problemach z jakimi muszą sobie radzić współcześnie. O codziennym życiu widzianym oczami Europejki, w którym świetnie się odnajdowała, dawała sobie radę, kochała tych ludzi, ten kraj i co najważniejsze – była tam szczęśliwa.
Pokonała ją dopiero choroba męża, która stała się przyczyną rozpadu małżeństwa, zmuszając ją do opuszczenia Kenii.
Było mi żal nie tylko bohaterki wspomnień, jej męża Lketingi, ale i samej miłości. Miłości, która w pokonywaniu przeszkód do jej spełnienia nie różni się niczym w zakresie emocji od innych. W tym przypadku o jej wyjątkowej niezwykłości zadecydowała skrajność różnic, które, jak pokazuje ta historia, nie były nie do przezwyciężenia. Całą sytuację i upór Corinne rozumiała tylko jej matka, która jak pisze autorka: Modli się za mnie i ma nadzieję, że znajdę to, czego szukam, i że będę szczęśliwa.
I była.
I nie szkodzi, że tylko przez parę lat, ale była. Dała jej ukochaną córkę i mnóstwo wyjątkowych wspomnień.
Ile osób oddałoby wszystko za jego odrobinę? Ile osób czeka na nie przez całe życie, nie doznając nawet jego namiastki? Ile osób chciałoby, tak jak jej narzeczony Marc, być na miejscu tego Masaja, dla którego kobieta zrobiłaby wszystko? Ile osób chciałoby przeżyć coś tak wyjątkowego nawet za cenę niepowodzenia?
Zgłaszam się pierwsza!

Muszę przyznać, że reżyser troszkę ubarwił samą miłość. W rzeczywistości nie było aż tak romantycznie, zwłaszcza w sferze seksualnej, jak to przedstawiono w filmie. Ale udało mu się pokazać potęgę miłości, która kierowała główną bohaterką.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Spalona żywcem – Souad

Spalona żywcem – Souad , przy współpracy Marie-Thérèse Cuny
Przełożyła Ewa Cieplińska
Wydawnictwo Świat Książki , 2004 , 181 stron
Literatura szwajcarska

Moja pamięć uleciała wraz z dymem tego dnia, kiedy spadł na mnie wielki ogień.
Ogień bolesny fizycznie i psychicznie, który sprawił, że autorka wspomnień z trudem opowiedziała swoją tragiczną historię. Początek której zaczynał się gdzieś w maleńkiej, malowniczej wiosce położonej w Jordanii. W miejscu, gdzie rytm dnia wyznaczał wschód i zachód słońca oraz sezony zbioru owoców i warzyw, a życie mieszkańców regulowały zwyczaje, obyczaje i tradycja przekazywane z pokolenia na pokolenie. Gdzie, jeśli ojciec lub matka mówią do syna: „Twoja siostra zgrzeszyła, trzeba ją zabić…”, zrobi to dla honoru, bo takie jest prawo. Prawo ustalone tylko i wyłącznie przez mężczyzn. Prawo zbrodni honorowej usankcjonowanej w jordańskim prawie dwoma paragrafami precyzującymi karę za morderstwo – sędziowie mają być wyrozumiali dla mężczyzn, którzy dopuścili się zbrodni honorowej.
Tego bezwzględnie praktykowanego zwyczaju doświadczyła autorka tych wspomnień.
Z jednej strony pięknych, bo opisujących codzienne życie wiejskiej rodziny odmierzane pogrzebami, zbiorem plonów, chorobami, ślubami, pracą w domu, gospodarstwie i na polu, a z drugiej strony przerażających skrajnie silnym ostracyzmem społecznym, stojącym na straży honoru mężczyzny, rodziny i wsi. Aby to ostatnie zjawisko zrozumieć, musiałam zapomnieć o pojęciu mojej normalności, bo w moim pojęciu myśl, że rodzice lub bracia mogą zamordować swoją własną córkę lub siostrę tylko dlatego, że się zakochała, może wydawać się jakąś paranoją, czymś w co nie da się uwierzyć… A dla Souad to była norma. Śmierć była taką samą karą jak sadystyczne bicie, zakaz jedzenia, golenie głowy i przywiązywanie do barierki w stajni na noc. Za wszystko. I nie trzeba było dowodów. Wystarczyła zwykła plotka. Dla mnie zwykła. Dla Souad śmiertelna. Słuchałam opowieści autorki, która wprowadziła mnie w świat dzieciństwa dziewczynki, a potem młodej kobiety, by dowiedzieć się, dlaczego żadna z nich nigdy nie powiedziała, nie mówi i nie powie – nie! Dlaczego akceptują one wszystko w naturalny sposób. Nie przychodzi im do głowy żadna myśl o buncie? I ujrzałam świat niewolnicy ograniczony fizycznie i mentalnie do domu i podwórka, analfabetki przez całe życie, bez jakiegokolwiek punktu odniesienia i orientacji swojej sytuacji, poddanej swojemu ojcu, a potem mężowi, dla których jest o tyle wartościowa, o ile w pierwszym przypadku można ją korzystnie sprzedać przyszłemu mężowi, a w drugim rodzi chłopców. Jej wartość to bezwzględne posłuszeństwo, absolutna podległość i dziewictwo, o które dba cała rodzina i wieś. A samo małżeństwo to kontrakt i obowiązek seksualny dziewicy sprzedawanej przyszłemu mężowi. Miłość w tym świecie nie istnieje. Przynajmniej oficjalnie.
A co, jeśli jednak się zdarzy?
Bo zdarza się. I właśnie o takiej zakazanej miłosnej historii i jej strasznych konsekwencjach opowiada autorka. Ze szczegółami. O zauroczeniu, zakochaniu, potajemnych schadzkach, ciąży i zbrodni honorowej wykonanej na niej przez szwagra poprzez oblanie benzyną i podpalenie. Miała wtedy dziewiętnaście lat i była w ciąży. Cudem uratowana przez Jacqueline, szwajcarską działaczkę organizacji humanitarnej, dla rodziny umarła fizycznie, społecznie, na zawsze.
Zbrodnia honorowa to problem wielu krajów na Bliskim Wschodzie i w Azji, który istnieje również w Europie wśród emigrantów o czym czytałam w Córkach hańby Jasvinder Sanghery. Mało się o nim mówi, bo ofiary rzadko przeżywają, a jeśli już im się to cudem uda, to boją się dokończenia wyroku. Do końca życia są zmuszone ukrywać się, aby ich mordercy nie mogli ich odnaleźć, w najdalszych zakątkach naszego globu. Bo zabójcy ciągle szukają. Zwłaszcza, gdy dowiedzą się, że większość stowarzyszeń humanitarnych nie ma prawa zajmować się tymi kobietami, bo są to przypadki indywidualne, „kulturowe”! Jeśli się wie, że w rodzinie Souad niepożądane dziewczynki tuż po porodzie zabijało się, jej siostra została uduszona kablem telefonicznym, a jej własna matka podczas odwiedzin w szpitalu próbował ją otruć, to zrozumie się odwagę tej kobiety, która przestała milczeć. Mówi o tym na spotkaniach i pisze. Przy ogromnym wsparciu Jacqueline, która również zabiera głos w tych dramatycznych wspomnieniach, uzupełniającej historię dziewczyny i ukazującej swoją rolę w niej od strony cudzoziemki.
Zastanawiam się, czy mam prawo oceniać społeczeństwa, dla których czas zatrzymał się kilka wieków temu, które istnieją bez cywilizacji Zachodu od zawsze, dla których wyznacznikiem życia i siłą istnienia jest tradycja i wreszcie, dla których ingerencja w ich sposób życia byłaby wręcz rewolucją z nieprzewidywalnymi skutkami społecznymi? Z drugiej strony, czy wolno mi zostawiać te kobiety samym sobie w świecie mężczyzn, w którym sama ich płeć jest nieszczęściem, przekleństwem i klątwą?
Naprawdę nie wiem, jaka jest odpowiedź.
Czuję bezsilność, mimo że po tak okrutnej, a momentami wręcz drastycznej opowieści, silnie działającej na mnie emocjonalnie i obejrzeniu takich drastycznych obrazów w Internecie,

Demotywatory

powinnam zająć określone stanowisko. Jednak nie potrafię sobie po tych wspomnieniach jednoznacznie i stanowczo odpowiedzieć na oba pytania. Ale wiem jedno – po takich historiach uświadamiam sobie, w jak pięknym i cudownym miejscu na Ziemi, dane mi jest żyć.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: