Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Manaraga – Władimir Sorokin

21 marca 2019

Manaraga: powieść – Władimir Sorokin
Przełożyła Agnieszka Lubomira Piotrowska
Wydawnictwo Agora , 2018 , 248 stron
Literatura  rosyjska

      Zabolał mnie poniższy widok.

Fot. Aleksandra Masłowska

Zdjęcie otrzymałam od zaprzyjaźnionej młodzieży. Miało przedstawiać jej wizję książki na konkurs fotograficzny. Tym bardziej zabolało. Okazuje się, że młodzi ludzie nie są jedynymi w tak katastroficznym skojarzeniu. Autor tej powieści miał dokładnie takie samo. W wywiadzie udzielonym Newsweekowi opowiedział o pojawieniu się pomysłu na fabułę, kiedy siedział w pizzerii koło pieca na drewno.

   W ten sposób znalazłam się w roku 2037.

   W czasie, kiedy ludzie przestali czytać, a zaczęli czytać. W epoce, w której zwykły proces czytania książek zanikł. Pojawił się za to book’n’grill. Proces spalania dzieł literackich podczas grillowania. Na Opowiadaniach odeskich Izaaka Babla z 1931 roku przyrządzano faszerowaną kurzą szyjkę po odesku, śledzie na Stepie Antoniego Czechowa, stek z marmurowej wołowiny na Młodziku Fiodora Dostojewskiego, młode kalmary na Czwengurze Andrieja Płatonowa, a stek z diabła morskiego na zborze opowiadań Michaiła Zoszczenki. Ich przygotowywanie i wyszukiwanie odpowiednich polan to cała sztuka kulinarna. Jej mistrzem był book’n’griller, który nie musiał czytać. Musiał przede wszystkim poprawnie i przywozicie czytać, a to oznaczało, że strony płoną jedna po drugiej, czarują klientów, mięso skwierczy, oczy błyszczą, gaża rośnie…

   Takim wysublimowanym fachowcem był Géza.

   Narrator opowieści o historii narodzin book’n’grilla, o swojej karierze zawodowej w profesji kucharza i narodzinach mody na czytanie książek, która miała pomóc zapomnieć ludziom o wojnie. Tak rozpowszechnionej, że zaczęło brakować książek, a grabieże muzeów i bibliotek na całym świecie stały się banałem do tego stopnia, że ludzkość musiała ogłosić book’n’grill zbrodnią nie tylko przeciwko kulturze, lecz także przeciwko cywilizacji w ogóle. Książki trafiły do Czerwonej Księgi, a nad kucharzami, złodziejami książek oraz ich klientami, i nad gośćmi, którzy zapragnęli skosztować combra z jagnięciny na Don Kichocie lub steku z tuńczyka na Moby Dicku, zawisł miecz sprawiedliwości wymierzany przez inspekcję sanitarną.

   Book’n’grill zszedł do podziemi.

   Wraz z nim Géza, który stał się przestępcą i członkiem w mafijnej strukturze Kuchni. Nielegalnej organizacji, w której rozłam spowodował nieunikniony postęp w czytaniu. Buntownicy postawili na nowoczesną, masową produkcję oryginałów wybitnych dzieł przez maszynę molekularną ukrytą na górze w Republice Uralskiej. Tytułowej Manaradze. Géza miał tam dotrzeć i zniszczyć maszynę, by zatrzymać zmiany. Fabuła powieści z czasem przybrała formę sensacji.

   Treściowo przepięknej!

   Często. gęsto nawiązującej do klasyki literatury przede wszystkim rosyjskiej. Znalazłam w niej jednak i nawiązania do literatury powszechnej. Nie będę wymieniać tytułów i autorów, pozostawiając tę przyjemność odkrywania przyszłym czytelnikom. Twórczość niektórych pisarzy autor sparodiował. W tym mojego uwielbionego za Klasztor Zachara Prilepina. Z book’n’grilla stworzył niepowtarzalne zjawisko, wynosząc go do sztuki posługującej się swoistym językiem, którego słowa wytłuszczono w druku (stąd też moje pogrubienia), specjalistycznymi akcesorami i narzędziami do czytania, tajnikami prawidłowego spalania polan, a nawet przypisując jej określone wartości estetyczno-duchowe. Jedne mnie bawiły, a inne wprawiały w zachwyt nad osiągnięciem zmysłowego efektu synestezji. Do tych ostatnich należy opis zapachu książek, który jest bardzo różny. W większości są one skomplikowane, ale bywają też proste. Na przykład niemieckie bajki zawsze pachną wanilią, a powieści Juliusza Verne’a – piżmem. Kafka pachnie dębową deską i ołowiem. Dickens – rdzą i kocimi szczynami. Pierwsze wydanie Nietzschego wydziela zapach oślej sierści. Sto dwadzieścia dni Sodomy pachnie morskimi wodorostami i terpentyną. Wenus w futrze jak żytni chleb. (…) Pierwsze wydanie wyboru dzieł Turgieniewa wydziela woń kompotu owocowego. Wybór dzieł Dostojewskiego – dziegciu. A Tołstoja – jabłkowej pastyły przecieranej z niedźwiedzią żółcią. A czym pachnie Manaraga?

   Grillowym dymem absurdu, kpiny, humoru, sarkazmu i proroctwa.

   Autor, tworząc ze swoich dwóch namiętności – książek i jedzenia – powieść, stworzył kolejne proroctwo nadchodzącego oświeconego średniowiecza, jako wynik zakończenia epoki Gutenberga i wejścia w epokę energii elektrycznej. Pokazuje zjawisko rosnącego konsumpcjonizmu pożerającego świat kulturowo-duchowy ludzkości, w którym człowiek marzy – W wieku czterdziestu lat wymienię organy wewnętrzne, zrobię nową twarz, odnowię członka, a do mózgu wpuszczę super pchły… Elektroniczne pchły-mądralki, które podpowiedzą i podsuną wiedzę, ochronią przed niebezpieczeństwem i zadbają o zdrowie, seks i dobre sny. Zastąpią całkowicie myślenie i wolną wolę, ale za to nasze szczęście będzie trwać wiecznie!. Spoza niego nie będzie widać, że człowiek pozbawiony ich stanie się bezradną i bezmyślną istotą podatną na dowolną manipulację.

   Géza był tego zjawiska przykładem.

   To kolejna alarmistyczna książka wskazująca problem uwsteczniania się ludzkości w rozwoju, która jaskółką już nie jest. Dołącza do stada wron kraczących wieszczym głosem autora – czas idzie… śmierć goni.

   Ilu słucha, bo czyta, a ilu nie słucha, bo czyta?

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Na zachętę ciekawy zwiastun książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Pruskie noce – Aleksander Sołżenicyn

Pruskie noce  – Aleksander Sołżenicyn
Przełożył Michał B. Jagiełło ; ilustrowała Kasia Michałkiewicz-Hansen
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 128 stron
Literatura  rosyjska

   Ależ mi ta książka sprawiła niespodziankę!

   Zaskakującą i bardzo przyjemną. Czytałam ją dwa razy, zaczynając od środka. To w nim znajdowało się to wielkie dla mnie zaskoczenie.

   Tekst oryginalny!

   Pisany cyrylicą! Widok dla mnie, uwielbiającej język rosyjski, miód na czytelnicze serce. Zwłaszcza że ostatnio w oryginale czytałam dosyć dawno, ponad rok temu, przy okazji podsunięcia mi przez młodzież Dzikiej energii Mariny i Siergieja Diaczenków. Otworzyłam więc najpierw stronę z początkiem tekstu oryginalnego i popłynęłam na zaśpiewie i melodii języka, czytając dla większej przyjemności na głos. Z czasem zabrakło mi… tchu! Sprawiły to niesamowicie szybkie rytm, tempo i dynamika akcji. Nie da się czytać wolniej, tyle w nim pośpiechu, zdarzeń i emocji! Co ciekawe, to nie jest cały utwór autora, tylko fragment Dróżki. I tutaj kolejna niespodzianka.

   Utworu poetyckiego!

   Autor znany w Polsce przede wszystkim z monumentalnej prozy Archipelag GUŁag (i nie tylko!), tym razem zadebiutował poematem autobiograficznym, chociaż czytelnicy Bożych igrzysk Normana Davisa mogli przeczytać w nich jego niewielki fragment. Autor w 1945 roku został wysłany na front jako kapitan i dowódca baterii artylerii Armii Czerwonej. Był świadkiem i uczestnikiem wkroczenia wojska na teren Prus i od tego wejścia, od tego momentu, z rozmachem, z pewnością zdobywcy, z przytupem niemalże, rozpoczyna opis walk, grabieży, gwałtów, rabunku, rozstrzelań i pożogi podpalanych wsi. Działań nieograniczanych żadnymi normami moralnymi. To wojna, a

Wojna ma meduzy głowę –

i żołnierza pijanego,

Syna Związku Radzieckiego.

Kierującego się jedną, prostą zasadą:

KREW ZA KREW I ZĄB ZA ZĄB,

KRZYWDY MŚCIJ I KRZYWDY RÓB;

Autor przygląda się tym czynom jako obserwator, ale i jako ich uczestnik. Nie jest wolny od deptania wartości etycznych, bo

Po to się tu żołnierz wdarł,

Żeby zgarnąć, co się da –

O „trofieje” bitwa trwa!

(…)

Więc łapczywie wszystko zbieram –

Nędzarz, barbarzyńca, dzikus,

Choć w mundurze oficera!

Rozkoszuję się tym skarbem,

I wskazuję zdobycz palcem:

„To weźmiemy… To weźmiemy…”

Przed kim miałbym się rumienić?

Nie cofając się nawet przed gwałtem, gdy nadarza się ku temu okazja, zadając pytanie:

Takiś mądry, moralisto?

To pomieszkaj u nas trochę!

Sam również nie ocenia i nie oskarża, tłumacząc:

Byłem w piekle… Sądź człowieku,

Czyja wina. Któż to wie?

Powiedz: z perspektywy wieków

Lepiej widać ją, czy nie?

To wyraźne przesłanie do przyszłych pokoleń zawarte w bezpośrednio kierowanych pytaniach do czytelnika, który ma również nie osadzać i nie oceniać, bo tam nie był i nie przeżył upodlenia. Daleka jestem od tego i wiem, że nie jest ani lepiej, ani prościej ująć czasy odczłowieczające ludzi, które autor oddał na niemalże jednym oddechu. W krótkich kadrach-obrazach. Wyskandowanych, niemalże wykrzyczanych wersach. Pełnych skondensowanych emocji, budujących wszystko, co kryje w sobie pojęcie – wojna. To przerażenie widać w szeroko otwartych oczach:

   Jestem pod wrażeniem oddania tego całego ładunku przez tłumacza, jakie niesie ze sobą ten poemat. Tego tempa i dynamiki. Nie miał łatwego zadania, bo musiał te emocjonalne obrazy wtłoczyć jeszcze w rymy. Przyjemność czytania obu wersji językowych zwiększyła ilustratorka, której interpretację tekstu widziałam w dołączonych rysunkach. Białe, oszczędne kreski na czarnym tle.

Niepokojące, poruszające i wyraziste w symbolice.

   Sam temat wkraczania wojsk sowieckich na tereny „wyzwalane” ujęty w literaturze przez ich świadka i uczestnika nie jest mi obcy, chociaż jeszcze rzadki. Ten obraz obserwatora widziałam we wspomnieniach Nikołaja Nikulina Sołdat. Te same refleksje na temat okrucieństwa i potworności wojny zmieniającej człowieka w nieludzką istotę do zabijania, grabieży i gwałtów, ale podane w formie wspomnień oddanych prozą. O tym podobieństwie wspomina również tłumacz w Posłowiu, który przytacza bardzo ciekawą i trudną historię dziejów Dróżki. Poemat powstał w 1947 roku w łagrze, w… pamięci autora. Na skrawkach papieru notował wiersze, najwyżej po 30-40 linijek, następnie zapamiętywał je, a notatki natychmiast palił, żeby nie wpadły w ręce strażników. Był to gigantyczny wysiłek, bo poemat składa się z dziesięciu części, liczących łącznie ok. 300 stron (12.000 linijek). Tekst spisał z pamięci dopiero w 1965 roku, by przemycić na na Zachód i ostatecznie w Rosji opublikować go dopiero w 2004 roku! Czytając te sensacyjne dzieje utworu, skojarzyłam je z powstaniem Rozmów z katem Kazimierza Moczarskiego, który podobnie spisał je z pamięci, narażając się na wątpliwości i zarzuty, że to jest niemożliwe tak dokładnie zapamiętać liczne dialogi z Josefem Stroopem. Jak okazuje się, jednak możliwa jest tak fenomenalna pamięć, zwłaszcza że autor poematu nie był jedyny. Jego przyjaciel Anatolij Wasiliewicz Silin zapamiętał aż 20.000 linijek własnej twórczości.

   Nasunęło mi się pytanie – dlaczego wydano tylko fragment, a nie całość poematu?

  Odpowiedź znalazłam w Posłowiu – Po latach sam Autor uznał, że z całego poematu Dorożeńka tylko rozdział Pruskie noce okazał się udany pod względem literackim i faktycznie tylko on był potem drukowany i tłumaczony. No cóż, koneserom, studentom, historykom, literaturoznawcom, badaczom i  krytykom twórczości autora całość pozostaje nadal tylko w oryginale.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Na podstawie utworu powstała praca filmowa Doroty Nieznalskiej. Tutaj jej zwiastun.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Poezja

Tagi: