Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Ja, Tituba, czarownica z Salem – Maryse Condé

21 marca 2019

Ja, Tituba, czarownica z Salem – Maryse Condé
Przełożyła Krystyna Arustowicz
Wydawnictwo W.A.B. , 2008 , 281 stron
Seria z Miotłą
Literatura karaibska (Gwadelupa)

   Sięgając po pozycję z tej serii wiem, że randka w ciemno będzie na pewno udana. Chociaż, po tylu spotkaniach z tą serią, słowo „ciemno” mogę śmiało zastąpić słowem „pewniak”. Każda książka „z miotłą” pozostawia we mnie przesłanie do przeanalizowania, zastanowienia się, które nie daje o sobie zapomnieć.
   Tak było i z tą powieścią. Autorka opierając swoją opowieść na faktach historycznych, wykorzystała znany proces czarownic z Salem z końca XVII wieku, aby postawić swoisty pomnik, a może bardziej epitafium, osobie najbardziej skrzywdzonej i zarazem najbardziej niewinnej, jeśli nie zupełnie niewinnej, a której w księgach procesowych poświęcono tylko jedno zdanie: Tituba, niewolnica z Barbadosu, prawdopodobnie uprawiająca wudu.
   Wychowana w poszanowaniu i jedności z siłami natury, potrafiąca czerpać z nich dla dobra bliskich, animistka jakby określono ją współcześnie, stanęła bezbronna twarzą w twarz z systemem społecznym opartym na religii wypaczonej przez człowieka. Takie było Salem. Społeczność, w której grabiono, oszukiwano, kradziono, zasłaniano się imieniem Bożym, w którym będąc Murzynką można było czynić tylko zło, bo było się samym złem mając czarną skórę. W tym zderzeniu nie miała szans, tak jak nie ma szansy na obronę pięcioletnie dziecko przed dobrym pedofilem. Świadomie użyłam słowa dobry w kontekście pedofilii i wynikającej z niego sprzeczności, tak jak mieszkańcy wsi Salem nie widzieli sprzeczności między swoją dobrą religią, wywołująca histerię nienawiści, skazującą na śmierć, często męczeńską, niewinnych ludzi a swoimi uczynkami. Czy taka religia jest dobra i czy w ogóle jest jeszcze religią jaką znamy z Biblii? Zdaję sobie sprawę z ostrego porównania, ale ile idei, filozofii, ideologii dobrych z natury, pożytecznych zostało wypaczonych przez garstkę ludzi w imię władzy i pieniędzy, ale za to z miłością na ustach i przyzwoleniem większości społeczeństwa, ukrytych pod ideą religijnej miłości (sekty), dobrej pedofilii (bezsilność prawa), pomocy humanitarnej (eksport broni), troski o zdrowie (lobby firm farmaceutycznych) i każdego innego dobrego do tego hasła? Psychopaci są wśród nas i nie potrzeba ich dużo. Wystarczy jeden w wiosce, mieście, kraju, na kontynencie czy w świecie.
   Jeden.
   A skutki można liczyć w milionach ludzkich ofiar. Nieznanych bądź zapomnianych jak Tituba, ufnych jak wspomniany pięciolatek. Historia jest pełna takich historycznych faktów, a najsmutniejsze jest to, że ich lista jest stale aktualizowana. Wystarczyło, że przejrzałam blog Marii Sobolewskiej ,a zwłaszcza post Kilka słów wyjaśnienia, żebym ujrzała siebie w roli Tituby i to wielokrotnie.

 Tutaj obejrzałam krótką historię i próbę zrozumienia, co tak naprawdę wydarzyło się w Salem.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Kraj bez kapelusza – Dany Laferrière

Kraj bez kapelusza – Dany Laferrière
Przełożył Tomasz Surdykowski
Wydawnictwo Karakter , 2011 , 280 stron
Literatura karaibska (haitańska)

Autor tej książki, Haitańczyk, wyjechał ze swojego kraju w 1976 roku, mając 23 lata, nienawiść w sercu do ówczesnego reżimu Duvalierów i gorycz zawartą w słowach – Mój ojciec, również dziennikarz, został wydalony z kraju przez François Duvaliera. Jego syn, Jean-Claude, powiódł mnie na wygnanie. Ojciec i syn prezydenci. Ojciec i syn, wygnańcy. Powrócił dopiero po dwudziestu latach. I ten właśnie wątek autobiograficzny wykorzystał w tej powieści, by napisać o swoich z nim związkach. O miłości do ojczyzny umierającej na jego oczach, w której nic się nie zmieniło od dnia wyjazdu.
Wyposaża więc głównego bohatera w swoje nazwisko i imię Stary Gnat używane przez jego matkę, nadaje mu profesję pisarza-prymitywisty, sadza pod mangowcem z przejrzałymi owocami o uderzającym słodko-mdlącym zapachu, przy koślawym stoliku z maszyną do pisania i każe stukać w klawisze remingtona z wściekłością, żalem, gniewem lub radością o tym, co czuje i co widzi wokół siebie niczym sejsmograf. Z tego rozdwojenia powstaje opowieść o kraju na jawie i we śnie.
Ten pierwszy, widziany okiem zdystansowanego reportażysty, rejestruje fakty, anegdoty i absurdy z życia w Port-au-Prince. W przeludnionej stolicy z rażącym podziałem na dzielnicę bogatych, względnie zamożnych i skrajnie biednych mieszkających w slumsach, pełnych nędzy i wegetacji na widoku publicznym, w ciasnocie odbierającej prawo nawet do chwil intymnych, w kakofonii dźwięków i nieustannego hałasu cichnącego tylko miedzy pierwszą a trzecią nad ranem, z ograniczonym dostępem do wody i w duchocie potęgowanej przez wysokie temperatury, pod wpływem których intensywność smrodu ludzkich i zwierzęcych ekskrementów, odpadków, padliny i zawartości rynsztoków zabija wszelkie zapachy indywidualne. A pośród tego szlamu wierzący w zombi i praktykujący wudu mieszkańcy, doprowadzeni do szaleństwa nie przez głód, ale przez słońce, potem apetyt na władzę i w końcu seks. Bo na Haiti każdy chce zostać prezydentem, a jakby zostali nimi wszyscy to i tak znalazłby się co najmniej jeden, co chciałby zostać prezydentem prezydentów.
Takim Haiti widzą obecni w nim Amerykanie, nie potrafiąc dostrzec jego drugiej strony. Tej pulsującej nocą, funkcjonującej w umysłach ludzi, widocznej w marzeniach, historii, pasji, tradycji i wierzeniach. Tej opisanej, widzianej i przede wszystkim odczuwanej przez bohatera każdą cząstką ciała, jako kraju we śnie. Pełnego realizmu magicznego, szamanów, zombi, bóstw, snów na jawie i wędrówek po świecie zmarłych nazywanych „krajem bez kapelusza”, bo nikt nigdy nie został pochowany razem z kapeluszem i w którym umarli są szczęśliwsi od żyjących, bo żaden z nich stamtąd nigdy nie wrócił.
Dla bohatera, te dwa naprzemiennie opisywane kraje, to jedno, nierozerwalne Haiti, będące dla niego jak matka, która nigdy nie opuściła wyspy. Jest z nim tożsama. Jedno bez drugiego nie istnieje. Razem są warunkiem szczęśliwego funkcjonowania bohatera w świecie, „tam”, dla którego jest kolejnym Murzynem, a dla matki-kraju zawsze księciem. Bez którego na obczyźnie był nawet szczęśliwy, ale jakby obok życia.
Ta powieść to wyznanie miłości autora do umierającego kraju swoich przodków, krzywdzonego przez nieumiejętnie rządzących przywódców, pożeranego przez konsumpcjonizm Zachodu i dominowanego przez komercjalizm religii chrześcijańskiej.
Jednak tej wyznawanej rozpaczy, żalu, smutku i bezsilności nie widziałam w powieści bezpośrednio. Odczytywałam je między wierszami, dopowiadałam we wnioskach z opisywanych sytuacji, wysnuwałam z puenty bardziej czując niż rozumiejąc. Były bardzo dobrze ukryte pod grubą warstwą ironii, absurdu i groteski, wywołujących nieszczery śmiech, pełen żółci. Uderzający z siłą pocisku prosto w splot słoneczny, po którym nie wiedziałam czy płakać, śmiać się czy milczeć? Dlatego nie określiłabym tej książki jako napisanej z humorem, mimo że uśmiech nie schodził mi z twarzy podczas jej czytania. Autor odcina się od tego pojęcia, który dla niego jest domeną zrozpaczonych, twierdząc, że kiedy w jakimś kraju wszyscy mają poczucie humoru, to znaczy, że nie ma nic innego do roboty. To właśnie ironia zmusza do krytycznego myślenia i działania.
Ta myśl zabrzmiałaby bardzo optymistycznie na zakończenie tej powieści o kraju, którego w takim stanie już nie ma. Zniszczyło je trzęsienie ziemi, jakie Haiti nawiedziło w 2010 roku, grzebiąc nadzieję autora na lepsze czasy dla Port-au-Prince. Rok po tragedii sytuacja wcale nie jest lepsza niż w jej dniu, a słowa matki głównego bohatera nabrały przerażająco realnego wymiaru – To miasto jest wielkim cmentarzem.
Nie muszę być Haitanką, by poczuć przesłanie tej opowieści, a potem je zrozumieć. Wystarczy, że posiadam własny kraj, który kocham.
Emocje są zawsze takie same.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: