Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Czy mnie się wydaje, czy tu jest bardzo gorąco? – Charo Izquierdo, Laura Ruiz de Galarreta

24 marca 2019

Czy mnie się wydaje, czy tu jest bardzo gorąco?: nie bój się menopauzy – Charo Izquierdo, Laura Ruiz de Galarreta
Przełożyła Katarzyna Górska
Wydawnictwo Marginesy , 2019 , 344 strony
Literatura hiszpańska

Zgaduj-zgadula: sięgnęłaś po tę książkę, ponieważ…

Po czym autorki wymieniły dziesięć powodów. Na siłę mogłabym podać dziesiąty – Interesujesz się sprawami związanymi ze zdrowiem. – bo mądrzy naukowcy donoszą ze swoich poletek badawczych, że na nie pracuje się całe życie, a nie w chwili kryzysu – choroby, zmiany, bólu, dysfunkcji czy złego samopoczucia. W tym podejściu coś było na rzeczy, bo w dalszej części książki przeczytałam, że, aby dobrze wyglądać i czuć się po pięćdziesiątce, trzeba zacząć pracować na to już po dwudziestce.

Gdybym jednak miała podać swój powód sięgnięcia po tę pozycję, mimo że do menopauzy trochę mi brakuje, a dołączony do książki wachlarz na uderzenia gorąca na razie wykorzystam podczas upalnych dni lata, to byłyby to słowa autorek – Bo jest to coś, co spotka cię na pewno, co czeka tuż za rogiem. Jesteś kobietą. Koniec kropka. Skoro, będąc nastolatką, z wypiekami na twarzy w sekrecie podczytywałam starszej kuzynce podręcznik z biologi do siódmej klasy, by poznać tajemnicę dojrzewania, to tym bardziej trzeba tę tajemnicę poznać w okresie przekwitania, które prędzej czy później nadejdzie. Wydawałoby się, że rynek od tamtych czasów zasypany jest publikacjami na ten temat i że można mówić wszędzie i ze wszystkimi o tym otwarcie.

Otóż, według autorek, nie!

Krzywda, jaką kobietom wyrządzili nasi przodkowie swoimi przekonaniami jeszcze na początku XX wieku, że menopauza to „kara za przewinienia kobiet”, i doradzano rezygnację z wszelkiej ekscytacji seksualnej, by uniknąć nagromadzenia krwi w mózgu, trwa nadal. Wtórował im sam Zygmunt Freud, który twierdził, że kobiety w okresie przekwitania są „kłótliwymi i upartymi, podłymi i sadystycznymi neurotyczkami”. Pokłosie tych poglądów zbieramy do dzisiaj.

Menopauza to nadal temat tabu!

Nadal się o niej nie mówi, chyba że szeptem i to na ucho. Autorki, dwie dziennikarki kochające życie – jak o sobie napisały – postanowiły to zjawisko zbadać,znaleźć przyczyny i rozwiązania, z pełną świadomością, że to zadanie zamieni się w terapię (przede wszystkim dla nas samych), a jej efektami podzielić się z milionami kobiet. Zaprosiły do współpracy i rozmów specjalistów i lekarzy oraz najbliższe przyjaciółki i kobiety, mające odwagę podzielić się własnymi doświadczeniami umieszczonymi w publikacjach, blogach, wideoblogach, a nawet piosenkach czy filmach.

Efektem tych działań był ten poradnik.

Szczegółowo omawiający czas przed, w trakcie i po menopauzie. Zmiany fizyczne i psychiczne zachodzące w organizmie kobiety. Charakterystyczne objawy i choroby jej towarzyszące. Profilaktykę działań je łagodzących, jak dieta z podaniem tygodniowego jadłospisu, ćwiczenia z podaniem konkretnych, czynności pielęgnacyjne (włącznie z ubiorem), badania okresowe, leczenie i przede wszystkim praca nad własnym nastawieniem i myśleniem.

Te ostatnie były bazą motywacyjnego przesłania autorek.

W tym zakresie w dużej mierze swoje inspiracje opierały na teorii długiego i zdrowego życia zawartej w publikacji Ikigai Hectora Garcii i Francesca Mirallesa. Nie popadały jednak w hurra-optymizm. Były bardzo racjonalne we wszystkim, podkreślając indywidualizm każdej kobiety i prawo do wybiórczości proponowanych działań, a swoje najważniejsze uwagi wyróżniały w ramce.

Według nich menopauza miała stać się sojusznikiem w cieszeniu się życiem. Nie odmłodzić i wyszczuplić ciało, ale uczynić je zdrowszym, pewniejszym siebie, radośniejszym i nadal cieszącym się seksem. Namawiały do odrzucania spełniania cudzych oczekiwań i konwenansów narzuconych przez społeczeństwo, w którym kult młodości, idealnego ciała i seksu jest obecnie wiodącym tematem włącznie z reklamami. Najwyższy czas na powitanie nowego – menopauzy. Na poznanie jej i kontrolowanie, by po prostu cieszyć się życiem w zdrowiu.

Dobrze czuć się we własnej skórze, bez względu na wiek.

Zdania piane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Czy mnie się wydaje, czy tu jest bardzo gorąco? [Charo Izquierdo, Laura Ruiz de Galaretta]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Poradnik

Tagi: , ,

Marina – Carlos Ruiz Zafón

21 marca 2019

Marina – Carlos Ruiz Zafón
Przełożyli Katarzyna Okrasko , Carlos Marrodán Casas
Wydawnictwo Muza , 2009 , 302 strony
Literatura hiszpańska

   Déjà vu.
   Tym jednym wyrażeniem mogłabym określić tę powieść. Napisana dla młodzieży jako pierwsza, a w Polsce wydana jako druga, po jej siostrzanej wersji dla dorosłych, spowodowała tym trochę zamieszania. Dla mnie dobrego, bo zyskała moją sympatię, a nie wiem czy sięgnęłabym po nią w sytuacji odwrotnej. Powiem nawet więcej, podobała mi się bardziej niż Cień wiatru. Zarówno z powodu podobieństw jak i różnic, zdecydowanie na plus dla Mariny.
   Spotkałam w niej to, co polubiłam w wersji dla dorosłych: dociekliwość nastolatka, zauroczenie dziewczyną, Barcelonę tym razem przeniesioną do dzielnicy willowej, gdzie w nazwach ulic pobrzmiewały echa starych legend, a za naszymi plecami czaiły się baśniowe stwory, opuszczone, zarośnięte rezydencje, chylące się ku ruinie, w których aż roi się od wspomnień setek osób, tragiczną miłość, narastające tempo powieści i oczywiście tajemnicę, którą koniecznie trzeba było poznać, nawet z narażeniem zdrowia, a nawet życia, pokonując barykady przeszkód i niebezpieczeństw.
   A różnice?
   Przede wszystkim mniej bohaterów z ich zawiłymi historiami biograficznymi, zyskującymi dzięki temu na wyrazistości. Mniej użalania się nad ich niedolą i nieszczęściami, obarczającymi mnie marazmem i bezsilnością egzystencjalną. Więcej grozy, patologii, lęku i strachu. Właśnie tego! Napięcia, które w drugiej połowie powieści sięgało zenitu, a które wręcz wyło o rozładowanie. Jak ja się broniłam, żeby nie zajrzeć na koniec książki, w poszukiwaniu rozwiązania!
   Jest jednak coś, czego mi zabrakło, czego nie zauważyłabym, gdybym nie przeczytała „Cienia wiatru” wcześniej… humoru, mrugnięcia okiem do mnie, że nie ma się czego bać, że będzie dobrze, a który w dorosłej wersji uosabiał przyjaciel głównego bohatera. Zabrakło mi właśnie takiej postaci.
   Ale widocznie nie można mieć wszystkiego w jednym. Jestem dużą dziewczynką i wiem, że takie rzeczy to tylko w Erze!

Marina [Carlos Ruis Zafon]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 Pisarz nie tylko pisze, również komponuje muzykę. Tutaj posłuchałam utworu Bea inspirowanego Cieniem wiatru. Więcej utworów mogłam posłuchać na jego stronie autorskiej.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Przedostatnie marzenie – Angela Becerra

Przedostatnie marzenie – Angela Becerra
Przełożyła Elżbieta Komarnicka
Wydawnictwo Świat Książki , 2008 , 492 strony
Literatura hiszpańska

   Magia, czułość i namiętność – kusił napis na książce.
    Obiecanki, cacanki, a czytelnikowi radość! – odpowiadam. A zaczęło się tak tajemniczo i zachęcająco. Zaryzykowałabym nawet określenie romantycznie i arcyciekawie, o ile scena podwójnego samobójstwa sędziwych kochanków splecionych w miłosnych objęciach i z wyrazami szczęścia na twarzy , w strojach weselnych, gdzie welon panny już nie takiej młodej ścielił się po wszystkich pomieszczeniach mieszkania, od razu na pierwszej stronie może taką być. Raczej przyczyny i dochodzenie do nich, zbadanie, co tak bardzo łączyło dwoje starych ludzi, że zdobyli się na taki krok.(…) Jaki rodzaj miłości można przeżywać w wieku osiemdziesięciu lat, żeby tak umrzeć? Razem z inspektorem Ulladą uwielbiającym oglądać i płakać na filmie Co się zdarzyło w Madison County i szukać romantyzmu w protokole sekcji zwłok (tutaj zapaliła mi się pierwsza lampka ostrzegawcza!), zaczęłam grzebać w przeszłości kochanków. Węszyłam jak pies tropiący, śledziłam losy głównych bohaterów, aż zgubiłam ślad i inspektora, zatrzymując się myślami w lodówce i przegrzebując jej zawartość w poszukiwaniu dobrego żarełka, dopóki słowo „ślub” nie ściągnęło mnie z powrotem do Barcelony, miejsca akcji. Ślub? Jaki? Gdzie?! Przecież było samobójstwo, prawie seryjne! I co ja robię na 10. stronie? Zaczęłam czytać jeszcze raz. Jednak ślub. W trumnach! Może jakiś hardcorowy, oryginalny – pomyślałam tolerancyjnie – państwo młodzi w trumnach, a weselnicy w strojach żałobnych? Czytam jeszcze raz. Nie. Najprawdziwszy, poważny ślub nekrofilski. Nieboszczycy (wspomniani wcześniej samobójcy) w trumnach, a welon „panny młodej” tym razem ścielił się przez cały kościół. Brwi uniosły mi się w zadziwieniu pod nasadę grzywki i gdyby nie włosy, zjechałyby mi na potylicę. A potem czytam, że po ceremonii ślubnej odbył się pogrzeb tego wesela! Szybko zamknęłam książkę, bojąc się, że brwi zostaną mi z tyłu na wieczność, nie mogąc w zadziwieniu znaleźć drogi powrotnej nad oczy i będę napięta jak po liftingu. Odłożyłam przestraszona książkę, przez cały dzień tłumacząc sobie, że może powinnam dać się powoli wprowadzić w treść, w atmosferę, przyzwyczaić do stylu (egzaltowanego!), języka (elfów!), do wyobraźni pisarki. Zwłaszcza wyobraźni – skwapliwie skwitowało to ostatnie moje drugie, sceptyczne i zniechęcone ja. Uzbroiłam się więc w cierpliwość, stoicki spokój i opanowanie. Zwiększyłam sobie pojemność wyobraźni wirtualnej (realnej mi zabrakło) i zajrzałam ponownie do książki, która zdążyła po 10 stronach stać się moim prywatnym wyzwaniem czytelniczym.
    Nic z tego!
    Już po chwili w zaskoczeniu lewa brew uniosła mi się ku górze, że ta wielka, ponadczasowa, obiecywana miłość to zadurzenie czternastolatki i dwa lata starszego od niej chłopca. Prawy kącik ust uniósł mi się w półuśmiechu, kiedy zapewniana magia była objawieniami ukochanej pod postacią Matki Boskiej sunącej w powietrzu, utkanej z powietrza. Chłopak daaaawno musiał nie być u okulisty. W sceptycznym grymasie rozjechały mi się zaciśnięte usta, kiedy czytałam o namiętności jednego pocałunku przez całą noc, rozkrwawiającego wargi kochanków. Nie wiem czy to ostatnie słowo nie jest nadużyciem sądząc po ich miłosnych dokonaniach.
    Skrajności w opisywaniu skali zdarzeń i cech bohaterów w tym dwutorowo rozgrywającym się czasie powieści (współcześnie oraz w latach 30. i późniejszych) były zawsze rażąco kontrastowe. Nic nie było dobre, piękne czy znane, ale najlepsze, najpiękniejsze i najsłynniejsze. Przedrostek „naj” robił w powieści oszałamiającą, cudowną, najwspanialszą i niespotykaną w całym wszechświecie karierę, używając ulubionych określeń narratora. Kontrast między dobrem a złem był porażający, abym przez przypadek nie pomyliła jednego z drugim. Prawdopodobieństwo zdarzeń i zachowań bohaterów niemożliwa do zaistnienia lub spełnienia. Moja wyobraźnia nie dorównywała autorce, chociaż bardzo się starałam zobaczyć napiętą i młodą skórę na szyi osiemdziesięcioletniej staruszki, akt miłosny w pozycji leżącej na klawiszach fortepianu wygrywający muzykę (może jakaś niestandardowa szerokość klawiszy?), serdeczną sól na policzkach, dozgonną miłość barwiącą siatkówkę oczu, trzydziestodwuletniego prawie chłopaka (nie mężczyznę), samostrojący się fortepian czy wskrzeszenie umarłego w śpiączce człowieka. Naprawdę bardzo się starałam, ale przy natłoku takich scen, dalsze napinanie mózgu groziło udarem. Czytanie powieści przeszło w czytanie bajki.
    Pożyczyłam tę książkę od mojej zaprzyjaźnionej młodzieży, która opowiadała mi o niej ze wzruszeniem w głosie i łzami w oczach. To mój drugi romans w ostatnim roku. O pierwszym napisałam frapująco, jak określiła to bsmietanka, a drugi sarkastycznie, jak sama to określam. Muszę prawdzie spojrzeć w oczy i wysnuć bolesny wniosek – wapnieję! Postarałam się więc wyłuskać chociaż jedną myśl godną zapamiętania i znalazłam ją: Czas jest jak sęp, który wydziobuje nam życie. Ale zaraz odezwało się we mnie to drugie, złośliwe ja i sparafrazowało: Są książki jak sępy, które wydziobują mi czas. Potrzebuję romansu-antidotum na potwierdzenie, że nadal żyje we mnie dusza romantyczna. Jest taki, który przywróci mi tę pewność?

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi:

Porozmawiaj ze mną – Eduardo Mendicutti

Porozmawiaj ze mną – Eduardo Mendicutti
Przełożyła Bogumiła Wyrzykowska
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2010 , 280 stron
Literatura hiszpańska

   Nerczan odkąd pamięta stale mówił. Bardzo dużo. Nie lubił nie mówić. Nie lubił ciszy nasączonej goryczą myśli, w której podniebienie robi się szorstkie jak druciak, język i usta puchną, a zęby pękają. Uważał, że Mówienie jest jak zamiatanie domu. Jak mycie szyb (…) Jak wietrzenie sypialni albo usuwanie nalotu z wanny. Więc mówił. Musiał. Zabijał dźwiękiem słów zwodniczą, fałszywą ciszę, skrywającą jego myśli, poglądy, pragnienia, emocje i jego samego. Odwróconego, kochającego inaczej, cerowaną dziurę, geja jak nazywali go inni. Gównianą ciotę jak pogardliwie określał go ojciec, do końca życia niepogodzony z odmiennością syna. Ale to mówienie było tak naprawdę jak gadanie niemowy, bez składu i ładu tylko po to, żeby trzymać fason z braku innego sposobu na przetrwanie, na dożycie do tych 76. urodzin, kiedy nie ma się już nic do stracenia i czasów, w których nareszcie można być widocznym i słyszanym, nareszcie zacząć opowiadać o sobie i jemu podobnych. Żyjących na marginesie hiszpańskiego społeczeństwa lub ukrywających się w szanowanych rolach społecznych: ojców, mężów, księży, urzędników. Znakomitości we wszystkich profesjach, nie tylko w dziedzinie dekorowania wystaw, makijażu, robienia manikiuru w czym specjalizował się Nerczan. Dożycie do czasów, w których homoseksualista może mieć ulicę swojego imienia. Nie byle jaką ulicę, ale tę, która do tej pory była dla niego symbolem własnego cierpienia, posiadającą wymowną nazwę: Milczenia.
    Walka o zmianę nazwy, osobista konkwista w imieniu jemu podobnych, zadośćuczynienie dla wielu tych, którym było ciężko tylko dlatego, że byli tacy, jacy byli, stała się dla głównego bohatera okazją do gorzkich wspomnień, do stawiania retorycznych pytań, porównań dawnych czasów z nowymi, podsumowań własnego życia i podwójnej moralności mieszkańców miasta Al Algaidy, w którym żyje. Jego monolog wspomnień przeplatany komentarzami do wydarzeń współczesnych czy wykonywanych właśnie czynności, emocjonalny, serdeczny, szczery, z odrobiną humoru, mówiony językiem charakterystycznym tylko dla Nerczana, pełnym ciepłych zwrotów i określeń kierowanych do bliskich, neologizmów rozumianych tylko przez niepełnosprawną siostrę Antonię, zagęszczony (i tu uwaga!) gwarą śląską, wtrąceniami z języka angielskiego i hiszpańskimi nazwami ulic, nazwisk czy imion, uzależnił mnie jak narkotyczna mieszanka.
    Całość tworzy niezwykle barwną osobowość starszego pana, która mnie zauroczyła. Tak inna od stereotypu współczesnego homoseksualisty kreślonego w dotychczas czytanej przez mnie literaturze. Chciałam go słuchać. Chciałam wiedzieć co myśli, co czuje i dlaczego, gdy był małym chłopcem, próbował dokonać samokastracji. A to pierwszy krok do rozmowy, do dialogu, do spełnienia tytułowej prośby – porozmawiaj ze mną…
    Chętnie.

Nie znam hiszpańskiego, abym mogła dowiedzieć się co mówi o książce jej autor, ale podoba mi się okładka sugerująca, poprzez inny pryzmat niż wydanie polskie, jej zawartość. Chciałabym też posłuchać jej czytanej przez lektora i wiem, że ten, który podejmie się tego wyzwania, będzie musiał być bardzo dobrym aktorem, bo ten monolog to wyzwanie dla umiejętności zawodowych. Ja chciałabym go usłyszeć w wykonaniu Artura Barcisia.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Władca równin – Javier Yanes

Władca równin – Javier Yanes
Przełożył Andrzej Flisek
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2010 , 694 strony
Literatura hiszpańska

Okładka kusząca. Niemal hipnotyzująca odcieniami płynnego złota, pomarańczy i brązu zachodzącego słońca, ciepłem gasnącego światła, przestrzenią krajobrazu pozwalającą sięgnąć wzrokiem hen, daleko poza drzewo na pierwszym planie. Chciałam tam być, pragnęłam poznać historię ukrytą za wiele obiecującymi zdaniami, umieszczonymi na okładce:

 

 

I znalazłam się tam. Wylądowałam z Curro Mencia, narratorem opowieści, w Afryce, w stolicy Kenii Nairobii, w hotelu Serena. Tym samym, w którym kiedyś nocowałam oczekując na samolot do Polski, a z którego zachowała mi się jego firmowa widokówka:

 

 

Rozmarzyłam się w oczekiwaniu na więcej, na rozwój wypadków, na rozwinięcie zdania rozpoczynającego opowieść – Dziadek opowiadał mi historie z Afryki, niemal jak na bajkę z magicznym początkiem – za siedmioma górami, za siedmioma lasami…
By nagle, bez żadnego uprzedzenia, zostać przeniesioną do Lux Domini, posiadłości rodzinnej Curro w Hiszpanii. Ej, a gdzie Afryka?! – pomyślałam zdezorientowana.
Curro jednak uparcie zaczął opowiadać o dziejach swojej rodziny. Ale ja chcę o Afryce! – też byłam uparta.
O historii małżeństwa jego pradziadków. Ciekawe, ale kiedy będzie o Afryce? – myślałam swoje, ale już ciszej.
O romansie jego dziadków i okolicznościach przyjścia na świat jego ojca. Interesujące i co było dalej? – pytałam w duchu zaintrygowana.
O szczęśliwym dzieciństwie spędzonym w domu babci Uke u stóp Canto del Pico. A opowiadał o tym tak barwnie i z humorem, że zupełnie zapomniałam o początkowych, afrykańskich obietnicach. Zatopiłam się z przyjemnością w burzliwych, tragicznych, a przede wszystkim tajemniczych dziejach rodziny Curro, ciesząc się, że przede mną jeszcze kilkaset stron, by znowu nagle, bez uprzedzenia przenieść mnie do:

 

 

 

Nie, nie, to nie Nowy Jork i jego drapacze chmur. To ponownie Nairobi. Wróciłam tu znowu, kiedy zdążyło tak bardzo spodobać mi się w Europie. Do miejsca, o którym daaawno zapomniałam, poznając losy rodu Mencia. Dopiero teraz zrozumiałam, że abym mogła tutaj zawitać, musiałam dokładnie poznać bohaterów z przeszłości, jeszcze przed wyprawą na afrykański kontynent. Nieokreślonego miejsca pobytu najbardziej nieodgadnionej postaci snutej historii – dziadka Hamisha. Dodam, osoby przez nas (zdążyła się zebrać spora grupa śledcza: stary przyjaciel dziadka, prostytutka, kenijski dziennikarz, Curro i ja!) poszukiwanej i będącej jedynym kluczem do wielu zagadek rodzinnych. Poza tym, że mieszkał w Kenii, nie wiedzieliśmy nic, nawet tego, czy w ogóle jeszcze żył. Od tego momentu saga rodzinna zamieniła się w przygodę detektywistyczną, ale bez trupa. Przynajmniej taką wszyscy mieliśmy nadzieję. Podróż po rozległych, kenijskich przestrzeniach w poszukiwaniu śladów naprowadzających, informacji ukierunkowujących, tropów podpowiadających była też okazją do poznania białych Kenijczyków od kilku pokoleń, potomków europejskich osadników z czasów kolonialnych. Do przyjrzenia się historii walk bratobójczych w okresie przemian i obecnej sytuacji polityczno-gospodarczej mierzącej się z problemami świata współczesnego. Kenii równie pięknej, co niebezpiecznej. Wywołującej tyle namiętności, zgorzeli miłości, puchlin rozkoszy, pieszczot bólu i uścisków śmierci. Zakochani, kłusownicy, politycy, nimfomanki, prostytutki, tubylcy i dzieci żebrzące o cukierki. Byli tam wszyscy, odgrywając za czarną zasłoną kenijskiej nocy swoje operetki, dramaty i tragedie.
I wszystko to jest w tej opowieści.
Opisane językiem, do którego specyfiki przyzwyczajałam się powoli, a którego zawiłości w przekazie, częste, obszerne, ale potrzebne dygresje, bogactwo porównań, metafor i przenośni, barokową ornamentykę, krasomówstwo narratora doceniłam w dwójnasób po doczytaniu ostatniego, wieńczącego zdania, kończącego opowieść i spinającego całość niczym klamrą – Dziadek opowiadał mi historie z Afryki.
Za każdym razem, kiedy czytam to zdanie, w moim sercu pojawia się ciepło i słodycz przelewającego się złocistego miodu z okładki, a pod powiekami, niczym powidok, widzę setki pejzaży przeżytych zdarzeń z sylwetkami poznanych postaci na horyzoncie. Bo w gruncie rzeczy to opowieść o więzach rodzinnych i miłości je spajającej, którą warto pielęgnować, a jeśli się zgubi, szukać nawet na końcu świata.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Uciekinierka z San Benito – Chufo Llorens

Uciekinierka z San Benito – Chufo Llorens
Przełożyła Alicja Noworyta
Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz , 2010 , 832 strony
Literatura hiszpańska

Przedsmak tego, co mnie czeka, poczułam, kiedy zobaczyłam napis na banderoli okalającej tę opasłą książkę:

 

 

A potem informację na tylnej okładce o jej duchu utrzymanym między innymi w tonie Katedry w Barcelonie Ildefonsa Falconesa, czytanej wieki temu, ale zapamiętanej przeze mnie jako dobrą powieść historyczno-przygodową. To mi wystarczyło, żeby na horyzoncie mojej wyobraźni zaczęła się wyłaniać siedemnastowieczna Hiszpania, a wraz z pierwszymi czytanymi zdaniami, mury klasztoru San Benito, a po naszemu Świętego Benedykta, gdzieś na prowincji, po której roznosił się dźwięk bijącego dzwonu. Coraz głośniejszy, wieszczący śmierć jego przeoryszy, by dokładnie taką samą sceną, jak szeroką klamrą jednego życia, zamknąć to przyjemnie obfite tomisko.

 

 

Ale to, co najważniejsze, działo się pomiędzy tymi wydarzeniami. A sądząc po grubości trzonu książki, czekało na mnie tysiące kilometrów przygód wywołanych, kuszonych, prowokowanych na własne i nie własne życzenie przez Catalinę, główną sprawczynię zawirowań, której życie zdeterminował jej osobisty, rodzony, żeby nie powiedzieć wprost – egoistyczny ojciec, już w momencie jej nieproszonego przyjścia na świat. Miała to nieszczęście urodzić się czwartą z kolei dziewczynką w rodzinie hidalgo (hiszpańskiego szlachcica) oczekującego męskiego dziedzica, który w zmowie z siostrą, ówczesną przeoryszą klasztoru Świętego Benedykta, zamienił noworodki. Córkę na chłopca akurat znajdującego się pod opieką sióstr zakonnych. A zrobił to tak sprytnie, pomysłowo i przebiegle, że tajemnica pochodzenia Cataliny długo musiała czekać na jej ujawnienie, pomimo posiadania wyraźnego znamienia dziedziczonego w rodzinie hidalgo. Pomocnego w identyfikacji tożsamości, ale jednocześnie szatańskiego znaku w postaci oka z trzema łzami wymienianego w księdze inkwizytorów, na nieszczęście dla niej, posiadanego również przez wysoko postawioną osobę w hierarchii kościelnej, mającej jeden cel – wziąć odwet i samemu wyjść z tego bez szwanku. Nic i nikt nie może stanąć mu na drodze po kapelusz kardynalski. Święta Inkwizycja za takimi osobami wysyłała bezwzględnych, bezlitosnych w swoim rzemiośle przedstawicieli Kościoła, niezmordowanie wyszukujących, oskarżających i demaskujących przyszłe ofiary stosów.
Nie był to jednak jedyny wątek tej powieści.
Intrygi, podejrzenia, pułapki, wspólnota interesów i wzajemnych uprzejmości, walka o wpływy, znajomości sięgające aż otoczenia króla dyktowane przez pragnienie władzy, chciwość dóbr materialnych i żądze cielesne plotły coraz gęściejszą, lepką od niskich pobudek, sieć wokół najbardziej niewinnej postaci, jaką była dorastająca w klasztorze i nieświadoma jej niewidzialnych nici Catalina. Coraz bardziej przez nią oplątywana, osaczana i doprowadzająca do splotu wydarzeń, wymuszających jej ucieczkę z klasztoru, w którym interesów więcej niż na dworze królewskim, by prosperować przy władzy, i więcej ambicji, by nosić bengala (buława), niż chęci do modłów i pokut, a w dalszej konsekwencji ucieczkę również przed Świętą Inkwizycją. Od tego momentu opowieść nabrała tempa, a moja uwaga skupiona dotychczas na polityce pokrętnej dyplomacji, w której królowała zasada, że zarówno na wojnie, jak i w czasach pokoju zawsze triumfuje ten, kto jest lepiej poinformowany, bo im więcej wiemy o drugiej osobie, tym mniej zaskoczy nas jej reakcja, została całkowicie pochłonięta przez losy nastoletniej uciekinierki, tułającej się po hiszpańskich bezdrożach i lasach, jeżdżącej z cygańskim taborem, pracującej jako paź w zamożnym domu, mieszkającej w madryckim przybytku uciech, występującej jako komediantka, by oczywiście między ucieczką a ukrywaniem się w męskim przebraniu, pokochać Diego miłością tak bolesną, że aż duszącą. A ponieważ w młodości seks ciągnie mocniej niż zaprzęg wołów, to jej siedemnaście lat uparcie domagało się swej porcji przeżyć wplątując ją w coraz bardziej niebezpieczne wydarzenia. Ale ukochany widział w niej niestety tylko dobrego druha, wyłącznie przyjaciela i przede wszystkim chłopca.
I cały ten ciężar na barkach młodziutkiej, samotnej dziewczyny z tropiącymi psami gończymi Świętej Inkwizycji zawsze o krok z tyłu!
I o ile tło społeczno-polityczne zostało odmalowane z ogromnym rozmachem, z dbałością o szczegóły wystroju wnętrz czy to domu szlacheckiego, klasztoru, teatru, burdelu czy karczmy, z dokładnymi szkicami strojów ludzi pochodzących z różnych warstw społecznych, z opisywaniem zwyczajów i obyczajów ówczesnych Hiszpanów włącznie z walkami byków i posiłkami zarówno na stole bogatego jak i biednego obywatela, o tyle koniec historii mocno mnie rozczarował. Nie wybaczę tego autorowi! Nie jestem w stanie przebaczyć zawodu jaki zrobił Catalinie i mnie. Do końca łudziłam się, że to jakiś żart, nieporozumienie, pomyłka! Przecież nie tak kończą się takie piękne historie! Jak było można po tylu latach cierpienia, uciekania, walki o tożsamość, wymykania się śmierci, życia będącego właściwie rozpaczliwą chęcią przetrwania pozostawić…
Ech, szkoda słów! I jeszcze te bijące dzwony na zakończenie, wieszczące śmierć.
Żal, no żal, że to TAKI koniec i że W OGÓLE koniec historii.
No żal…, ale książką rzucać nie będę. Mogłabym jej gabarytami kogoś przygnieść niechcąco i żal byłby jeszcze większy.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi:

Czarownice z Arnes – David Martí Martinez

Czarownice z Arnes – David Martí Martinez
Przełożyła Agata Zyznowska
Wydawnictwo Bellona , 2014 , 264 strony
Literatura hiszpańska

Kobiety z rodu Aymerichów posiadały niezwykły dar rozumienia natury i wykorzystywania jej zasobów oraz sił w dobrym celu, zdolne widzieć to, co niewidzialne, zbliżyć się do istoty rzeczy, do tego, co tak naprawdę jest ważne. Dla mnie prapoczątek nauk medycznych, które obecnie nazywamy medycyną niekonwencjonalną. Bo cóż złego było w przepisach na przeziębienie, bezsenność, wypadanie włosów czy prozaiczne wybielenie zębów?

 

Tę wiedzę gromadziły w Księdze wiedzy tajemnej, przechodzącej zawsze z matki na córkę. Dziedziczyły również zdolności jasnowidzenia, proroczych snów czy bioenergii. Ich manifestacja, lub przebudzenie, jak nazywały ten proces bohaterki powieści, następowała bardzo szybko, ale czasami w dorosłym już życiu. To niezwykłe dziedzictwo stało się jednak przekleństwem w czasach, w których żyły babka Magdalena, matka María i córka Luna. Był rok 1533. Rok Inkwizycji skazującej tego typu kobiety na stos, określając je jednym słowem, brzmiącym jak wyrok.
Czarownice!
Autor wykorzystując znaną z historii falę palenia lub topienia kobiet podejrzanych o czary, zbudował fabułę powieści czyniąc je jej głównymi bohaterkami. Ale pozytywnymi. Bohaterami złymi byli ścigający je przedstawiciele Kościoła. Nie obwinia jednak samej instytucji, ale fanatyzm niektórych ludzi do niej należących, wykorzystujących powierzoną im władzę do walki osobistej. Oskarża wręcz człowieczą naturę skłonną do nadinterpretacji, wypaczeń rzeczy dobrych i ślepego wykorzystywania religii do niszczenia innych w imię zemsty. W dążeniu do tego celu skłonną nawet do absurdalnych posunięć – korzystania z czarnej magii. W ten sposób ukazał paradoks winnego, posiadającego władzę, ścigającego niewinną ofiarę. Tym samym działalność Inkwizycji, która zabrnęła w zaułek fanatyzmu, niszcząc to, co najlepsze – tradycję.
Miałam jednak niedosyt spowodowany prostotą przekazu i skromną liczbą stron, które bardziej kojarzyły mi się ze szkicem ciekawej opowieści, zaledwie projektem bardziej rozbudowanej historii, niż z określeniem powieść historyczna. Z takim potencjałem pomysłów i wątków o trudnych losach kobiet sprzed kilku wieków można byłoby snuć nie na 260 stronach, ale przynajmniej na 500. Wtedy po opowieści pełnej dramatycznych zwrotów, pulsującego napięcia i zmiennego tempa akcji, sama dopominałabym się o optymistyczne zakończenie. Ale żeby przeżyć oczekiwane oczyszczenie i ulgę, potrzeba czasu na zbudowanie tragedii, wczucia się w losy bohaterek i przeżywanie ich traumy.
Tego mi zabrakło.
I może właśnie dlatego mam poczucie, że przeczytałam mądrą, bo mądrą, ale jednak opowiastkę z hollywoodzkim zakończeniem.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Czarownice z Arnes [Dawid MartiMartinez]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi:

Diamentowy Plac – Mercè Rodoreda

Diamentowy Plac – Mercè Rodoreda
Przełożyła Zofia Chądzyńska
Wydawnictwo Pascal , 2014 , 317 strony
Literatura hiszpańska (katalońska)

…chcę wyraźnie zaznaczyć, że Diamentowy Plac jest przede wszystkim powieścią o miłości, choć pozbawioną jakiegokolwiek sentymentalizmu. – takim zdecydowanym zdaniem podkreśliła charakter swojej powieści autorka. To ono jest kluczem do zrozumienia opowieści o parze głównych bohaterów, wokół życia których osnuta była fabuła – Quimecie i Natalii zwanej również Colometą. Gdyby nie ten nacisk, świadczący o tym, jak bardzo autorce zależy na zrozumieniu jej przekazu, nigdy nie ujrzałabym tego, co istnieje, chociaż nie jest widoczne. Nie uświadomiłabym sobie, że obok miłości rycerskiej, romantycznej, zmysłowej, natchnionej, emocjonalnej czy erotycznej istnieje miłość… codzienna. A że powszechna, dostępna na wyciągnięcie ręki, dozwolona, zawsze obecna, więc absurdalnie nieobecna. A właściwie niedostrzegana. Z tej różnicy pojmowania miłości ( a może z dominacji bardziej spektakularnych i efektowniejszych) pojawiały się od premiery książki w 1962 roku tak skrajne oceny czytelników, z czego doskonale zdawała sobie sprawę autorka. I na przekór tym niedowiarkom, sceptykom, ślepcom lub niedowidzącym, od kilkudziesięciu lat, kolejnym wznowieniem wydania (pierwsze w Polsce w 1970 roku) udowadnia tą historią małżeństwa (ale i przypomina zapominającym) istnienie miłości egzystencjalnej. Tak sobie ją roboczo nazwałam. Jednak żeby ujrzeć jej piękno, zalety i solidność fundamentów, z których czerpie swoją moc, trzeba krok po kroku przejść przez życie Quimeta i Natalii. Dopiero po zamknięciu ostatniej strony mogłam przyznać rację autorce – tak, to jak najbardziej i przede wszystkim opowieść o miłości.
Drogę mojego dojścia do tego wspólnego mianownika, porównałabym do procesu odbioru obrazu.
Od początku zagłębiania się w losy pary, z bardzo bliska poznawałam szczegóły ich życia. Gwałtowne i niespodziewane zauroczenie sobą na tyle silne, by zakończyło się ślubem. Ale na tyle słabe, by na pierwszej randce zagłuszała ją gumka wpijająca się w ciało. Potem miejsce i warunki ich życia – niewielkie mieszkanie w Barcelonie. Znałam je od układu pokoi po wzór kapy przykrywającej łóżko, ale nie od strony spojrzenia, gestu, przytulenia. Z czasem pojawiły się dzieci, kłopoty finansowe czy coraz bardziej widoczne wady obojga. A wszystko to ukazane poprzez materialne i niematerialne drobiazgi. Zatopiłam się w ich przyglądaniu, oglądaniu, analizowaniu tak, jak Quimet i Natalia, którzy przestali widzieć w tej bliskości, namacalności i wielości, istotę spoiwa ich związku – miłość. Uczucie, a zarazem wartość, które z czasem zaczęło wtapiać się w tło, schodząc na mało widoczny plan nawet nie drugi, ale enty. Coraz bardziej odległy, dając pierwszeństwo detalom składającym się na codzienność. Dyplomatycznie mogłabym powiedzieć – na prozę życia, ale ujmę to ostrzej, kolokwialnie, a przez to dosadniej – na jej kanalizę. To ostatnie symbolizowały gołębie, które, zawładnąwszy życiem Natalii i jej mieszkaniem, przykrywały swoim smrodem, piórami i kałem radość życia. Z czasem ten szary egzystencjalizm, a zwłaszcza jego uciążliwe aspekty, jak problemy z nadmierną zazdrością i zaborczością męża, troski finansowe, kłopoty zdrowotne, zaczął systematycznie wypierać miłość. Przykrywać go całunem śmiercionośnych, duszących drobin za życia. Natalia zapatrzona w szczegóły i drobiazgi, niczym odbiorca obrazu z nosem przy płótnie, skupionym na detalach, powoli zapominała o jego tle. O posiadaniu niezwykłego daru – miłości.
Przypomniała sobie o jej istnieniu, o jej wyjątkowości, dopiero wtedy, gdy ją straciła.
Cios emocjonalny sprawił, że oderwana brutalnie od płótna, znowu ujrzała obraz swojego małżeństwa z odległej perspektywy. To wtedy dostrzegła dar utracony. Ale było już za późno na jego odzyskanie. Nie posiadała nawet nadziei na nową miłość. Ból straty nałożony na trudne warunki bytowe stworzone przez toczącą się w tle wojnę hiszpańską, popchnęły ją do zamiaru popełnienia czynu ostatecznego.
Ale nie tylko treść powieści i jej elementy boleśnie pokazują utratę widzenia rzeczy najważniejszych. Autorka dołożyła wszelkich starań, bym i ja, razem z Natalią, zagubiła się w rzeczywistości. Obsypała mnie wielością szczegółów widoków miasta, ulic, domów, wyposażenia mieszkań, wyglądu ludzi, ich zachowań i nawyków, bym w ich analizowaniu zapomniała o miłości bohaterów. Bym Barcelonę, kojarzoną do tej pory z romantycznymi zachwytami (ileż to powieści i filmów tak ją opisuje!), zaczęła łączyć także z upodleniem, głodem, rozkładem, cierpieniem i śmiercią. Bym zaczęła podzielać irytację coraz bardziej rozczarowanej kobiety. Zaangażowała w to również język Natalii, będącej narratorką. Prosty, fotograficzny, momentami wręcz daleki od poprawności gramatycznej i stylistycznej, z wplątanymi gdzieniegdzie kolokwializmami, a jednocześnie w tej prostocie piękny, a nawet poetycki. I tak, jak w życiu, również fabułę zaczęła od miłości romantycznej, by z czasem dać o niej zapomnieć i bohaterom, i mnie. Zdegradować i zdeprecjonować ją w moim odbiorze powszedniością. Ale przekornie, tym większą ujrzałam jej siłę, tym bardziej zachwyciłam się jej urodą, tym cenniejszą stała się dla mnie i najbardziej pożądaną ze wszystkich znanych mi rodzajów miłości, po zamknięciu ostatniej strony.
Już taka jest ta nasza pokrętna natura człowiecza, że wszystko to, co nie u nas, nie w nas lub obok (oprócz nieszczęść) postrzega jako lepsze, piękniejsze, ważniejsze, doskonalsze i romantyczniejsze. Niezwykłość tej powieści polega na ukazaniu miłości naszej, indywidualnej, osobistej każdego z nas, jako wyjątkowej. A jej wyjątkowość polega na niepowtarzalności, bo tworzy je dwoje niepowtarzalnych ludzi. Cała sztuka pożycia partnerskiego (dla radykalnych – małżeńskiego) polega na jej niezagubieniu w małostkowości codzienności, na umiejętności patrzenia na nią i poprzez pryzmat detali, jak i umiejętności dania kroku do tyłu i spojrzeniu od czasu do czasu z pewnej perspektywy. Inaczej kusi się los, by dał porządnego kopa w wiadomą część ciała albo serce (nie wiem, co bardziej boli?), zmieniającego w brutalny sposób pryzmat patrzenia.
Czasami, obserwując swoich znajomych, sama mam ochotę takiego kopa zafundować, ale od czego są bardziej dyplomatyczne metody? Chociażby podsunięcie tej bardzo bezwzględnej w swojej mądrości książki o miłości.
Miłości, która jest, a jakoby jej nie było.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Diamentowy plac [Mercè  Rodoreda]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

Piękna ta Barcelona! I to piękno tak bezlitośnie odziera autorka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: