Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Przymierze Trojga – Maxime Chattam

21 marca 2019

Przymierze Trojga – Maxime Chattam
Przełożyła Joanna Kluza
Wydawnictwo Sonia Draga , 2017 , 360 stron
Cykl Inny Świat ; Tom 1
Literatura francuska

   Ależ szalona przygoda!

   Mistrz suspensu znany z powieści kryminalnych cały kunszt konstruowania napięcia i oczekiwania przeniósł do powieści dla młodzieży, ale w konwencji wielkiej przygody. Zastosował znany mi zabieg z cyklu Gone Michaela Granta, polegający na zniknięciu dorosłych, ale poza tym stworzył zupełnie odmienną rzeczywistość, bohaterów i fabułę. Ten inny świat, jak głosi nazwa cyklu, przydarza się nastolatkom. Trojgu przyjaciołom – Mattowi, Tobiasowi i Amber, którzy przeżywają wyładowania elektryczne bardzo nietypowej burzy. Wielu nie miało takiego szczęścia. Porażenie piorunów spowodowało wyparowanie ich ciał. Przeżyli nieliczni. Nastolatkowie zwani Piotrusiami. Dorośli, którzy stali się zimnymi, okrutnymi, fałszywymi, agresywnymi i nienawidzącymi nastolatków, Cynikami i mutanci zwani Żarłokami. Znajomy świat zamienił się w dżunglę, w której rośliny przyśpieszyły wegetację, zarastając wszystko wokół. Wśród nich czaiły się i żerowały zmutowane, niebezpieczne zwierzęta.

   Głównym celem nastolatków stało się przeżycie.

   Samo w sobie stanowiło piekielnie trudne wyzwanie. Kolejnym było ustalenie przyczyny tak radykalnych zmian. Nastolatkowie walczyli nie tylko ze zmutowanymi dorosłymi i zwierzętami, ale również z tajemniczymi istotami, które tropiły Matta w tylko sobie znanym celu. Dynamiczna akcja, pełna nagłych zwrotów i pojawiających się wątków oraz totalnych zaskoczeń, tworzyła fantastyczną przygodę z najważniejszą zasadą – nie istnieją problemy tylko rozwiązania. W trakcie jej przeżywania uczyła kreatywności, współdziałania, altruizmu, odwagi, różnic między życiem realnym a grami RPG, ponoszenia konsekwencji, trudności wyborów, przyjaźni, stwarzając momenty na refleksję, wątpliwości i zadawanie pytań czyli wszystko to, co powinna powieść dla młodzieży przemycać w fabule. Autor w tych przekazach poszedł jednak dalej. Śladami Anne Bishop, której cykl Inni wpisuje się w nurt ekologiczny. Autor również zawarł w przekazie powieści konieczność ochrony Ziemi, natury i środowiska, pokazując czarny scenariusz ludzkich zaniedbań. Wskazał również powód nadziei na jej uratowanie – najmłodsze pokolenia.

   To najważniejsze przesłanie tego sześciotomowego cyklu.


Przymierze trojga [Maxime Chattam]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zwiastun cyklu Inny Świat.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

dzięki bogu – Anna Augustyniak

dzięki bogu – Anna Augustyniak
Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu , 2017 , 76 stron
Seria Biblioteka Poezji Współczesnej ; Tom 151
Literatura polska

   61 wierszy!

   Każdy inny. A wszystkie niczym wysublimowane krople myśli, w których krył się wzburzony ocean emocji, przeżyć, konotacji, skojarzeń, metafor, historii i światów równoległych. Trudno było mi ogarnąć ogrom zawartej w nich tematyki. Jeszcze trudniej odkodować ich język. Zarówno ten emocjonalny, w którym kobieta zmagała się z bólem nowotworu zabierającym jej kobiecość, bo nigdy nie przeżyłam tego doświadczenia, jak i ten logiczny oparty na wiedzy, której brakowało mi do pełnego odbioru. Bo cóż ja mogę wiedzieć o wojnie na Ukrainie (i takie zagadnienia się tutaj znalazły!) poza tym, że toczy się. Nie ułatwiał mi odbioru również brak interpunkcji, bez której mogłam subiektywnie ustalać swój akcent ważności słowa, frazy czy pojęcia wyznaczającego ciężar wiersza. Nie stosowano też w wierszach dużych liter, co widać nawet w tytule. Wyjątkiem były pojęcia i postacie biblijne. Pomyślałam, że skoro te byty są ważne, by złamać przyjętą regułę ignorancji zasad pisowni, to znaczy, że pełnią w nich istotną rolę. Rolę łączącą wszystkie myśli. Najpierw był Bóg, a potem słowo. To on stworzył duszę i dał jej ciało.

   O ciele i jego żywocie doczesnym było myśli najwięcej.

   Skupionych na jednostce i analizujących ciągłość jej istnienia dzięki macierzyństwu opowiadały o strachu przed nim i niechęci do niego, dziedzictwie kobiecej płci, relacjach córki z matką, naprzemienności narodzin i śmierci, sztafecie genów, o pramatce i tej, która była wzorem do naśladowania – Bogurodzicy. Bez apoteozy, za to z ogromną dawką realizmu. Wręcz naturalizmu eksponującego najintymniejsze części kobiecego ciała. Najpełniej oddaje to wiersz „linia kobiet”.

 

oddychają we mnie wszystkie

jestem pogaduszką posklejaną z losów

starszych od ludzkości

nic trudnego

rozumieć je w cielesnym udziale

wystarczy nosić latarnie

i świecić

ciągle świecić

w naturalne zagłębienia

oraz inne wilgotne otwory

 

Oto czym jest kobiecość, a w konsekwencji macierzyństwo!

   A sprawcą tej trudnej roli do odegrania jest Bóg, do którego, o jakość życia w ogóle, człowiek ma wiele pytań. Czasami bardzo akademickich, jak to o istotę miłości Boga do swojego syna – to dlaczego zabił z miłości? Nie o odpowiedzi jednak w nich chodziło. Ich retoryczny charakter miał przede wszystkim zmienić człowiecze spojrzenie na zagadnienia, które przytaczane wielokrotnie spowszedniały, zatracając swoje pierwotne brzmienie i przekaz. Również samego Boga.

 

…Panie co nam przywracasz życie

o wszechmogący nasz królu w niebie

spójrz na świat z innej perspektywy

 

To dlatego autorka w kontekście spraw bolesnych, obciążonych emocjonalnie nie bała się użyć wulgaryzmu, który niczym ciężarek wyznaczał punkt ciężkości wiersza. Stanowczą kropkę nad „i”, która ucinała jakiekolwiek argumenty do dalszej polemiki. Istota cierpiąca to cielesny człowiek, który mówi:

 

…z bólu w ból ze snu w sen kurwo dawaj zastrzyk

szybciej z bólu w ból z bólu w ból w wieczny sen

 

Kluczami do zrozumienia przesłania były również pojęcia ze sfery tabu, które w tej poezji, wychodząc z cienia niedomówień i taktownych przemilczeń, tutaj odzyskiwały swoją równoważność z innymi. Może nawet jedyność i niezastępowalność, jak w wierszu „dom w chwastach”.

 

między ścianami ciała

szczury hulają i oskoma

za przyjmowaniem penisa

 

Uwielbiałam te skondensowane miniaturki, nad którymi mogłam zastanawiać się w nieskończoność. Czasami rolę przekazu przejmowały emocje w swojej skrajnej postaci cierpienia, bólu i strachu. Każde w innym ujęciu, wymiarze czy kontekście wydarzeń, jak strach przed byciem żoną, strach przed macierzyństwem i strach eksterminowanych Żydów, tworząc galerie tryptyków.

   To nie są radosne wiersze o miłości, które tak, jak w wierszu „do poetki” otwierającym zbiorek, dodają sił, by wstać z łóżka i żyć kolejny dzień w świecie przesiąkniętym złem. To wiersze o trudnym, bolesnym, brutalnym i śmiertelnym życiu w kilkudziesięciu odsłonach, które pomagają go zrozumieć i oswoić, a Bóg jest tym, dzięki któremu to możliwe, bo wszczepił nam kochanie się i z którym człowiek nie potrafi i nie chce przestać dyskutować o cierpieniu bez granic i Bogu, który jest w niebie bez granic.

   To bardzo, bardzo ogólny wniosek i niewyczerpujący potencjału wierszy, które każde z osobna można analizować i odkodowywać w zależności od odbiorcy. I na koniec kropla myśli, z której można rozwinąć wątek/wątki  w różnych kierunkach.

 

ty i ja

zaniosłam suknię ślubną na strych

powiesiłam na drewnianej belce

dynda jak wisielec

małżeństwo na włosku

 

Jakaż piękna nadzieja w beznadziei!

Albo odwrotnie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Poezja

Tagi:

Cisza – Małgorzata Wójcik , Rafał Żak

Cisza – Małgorzata Wójcik , Rafał Żak
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2018 , 206 stron
Literatura polska



   Większość z nas przywitała świat krzykiem. Większość z nas chciałaby żegnać się ze światem w ciszy. Pomiędzy tymi dwoma pojęciami rozegra się ta książka.

   Powyższa zachęta autorów brzmiała intrygująco. Z ogromną ciekawością weszłam w tę przestrzeń, zastanawiając się, co mnie tam czeka, zaskoczy, zauroczy, a może zadziwi. Już od początku zostałam włączona w tworzenie jej treści, otrzymując zadanie, którego rozwiązanie napotkałam kilkadziesiąt rozdziałów później. Takich interaktywnych momentów przydarzyło się więcej. Ale najpierw było wsłuchiwanie się w deklinację słowa „cisza”, analiza przyjemnego, dźwiękonaśladowczego brzmienia jej sylab, wczytywanie się w jej encyklopedyczną definicję, by poprzez poznanie fizycznych jej  parametrów, rozpocząć przeciekawą, interdyscyplinarną podróż od nauk ścisłych po nauki humanistyczne. Poznać metafizyczny wymiar w filozofii, rolę medium komunikacyjnego w psychologii, broni w walce z dźwiękiem w ekologii, środka wyrazu artystów w sztuce czy czynnika zjawisk społecznych i kulturowych.

   W żadnym przypadku nie była jednoznacznie tylko dobra lub tylko zła.

   Jej wartościowanie zależało od kontekstu jej pojawienia się, wywołania, przywołania, sprowokowania, zaistnienia w zależności od człowieka, jej roli, otoczenia, zjawiska, problemu. Stąd ogrom rozpiętości pojęć ją określających od złowrogiej do świętej, wymienionych i potraktowanych jako zabawę z ciszą w jednym z rozdziałów. Chociaż określenie rozdziały to nadużycie. Składały się na nie raczej krótkie refleksje, skojarzenia, informacje, opisy wydarzeń lub zjawisk społecznych, fragmenty tekstów literackich, a nawet brak druku na dwóch stronach eksponujących białą ciszę kartek, a przez autorów nazwanych ścinkami, wycinkami i strzępami myśli. Pozornie zestawione chaotycznie, ale z główną osnową ciszy, tkały ustalony porządek tworzący wielobarwny, wielopłaszczyznowy, wielowątkowy i wielowymiarowy jej obraz. Jej swoistą monografię, która zburzyła moje dotychczasowe przekonanie o jej tylko dobrej, błogosławionej, terapeutycznej roli. Ale to dobrze! Książka nie miała mnie poprowadzić ścieżką ciszy ku wyciszeniu. Autorzy chcieli trochę namieszać, uprzedzając mnie o tym we wstępie  – Nie poprowadzimy cię za rękę, raczej zakręcimy w koło kilkakrotnie i pozwolimy na chwilkę chaosu w głowie. Przyjemnego chaosu, z którego wyławiałam perełki o ciszy zupełnie mi nieznanej, a której wytyczonymi ścieżkami podążałam dalej. Tym samym spełniałam zamiar autorów – Naszym marzeniem jest, żeby strony tej książki zachęciły cię do kolejnych wędrówek. Żeby rozdziały o ciszy w muzyce zachęciły do posłuchania opisywanych utworów. Żeby strony o literaturze obudziły chęć sięgnięcia do przywoływanych tekstów. Żeby czasem krótkie fragmenty nakłoniły do skorzystania z opisywanej metody czy doświadczenia. Żeby przywołanie konkretnej postaci zachęciło cię do poznania jej lepiej, już na własna rękę. Podążałam więc ich wskazówkami, podpowiedziami i odsyłaczami, przypatrując się opisywanym obrazom jak Your comfort is my Silence, wsłuchując się w muzykę ciszy, oglądając występ Davida Greena Silence czy niezwykły film Wielka cisza Philipa Gröninga zrealizowany w klasztorze La Grande Chartreuse, który pochłonął mnie na trzy godziny. Od czasu do czasu wpatrywałam się w zdjęcia ilustrujące tekst, niczym milczące przerywniki sprzyjające rozmyślaniom.

   Autorzy swój zbiór myśli o ciszy pozostawili otwartym, uzasadniając tę decyzję we wstępie – Chcielibyśmy, żeby te strony zainspirowały cię do samodzielnego dopisywania kolejnych rozdziałów, które nam nie wpadły do głowy. Początkowo wydało mi się to niemożliwe, patrząc na bogactwo zawartości, ujęć i podejść. Jednak znalazłam w swoim doświadczeniu ciszę, której tutaj nie wymieniono. Może dlatego, że poznaną przez niewielu nadal żyjących.

   Ciszę przed śmiercią.

   Te kilka sekund balansu, gdy człowiek stoi na progu życia i śmierci. Kiedy wszystko wokół zamiera i milknie w oczekiwaniu na krok do przodu lub do tyłu. Moment, kiedy w głowie pojawia się tylko jedna myśl w postaci pytania – to już? A potem świat z dźwiękiem rusza do przodu, bo to nie już, nie teraz, jeszcze nie.

   Ciekawa jestem dopisanych rozdziałów przez innych czytelników.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Cisza [Małgorzata Wójcik, Rafał Żak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Słodziutki biografia cukru – Dariusz Kortko , Judyta Watoła

Słodziutki biografia cukru – Dariusz Kortko , Judyta Watoła
Wydawnictwo Agora , 2018 ,  384 stron
Literatura polska

   Słodki, słodziutki, sweetie…  My precious…

   Tak pięknie określamy naszego mordercę i kata. Ten ostatni zwrot, który wypowiadał Gollum znany z Władcy Pierścieni Johna Ronalda Reuela Tolkiena, najlepiej oddaje zgubną i jednostronną miłość człowieka do… cukru. Jego przebiegłe działanie precyzyjnie obrazuje wyraźna i drastyczna przemiana miłego hobbita Smeagola w monstrum o nowym imieniu Gollum. Idealny obraz słodkiego uzależnienia. Sięgnę jednak po porównanie, które oddaje dużo groźniejszy aspekt słodziutkiego, a raczej skutek. Po bojowy gaz o zapachu fiołków. Po jego rozpyleniu człowiek wdycha z przyjemnością kwiatowy aromat. Im więcej i pełniejszą piersią, tym szybciej umiera. Dokładnie tak samo jest z mechanizmem psychologicznym w przypadku cukru, który ostatecznie zabija. Dokładnie takim mocnym i jednoznacznym akcentem zakończyli swój reportaż autorzy.

   Ja od tego końca zaczęłam.

   Z premedytacją właśnie od morderczego skutku. Od śmierci niesionej słodyczą, by przebić się przez watę cukrową, batoniki, Coca-Colę zalewające mózg, wątrobę, trzustkę i metaforycznie oczy, by zadać pytanie hamletowskiego pokroju, które otrzymałam w czarnej kopercie razem z książką i lizakiem.

Ten ostatni o hipnotyzującym kształcie miał pełnić rolę testu sprawdzającego moją odporność na treść książki. Odpowiedzieć sobie na pytanie – czy ze świadomością, że cukier to trucizna, skuszę się na niego? Zdradzę od razu, że nie złamałam się, ale miałam ułatwione zadanie. Słodziutki trafił, jak kosa na kamień. Od dawna unikami cukru, soli i alkoholu. Pisałam o tym przy okazji świetnej pozycji  kulinarnej Love Vegan, stworzonej dla takich „wybrednych” konsumentów, jak ja. Wydawałoby się, że mogłabym nie czytać takich uświadamiających publikacji, skoro mam wystarczającą wiedzę na temat szkodliwości, a raczej śmiercionośności cukru.

   Otóż nie!

   Cukier uzależnia szczury (podobno nie ma dowodów na to, że również ludzi, ale ja naukowcom nie wierzę, podejrzewając wpływ lobbystów), ponieważ pobudza te same ośrodki nagrody, co nikotyna, kokaina i seks. Jest o tyle groźniejszy od nich, że nie można go całkowicie odstawić. Z dwóch powodów. Po pierwsze – mózg żywi się nim, a po drugie – cukier jest we wszystkim. Nie ma go chyba tylko w wodzie. Jeść więc trzeba, a problem tkwi w nieumiejętności jego ograniczania i selekcjonowania. Dlatego związek człowieka z cukrem jest silniejszy niż z kokainą, co udowodniły badania nad zwierzętami. Dlatego śmiem twierdzić, że cukroholicy są wśród nas. Powiem więcej – jestem jedną z nich i czytam takie pozycje, by wzmacniać swoją motywację, bo jest piekielnie ciężko poruszać się w gąszczu sklepów z półkami towarów pełnych cukru, piekarń, pączkarni i cukierni kuszących przyjemnością rozpływającego się ciasta w ustach czy reklam bombardujących obietnicą rozkoszy płynącej ze słodyczy produktu.

   Ta książka jest dla mnie kołem ratunkowym, kiedy zaczynam tonąć!

   Kołem solidnym! Autorzy tworząc je, zrobili to doskonale! Nie moralizowali, nie straszyli, nie przejmowali roli mentorów. Powolutku, nieśpiesznie, dekada po dekadzie, wiek po wieku pokazali historię miłości człowieka do cukru. Zauroczenie nim, zachwyt, a potem niechętne odkrywanie jego złych stron. Przedstawili fakty, kluczowe daty, dane statystyczne, wydarzenia historyczne mające wpływ na jego rozprzestrzenianie się po świecie i powolne, ale skuteczne wnikanie w każdą sferę życia społecznego, wywierając wpływ nie tylko na kondycję fizyczną człowieka, ale i jego kulturę, politykę, gospodarkę, a nawet demografię. Wszystko ilustrowane licznymi zdjęciami, rysunkami i rycinami.

   Słodziutki bardzo narozrabiał!

   Na jego sznurkach chodzili królowie i przywódcy polityczni. Uzależniał decydentów, wpływając na ich wybory, które kształtowały mapy polityczne świata. Obserwowałam jego rosnącą moc od czasów jego odkrycia do dzisiaj. Śledziłam jego próchniczą i cukrzycową działalność niczym opowieść sensacyjną rozciągniętą chronologicznie w czasie z licznymi dygresjami rozwijającymi główne wątki. Autorzy powoływali się nie tylko na źródła historyczne, ale również na wywiady z lekarzami, diabetykami, dietetykami, chorymi na cukrzycę, a nawet z językoznawcami. To szerokie podejście do słodkiego tematu ukazało jego bohatera wszechstronnie. Od strony bardzo widocznej, bo przyjemnej i tej niewidocznej, bo mrocznej. Z przeciekawej perspektywy historycznej i przerażającej perspektywy medycznej. Z barykady walki o zyski przynoszone przez cukier oraz insulinę i barykady walki naukowców i lekarzy o zdrowie ludzi. Od bardzo znanego hasła wymyślonego przez Melchiora Wańkowicza

po mniej znane hasło umieszczone przez autorów na końcu książki, które odebrałam jak wieko nałożone na trumnę.

Skleconą własnymi rękoma, do której dobrowolnie się kładziemy i jeszcze to wieko samodzielnie zasuwamy nad sobą.

   To wystarczy, by w słodziutkim zobaczyć trupią czaszkę!

   Taką, jaką usypano na okładce książki. Dokładnie do takiego wniosku czytelnik sam dojdzie, a mocny akcent obrazkowy autorów wybrzmi, jak odgłos wieka.

   Czas umierać?

   Nie! Autorzy poświęcają osobny rozdział na poszukiwanie odpowiedzi na pokazane wcześniej hamletowskie pytanie i drugie – jak przestać  tyć? Żeby nie zakończyć wpisu grobowo, przytoczę jeden z pomysłów diabetologa prof. Leszka Czupryniaka, który nie jest tak do końca całkiem śmieszny – powinnyśmy jeść nago przed lustrem!

   Pozycja obowiązkowa dla KAŻDEGO!

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2018 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Ślepy archeolog – Marta Guzowska

Ślepy archeolog – Marta Guzowska
Wydawnictwo Marginesy , 2018 ,  400 stron
Literatura polska

   Zaskakująca scena początkowa!

   Na posterunku policji w Agios Nikolaos na Krecie przesłuchiwany Tom Mara przyznaje się do zamordowania dwóch kobiet. Oliwii będącej jego główną konserwatorką i Mony swojej asystentki i kochanki. Ba! On się domaga już i natychmiast uznania jego winy! Wywiad wstępny uznaje za zbędny. Wręcz wkurzający!

   Coś mi tu nie grało!

   Byłam tak samo ciekawa co, jak przesłuchująca go policjantka, a jeśli ktoś kogoś wkurzał, to na pewno Tom. Wysoki blondyn ubierający się na czarno, zawsze z czarnymi okularami na twarzy. Archeolog, który kierował pracami wykopaliskowymi na Krecie. Szef Kreteńskiego Centrum Badań Archeologicznych. Inteligentny, opanowany mężczyzna, który miał narzeczoną i poukładany świat wokół. Szczęśliwy człowiek, jak sam o sobie mówił.

   Tacy nie zabijają z dnia na dzień!

   I to dwie osoby. Zwłaszcza że Tom bardzo dbał o swój status quo. Musiał. Był ślepy. Nie niewidomy, niewidzący czy upośledzony wzrokowo, ale właśnie ślepy i używania dokładnie takiego określenia domagał się od innych. W pierwszym momencie pomyślałam – super! Jawił mi się niczym istota z nadprzyrodzonymi mocami, która wyostrzonymi zmysłami słuchu, węchu i dotyku, potrafiła nie tyle normalnie funkcjonować, co czerpać z życia pełnymi garściami. Za tę postawę, wbrew przeciwnościom losu, gotowa byłam się w nim zakochać! Dobrze że tego nie zrobiłam, bo potem okazało się, że z tym jego bohaterstwem wcale nie jest tak optymistycznie. Zauroczenie mijało wraz z informacjami o jego ułomnościach. Był człowiekiem, któremu wydawało się, że świat należy do niego, a on nad nim całkowicie panuje. Wystarczy wsłuchać się w natężenie dźwięku, wyczuć rodzaj woni, policzyć kroki, ustalić czas, odbierając ciepło promieni słonecznych, logicznie pomyśleć, stworzyć abstrakcyjną mapę topograficzną w umyśle i perfekcyjnie poruszać się po niej niczym robot.

   Nic z tego!

   Okazało się, że jego ślepota dotyczyła nie tylko oczu, ale również sfery emocjonalnej i społecznej. Był totalnie ślepy (nie niewidomy!), ale dokładnie ślepy na to, co działo się w sferze kontaktów międzyludzkich. Wraz z morderstwami runął mu nie tylko precyzyjnie poukładany świat osobisty, ale również moje wyobrażenie o nim. Z superbohatera stał się przeciętnym mężczyzną z powszechnie przynależną mu cechą – egoizmem.

   Muszę się jednak do czegoś przyznać!

   Również okazałam się egoistką, co udowodniła mi autorka. Poprzez narrację w pierwszej osobie wcieliła mnie w bohatera, potęgując to uczucie jego kalectwem. Zamknęła w ciemnym pudełku i zdała mnie tylko na odbiór świata i rozumowanie Toma. Z jednej strony sprawiło mi ogromną przyjemność odkrywanie świata ciemności bez udziału wzroku, a z drugiej okazję do przekonania się, czy w dokładnie jego sytuacji czułabym inaczej? Więcej „zobaczyła”? Była mądrzejsza? Otóż nie!

   Byłam dokładnie taka sama!

   Egoistyczna, jednokierunkowa w myśleniu, zagubiona i bardzo, bardzo zirytowana. Z przyjemnością wrzeszczałam słowami Toma na jego rozmówców, a scena z Anniką, próbującą mi pomóc, doprowadziła mnie do szewskiej pasji! No proszę, co potrafiła zrobić autorka ze spokojną czytelniczką! Tom też był spokojny. Do czasu! Do momentu wciągnięcia w chorą grę esemesowych pytań i zadań-zagadek. Skupiałam się tylko i wyłącznie na ich rozwiązywaniu. Myliłam miłość z wygodą i pożądaniem, broniąc nomen omen ślepo podjętych decyzji. Dążyłam do celu, nie licząc się z uczuciami przyjaciół i współpracowników oraz nie biorąc ich rad pod uwagę. W zadufaniu bagatelizowałam ostrzegawcze sygnały i istotne informacje. Kręciłam i usprawiedliwiałam złe uczynki innych, by mieć święty spokój. Kobiety mnie denerwowały! Na dodatek kłamałam, tworząc kilka wersji wydarzeń tego, co tak naprawdę wydarzyło się w ciągu ostatnich pięciu dni. W efekcie grałam i irytowałam się.

   Czyli świetnie się bawiłam!

   Dokładnie tak, jak przewidziała autorka w posłowiu. Przygotowała mi swoisty test.  Stworzyła zagmatwaną historię morderstw w kilku wersjach. Umieściła ją w środowisku archeologów, odsłaniając tajniki bardzo ciekawego zawodu, którego specyfika dostarczała  dodatkowych wątków sensacyjnych. Wprowadziła bohatera, który stał się właściwie antybohaterem, o czym zorientowałam się z byt późno, by pozytywnie zdać test. Wplątała w wydarzenia  kobiety, które były równie wkurzające i zakłamane, jak Tom. Naprzemiennością czasu narracji wprowadziła tempo i dynamikę, które nie pozostawiały mi chwili na krytyczne, odmienne myślenie, ale za to na pastwę impulsywnych emocji. Test zakończyła trzęsieniem ziemi w logice rozumowania, jak i dosłownym. Gdy ziemny kurz opadł, a emocje ostygły, wtedy dopiero mógł wyraźnie  wybrzmieć sens słów Toma – Bo byłem cholernie głupi i nie dostrzegałem tego, co się dzieje wokół mnie. A gdy już dostrzegłem, nie rozumiałem. Zupełny ślepiec…

   Autorka udowodniła mi, że łatwo oceniać postępowanie innych, stojąc z boku, ale jeśli znajdzie się na ich miejscu, w ich sytuacji, okazujemy się dokładnie takimi samymi.

   Ślepymi!

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ślepy archeolog [Marta Guzowska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

A tutaj wysłuchałam wywiadu z autorką.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Wstrząsy – Bernard Stiegler

Wstrząsy: głupota i wiedza w XXI wieku – Bernard Stiegler
Przełożył Michał Krzykawski
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 567 stron
Literatura francuska

   To ważna, niezwykła i aktualna publikacja z wielu powodów.

   Napisał ją człowiek, który trafił do więzienia za napady z bronią w ręku. To tam odkrył filozofię, której zgłębianie i studiowanie, po zdaniu matury, odbył drogą korespondencyjną. Doktorat obronił już na wolności. Od tamtej pory napisał kilkadziesiąt publikacji, ale polskie tłumaczenie jednej z nich (dokładnie tej) pojawia się po raz pierwszy. Dobrze stało się, że wydawca wybrał do tego „debiutu” właśnie Wstrząsy. Mimo że napisane po kryzysie finansowym w 2008 roku ich treść, dziesięć lat później, nadal jest bardzo aktualna. To pozycja wyjątkowa również dlatego, że wpisuje się w  coraz głośniejszy nurt współczesnych opracowań „krzyczących” i alarmujących o kondycji świata i ludzkości. Publikacji analizujących przyczyny prowadzące do upadku cywilizacji i moralnej degradacji ludzkości. Po wizjonerach, Naomi Oreskes i Ericu M. Conwayu, prorokującymi tę nieuniknioną tragedię w Upadku Cywilizacji Zachodniej, po archeologach i biologach wyraźnie wskazujących i tłumaczących proces moralnej degradacji ludzkości zmierzający ku jej unicestwieniu, a przedstawiony przez Douglasa Prestona w Zaginionym Mieście Boga Małp, pojawił się w Polsce głos francuskiego filozofa sięgający w swojej krytycznej analizie ekonomii politycznej jeszcze dalej i głębiej. Do pierwotnej przyczyny wszystkich wcześniej wymienionych w poprzednich publikacjach – do głupoty.

   Ludzkość głupieje – mówi autor wprost.

   Jej objawami są hiperkonsumpcjonizm, popędowość, „nałogogenność” i bezkrytyczne myślenie.  Winą za tę niedojrzałość i niemożność dorośnięcia społeczeństwa obarcza środowisko uniwersyteckie bardzo szeroko rozumiane i obejmujące wszystkie poziomy edukacji. Oskarża je o sprzedajność, nazywając ją wręcz prostytucją. Ta zdemoralizowana postawa doprowadziła według autora do politycznej i ekonomicznej ruiny na skalę planetarną oraz destrukcji demokracji. Do trwającej wojny ekonomicznej, która pochłania obecnie więcej ofiar niż dwie wojny światowe w powszechnie trwającym głodzie miliarda osób na świecie, migracjach ludności, katastrof ekologicznych, ekonomicznej beznadziei  młodych pokoleń, wzroście analfabetyzmu, upowszechnianiu się regresji sanitarnej, spekulacji i unicestwianiu edukacji rodzinnej i publicznej. To tylko kilka z wielu skutków finansjeryzacji ekonomii doprowadzającej również do utraty suwerenności przez państwa. Jej skutkiem są również wstrząsy wykorzystywane do wprowadzania niepopularnych decyzji, jak na przykład likwidacja edukacji państwowej po niszczącym huraganie Katrina w Nowym Orleanie. Takich przykładów podaje więcej. Między innymi polską transformację ustrojową w latach 90. XX wieku. W trosce o przyjemność czytania innych odbiorców, nie zdradzę, co nam wtedy „sprzedano”.

   Oczywiście moje przedstawienie myśli autora jest bardzo uproszczone i niepełne.

   Autor tę analizę przeprowadził bardzo dokładnie, posługując się aparatem naukowym filozofii. Odwoływał się do myśli swoich poprzedników (głównie Gillesa Deleuze’a, Jacques’a Derridy, Jean-François Lyotarda, Martina Heideggera, Zygmunta Freuda), na których poglądach bazował, polemizował z nimi, a nawet na nowo odczytywał (Georg Wilhelm Friedrich Hegel, Karol Marks), przyjmując rolę komentatora ich myśli filozoficznej. Co ciekawe i rzadko spotykane wśród filozofów, nie poprzestawał tylko na rozważaniach teoretycznych.

   Zachęcał do działania.

   Proponował konkretne sposoby rozwiązywania istniejącej, katastrofalnej  sytuacji, która obecnie spycha ludzkość po równi pochyłej w dół, czyniąc z tej książki swoistą broń pokojową w walce o rozum, w której technologia cyfrowa będzie sprzymierzeńcem, a nie wrogiem. Podkreślał konieczność wdrożenia całkowicie nowej, przemysłowej polityki publicznej i ponowne przemyślenie polityki edukacyjnej, fiskalnej, rodzinnej, międzypokoleniowej, społecznej czy zdrowotnej. Celowo nie używam pojęć, które autor wprowadzał wraz z autorską teorią farmakologiczną, bo po pierwsze – odkrywanie i poznawanie jej samodzielnie w wywodzie filozoficznym jest przyjemniejsze, a po drugie – wymaga od czytelnika stawania na indywidualnych, osobistych palcach intelektu i doświadczeń poznawczych, by ten wywód zrozumieć, a każda próba oddania go słowami  filozofa może ten przekaz zaciemnić. Myślę, że każdy musi się z tym tekstem zmierzyć sam. Koncepcja autora jest bardzo gęsta od wiedzy przede wszystkim filozoficznej i angażuje umysł w 100%. Pominięcie lub niezrozumienie jednego słowa burzy lub zniekształca sens całego zdania. To jedna z niewielu książek, którą czytałam tylko w domu i tylko w chwilach emocjonalnego wyciszenia. Autor miał tego świadomość, pisząc – Dzieło filozoficzne nieustannie stawia się i sprzeciwia spokojnemu czytaniu, to jest takiemu, które sobie samo płynie. Ten, kto czyta jest w swoim czytaniu zaciągnięty do pracy, do współwytwarzania, a więc jest zmuszony do wyindywiduowania siebie poprzez wyindywiduowanie tego, co czyta. Ciężko więc pracowałam „zaciągnięta do pracy” przez autora, ale w dużej mierze to, że „wyindywiduowałam się” zawdzięczam tłumaczowi. Nie musiałam googlować, żeby stwierdzić, że mam do czynienia z tłumaczem nieprzeciętnym. Sam fakt, że podjął się tłumaczenia filozofa dotychczas nieprzekładanego, dla którego musiał znaleźć przestrzeń językową, do tego kompatybilną z tą zastaną, świadczy o dużej odwadze stawiania swojego autorytetu zawodowego na szali opinii środowiska naukowego. Swoje obawy z lekkim przymrużeniem oka wyraził w tym zdaniu – W przypadku tekstu, którego głównym tematem jest głupota, tak określona stawka tłumaczenia, w sensie ogólnym, wydaje się wręcz podwójna, podobnie jak obawa tłumacza, że zrobił z siebie głupka. Tę trudność upatrywał również w odwoływaniu się autora do myśli filozoficznej Gilberta Simondona nadal czekającego na tłumaczenie polskie. Wdzięczna jestem tłumaczowi również za posłowie, w którym syntetycznie podsumował treść dzieła, do którego był przygotowany merytorycznie (jest filozofem z naciskiem na współczesną filozofię francuską), za przypisy, za uzupełnianie słowami odautorskimi myśli skróconych przez autora i za pozostawianie słów w oryginale, bym mogła „oczami duszy” uchwycić umykający sens pojęcia niedoskonale, w mniemaniu autora, dookreślony  lub oddany przez niego w polszczyźnie. Wobec tej mrówczej i gargantuicznej pracy pozostaje mi powiedzieć jedno.

   Chapeau bas!

   Nie wyczerpałam wszystkich wątków, zagadnień i smaczków publikacji. To pozycja, nad którą można rozwodzić się w wielogodzinnych debatach i dyskusjach. Chciałabym, żeby tak właśnie było. Żeby o tej krytyce ekonomii politycznej i farmakologicznych propozycjach działania było głośno, bo to jest alternatywa na wygraną rozumu w walce z głupotą. Na uniknięcie trzeciej wojny światowej. Na mądre życie w pokoju.

   Na dalsze istnienie ludzkości w ogóle.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2018 roku.



Wstrząsy. Głupota i wiedza w XXI wieku [Bernard Stiegler]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Bilety do sklepu – Andrzej Zawistowski

Bilety do sklepu: handel reglamentowany w PRL – Andrzej Zawistowski
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2017 , 560 stron
Literatura polska



   …w Polsce właściwie nie ma reglamentacji, a jedynie gwarancja zakupu przez uprawnioną część społeczeństwa określonej ilości mięsa po zagwarantowanej urzędowo cenie.

   Tak twierdził Jerzy Urban, rzecznik rządu PRL, w rozmowie z amerykańskim dziennikarzem. Ba! Ukazywano to zjawisko ówcześnie jako osiągnięcie (sic!) polskiej polityki gospodarczej. W obecnych  czasach nieograniczonej możliwości dowolnej i nieskrępowanej interpretacji ktoś, nieznający rzeczywistości PRL, mógłby w to uwierzyć. Skoro ówcześnie żyli tacy, którzy byli o tym przekonani, to tym bardziej teraz, kiedy wiedza o tamtych czasach powoli ulega zapomnieniu wraz z odchodzeniem świadków i uczestników socjalistycznych realiów przekazujących tę wiedzę w domach.

   Autor postanowił temu zaradzić.

   Dostrzegając braki, nie tyle merytoryczne, co monograficzne, w polskiej literaturze badawczej mającej raczej charakter wybiórczy, fragmentaryczny, przyczynkarski (chociaż o dużej wartości naukowej), postanowił napisać pracę badawczą obejmującą cały zakres tematyki reglamentacyjnej w Polsce w latach 1944-1989. I coś w tych „narzekaniach” jest, bo jeśli sięgam po film lub  literaturę z okresu PRL, to kartki i kolejki są niezmiennymi symbolami tamtych czasów. Tak dokładnie było we wspomnieniach Małgorzaty Niezabitowskiej W twoim kraju wojna! i im podobnych. To opracowanie udowadnia, że nie tylko symbolami, ale jednymi z powodów silnego niezadowolenia społecznego, które w kontekście ówczesnych realiów, również przyczyniło się do strajków i ostatecznie obalenia komunizmu. Pusty żołądek i brak papierosów większości (takie mam wrażenie, że w PRL papierosy palili prawie wszyscy) uzależnionych od nikotyny Polaków, jak się okazuje, to bardzo strategiczny powód, by obalić rząd.

   To mój wniosek, nie autora.

   Tak się zaczęłam zastanawiać w miarę czytania o chaosie i fiasku systemu reglamentacji na każdym etapie historycznym oraz organizacyjnym jego funkcjonowania, czy,  gdyby system sprawdził się, opozycja dałaby radę wywołać strajki? A jeśli tak, czy na tak dużą skalę? Pozostawiam to jednak badaczom. Autor postawił sobie zupełnie inne tezy, które udowodnił, przyjmując chronologiczno-badawczy charakter konstrukcji pracy. Przedstawił w niej system racjonowania kartkowego od strony teoretycznej, przyglądając się temu zjawisku również z perspektywy historycznej. Stąd nawiązanie do innych krajów o podobnych doświadczeniach i przytoczenie przykładów z okresu wojennej okupacji Polski przez Niemców. To ostatnie zagadnienie znałam już od strony praktycznej powszedniego dnia Polaka w okupowanej Polsce dzięki publikacji Okupacja od kuchni Aleksandry Zaprutko-Janickiej. Autor w swojej pracy również chciał pokazać jak wyglądało życie z kartkami przeciętnego obywatela, jak ludzie radzili sobie z takimi problemami, jak dostosowywali się do ograniczeń, jak je obchodzili. Czytając te zapewnienia we wstępie, nastawiłam się na wspomnienia ludzi, ale nie tę metodę poznania autor miał na myśli. Skupił się na skutkach prawnych i danych statystycznych będących dowodami na to, że Polacy nagminnie i powszechnie wykorzystywali nieszczelność systemu reglamentacyjnego. Nie odstraszały ich surowe wyroki za, używając ówczesnej nomenklatury, postawę kułacko-spekulacyjną. Zapadały wyroki nawet za samą krytykę systemu kartkowego.

   Materiałów do pracy autor poszukiwał wśród źródeł dokumentalnych zgromadzonych w 27 archiwach i prowadzonych przez ówczesne władze centralne, regionalne i dawny aparat represji. Wykorzystał również akty normatywne, dane statystyczne często zestawiane w licznych tabelach ilustrujących tekst, artykuły prasowe i wypowiedzi osób wartych zacytowania. Wśród nich znalazła się Wisława Szymborska pisząca w liście do Kornela Filipowicza z Zakopanego w 1981 roku – Do […] koperty wkładam środek z kartki cukrowej, na który podobno można dostać kawałek mydła. Tutaj nie mogę tego zrealizować, bo mydło wydają tylko dla stałych mieszkańców (Boże, Boże), jeśli więc będziesz miał w Krakowie jakąś bezkolejkową okazję, to mi wykup. Całą udrękę egzystencji kartkowej zawarła w tych dwóch słowach – Boże, Boże…  

   Całość wiedzy, którą autor gromadził przez kilka lat, podzielił na dwa obszerne działy ograniczone latami, odpowiadającymi obowiązującej w niej reglamentacji – 1944-1961 i 1976-1989. Każdy zawierał bardzo szczegółowe, skrupulatne i rzetelne omówienie okoliczności wprowadzenia systemu kartkowego, funkcjonowania i jego znoszenia. Osobne podrozdziały poświęcił najbardziej newralgicznym towarom jak cukier, benzyna i papierosy.

   Do tego momentu można pomyśleć, że ta publikacja jest przeznaczona dla studentów, historyków, badaczy, czy ludzi takich, jak ja, chcących skonfrontować własne doświadczenia z teorią, by zrozumieć, dlaczego musiałam kupować buty na talony, podręczniki na kupony i cukierki na kartki, w sklepie na półkach stał tylko ocet, a moim marzeniem były pomarańcze i banany jedzone tylko raz w roku, gdy przychodził Mikołaj z paczkami pod choinkę. A i to nie zawsze! Jednak autor na końcu opracowania umieścił rozdział podsumowujący, zmieniający to przekonanie, w którym zawarł uwagi postulatywne, mówiące o konieczności posiadania w rezerwie przez państwo sprawnego systemu racjonowania kartkowego, pomimo czasu stabilizacji, pokoju i bezpieczeństwa wewnętrznego i międzynarodowego. Na podstawie swoich badań krytycznie oceniających funkcjonowanie systemów reglamentacji (było ich kilka z przerwami) w PRL, sformułował konkretne wnioski na przyszłość. Można w tym momencie powiedzieć, że to nie wróci, że nie ma takiej opcji. Przytoczę zatem cytowaną wypowiedź czechosłowackiego milicjanta Jana Zemana z serialu telewizyjnego  30 przypadków majora Zemana z 1950 oku – Za 15 czy 20 lat ciężko będzie wytłumaczyć dzieciom, co to był system kartkowy i ile problemów stwarzały jakieś karteczki […]. Myśli Pani, że one to zrozumieją? Serial emitowany w Polsce w latach 80. był nadal aktualny, a historia zataczała koło. Żyjąc w dobrobycie pełnych półek i nieskrępowanego konsumpcjonizmu, można zapomnieć, że ta wolność nie jest dana na zawsze. Jeśli nie wojna, to klęska żywiołowa lub kryzys nieurodzaju może spowodować powrót reglamentacji. Niekoniecznie w naszym kraju, biorąc pod uwagę wysoki poziom globalizacji prawie wszystkiego.

   Warto o tym wiedzieć.

   Chociaż tak, jak autor wolę mieć nadzieję, że „bilety do sklepu” pozostaną jedynie obiektem zainteresowania kolekcjonerów i historyków.

Z takiej właśnie kolekcji Jana Oleńskiego pochodzą zdjęcia kartek, bonów, kuponów, talonów i biletów towarowych, które z ogromnym zainteresowaniem obejrzałam końcu książki. Niektóre z nich są mi bardzo dobrze znane z autopsji.

   Nie chciałabym znowu „żyć na kartki”.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Bilety do sklepu. Handel reglamentowany w PRL [Andrzej Zawistowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Wilcze dziedzictwo – Radosław Lewandowski

Wilcze dziedzictwo – Radosław Lewandowski
Wydawnictwo Akurat , 2017 , 432 strony
Tetralogia Wikingowie , tom 1
Literatura  polska

   Uwielbiam świat wikińskich wojów!

   Najciekawszy jest w jego przedstawianiu indywidualizm twórczy autora. Filmowy serial Wikingowie wyreżyserowany przez Michaela Hirsta pokazywał brutalną rzeczywistość zarówno mężczyzn, jak i kobiet w ówczesnej Skandynawii. Pochłonął mnie totalnie! Saga Północna Droga to przede wszystkim zmysłowy świat kobiety słabej fizycznie, ale silnej psychicznie w męskim patriarchacie. Może dlatego, że stworzyła ją kobieta, Elżbieta Cherezińska. Również pochłonął mnie totalnie. Pozycja popularnonaukowa Moce wikingów Władysława Duczki, pozwoliły mi oddzielić prawdę historyczną od fikcji literackiej.

   Byłam ciekawa kolejnej wersji o wikingach!

   Z niecierpliwością sięgnęłam po pierwszy tom tetralogii i już po pierwszych stronach prologu  powieści wiedziałam, że czeka mnie przede wszystkim brutalna przygoda skąpana we krwi, balansująca na cienkiej granicy realiów i wierzeń. Początkowo trudno było mi wskazać głównych bohaterów, ponieważ powieść składała się z czterech, wyraźnie oddzielnych ksiąg. Każda wprowadzająca nowe losy kolejnych bohaterów lub umieszczona w odmiennych realiach geograficznych. Z czasem zrozumiałam, że opisanie wielu, ale znaczących dla fabuły wydarzeń dziejących się w pierwszej połowie X wieku, było ważnym i decydującym o kierunkach jej dalszego rozwoju, początkiem wielu wątków, z których dwa były wiodące – dwie wyprawy wikingów ze skandynawskiej Birki. Obie zaznaczone na mapkach umieszczonych na wewnętrznych stronach okładek.

Jedna do Grenlandii pod wodzą Asgota z Krwawą Tarczą, landmana władającego wielkimi połaciami ziemi i stormana z północnej Szwecji, kuzyna samego Eryka Zwycięskiego, trzeciego w linii pretendentów do jego tronu. Druga do królestwa Leóna, w której władał protektor Aragonii , Nawarry i Katalonii Ramiro II. Pierwsza była ucieczką wikinga-renegata obciążonego klątwą Lokiego, który skierował miecz przeciwko własnym braciom, a zarazem pionierską w zakładaniu nowych osad na obcej ziemi. Druga wyprawą najemną szwedzkiego konunga Erika Zwycięskiego przeciwko maurom. W pierwszej bohaterem był syn Asgota z Czerwoną Tarczą, Oddi, , który bardziej kristmadzkiego papara przypomina, a nie wodza wikingów, jego iryjska matka tak napsuła mu w głowie, że częściej po pergamin i inkaust sięga niż po miecz i tarczę. W drugiej Eric Ericsson, syn Eryka Zwycięskiego, truhtina szwedzkiego i Sygrydy Storådy, córki konunga Wenedów Mieszka I i Siostry Bolesława Chrobrego. Obaj nastoletni o bardzo różnych osobowościach, z odmienną przeszłością i rysującą się przyszłością. Na Oddim ciążyła klątwa Jörmunganda, w której popadnięcie  świadkiem byłam w prologu i nienawiść ojca, uważającego go za bezwartościowego potomka. Przyczyna zdrady Asgota i sprawca przymusowej wyprawy. Z kolei Eric Ericsson był synem kochanym. Zwłaszcza przez matkę, dla której prowadził dziennik z wyprawy dyktowany paparowi, bo sam był niepiśmienny. Dzięki jego narracji pierwszoosobowej oglądałam rzeczywistość widzianą oczami dojrzewającego i buntującego się chłopca, który żył przygodą i nieznanym. Gotowym na wszystko, byle tylko być tam, gdzie najgoręcej, najniebezpieczniej, najciekawiej, a czasami najkrwawiej.

   Ta wielość bohaterów i wątków w pierwszej części cyklu była konieczna do ukazania przebogatej kultury i życia społecznego wikingów. Ich obyczajów, wierzeń, ubiorów, uzbrojenia, sposobów walki, polityki między jarlami i z obcymi. To był, pomimo jednorodności, bardzo zróżnicowany świat. Autor ukazał go bardzo mocno osadzonym w tradycji i mitologii, ale jednocześnie czerpiącym dla siebie, na własnych warunkach, to, co najkorzystniejsze  – złoto, niewolników i sojuszników. Tylko bogowie byli niezmienni. To przede wszystkim męski świat honoru, w którym kobiety były jednym z wielu elementów ich życia. Absurdalnie bardzo ważnym, ale mało cenionym. Rzeczywistość, którą wypełniały bitwy, walki i pojedynki na miecze i słowa o dumę, bogów, złoto, kobiety, ziemie, przywództwo i władzę. Bardzo dynamiczny wielością scen militarnych skąpanych we krwi, pocie i urynie. Autor wykorzystywał niektóre fakty historyczne, wokół których obudował fabułę. Opisy wzbogacił terminami skandynawskimi i mitologicznymi, które umieścił w słowniku na końcu książki, a dialogi „kwiecistymi” określeniami metaforycznymi, które pełniły rolę wyzwisk, przekleństw, sposobu okazywania skrajnych emocji lub dobrego humoru.

   Pierwsza część wprowadzająca w niebezpieczne przygody i  skomplikowane losy dwóch chłopców wśród twardych wojów, pozostawiła we mnie niedosyt. Ciekawą zapowiedź dalszego, które czekało na mnie w kolejnych częściach. Ich grafika okładkowa wprawiła mnie w zachwyt.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wikingowie. Wilcze dziedzictwo [Radosław Lewandowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść historyczna

Tagi: