Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Kryminalny Wrocław – Marta Guzowska , Agnieszka Krawczyk , Adrianna Michalewska

21 marca 2019

Kryminalny Wrocław: mroczne przechadzki po mieście – Marta Guzowska , Agnieszka Krawczyk , Adrianna Michalewska
Wydawnictwo Oficynka , 2013 , 238 stron
Seria ABC
Literatura polska

Wrocław kojarzy mi się z wieloma, wyłącznie przyjemnymi rzeczami, ale najbardziej z pierwszymi wyścigami konnymi w moim życiu, na których uprawiałam HAZARD. Śmieję się z tego do dziś, ale co przeżyłam, to moje. Dlatego chętnie, z resentymentem sięgam po „wariacje na temat” tego miasta. Z większą lub mniejszą przyjemnością, w zależności od autora opowiadania, chodziłam już literackimi ścieżkami miłości dzięki antologii opowiadań Miłość we Wrocławiu.
Tym razem czekała na mnie mroczna strona miasta.
Tak zapewniał mnie podtytuł, który po lekturze wydał mi się bardziej adekwatny do treści niż tytuł główny. Chociaż ostatecznie pięknie się razem uzupełniały. Moimi przewodniczkami były trzy kobiety. Podejrzewam, że miejscowe wiedźmy z mocą czarowania słowem, które regularnie spotykają się na Kładce Czarownic:

 

Omotały mnie opowieściami z dreszczykiem, mimo że nie byłam ponętnym chłopcem wartym grzechu, a tylko takich obierały sobie za cel, to usilnie zabiegały o moją uwagę. Zastanawiałam się dlaczego? Po co prześcigały się w ukazywaniu mi miejsc, na pozór niewinnie wyglądających, które czarodziejskim słowem zamieniały w upiorne. Jedna przez drugą, niemalże (dlaczego niemalże, napiszę potem) wyrównanym stylem przekazu. A każde następne wymyślniejsze w opisie, żebym nie miała czasu na przemyślenie, na racjonalizację, bo nie na takie rzeczy tutaj było miejsce i czas. Tutaj należało rozdziawiać usta jak dziecko i przeżywać. Tak mną zakręciły, że ten zbiór tajemniczych historii przeczytałam w jedno popołudnie i wieczór, nie indeksując ważnych dla mnie fragmentów tekstu. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że książka po mojej lekturze nie miała ani jednej karteczki zaznaczającej miejsce w tekście. I trochę byłam za to na wiedźmy obrażona (ale i pełna podziwu dla ich zdolności), bo akurat kupiłam sobie piękny ich zestaw i nastawiłam się na ich intensywne wypróbowanie.

 

Podejrzewam, że sprawiła to atmosfera opowiadań, którą chłonęłam z dziecięcą ciekawością, nie mając czasu na zamknięcie rozdziawionej buzi (czytaj – indeksowanie), ale i forma snutych historii. Każda czyniła swoim bohaterem miejsce znane, oglądane na co dzień tak często, że aż spowszedniałe, jak dworzec kolejowy, Hala Stulecia czy fontanna z Szermierzem albo te mniej znane, ukryte w podziemiach, pod wrocławskim brukiem lub w budynku Biblioteki Uniwersyteckiej czy Banku Zachodniego. Dwa razy zmusiły mnie do spojrzenia w górę. Na Górę Ślężę czy na łącznik dwóch wież katedry św. Marii Magdaleny rojących się od zbrodniczych tajemnic. Każda historia miała też innego narratora. A to starszą panią, człowieka z krwi i kości, a to czarownicę, która istniała tylko w legendzie, jak mi rozum podpowiadał, ale tego potem nie byłam już tak do końca pewna. Wiedźmy, stosując różne typy narracji, w różnych osobach, osobno, a czasami je mieszając, skutecznie mąciły moje zdroworozsądkowe spojrzenie. A co, jeśli te wplątane legendy posiadają ziarno prawdy? – pytałam samą siebie. Nie używałam też karteczek do zaznaczania, ponieważ układ opowiadań i ich oprawa, zwalniała mnie od tego. Każde było poprzedzone zdjęciem miejsca, wokół którego toczyła się fabuła,

 

a kończyła encyklopedyczną informacją na temat jego historii.

 

Drobiazg bezcenny dla nieznających Wrocławia, a mnie ułatwiający nawigację w treści. Ale to, co łączyło wszystkie opowieści, to wysokie prawdopodobieństwo realności.
Oprócz jednej.
Tej, którą wcześniej określiłam słowem „niemalże”. Mam na myśli historię o wrocławskich krasnalach, która swoją nadmierną nutą humorystyczną (pomimo mnóstwa trupów) wyłamała się z konwencji całości. I to był ten jedyny moment, który popsuł mi wędrówkę po mrocznym Wrocławiu. Najdłużej, z perwersyjną przyjemnością, zatrzymałam się w podziemiach, do których wejście wiodło przez… szalet miejski i przy windzie paternoster ze staruszką, której monologu mogłam słuchać w nieskończoność. Najchętniej poszłabym za nią do domu, gdyby nie jej nieprzewidywalnie przerażająca natura. No ale to, co usłyszałam o dworcu i jego wpływie na budowanie teorii naukowej przez Zygmunta Freuda, zadziwiło mnie wyobraźnią, pomysłem i jego realizacją.
Miałam ochotę spakować się i już, natychmiast pojechać do Wrocławia!
Ostatecznie piękny efekt osiągnęły wiedźmy. Czego to się nie wymyśli, jakich znanych osób nie wykorzysta, jakich legend nie użyje, by wypromować swoje miasto. By wzbudzić chęć ujrzenia Wrocławia z innej perspektywy, by most Tumski zawsze znany jako „most zakochanych” zaczął kojarzyć się nie z miłosnymi kłódkami, ale z trupią ręką.
I tutaj mnie olśniło!
Zrozumiałam to, nad czym zastanawiałam się na początku. Wiedźmy omotały mnie w jednym celu (i zrobią to z większością czytelników tego zbioru mrocznych opowiadań) – wzbudzenia pragnienia nie literackiej tylko, ale realnej przechadzki po mieście i spojrzenia na jego miejsca, zaułki i zakamarki z zupełnie innej perspektywy.
Postuluję – wiedźmy na przewodniczki po Wrocławiu!
Ale na koniec pozwolę sobie zostać też wiedźmą i zamącić w tej zgodnej trójce, wyróżniając jedną z nich. Tą, która sączyła mi słowa do ucha najskuteczniej i najmroczniej – Martę Guzowską. Po tym zdaniu ciekawe sceny mogą się dziać na Kładce Czarownic.
Ja chcę do Wrocławia!

Kryminalny Wrocław [Marta Guzowska, Agnieszka Krawczyk, Adrianna Michalewska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Bellevue – Ivana Dobrakovová

Bellevue – Ivana Dobrakovová
Przełożyła Izabela Zając
Wydawnictwo Słowackie Klimaty , 2013 , 287 stron
Literatura słowacka

Nauczyłam się, że insekty na książkowych okładkach zawsze zwiastują niepokojące treści. Muchy na książce Oczyszczenie Sofi Oksanen czy Problemski Hotel Dimitriego Verhulsta zapowiadały rozkład i trupy, ale mrówki? A było ich pełno! Wszędzie! Z przodu

 

i z tyłu,

 

a w środku maszerowały całymi kawalkadami:

 

To mnie bardzo intrygowało, bo mrówki raczej wędrują do słodkiego. I słodko… albo inaczej – altruistycznie zaczyna się ta powieść. Chociaż to ostatnie określenie trochę nie pasuje, bo to jest raczej spowiedź dziewiętnastolatki, która boi się dorosnąć. Ale nie będę wybiegała przed fabułę. Zacznę od początku. Tego słodkiego, altruistycznego.
Od wolontariatu.
Nie ma nic piękniejszego niż ideały, kiedy ma się naście lat i bezgraniczną, niewytłumaczalną chęć pomocy potrzebującemu światu. Główna bohaterka Blanka ze Słowacji postanowiła pojechać na obóz do ośrodka Bellevue dla niepełnosprawnych we francuskiej Marsylii. Oddawać czas i serce przez sześć godzin dziennie, opiekując się rezydentami, a przy okazji poćwiczyć praktycznie język francuski, który studiowała.
Plany zapowiadały się pięknie!
Rzeczywistość okazała się jednak już dużo mniej. Dyplomatycznie rzecz określając nawet brzydko, żeby nie powiedzieć wprost, wręcz obrzydliwie i wstrętnie! Coraz trudniej było jej zachowywać się naturalnie, udając, że nie ma w tym nic dziwnego, że komuś brakuje obydwu nóg, że głowę ma dwa razy większą niż normalny człowiek, że ręce ma niby patyczki, cienkie i poskręcane, że ślina cieknie mu po brodzie, że śmierdzi moczem i zaschniętymi fekaliami, że czyjaś twarz skamieniała w grymasie. Coraz trudniej było odkrywać Blance, że słodycz posiada domieszkę coraz bardziej cierpkiej goryczy. Słuchałam jej zwierzeń z ogromną uwagą, niepokojąc się coraz bardziej jej pesymistycznym podejściem do swoich zajęć, obowiązków, rezydentów i innych wolontariuszy, którzy przyjechali w to miejsce z różnych stron świata. Mój niepokój wzrósł, kiedy jej tok rozumowania i zachowania zaczął nabierać cech paranoidalnych, a w tekście przestała używać kropek, zastępując je przecinkami, zamieniając opowieść w urywany akapitami monolog. Powoli zaczęłam podejrzewać, że dziewczyna poddała się przytłaczającej atmosferze beznadziei i wszechobecnemu nieszczęściu tego szczególnego miejsca.
Prawda okazała się jeszcze boleśniejsza.
Dziewczyna chorowała na depresję, a środowisko, w którym przebywała, przyczyniło się do jej nawrotu. To stąd obserwowany przeze mnie u niej niepokój, pesymistyczne myśli, wahania nastroju, problemy z koncentracją, napady płaczu bez powodu i ambiwalentne postawy. A zapowiadało się jeszcze gorzej.
I było.
Autorka ukazała studium psychologiczne dziewczyny zmagającej się z depresją z dala od domu, bliskich jej osób i bez dostępnych na tę chorobę leków. Aby wniknąć w jej umysł i ekshibicjonistycznie go przede mną obnażyć, wykorzystała dwa typy naprzemiennej narracji – pierwszoosobowy, stwarzający kameralny, niemal konfesyjny nastrój i drugoosobowy, sugestywnie zmuszający mnie do wejścia w rolę Blanki i do przyjęcia jej odczuć za swoje.
Do postawienia się na jej miejscu i namacalnego odczucia paraliżującego strachu i lęku przed dorosłością.
Bo tak naprawdę ta przejmująca, analityczna opowieść o depresji jest historią nastolatki, panicznie bojącej się dorosnąć. Młodej osoby, dla której depresja jest formą ucieczki przed nienawiścią, kalectwem, brzydotą, niepewnością czy brakiem poczucia bezpieczeństwa. Przed goryczą życia. Jego mroczną stroną. Kołem ratunkowym, dzięki któremu odda się w opiekę innym na podobieństwo rezydentów ośrodka Bellevue. Ale najbardziej przerażające jest to, że zjawisko przynależne nastolatkom, jako jedno z cech dojrzewania (tutaj ukazane w swojej skrajnej, klinicznej postaci), które opisuje autorka, coraz liczniej dotyka osoby dorosłe, które ta gorycz życia zatruwa. Coraz częściej myślących tak, jak bohaterka – chciałabym się rozpuścić i spłynąć, zatrzymać całą tę maszynerię, wyjść z siebie jak z pociągu, zachowywać się, jakby mnie to nie dotyczyło, jakby to wszystko działo się obok mnie, chciałabym się przyglądać z boku, tylko się przypatrywać, stać się postronnym obserwatorem.
Autorka przedstawia tylko fakty, a ja w odpowiedzi na nie, zadaję sobie pytanie – jak ukazać obiektywnie dorosłe życie zawsze balansujące między słodyczą a goryczą młodym ludziom, by potrafili przełamywać przed nim lęki, obawy, niepewność czy strach, i ufni we własne możliwości, odważnie brali je za rogi i dusili jak cytrynę?
Jak, widząc to, co się dokoła mnie dzieje?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Historia pewnego małżeństwa – Helena Wayne

Historia pewnego małżeństwa: listy Bronisława Malinowskiego i Elsie Masson – pod redakcją Heleny Wayne
Przełożyła Anna Zielińska- Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2012 , 576 stron
Literatura angielska

Przeczytałam piękną książkę i pożyczę ją tobie!
Uwielbiam takie zdania, które słyszę zamiast „cześć”, „dzień dobry” lub „co u ciebie słychać”. Ale tym razem w powitaniu zabrakło zapytania, czy ja w ogóle chcę ją przeczytać? Koleżanka wyszła z założenia, że ja ją muszę od niej pożyczyć, bo jest o Bronisławie Malinowskim. TYM Malinowskim? – zapytałam. Tego od Życia seksualnego dzikich? – dodałam dla pewności.

 

Okazało się, że tak, że dobrze się domyśliłam, ale jednocześnie zawahałam się nad wyrażeniem zgody. Właściwie antropologia nie należy do mojej ulubionej dziedziny nauki, żeby zaczytywać się w biografiach jej przedstawicieli, a przeczytanie jednej jego książki, mimo że bardzo ciekawej, też mnie nie zachęcało. Nie byłam ciekawa jego prywatnego i zawodowego życia, ale instynkt czytelniczki chwycił się tego magicznego słowa w rekomendacji – „piękna”. Swoisty haczyk łapiący na szczęście lub nieszczęście czytelnika.
Doświadczenie mnie nie zawiodło!
Chociaż początek wchodzenia w treść nie był obiecujący. Po pierwsze książka okazała się nie biografią czy autobiografią, ale zbiorem korespondencji między Bronisławem Malinowskim a jego żoną Elsie Masson, obejmującym okres od czasów narzeczeństwa w 1916 roku do 1935 roku, kiedy byli już wieloletnim małżeństwem. Charakter pracy badacza terenowego oraz wykładowcy i nieuleczalna choroba Elsie (cierpiała na stwardnienie rozsiane) wymuszała na nich częste, krótsze i dłuższe rozstania. Życie w oddaleniu zaowocowało kilkoma tysiącami listów, które zebrała i opracowała ich najmłodsza córka Helena Wayne. Po drugie podczas czytania cudzych listów zawsze towarzyszą mi wyrzuty sumienia, których nie umniejsza upływ czasu, o czym pisałam przy okazji podobnej publikacji – Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze. I po trzecie nastawiłam się na warstwę emocjonalno-romantyczną tej pisemnej wymiany myśli(okazało się nie być jej za wiele), pozostawiając poznawcze wartości relacji z badań – antropologom, tło czasów, w których żyli (I wojna światowa, odzyskanie niepodległości przez Polskę, narodziny faszyzmu, dochodzenie Hitlera do władzy) – historykom, genderowe relacje w obrębie dyscypliny zainteresowanym badaczom – jak ujęła to ostatnie Grażyna Kubica w rozdziale wprowadzającym.
Brnęłam więc początkowo przez okres poznania, czas narzeczeństwa i początki małżeństwa lekko znudzona, zastanawiając się, co jest pięknego w ich życiu w ciągłej rozłące, stałej tęsknocie za wzajemną obecnością, byciu „wiecznie samej” z dziećmi, skupianiu się na rozwoju zawodowym i karierze męża, męczących przeprowadzkach od Australii począwszy na Europie skończywszy, nieodłącznej obawie o zdradę, o którą tak łatwo w podróżach, opisach choroby, zabierającej Elsie sprawność fizyczną i możliwość bycia w pełni matką dla ich trzech dziewczynek, dotkliwych myślach wyrażanych w zdaniu pełnym bólu – Wczoraj ogarnęła mnie w związku z tym fala rozpaczy, chodzi mi o to, że znowu będziemy rozdzieleni?
Przecież to są czynniki niszczące małżeństwo!
I wtedy ujrzałam to, co moja koleżanka – niezwykłe, nieprzeciętne, rzadko spotykane piękno związku. Tego małżeństwa, kochającego się jednakową temperaturą uczuć pomimo upływu lat, kolejnych rocznic ślubu i pomimo, a nawet wbrew i na przekór tym wszystkim, wymienionym wcześniej i niewymienionym przeze mnie, przeszkodom. Zaczęłam uważniej studiować listy, bo uświadomiłam sobie, że być może czytam nie tylko korespondencję udanego związku partnerskiego, w którym każde było wzajemnie przez siebie doceniane, w trudnych i niesprzyjających warunkach (dla mnie wręcz niemożliwych) do istnienia trwałości uczuć, ale przede wszystkim receptę na szczęśliwe małżeństwo!
Stworzoną przez dwie, silne indywidualności!

 

Człowieka nauki, żyjącego z pasją i ogarniętego silnym pragnieniem, które jest wyrazem chęci przetłumaczenia skrajnie abstrakcyjnego pojęcia miejsca geograficznego na konkretne doświadczenie. To nieomal jakby dotykało się teoretycznej koncepcji abstrakcji. Tak opisywana potrzeba jest mi bardzo bliska i może dlatego, w przeciwieństwie do mojej koleżanki, nie darzyłam go niechęcią i złością za zostawianie żony samej. Rozumiałam go w pełni. Rósł za to mój podziw dla Elsie.

 

Kobiety wyjątkowej, mającej poczucie własnej wartości, sufrażystki, emancypantki, walczącej, z pozytywnym skutkiem, o lepsze prawa pracownicze dla pielęgniarek, autorki książki i dramatów oraz korektorki, krytyczki i redaktorki prac męża. Jak sama napisała w jednym z listów – Żaden kochany mężczyzna nie jest w tle, on po prostu stanowi krajobraz, jest całą raison d’être [racją bytu (…)] życia kobiety, tego, gdzie jest, tego, co robi i nawet tego, co myśli. Najpiękniejsze w tym w wszystkim było to, że Bronisław Malinowski stosował dokładnie tę samą zasadę wobec żony, co w przypadku mężczyzny jest bardzo trudne, bo wbrew jego naturze i skłonności dzielenia życia na osobne działy. To obopólne holistyczne podejście do związku można nazwać receptą, ale żeby odkryć jej tajemnicę, trzeba najpierw poznać historię ich małżeństwa. Poznać konteksty, poczuć emocje, wchłonąć myśli budujące misternie mocną konstrukcję wzajemnych relacji, a w konsekwencji bardzo silną więź. Co ciekawe, opartą nie na wartościach religijnych, ale na ateistycznym systemie zasad moralnych. Niestrudzenie, stale, cierpliwie, nawet na odległość właśnie poprzez listy. Formę komunikacji ułatwiającej zdolność do nazywania uczuć i rozwijającą umiejętność ich wyrażania. Niezbędnych wręcz do wzajemnego zrozumienia, partnerskiego traktowania i szczerego dialogu.
Niestety sztuka epistolografii zanika.
Malinowscy mieli ją opanowaną do perfekcji do tego stopnia, że po prawie dwudziestu latach związku, Elsie nadal pisała – Myślę także, że nigdy przedtem nie czuliśmy się bardziej sobie bliscy i ogólnie wraz z upływem czasu na pewno nie oddalamy się od siebie i nie stajemy się zmęczeni swoim towarzystwem. A ona dla niego nadal była „kochaną Elsusiu” otrzymującą listy, niezmiennie tak samo podpisane, aż do jej śmierci – Z wielką miłością kochanie. Twój i tylko Twój Bronio.
Zazdroszczę.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Inka – Piotr Szubarczyk

Inka: zachowałam się jak trzeba – Piotr Szubarczyk
Dom Wydawniczy Rafael , 2013 , 64 strony
Literatura polska

Inkę, a właściwie Danutę Siedzikównę, poznałam w brutalny, bezkompromisowy sposób – poprzez spektakl teatralny Inka 1946 emitowany kilka lat temu przez TVP w ramach Teatru Telewizji, który zresztą dołączony został do tej książki.

 

To, co mnie tak poruszyło, a może nawet wstrząsnęło, co nie pozwoliło zapomnieć o tej wyjątkowej dziewczynie, to nie jej życie z wyboru na krawędzi śmierci podobne innym Żołnierzom Wyklętym, ale postawa, nazywana przyzwoitą przez Władysława Bartoszewskiego, w kontekście jej wieku. Za kilka dni, tak zaczyna opowieść autor, 3 września 1946 roku, miała skończyć 18 lat, na które nie czekała, chociaż kiedyś wiązała z tą datą ogromne nadzieje. Przy narodzinach uszkodzono jej drobne mięśnie twarzy, miała więc z jednej strony usta ściągnięte w nienaturalnym grymasie i lekko wklęśnięty policzek. Dla niej bycie pełnoletnią oznaczało szansę na operację korygującą asymetrię twarzy. Chciała wyglądać ładnie.
Jak każda nastolatka w jej wieku.
O tym, że jej marzenie nie spełni się i że już na nie czeka, świadczyły słowa napisane w grypsie wyniesionym z więzienia – Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba…
28 sierpnia 1946 roku, na kilka dni przed tak kiedyś wyczekiwaną osiemnastką, została rozstrzelana przez funkcjonariuszy UB. Do końca wierna swoim wartościom i rocie złożonej przysięgido ofiary życia mego – krzycząc im prosto w twarze – Niech żyje Polska!
Ale obejrzany spektakl teatralny, chociaż mną wstrząsnął emocjonalnie (polały się łzy bólu i bezsilnej wściekłości), nie odpowiedział mi na bardzo ważne pytanie, które zawsze sobie zadaję, kiedy poznaję osoby oddające życie za wydawałoby się abstrakcyjne idee – jaka jest geneza ich niezłomności? Troszkę na ten temat dowiedziałam się dzięki książce Żołnierze Wyklęci Joanny Wieliczki-Szarkowej, ale na wyczerpującą odpowiedź liczyłam, sięgając po tę właśnie monografię wydaną w pięknej, albumowej formie. Pozycję, która nie skupia się tylko na głównej bohaterce, ale poszerza swoją zawartość o konteksty środowiskowe, wybiegające daleko poza jej życie rodzinne i konspiracyjne, jednakże wywierające ogromne znaczenie na ukształtowanie się postawy przyzwoitej, jej patrzenia na świat, na życie, na powinności i przyszłość Polski. Mam tu na myśli przytoczone życiorysy jej dowódców – majora Zygmunta Szendzielarza „ Łupaszki” i podporucznika Zygmunta Badocha „Żelaznego” oraz spowiednika Inki, księdza Mikołaja Wagnera. Świadomie nie użyłam wyrażenia „postawa patriotyczna”, ponieważ mam wrażenie, że do Inki ono nie pasuje, chociaż historycy właśnie takiego określenia, podsumowującego jej postępowanie, użyliby. Może też dlatego, że autor opowiadając historię siedemnastoletniej dziewczyny, sanitariuszki 5 Wileńskiej Brygady AK, ukazał ją poprzez konkretne fakty historyczne, działanie i zachowanie, czerpiąc wiedzę z ocalałych dokumentów, którymi ilustrował tekst

 

i ze wspomnień świadków jej życia. Tych, którzy znali ją bardzo dobrze (rodzina i przyjaciele) i tych, którzy zetknęli się z nią na jedną chwilę tak, jak ksiądz Marian Prusak spowiadający Inkę tuż przed egzekucją i towarzyszący jej w chwili śmierci jako jeden z obecnych świadków czy kilkuletni Jerzy Łytkowski; który patrzył przyklejony do szyby, jak dziewczyna przechodzi przez podwórko i oddala się. Nie wiedział, że to już na zawsze…, że odchodząca nieznajoma rzeczy pożyczonych od jego mamy nie będzie miała już szansy oddać.
Dużo w tej historii emocji.
I tych wspominających nastolatkę, i tych moich – czytelniczki, ale i tych autora, którego opinie zawarte w zdaniach czasami wykraczały poza rygor bezemocjonalnego, obiektywnego przekazu. Zwłaszcza te oceniające czasy współczesne, kształtowane przez partie polityczne lub korygujące stan świadomości czytelników o powojennej działalności AK poprzez takie zdania – Kiedy się tego nie rozumie, daje się posłuch sowieckiej popłuczynie propagandowej, która do dziś głosi, że to były napady i bezsensowna wojna domowa. Dotyczy to także mitu „ofiary” Inki i błędnego rozumienia ostatniego rozkazu dowódcy AK, generała brygady Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka”, nadal upowszechnianego, według autora, przez środowiska postkomunistyczne.
Ze smutkiem przyznaję, że byłam ich ofiarą.
Ale poza prostującymi moje spojrzenie na przeszłość publikacjami dokumentów, które sama mogłam przeanalizować i sformułować na ich podstawie własne wnioski, największą wartością jaką wyniosłam z tej pozycji, było uzyskanie pełnej odpowiedzi na, postawione sobie na początku moich rozważań, pytanie oraz „ożywienie” papierowej postaci historycznej. Wyposażenie jej w emocje, nadzieje, marzenia i poglądy, ukazujące Dankę nie jako żołnierkę w mundurze walczącą o ojczyznę wolną od komunistów, ale nastolatkę, jak z tego zdjęcia:

 

Wierną do końca przede wszystkim wartościom przekazanym przez rodziców, przed którymi była za ich obronę odpowiedzialna. One nadawały sens jej działalności, a przez swą służbę w wileńskiej brygadzie chciała też nadać sens śmierci swoich rodziców. Bo na cóż sybirska poniewierka ojca, na cóż służba, cierpienie i śmierć matki, jeśli Polska – po tym, co wycierpiała w czasie wojny – miałaby się stać sowieckim dominium? Odpowiedzialność przed rodzicami za swoją postawę była podstawowym i głównym motorem jej postępowania, a słowa w grypsie, meldunkiem złożonym przed babcią.
Marzy mi się powszechne właśnie takie chowanie młodzieży.
Monografia siedemnastoletniej Inki jest twardym kontrargumentem, na bagatelizowanie wyskoków młodych ludzi takimi usprawiedliwieniami, jak – młody, więc głupi i nie wie, co robi. Jest wręcz oskarżeniem o kondycję wychowawczą współczesnej rodziny. Zwłaszcza, gdy mass media donoszą o takich aktach bezczeszczenia pamięci tej, która dla ich życia w wolnej Polsce poświęciła najcenniejsze, co posiada nastolatka – życie, przyszłość i młodość.
Smutne i przerażające.
Dlatego przytoczę pod rozwagę nam rodzicom i wychowawcom ostatnie zdanie autora cytującego amerykańskiego filozofa i pisarza George’a Santayany: Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie…

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Rublowka – Walerij Paniuszkin

Rublowka – Walerij Paniuszkin
Przełożyła Agnieszka Sowińska
Wydawca Agora , 2013 , 220 stron
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej ; Podseria Reporterzy Dużego Formatu
Literatura rosyjska

W co grają ludzie? – pytał i odpowiadał w swojej książce pod tym samym tytułem psychiatra Eric Berne. Autorowi z kolei tej książki było mało. Zawęził to pytanie do swoich rodaków, zastanawiając się – W co grają Rosjanie? I równie wnikliwie, niczym wytrawny może nie psychiatra, ale na pewno psycholog społeczny, przeanalizował jeden dzień z życia (a metaforycznie całe życie) Rosjan, dzieląc swoją opowieść, opartą na obserwacji oraz rozmowach i wywiadach z konkretnymi osobami, na cztery części – ranek, dzień, wieczór i noc.
Ale uwaga!
Nie tych Rosjan, których poznałam w reportażach Wacława Radziwinowicza Gogol w czasach Google’a, ale wyjątkową ich odmianę. Bardzo zróżnicowaną pod każdym względem (pochodzenia, religii, zachowania, hobby), ale posiadającą jedną, wspólną cechę – rezydencję w podmoskiewskiej dzielnicy Rublowka, zaznaczonej na dołączonej do tekstu mapce czarnym kwadratem:

 

Napisać o tak położonej posiadłości – dom, byłoby kłamstwem, bo jak nazwać działkę, na której stoją obok siebie: więzienie, fiński domek, górska chata i zamek – wszystkie puste, bo gospodarz mieszka w piątym domu, ponieważ jest zbudowany według najnowszej mody? Ale to jeszcze nie zrobiło na mnie wrażenia, no bo, co takiego wyjątkowego jest w tych ludziach, że warto o nich pisać? To że mogą sobie pozwolić na kupno pierścionka w cenie niewielkiej posiadłości, posiadłość w cenie niewielkiego kraju, łódki w cenie niewielkiego lotniskowca, to dla mnie za mało. Przecież dzielnice ludzi bardzo bogatych istnieją w każdym mieście łącznie z najbardziej znaną – Manhattanem. Bohaterem wielu powieści i filmów. Daj mi Walerij coś – domagałam się od autora – co mnie zaciekawi poza odpowiedzią na pytania, które sobie postawiłeś – Co jedzą, co piją, w co wierzą, ku czemu dążą, czego się boją, na co mają nadzieję… I – a niech ich czort! – skąd mają tyle pieniędzy? Bo ja to wszystko już wiem! Moja ciekawość została wielokrotnie zaspokojona właśnie dzięki książkom do niej się odwołującym. Wypracowałam sobie nawet nieodkrywczy wniosek – w tym zakresie nie różnią się od siebie niczym. Daj mi zatem coś – domagałam się dalej – co wyróżni twoją opowieść spośród innych, niestety monotematycznych i podanych w lekkiej formie. Coś, co udowodni, że zasłużyłeś na pojawienie się w cyklu Reporterzy Dużego Formatu, że nie jesteś nianią w Nowym Jorku albo „seksem w wielkim mieście”, a już nie daj młodzieżowym wydaniem Błękitnokrwistych – też z Manhattanu!
I odpowiedział już we wstępie, pisząc – przepaść między właścicielami domów a resztą populacji jest nie tylko finansowa, ale i – by tak rzec – kulturowa. O, to już jest coś! – pomyślałam. Historia Rublowki i wyjątkowy charakter tego miejsca, istniejącego od czasów Iwana Groźnego aż do dzisiaj, może zaciekawić na tyle, że miałabym ochotę na tę obietnicę widniejącą na okładce tytułowej:

 

Ale to nadal tylko ciekawość. Chciałam… Co tam! Żądałam więcej! Domagałam się wątku, który sprostałby serii, który odkryłby przede mną wiedzę jeszcze mi nieznaną. Może pomógł zrozumieć nowobogackich Rosjan? I nagle dojrzałam to kluczowe słowo w prezentowanej powyżej obietnicy – władza. Kolejny czynnik, obok kulturowego, wyróżniający mieszkańców Rublowki. Nie pieniądze, nie sława, nie wygodne życie (bo ono tam nie jest takim, kiedy Władimir Putin rano jedzie na Kreml i trzeba tkwić w korku prawie godzinę), nie chęć spokojnego życia wśród zieleni na obrzeżach zatłoczonej Moskwy, nie po to, żeby rozkoszować się luksusem, kochać i być kochaną, wychowywać dzieci, realizować się w pracy, sportowych pasjach, mizdrzyć się w pięknych strojach, smacznie jeść, spacerować na świeżym powietrzu… Nie! To już nawet nie potrzeba, ale narkotyczny głód władzy, który autor nazywa grą o nazwie „Życie”, a której graczami są wszyscy na Rublowce – z wyjątkiem dzieci karmionych piersią – dodaje z charakterystyczny sarkazmem w swoich wywodach autor. To dla konkurencji „Życie” i zwycięstwa w niej, Rosjanie kupują dom po cenie, za którą można kupić praktycznie każdą willę nad praktycznie każdym morzem, praktycznie każdy górski dom w praktycznie każdych górach, dowolne mieszkanie w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie… Ale nie, chcą na Rublowce, bo to jedyne miejsce, z którego można wystartować w Grze.
I to jest ten wątek, który mnie przekonał do sensu tej publikacji, całkowicie pochłaniając moją uwagę, która domagała się odpowiedzi na to samo pytanie, niedające spokoju autorowi – Dlaczego dają się wciągnąć w tę Grę? Grę, która zabiera im 90% czasu (reszta to hobby z czego 5% na pokaz), by w niej być, wskoczyć na wyższy poziom lub z niej wypaść, niszczyć innych lub samemu być zniszczonym. Krążyłam z autorem po Rublowce docierając do znanych osób z nazwiskami z pierwszych stron mediów i do tych mniej znanych, ale nie mniej potężnych w grze, zbierając informacje potrzebne do uzyskania odpowiedzi, usilnie dociekając sensu celu i zasad.
Zobaczyłam najbardziej wyrafinowaną grę świata o najszerszej skali zniszczenia (przykład jednego z największych przegranych – Michaił Chodorkowski) i najkrwawszych skutkach (morderstwa i samobójstwa). Jedynym graczem, który umarł w sposób naturalny był Borys Jelcyn. Na Rublowce nie ma śmierci, nie ma więc cmentarzy, bo wszyscy jej mieszkańcy są nieśmiertelni. Ba! Są mocno o tym przekonani i jeszcze mocniej w to wierzą!
Ale najciekawszym było to, że te zniszczenia i skutki oglądam sobie codziennie w mass mediach, nieświadoma roli świadka tej Gry, dziwiąc się, jak to możliwe w państwie, bądź co bądź, demokratycznym, w którym prezydent publicznie każe obniżać ceny w sklepach albo podpisywać zobowiązania „grubym rybom” w obecności kamer niczym car-batiuszka. I to, co dla autora było zaspokojeniem zwykłej ciekawości, bo mechanizmy znał jako Rosjanin, to dla mnie, człowieka z zewnątrz dziwiącemu się absurdom i paradoksom w Rosji i rosyjskiej polityce, było odkryciem pozwalającym te ostatnie zrozumieć. Obnażeniem rosyjskiej polityki ściśle związanej z pieniędzmi i władzą. Swoistą instrukcją do odkodowywania informacji przekazywanych zza granicy moich wschodnich sąsiadów. Swoistą zdradą sekretów Gry kierującą zachowaniami znanych Rosjan, po ujawnieniu których wcale nie jest mi już do śmiechu, widząc Putina na moto lotni przewodzącemu żurawiom czy memy ukazujące w krzywym zwierciadle niebieskie koguty na dachach aut, będących plagą moskiewskich ulic i wcale nie myślę już o postawie patriotycznej Wiktora Wekselberga skupującego jajka Fabergé. Od tej książki widzę Grę (ależ tu idealnie pasuje pojęcie „rosyjskiej ruletki”!), w której nie ma zasad, a właściwie jest jedna – brak zasad. Nie do ogarnięcia, ale paradoksalnie – co chwilę ulega zmianie. I żebym dobrze zrozumiała jej działanie, autor porównał ją do gry komputerowej, podstawiając pod rodzaje grup nazwy realne warstw rublowskiego społeczeństwa, pod graczy konkretne nazwiska, pod zespoły graczy konkretne grupy lub środowiska, a pod tytuły podrozdziałów nazwy kolejnych jej poziomów. Wprowadził w niej nawet pojecie religii, której gracze-wyznawcy czczą jednego boga – Pieniądze. W której nie ma „seksu w wielkim mieście”, bo jaki seks można mieć na Rublowce w hotelach, w specjalnie wynajętych albo kupionych do uprawiania niewierności małżeńskiej domach z przypadłością impotencji, jako skutku ubocznego udziału w Grze. A już na pewno nie w domu z małżonką, bo wiadomo, że jest jedną z tych dziewcząt, które „wychowywano na sprzedaż”. I zdanie, które mnie najbardziej przeraziło, a które poddaję pod rozwagę wszystkim romantyczkom próbującym zdobyć bogatego Rosjanina – W Wielkiej Rublowskiej Grze kobiety niezmiennie uważane są za istoty o niższym statusie, pozbawione umiejętności myślenia i mówienia. Pełnią rolę kolejnego, niezbędnego atrybutu czy relikwii. Tak samo jak dzieci i wszystko, czym się otacza mężczyzna.
Wielka Gra jest najważniejsza.
A najbardziej obiecujące w niej jest to, że można ją przejść do końca, wychodząc z niej, a właściwie będąc z niej wyplutym, bo z Gry się żywym nie wychodzi. Wabi niczym syreni śpiew o milionowej wygranej w totolotka. To nieważne, że udało się to tylko nielicznym i ci nieliczni mówią do Walerego, brzmiąc niczym Kohelet – Wszystko jest prochem. Kolekcja, firma, dom – wszystko jest prochem. Nie tylko może stać się prochem, ale jest prochem. Nieważne!
Liczy się tylko i wyłącznie udział w Wielkiej Grze.
A ja sobie siedzę przed telewizorem i obserwują ją niczym Wielki Brat. I wiecie co?
Dobrze mi z tym!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Rublowka [Walerij Paniuszkin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Zapłać im, proszę – Andrzej Swat

Zapłać im, proszę – Andrzej Swat
Wydawnictwo Oficynka , 2013 , 494 strony
Literatura polska

Proszalny tytuł mnie zwiódł.
Wprawdzie ma wydźwięk pokornej prośby, ale to wcale nie oznaczało uległej postawy osoby ją wypowiadającej. Porywacze nie byli świadomi kogo porwali. Myśleli, że blondynka, żona majętnego biznesmena, której krąg zainteresowań ograniczał się do fryzjera, kosmetyczki i koleżanek jej podobnych, będzie bezproblemowym zakładnikiem.
A tu przydarzyła się im Jolka!
Kobieta odważna, zadziorna, energiczna, kreatywna, silna psychicznie i posiadająca najskuteczniejszą broń w walce psychologicznej z mężczyzną – wygląd dziewczyny z wyższej półki dla wybranych. To te cechy były głównym motorem powstania wspólnego majątku obojga małżonków i to te cechy też nie pozwoliły jej załamać się w trakcie uwięzienia. Polubiłam ją i z przyjemnością oraz ciekawością zaglądałam do niej, kiedy narrator zewnętrzny w swojej naprzemiennej relacji z rozgrywających się wydarzeń, zaglądał do tej niepokornej kobiety. To tam, pomimo statyczności miejsca akcji, działo się dla mnie najwięcej. Odwrotnie niż wśród ekipy jej poszukującej. Pomimo wielu bohaterów, wątków zawodowych i osobistych kolejno wprowadzanych postaci, zmieniających się miejsc i pojawiających się w nich wydarzeń, miałam wrażenie, że akcja toczy się powoli. Może sprawił to linearny (mimo że naprzemienny) charakter opowieści snuty przez beznamiętnego świadka.
Ten sposób opowiadania przypominał mi trochę polski film z lat osiemdziesiątych.
Trzeba być zwolennikiem takiego sposobu opowiadania historii, żeby nie odłożyć książki, nie będąc ciekawym jej zakończenia. Ja byłam, pomimo że wiedziałam kim są porywacze, jakiego okupu żądają i jakie błędy w dochodzeniu do prawdy popełniał komisarz Michał Grosz ze swoją ekipą śledczą. Instynkt czytelniczy podpowiadał mi, że to byłoby zbyt proste i zbyt jawne, że gdzieś ukrywa się niespodzianka demaskująca ten niby klarowny obraz sytuacji.
I miałam rację!
Jednak po zamknięciu książki zastanawiałam się nad jej nietypowością, która dla jednych będzie atutem, a dla innych okaże się wadą. Z jednej strony nie mogę jej określić jednoznacznie klasycznym kryminałem, bo nie ma nieboszczyków. Zamiast tego jest porwanie. Bardziej pasuje mi określenie detektywistyczna, ale nie ze względu na śledczego, który jest komisarzem w policji, tylko na sposób prowadzenia dochodzenia. Do tego dochodzi powoli tocząca się fabuła, zataczająca szerokie kręgi psychologiczne wokół bohaterów. A jednak bardzo szybko ubywało mi kartek do końca.
Co sprawiało ten paradoks?
Długo się zastanawiałam i doszłam do wniosku, że przede wszystkim zawdzięczam to realizmowi pracy polskiej policji w polskiej rzeczywistości. Bez ubarwień, spektakularnych akcji, nadinterpretowanych czynów, zawiłych spraw na skalę światową i głównego bohatera ratującego świat przed przestępcami i zmową znaczących ludzi polityki i biznesu. Za to z ludźmi z krwi i kości, z wadami i zaletami, udanym i nieudanym życiem osobistym, z takimi samymi lękami z przeszłości i obawami przed życiem, jak każdy czytający. Ludźmi, którzy mogą być moimi sąsiadami osadzonymi w polskim realizmie życia nawiązującym do tak dobrze znanych mi wydarzeń politycznych i kryminalnych z ostatnich lat. Z odrobiną krytyki polskiego społeczeństwa zdzierającą człowiekowi z oczu bielmo głupoty, którą zaraża interaktywna telewizja w standardzie HD. Jest w tej powieści wszystko to, co nazywamy naszym, swojskim, realnym i prawdopodobnym. Po prostu z życia wzięte, w którym demokracja wyparła realny socjalizm, ale walka klas trwa nadal.
Dla mnie to ogromny atut.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Monogram – Joanna Marat

Monogram – Joanna Marat
Przełożył Marcin Osiowski
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2014 , 326 stron
Seria ABC
Literatura polska

 

Zdecydowanie komedia! – tak pomyślałam wchodząc w świat dobranej według mnie, a niedobranej według współpracowników, pary policjantów – nadkomisarza Marka Kosa i komisarza Ernesta Malinowskiego.
Ten pierwszy, pamiętający czasy komuny i pracujący tak, jakby nadal trwała. O aparycji Janka Kosa z diastemą odsłanianą w szerokim uśmiechu. W ubiorze niepranym od czasów nowości, zakupionym jeszcze w latach osiemdziesiątych, w których królował marmurkowy dżins. O wczorajszym wyglądzie na permanentnym kacu leczonym klinem. Jednym słowem – Koszmarek. Dosłownie i w przenośni jako anagram jego imienia i nazwiska.
I ten drugi. Jego młodszy partner i całkowite przeciwieństwo. Wysoki, przystojny blondyn, zadbany, w ciuchach na czasie i w zawsze wyglansowanych butach. Facet do wzięcia, siejący niepokój w sercach kobiet. Absolwent zagranicznych szkoleń. Parle franse i spik inglisz.
Obaj z różnych światów mentalnych i środowisk społecznych, ale z jednej Komendy Stołecznej Policji odnajdujących się na wspólnej płaszczyźnie porozumienia i współpracy w sferze zawodowej. Jeden drugiego znosił zachowanie i tolerował wady, bo w przyrodzie i policji musi być równowaga. Jak jeden pije na umór, to drugi powinien być niepijący. Liczyło się dochodzenie, w którym nie było im równych. Kos, stosujący niekonwencjonalne metody pracy z Malinowskim upartym w dążeniu do celu, gwarantował pewny sukces. Nie miałam wątpliwości, że poradzą sobie z najnowszą sprawą – ze zdekapitowanymi zwłokami kobiety znalezionymi w Lasku Bielańskim. Na dodatek historią opowiedzianą przez narratora zewnętrznego w atmosferze dobrego nastroju, z dużą dawką humoru słownego i sytuacyjnego. Bawiłam się tak dobrze z bohaterami, że nie raziły mnie nawet wulgaryzmy w dialogach. Taki jest świat przestępczy i ludzi go rozpracowujących – tłumaczyłam sobie. Skoro Malinowski mógł dla dobra sprawy cierpliwie znosić wulgaryzmy starszego partnera (a miał gorzej ode mnie, bo czuł od niego jeszcze stały smród przetrawionego alkoholu), to i ja mogłam. A poza tym – stres! Musieli go rozładowywać. Stąd wszechobecny alkohol, kobiety, niewybredne słownictwo, szorstkie żarty (delikatnie powiedziane) i beztroski sposób bycia.
Komedia jak nic!
Ale z czasem, w miarę rozwoju fabuły i poznawania małymi dawkami informacji wyciąganymi z przeszłości głównych bohaterów, nastrój zabawy zaczął niezauważalnie ulatniać się, jak bąbelki z wietrzejącego szampana. Komedia zaczęła powoli zamieniać się w klasyczny kryminał, z kolejnymi trupami i wątkami z przeszłości (trochę namnożonymi w nadmiarze), mającymi wspólne powiązania w teraźniejszości. A kiedy uśmiechnięta maska opadła zupełnie, ukazała mi się szara rzeczywistość, w której bohaterowie nie potrafili lub nie mogli odnaleźć się. Ale to nie otaczające realia były powodem ich zagubienia. Przyczyną brzydoty i takiego postrzegania otaczającej ich rzeczywistości i samych siebie były stygmaty. Piętna nabyte lub odziedziczone. Żaden z bohaterów nie był perfekcyjny, nawet jeśli na takiego wyglądał lub sprawiał takie wrażenie. Każdy miał za sobą bolesną przeszłość rzutującą na całe ich obecne życie. I w tym zakresie początkowa komedia, która przeszła w kryminał, ostatecznie zakończyła się opowieścią psychologiczną.
I wcale mnie to nie dziwi!
Po debiucie (Grzechy Joanny) tej autorki wiem, że potrafi bardzo dobrze budować portret psychologiczny postaci i tutaj, w tym kryminale, ta zdolność zaprocentowała, nadając opowieści oprócz charakteru rozrywkowego, również aspekt psychologiczny z odrobiną filozofii w spojrzeniu na życie. Chociaż muszę przyznać, że autorka w tym dążeniu do nadania powieści głębszego wymiaru, była bliska przedobrzeniu z ilością wątków, które musiała trochę pośpiesznie pozamykać na koniec historii, czyniąc go trochę zagmatwanym i zbyt zagęszczonym. Ale największym dla mnie zaskoczeniem było ukazanie topornej, bolesnej rzeczywistości z punktu widzenia mężczyzny (mimo że narrator był neutralny, ale środowisko zdecydowanie męskie), który wiele przeżył, dużo widział i niewiele oczekuje od życia. Niebywałe, że ten depresyjny, brutalny, brzydki (jeśli nie obrzydliwy), wulgarny, ohydny świat pełen ludzi ćpających, pijanych, depresyjnych i martwych (za życia i po śmierci), stworzyła kobieta.
A mimo to, spodobał mi się!
Ale nie z powodu tej bezpardonowej, ale i wysublimowanej, gry uprawianej przez bohaterów, w której podstawowe pytanie brzmiało – W co gramy? Polubiłam przede wszystkim sposób jej demaskowania przez autorkę, która perfidnie zostawiła mnie z jedną myślą – Uwaga! Zamykamy książkę i ubieramy maski, bo gra Monogram trwa nadal!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Monogram [Joanna Marat]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Okręt – Adam Karczewski

Okręt – Adam Karczewski
Przełożył Marcin Osiowski
Wydawnictwo Oficynka , 2013 , 388 stron
Seria ABC
Literatura polska

Obecnie fan Jacka Higginsa, Roberta Ludluma i Toma Clancy’ego.
Takie zdanie przeczytałam o autorze w informacji umieszczonej na okładce. Tego typu deklaracje zawsze wzbudzają we mnie ciekawość i prowokują pytanie – naśladowca (udolny lub nieudolny) czy uczeń (odtwórczy lub kreatywny)? Żeby odpowiedzieć sobie na nie, niepewnie sięgnęłam po tę sensację, by potem pewną ręką przewracać kolejne kartki i z satysfakcją dobrze spędzonego czasu, zamknąć książkę. Ale sama odpowiedź na postawione pytanie nie była już taka prosta. Ujęłabym ją tak – i naśladowca, i uczeń, ale oba określenia w pozytywny znaczeniu.
Od najlepszych zaczerpnął wiedzę techniczną dotyczącą konstrukcji fabuły, sposobu narracji i prowadzenia wątków, by zaciekawić od pierwszej strony i przytrzymać moją uwagę do końca powieści. Całość więc ujął w klamrę dwóch scen rozgrywających się na tytułowym okręcie, połączonych nie tylko treścią, ale przede wszystkim jednym, tajemniczym wątkiem i ludzkimi ofiarami. Dzieli je wszystko pozostałe – czas, rodzaj okrętu i, z kilkoma wyjątkami, bohaterowie. Było wszystko to, co powinna zawierać dobra konstrukcja powieści sensacyjnej – prolog z wątkiem głównym ukrytym, ale powoli skupiającym wokół siebie wszystkie następujące po sobie wydarzenia, główny bohater próbujący te wątki ze sobą powiązać i wszystko wyjaśniające, ale trzymające do końca w napięciu, zakończenie. I na tym autor zakończył czerpanie wzorców od najlepszych.
Treść była w pełni efektem jego osobistej wyobraźni i wiedzy Polaka o historii własnego kraju nasączona miłością do Trójmiasta.
Wykorzystał komunistyczną przeszłość naszego państwa obfitującą w tajemnice wojskowe i wydarzenia niewyjaśnione do dnia dzisiejszego z tendencją do utrzymywania ich w takim permanentnym stanie. Na taką okrytą milczeniem sprawę, która wydarzyła się na okręcie podwodnym wiozącym tajemniczy ładunek w 1964 roku, natrafił oficer kontrwywiadu z Wojskowych Służb Informacyjnych Tomasz Tomasik. Dochodzenie do prawdy usłane kolejnymi trupami ostatecznie okazało się dla niego brutalną walką o własne życie, a wywiad rosyjski, dawniej wróg, zamienił się współcześnie w sojusznika w wyścigu z czasem i w rozgrywce ze wspólnym przeciwnikiem. Ale to jeszcze nie koniec. Autor poszedł dalej w swoim tworzeniu opowieści.
Przełamał schemat sensacji tworzonej tylko dla rozrywki.
Wprowadził element, który uwielbiam w literaturze rozrywkowej, a który zmusza mnie do innego spojrzenia i ostatecznie do zamyślenia się po wybrzmieniu ostatniego zdania. Skonstruował możliwy, prawdopodobny scenariusz kierunku rozwoju współczesnego terroryzmu. Twórca niedawno czytanego przeze mnie Raportu Millingtona, Martin ZeLenay, wskazywał na narzędzia – broń chemiczną lub biologiczną. Autor tej historii sięgnął po czynnik ludzki. A dokładniej do świata przestępczego, którego żądza władzy oraz rosnący zasięg wpływów biznesowych i personalnych wnikających w każdą warstwę struktury społecznej, może być przyczyną katastrofalnych skutków nie tylko dla danego państwa, ale i dla świata. Wystarczy jeden szemrany człowiek pragnący władzy państwowej.
Autor bawi i przestrasza, czerpiąc od najlepszych, ale będąc przy tym kreatywnym, tworzy własny, osobisty styl przekazu.
Polskiego pióra sensacji na dobrym poziomie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Okręt [Adam Karczewski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi: