Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Kryminalny Wrocław – Marta Guzowska , Agnieszka Krawczyk , Adrianna Michalewska

21 marca 2019

Kryminalny Wrocław: mroczne przechadzki po mieście – Marta Guzowska , Agnieszka Krawczyk , Adrianna Michalewska
Wydawnictwo Oficynka , 2013 , 238 stron
Seria ABC
Literatura polska

Wrocław kojarzy mi się z wieloma, wyłącznie przyjemnymi rzeczami, ale najbardziej z pierwszymi wyścigami konnymi w moim życiu, na których uprawiałam HAZARD. Śmieję się z tego do dziś, ale co przeżyłam, to moje. Dlatego chętnie, z resentymentem sięgam po „wariacje na temat” tego miasta. Z większą lub mniejszą przyjemnością, w zależności od autora opowiadania, chodziłam już literackimi ścieżkami miłości dzięki antologii opowiadań Miłość we Wrocławiu.
Tym razem czekała na mnie mroczna strona miasta.
Tak zapewniał mnie podtytuł, który po lekturze wydał mi się bardziej adekwatny do treści niż tytuł główny. Chociaż ostatecznie pięknie się razem uzupełniały. Moimi przewodniczkami były trzy kobiety. Podejrzewam, że miejscowe wiedźmy z mocą czarowania słowem, które regularnie spotykają się na Kładce Czarownic:

 

Omotały mnie opowieściami z dreszczykiem, mimo że nie byłam ponętnym chłopcem wartym grzechu, a tylko takich obierały sobie za cel, to usilnie zabiegały o moją uwagę. Zastanawiałam się dlaczego? Po co prześcigały się w ukazywaniu mi miejsc, na pozór niewinnie wyglądających, które czarodziejskim słowem zamieniały w upiorne. Jedna przez drugą, niemalże (dlaczego niemalże, napiszę potem) wyrównanym stylem przekazu. A każde następne wymyślniejsze w opisie, żebym nie miała czasu na przemyślenie, na racjonalizację, bo nie na takie rzeczy tutaj było miejsce i czas. Tutaj należało rozdziawiać usta jak dziecko i przeżywać. Tak mną zakręciły, że ten zbiór tajemniczych historii przeczytałam w jedno popołudnie i wieczór, nie indeksując ważnych dla mnie fragmentów tekstu. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że książka po mojej lekturze nie miała ani jednej karteczki zaznaczającej miejsce w tekście. I trochę byłam za to na wiedźmy obrażona (ale i pełna podziwu dla ich zdolności), bo akurat kupiłam sobie piękny ich zestaw i nastawiłam się na ich intensywne wypróbowanie.

 

Podejrzewam, że sprawiła to atmosfera opowiadań, którą chłonęłam z dziecięcą ciekawością, nie mając czasu na zamknięcie rozdziawionej buzi (czytaj – indeksowanie), ale i forma snutych historii. Każda czyniła swoim bohaterem miejsce znane, oglądane na co dzień tak często, że aż spowszedniałe, jak dworzec kolejowy, Hala Stulecia czy fontanna z Szermierzem albo te mniej znane, ukryte w podziemiach, pod wrocławskim brukiem lub w budynku Biblioteki Uniwersyteckiej czy Banku Zachodniego. Dwa razy zmusiły mnie do spojrzenia w górę. Na Górę Ślężę czy na łącznik dwóch wież katedry św. Marii Magdaleny rojących się od zbrodniczych tajemnic. Każda historia miała też innego narratora. A to starszą panią, człowieka z krwi i kości, a to czarownicę, która istniała tylko w legendzie, jak mi rozum podpowiadał, ale tego potem nie byłam już tak do końca pewna. Wiedźmy, stosując różne typy narracji, w różnych osobach, osobno, a czasami je mieszając, skutecznie mąciły moje zdroworozsądkowe spojrzenie. A co, jeśli te wplątane legendy posiadają ziarno prawdy? – pytałam samą siebie. Nie używałam też karteczek do zaznaczania, ponieważ układ opowiadań i ich oprawa, zwalniała mnie od tego. Każde było poprzedzone zdjęciem miejsca, wokół którego toczyła się fabuła,

 

a kończyła encyklopedyczną informacją na temat jego historii.

 

Drobiazg bezcenny dla nieznających Wrocławia, a mnie ułatwiający nawigację w treści. Ale to, co łączyło wszystkie opowieści, to wysokie prawdopodobieństwo realności.
Oprócz jednej.
Tej, którą wcześniej określiłam słowem „niemalże”. Mam na myśli historię o wrocławskich krasnalach, która swoją nadmierną nutą humorystyczną (pomimo mnóstwa trupów) wyłamała się z konwencji całości. I to był ten jedyny moment, który popsuł mi wędrówkę po mrocznym Wrocławiu. Najdłużej, z perwersyjną przyjemnością, zatrzymałam się w podziemiach, do których wejście wiodło przez… szalet miejski i przy windzie paternoster ze staruszką, której monologu mogłam słuchać w nieskończoność. Najchętniej poszłabym za nią do domu, gdyby nie jej nieprzewidywalnie przerażająca natura. No ale to, co usłyszałam o dworcu i jego wpływie na budowanie teorii naukowej przez Zygmunta Freuda, zadziwiło mnie wyobraźnią, pomysłem i jego realizacją.
Miałam ochotę spakować się i już, natychmiast pojechać do Wrocławia!
Ostatecznie piękny efekt osiągnęły wiedźmy. Czego to się nie wymyśli, jakich znanych osób nie wykorzysta, jakich legend nie użyje, by wypromować swoje miasto. By wzbudzić chęć ujrzenia Wrocławia z innej perspektywy, by most Tumski zawsze znany jako „most zakochanych” zaczął kojarzyć się nie z miłosnymi kłódkami, ale z trupią ręką.
I tutaj mnie olśniło!
Zrozumiałam to, nad czym zastanawiałam się na początku. Wiedźmy omotały mnie w jednym celu (i zrobią to z większością czytelników tego zbioru mrocznych opowiadań) – wzbudzenia pragnienia nie literackiej tylko, ale realnej przechadzki po mieście i spojrzenia na jego miejsca, zaułki i zakamarki z zupełnie innej perspektywy.
Postuluję – wiedźmy na przewodniczki po Wrocławiu!
Ale na koniec pozwolę sobie zostać też wiedźmą i zamącić w tej zgodnej trójce, wyróżniając jedną z nich. Tą, która sączyła mi słowa do ucha najskuteczniej i najmroczniej – Martę Guzowską. Po tym zdaniu ciekawe sceny mogą się dziać na Kładce Czarownic.
Ja chcę do Wrocławia!

Kryminalny Wrocław [Marta Guzowska, Agnieszka Krawczyk, Adrianna Michalewska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Bellevue – Ivana Dobrakovová

Bellevue – Ivana Dobrakovová
Przełożyła Izabela Zając
Wydawnictwo Słowackie Klimaty , 2013 , 287 stron
Literatura słowacka

Nauczyłam się, że insekty na książkowych okładkach zawsze zwiastują niepokojące treści. Muchy na książce Oczyszczenie Sofi Oksanen czy Problemski Hotel Dimitriego Verhulsta zapowiadały rozkład i trupy, ale mrówki? A było ich pełno! Wszędzie! Z przodu

 

i z tyłu,

 

a w środku maszerowały całymi kawalkadami:

 

To mnie bardzo intrygowało, bo mrówki raczej wędrują do słodkiego. I słodko… albo inaczej – altruistycznie zaczyna się ta powieść. Chociaż to ostatnie określenie trochę nie pasuje, bo to jest raczej spowiedź dziewiętnastolatki, która boi się dorosnąć. Ale nie będę wybiegała przed fabułę. Zacznę od początku. Tego słodkiego, altruistycznego.
Od wolontariatu.
Nie ma nic piękniejszego niż ideały, kiedy ma się naście lat i bezgraniczną, niewytłumaczalną chęć pomocy potrzebującemu światu. Główna bohaterka Blanka ze Słowacji postanowiła pojechać na obóz do ośrodka Bellevue dla niepełnosprawnych we francuskiej Marsylii. Oddawać czas i serce przez sześć godzin dziennie, opiekując się rezydentami, a przy okazji poćwiczyć praktycznie język francuski, który studiowała.
Plany zapowiadały się pięknie!
Rzeczywistość okazała się jednak już dużo mniej. Dyplomatycznie rzecz określając nawet brzydko, żeby nie powiedzieć wprost, wręcz obrzydliwie i wstrętnie! Coraz trudniej było jej zachowywać się naturalnie, udając, że nie ma w tym nic dziwnego, że komuś brakuje obydwu nóg, że głowę ma dwa razy większą niż normalny człowiek, że ręce ma niby patyczki, cienkie i poskręcane, że ślina cieknie mu po brodzie, że śmierdzi moczem i zaschniętymi fekaliami, że czyjaś twarz skamieniała w grymasie. Coraz trudniej było odkrywać Blance, że słodycz posiada domieszkę coraz bardziej cierpkiej goryczy. Słuchałam jej zwierzeń z ogromną uwagą, niepokojąc się coraz bardziej jej pesymistycznym podejściem do swoich zajęć, obowiązków, rezydentów i innych wolontariuszy, którzy przyjechali w to miejsce z różnych stron świata. Mój niepokój wzrósł, kiedy jej tok rozumowania i zachowania zaczął nabierać cech paranoidalnych, a w tekście przestała używać kropek, zastępując je przecinkami, zamieniając opowieść w urywany akapitami monolog. Powoli zaczęłam podejrzewać, że dziewczyna poddała się przytłaczającej atmosferze beznadziei i wszechobecnemu nieszczęściu tego szczególnego miejsca.
Prawda okazała się jeszcze boleśniejsza.
Dziewczyna chorowała na depresję, a środowisko, w którym przebywała, przyczyniło się do jej nawrotu. To stąd obserwowany przeze mnie u niej niepokój, pesymistyczne myśli, wahania nastroju, problemy z koncentracją, napady płaczu bez powodu i ambiwalentne postawy. A zapowiadało się jeszcze gorzej.
I było.
Autorka ukazała studium psychologiczne dziewczyny zmagającej się z depresją z dala od domu, bliskich jej osób i bez dostępnych na tę chorobę leków. Aby wniknąć w jej umysł i ekshibicjonistycznie go przede mną obnażyć, wykorzystała dwa typy naprzemiennej narracji – pierwszoosobowy, stwarzający kameralny, niemal konfesyjny nastrój i drugoosobowy, sugestywnie zmuszający mnie do wejścia w rolę Blanki i do przyjęcia jej odczuć za swoje.
Do postawienia się na jej miejscu i namacalnego odczucia paraliżującego strachu i lęku przed dorosłością.
Bo tak naprawdę ta przejmująca, analityczna opowieść o depresji jest historią nastolatki, panicznie bojącej się dorosnąć. Młodej osoby, dla której depresja jest formą ucieczki przed nienawiścią, kalectwem, brzydotą, niepewnością czy brakiem poczucia bezpieczeństwa. Przed goryczą życia. Jego mroczną stroną. Kołem ratunkowym, dzięki któremu odda się w opiekę innym na podobieństwo rezydentów ośrodka Bellevue. Ale najbardziej przerażające jest to, że zjawisko przynależne nastolatkom, jako jedno z cech dojrzewania (tutaj ukazane w swojej skrajnej, klinicznej postaci), które opisuje autorka, coraz liczniej dotyka osoby dorosłe, które ta gorycz życia zatruwa. Coraz częściej myślących tak, jak bohaterka – chciałabym się rozpuścić i spłynąć, zatrzymać całą tę maszynerię, wyjść z siebie jak z pociągu, zachowywać się, jakby mnie to nie dotyczyło, jakby to wszystko działo się obok mnie, chciałabym się przyglądać z boku, tylko się przypatrywać, stać się postronnym obserwatorem.
Autorka przedstawia tylko fakty, a ja w odpowiedzi na nie, zadaję sobie pytanie – jak ukazać obiektywnie dorosłe życie zawsze balansujące między słodyczą a goryczą młodym ludziom, by potrafili przełamywać przed nim lęki, obawy, niepewność czy strach, i ufni we własne możliwości, odważnie brali je za rogi i dusili jak cytrynę?
Jak, widząc to, co się dokoła mnie dzieje?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Historia pewnego małżeństwa – Helena Wayne

Historia pewnego małżeństwa: listy Bronisława Malinowskiego i Elsie Masson – pod redakcją Heleny Wayne
Przełożyła Anna Zielińska- Elliott
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2012 , 576 stron
Literatura angielska

Przeczytałam piękną książkę i pożyczę ją tobie!
Uwielbiam takie zdania, które słyszę zamiast „cześć”, „dzień dobry” lub „co u ciebie słychać”. Ale tym razem w powitaniu zabrakło zapytania, czy ja w ogóle chcę ją przeczytać? Koleżanka wyszła z założenia, że ja ją muszę od niej pożyczyć, bo jest o Bronisławie Malinowskim. TYM Malinowskim? – zapytałam. Tego od Życia seksualnego dzikich? – dodałam dla pewności.

 

Okazało się, że tak, że dobrze się domyśliłam, ale jednocześnie zawahałam się nad wyrażeniem zgody. Właściwie antropologia nie należy do mojej ulubionej dziedziny nauki, żeby zaczytywać się w biografiach jej przedstawicieli, a przeczytanie jednej jego książki, mimo że bardzo ciekawej, też mnie nie zachęcało. Nie byłam ciekawa jego prywatnego i zawodowego życia, ale instynkt czytelniczki chwycił się tego magicznego słowa w rekomendacji – „piękna”. Swoisty haczyk łapiący na szczęście lub nieszczęście czytelnika.
Doświadczenie mnie nie zawiodło!
Chociaż początek wchodzenia w treść nie był obiecujący. Po pierwsze książka okazała się nie biografią czy autobiografią, ale zbiorem korespondencji między Bronisławem Malinowskim a jego żoną Elsie Masson, obejmującym okres od czasów narzeczeństwa w 1916 roku do 1935 roku, kiedy byli już wieloletnim małżeństwem. Charakter pracy badacza terenowego oraz wykładowcy i nieuleczalna choroba Elsie (cierpiała na stwardnienie rozsiane) wymuszała na nich częste, krótsze i dłuższe rozstania. Życie w oddaleniu zaowocowało kilkoma tysiącami listów, które zebrała i opracowała ich najmłodsza córka Helena Wayne. Po drugie podczas czytania cudzych listów zawsze towarzyszą mi wyrzuty sumienia, których nie umniejsza upływ czasu, o czym pisałam przy okazji podobnej publikacji – Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze. I po trzecie nastawiłam się na warstwę emocjonalno-romantyczną tej pisemnej wymiany myśli(okazało się nie być jej za wiele), pozostawiając poznawcze wartości relacji z badań – antropologom, tło czasów, w których żyli (I wojna światowa, odzyskanie niepodległości przez Polskę, narodziny faszyzmu, dochodzenie Hitlera do władzy) – historykom, genderowe relacje w obrębie dyscypliny zainteresowanym badaczom – jak ujęła to ostatnie Grażyna Kubica w rozdziale wprowadzającym.
Brnęłam więc początkowo przez okres poznania, czas narzeczeństwa i początki małżeństwa lekko znudzona, zastanawiając się, co jest pięknego w ich życiu w ciągłej rozłące, stałej tęsknocie za wzajemną obecnością, byciu „wiecznie samej” z dziećmi, skupianiu się na rozwoju zawodowym i karierze męża, męczących przeprowadzkach od Australii począwszy na Europie skończywszy, nieodłącznej obawie o zdradę, o którą tak łatwo w podróżach, opisach choroby, zabierającej Elsie sprawność fizyczną i możliwość bycia w pełni matką dla ich trzech dziewczynek, dotkliwych myślach wyrażanych w zdaniu pełnym bólu – Wczoraj ogarnęła mnie w związku z tym fala rozpaczy, chodzi mi o to, że znowu będziemy rozdzieleni?
Przecież to są czynniki niszczące małżeństwo!
I wtedy ujrzałam to, co moja koleżanka – niezwykłe, nieprzeciętne, rzadko spotykane piękno związku. Tego małżeństwa, kochającego się jednakową temperaturą uczuć pomimo upływu lat, kolejnych rocznic ślubu i pomimo, a nawet wbrew i na przekór tym wszystkim, wymienionym wcześniej i niewymienionym przeze mnie, przeszkodom. Zaczęłam uważniej studiować listy, bo uświadomiłam sobie, że być może czytam nie tylko korespondencję udanego związku partnerskiego, w którym każde było wzajemnie przez siebie doceniane, w trudnych i niesprzyjających warunkach (dla mnie wręcz niemożliwych) do istnienia trwałości uczuć, ale przede wszystkim receptę na szczęśliwe małżeństwo!
Stworzoną przez dwie, silne indywidualności!

 

Człowieka nauki, żyjącego z pasją i ogarniętego silnym pragnieniem, które jest wyrazem chęci przetłumaczenia skrajnie abstrakcyjnego pojęcia miejsca geograficznego na konkretne doświadczenie. To nieomal jakby dotykało się teoretycznej koncepcji abstrakcji. Tak opisywana potrzeba jest mi bardzo bliska i może dlatego, w przeciwieństwie do mojej koleżanki, nie darzyłam go niechęcią i złością za zostawianie żony samej. Rozumiałam go w pełni. Rósł za to mój podziw dla Elsie.

 

Kobiety wyjątkowej, mającej poczucie własnej wartości, sufrażystki, emancypantki, walczącej, z pozytywnym skutkiem, o lepsze prawa pracownicze dla pielęgniarek, autorki książki i dramatów oraz korektorki, krytyczki i redaktorki prac męża. Jak sama napisała w jednym z listów – Żaden kochany mężczyzna nie jest w tle, on po prostu stanowi krajobraz, jest całą raison d’être [racją bytu (…)] życia kobiety, tego, gdzie jest, tego, co robi i nawet tego, co myśli. Najpiękniejsze w tym w wszystkim było to, że Bronisław Malinowski stosował dokładnie tę samą zasadę wobec żony, co w przypadku mężczyzny jest bardzo trudne, bo wbrew jego naturze i skłonności dzielenia życia na osobne działy. To obopólne holistyczne podejście do związku można nazwać receptą, ale żeby odkryć jej tajemnicę, trzeba najpierw poznać historię ich małżeństwa. Poznać konteksty, poczuć emocje, wchłonąć myśli budujące misternie mocną konstrukcję wzajemnych relacji, a w konsekwencji bardzo silną więź. Co ciekawe, opartą nie na wartościach religijnych, ale na ateistycznym systemie zasad moralnych. Niestrudzenie, stale, cierpliwie, nawet na odległość właśnie poprzez listy. Formę komunikacji ułatwiającej zdolność do nazywania uczuć i rozwijającą umiejętność ich wyrażania. Niezbędnych wręcz do wzajemnego zrozumienia, partnerskiego traktowania i szczerego dialogu.
Niestety sztuka epistolografii zanika.
Malinowscy mieli ją opanowaną do perfekcji do tego stopnia, że po prawie dwudziestu latach związku, Elsie nadal pisała – Myślę także, że nigdy przedtem nie czuliśmy się bardziej sobie bliscy i ogólnie wraz z upływem czasu na pewno nie oddalamy się od siebie i nie stajemy się zmęczeni swoim towarzystwem. A ona dla niego nadal była „kochaną Elsusiu” otrzymującą listy, niezmiennie tak samo podpisane, aż do jej śmierci – Z wielką miłością kochanie. Twój i tylko Twój Bronio.
Zazdroszczę.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Inka – Piotr Szubarczyk

Inka: zachowałam się jak trzeba – Piotr Szubarczyk
Dom Wydawniczy Rafael , 2013 , 64 strony
Literatura polska

Inkę, a właściwie Danutę Siedzikównę, poznałam w brutalny, bezkompromisowy sposób – poprzez spektakl teatralny Inka 1946 emitowany kilka lat temu przez TVP w ramach Teatru Telewizji, który zresztą dołączony został do tej książki.

 

To, co mnie tak poruszyło, a może nawet wstrząsnęło, co nie pozwoliło zapomnieć o tej wyjątkowej dziewczynie, to nie jej życie z wyboru na krawędzi śmierci podobne innym Żołnierzom Wyklętym, ale postawa, nazywana przyzwoitą przez Władysława Bartoszewskiego, w kontekście jej wieku. Za kilka dni, tak zaczyna opowieść autor, 3 września 1946 roku, miała skończyć 18 lat, na które nie czekała, chociaż kiedyś wiązała z tą datą ogromne nadzieje. Przy narodzinach uszkodzono jej drobne mięśnie twarzy, miała więc z jednej strony usta ściągnięte w nienaturalnym grymasie i lekko wklęśnięty policzek. Dla niej bycie pełnoletnią oznaczało szansę na operację korygującą asymetrię twarzy. Chciała wyglądać ładnie.
Jak każda nastolatka w jej wieku.
O tym, że jej marzenie nie spełni się i że już na nie czeka, świadczyły słowa napisane w grypsie wyniesionym z więzienia – Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba…
28 sierpnia 1946 roku, na kilka dni przed tak kiedyś wyczekiwaną osiemnastką, została rozstrzelana przez funkcjonariuszy UB. Do końca wierna swoim wartościom i rocie złożonej przysięgido ofiary życia mego – krzycząc im prosto w twarze – Niech żyje Polska!
Ale obejrzany spektakl teatralny, chociaż mną wstrząsnął emocjonalnie (polały się łzy bólu i bezsilnej wściekłości), nie odpowiedział mi na bardzo ważne pytanie, które zawsze sobie zadaję, kiedy poznaję osoby oddające życie za wydawałoby się abstrakcyjne idee – jaka jest geneza ich niezłomności? Troszkę na ten temat dowiedziałam się dzięki książce Żołnierze Wyklęci Joanny Wieliczki-Szarkowej, ale na wyczerpującą odpowiedź liczyłam, sięgając po tę właśnie monografię wydaną w pięknej, albumowej formie. Pozycję, która nie skupia się tylko na głównej bohaterce, ale poszerza swoją zawartość o konteksty środowiskowe, wybiegające daleko poza jej życie rodzinne i konspiracyjne, jednakże wywierające ogromne znaczenie na ukształtowanie się postawy przyzwoitej, jej patrzenia na świat, na życie, na powinności i przyszłość Polski. Mam tu na myśli przytoczone życiorysy jej dowódców – majora Zygmunta Szendzielarza „ Łupaszki” i podporucznika Zygmunta Badocha „Żelaznego” oraz spowiednika Inki, księdza Mikołaja Wagnera. Świadomie nie użyłam wyrażenia „postawa patriotyczna”, ponieważ mam wrażenie, że do Inki ono nie pasuje, chociaż historycy właśnie takiego określenia, podsumowującego jej postępowanie, użyliby. Może też dlatego, że autor opowiadając historię siedemnastoletniej dziewczyny, sanitariuszki 5 Wileńskiej Brygady AK, ukazał ją poprzez konkretne fakty historyczne, działanie i zachowanie, czerpiąc wiedzę z ocalałych dokumentów, którymi ilustrował tekst

 

i ze wspomnień świadków jej życia. Tych, którzy znali ją bardzo dobrze (rodzina i przyjaciele) i tych, którzy zetknęli się z nią na jedną chwilę tak, jak ksiądz Marian Prusak spowiadający Inkę tuż przed egzekucją i towarzyszący jej w chwili śmierci jako jeden z obecnych świadków czy kilkuletni Jerzy Łytkowski; który patrzył przyklejony do szyby, jak dziewczyna przechodzi przez podwórko i oddala się. Nie wiedział, że to już na zawsze…, że odchodząca nieznajoma rzeczy pożyczonych od jego mamy nie będzie miała już szansy oddać.
Dużo w tej historii emocji.
I tych wspominających nastolatkę, i tych moich – czytelniczki, ale i tych autora, którego opinie zawarte w zdaniach czasami wykraczały poza rygor bezemocjonalnego, obiektywnego przekazu. Zwłaszcza te oceniające czasy współczesne, kształtowane przez partie polityczne lub korygujące stan świadomości czytelników o powojennej działalności AK poprzez takie zdania – Kiedy się tego nie rozumie, daje się posłuch sowieckiej popłuczynie propagandowej, która do dziś głosi, że to były napady i bezsensowna wojna domowa. Dotyczy to także mitu „ofiary” Inki i błędnego rozumienia ostatniego rozkazu dowódcy AK, generała brygady Leopolda Okulickiego „Niedźwiadka”, nadal upowszechnianego, według autora, przez środowiska postkomunistyczne.
Ze smutkiem przyznaję, że byłam ich ofiarą.
Ale poza prostującymi moje spojrzenie na przeszłość publikacjami dokumentów, które sama mogłam przeanalizować i sformułować na ich podstawie własne wnioski, największą wartością jaką wyniosłam z tej pozycji, było uzyskanie pełnej odpowiedzi na, postawione sobie na początku moich rozważań, pytanie oraz „ożywienie” papierowej postaci historycznej. Wyposażenie jej w emocje, nadzieje, marzenia i poglądy, ukazujące Dankę nie jako żołnierkę w mundurze walczącą o ojczyznę wolną od komunistów, ale nastolatkę, jak z tego zdjęcia:

 

Wierną do końca przede wszystkim wartościom przekazanym przez rodziców, przed którymi była za ich obronę odpowiedzialna. One nadawały sens jej działalności, a przez swą służbę w wileńskiej brygadzie chciała też nadać sens śmierci swoich rodziców. Bo na cóż sybirska poniewierka ojca, na cóż służba, cierpienie i śmierć matki, jeśli Polska – po tym, co wycierpiała w czasie wojny – miałaby się stać sowieckim dominium? Odpowiedzialność przed rodzicami za swoją postawę była podstawowym i głównym motorem jej postępowania, a słowa w grypsie, meldunkiem złożonym przed babcią.
Marzy mi się powszechne właśnie takie chowanie młodzieży.
Monografia siedemnastoletniej Inki jest twardym kontrargumentem, na bagatelizowanie wyskoków młodych ludzi takimi usprawiedliwieniami, jak – młody, więc głupi i nie wie, co robi. Jest wręcz oskarżeniem o kondycję wychowawczą współczesnej rodziny. Zwłaszcza, gdy mass media donoszą o takich aktach bezczeszczenia pamięci tej, która dla ich życia w wolnej Polsce poświęciła najcenniejsze, co posiada nastolatka – życie, przyszłość i młodość.
Smutne i przerażające.
Dlatego przytoczę pod rozwagę nam rodzicom i wychowawcom ostatnie zdanie autora cytującego amerykańskiego filozofa i pisarza George’a Santayany: Ci, którzy nie pamiętają przeszłości, skazani są na jej powtarzanie…

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Biografie powieść bograficzna

Tagi:

Rublowka – Walerij Paniuszkin

Rublowka – Walerij Paniuszkin
Przełożyła Agnieszka Sowińska
Wydawca Agora , 2013 , 220 stron
Seria Biblioteka Gazety Wyborczej ; Podseria Reporterzy Dużego Formatu
Literatura rosyjska

W co grają ludzie? – pytał i odpowiadał w swojej książce pod tym samym tytułem psychiatra Eric Berne. Autorowi z kolei tej książki było mało. Zawęził to pytanie do swoich rodaków, zastanawiając się – W co grają Rosjanie? I równie wnikliwie, niczym wytrawny może nie psychiatra, ale na pewno psycholog społeczny, przeanalizował jeden dzień z życia (a metaforycznie całe życie) Rosjan, dzieląc swoją opowieść, opartą na obserwacji oraz rozmowach i wywiadach z konkretnymi osobami, na cztery części – ranek, dzień, wieczór i noc.
Ale uwaga!
Nie tych Rosjan, których poznałam w reportażach Wacława Radziwinowicza Gogol w czasach Google’a, ale wyjątkową ich odmianę. Bardzo zróżnicowaną pod każdym względem (pochodzenia, religii, zachowania, hobby), ale posiadającą jedną, wspólną cechę – rezydencję w podmoskiewskiej dzielnicy Rublowka, zaznaczonej na dołączonej do tekstu mapce czarnym kwadratem:

 

Napisać o tak położonej posiadłości – dom, byłoby kłamstwem, bo jak nazwać działkę, na której stoją obok siebie: więzienie, fiński domek, górska chata i zamek – wszystkie puste, bo gospodarz mieszka w piątym domu, ponieważ jest zbudowany według najnowszej mody? Ale to jeszcze nie zrobiło na mnie wrażenia, no bo, co takiego wyjątkowego jest w tych ludziach, że warto o nich pisać? To że mogą sobie pozwolić na kupno pierścionka w cenie niewielkiej posiadłości, posiadłość w cenie niewielkiego kraju, łódki w cenie niewielkiego lotniskowca, to dla mnie za mało. Przecież dzielnice ludzi bardzo bogatych istnieją w każdym mieście łącznie z najbardziej znaną – Manhattanem. Bohaterem wielu powieści i filmów. Daj mi Walerij coś – domagałam się od autora – co mnie zaciekawi poza odpowiedzią na pytania, które sobie postawiłeś – Co jedzą, co piją, w co wierzą, ku czemu dążą, czego się boją, na co mają nadzieję… I – a niech ich czort! – skąd mają tyle pieniędzy? Bo ja to wszystko już wiem! Moja ciekawość została wielokrotnie zaspokojona właśnie dzięki książkom do niej się odwołującym. Wypracowałam sobie nawet nieodkrywczy wniosek – w tym zakresie nie różnią się od siebie niczym. Daj mi zatem coś – domagałam się dalej – co wyróżni twoją opowieść spośród innych, niestety monotematycznych i podanych w lekkiej formie. Coś, co udowodni, że zasłużyłeś na pojawienie się w cyklu Reporterzy Dużego Formatu, że nie jesteś nianią w Nowym Jorku albo „seksem w wielkim mieście”, a już nie daj młodzieżowym wydaniem Błękitnokrwistych – też z Manhattanu!
I odpowiedział już we wstępie, pisząc – przepaść między właścicielami domów a resztą populacji jest nie tylko finansowa, ale i – by tak rzec – kulturowa. O, to już jest coś! – pomyślałam. Historia Rublowki i wyjątkowy charakter tego miejsca, istniejącego od czasów Iwana Groźnego aż do dzisiaj, może zaciekawić na tyle, że miałabym ochotę na tę obietnicę widniejącą na okładce tytułowej:

 

Ale to nadal tylko ciekawość. Chciałam… Co tam! Żądałam więcej! Domagałam się wątku, który sprostałby serii, który odkryłby przede mną wiedzę jeszcze mi nieznaną. Może pomógł zrozumieć nowobogackich Rosjan? I nagle dojrzałam to kluczowe słowo w prezentowanej powyżej obietnicy – władza. Kolejny czynnik, obok kulturowego, wyróżniający mieszkańców Rublowki. Nie pieniądze, nie sława, nie wygodne życie (bo ono tam nie jest takim, kiedy Władimir Putin rano jedzie na Kreml i trzeba tkwić w korku prawie godzinę), nie chęć spokojnego życia wśród zieleni na obrzeżach zatłoczonej Moskwy, nie po to, żeby rozkoszować się luksusem, kochać i być kochaną, wychowywać dzieci, realizować się w pracy, sportowych pasjach, mizdrzyć się w pięknych strojach, smacznie jeść, spacerować na świeżym powietrzu… Nie! To już nawet nie potrzeba, ale narkotyczny głód władzy, który autor nazywa grą o nazwie „Życie”, a której graczami są wszyscy na Rublowce – z wyjątkiem dzieci karmionych piersią – dodaje z charakterystyczny sarkazmem w swoich wywodach autor. To dla konkurencji „Życie” i zwycięstwa w niej, Rosjanie kupują dom po cenie, za którą można kupić praktycznie każdą willę nad praktycznie każdym morzem, praktycznie każdy górski dom w praktycznie każdych górach, dowolne mieszkanie w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie… Ale nie, chcą na Rublowce, bo to jedyne miejsce, z którego można wystartować w Grze.
I to jest ten wątek, który mnie przekonał do sensu tej publikacji, całkowicie pochłaniając moją uwagę, która domagała się odpowiedzi na to samo pytanie, niedające spokoju autorowi – Dlaczego dają się wciągnąć w tę Grę? Grę, która zabiera im 90% czasu (reszta to hobby z czego 5% na pokaz), by w niej być, wskoczyć na wyższy poziom lub z niej wypaść, niszczyć innych lub samemu być zniszczonym. Krążyłam z autorem po Rublowce docierając do znanych osób z nazwiskami z pierwszych stron mediów i do tych mniej znanych, ale nie mniej potężnych w grze, zbierając informacje potrzebne do uzyskania odpowiedzi, usilnie dociekając sensu celu i zasad.
Zobaczyłam najbardziej wyrafinowaną grę świata o najszerszej skali zniszczenia (przykład jednego z największych przegranych – Michaił Chodorkowski) i najkrwawszych skutkach (morderstwa i samobójstwa). Jedynym graczem, który umarł w sposób naturalny był Borys Jelcyn. Na Rublowce nie ma śmierci, nie ma więc cmentarzy, bo wszyscy jej mieszkańcy są nieśmiertelni. Ba! Są mocno o tym przekonani i jeszcze mocniej w to wierzą!
Ale najciekawszym było to, że te zniszczenia i skutki oglądam sobie codziennie w mass mediach, nieświadoma roli świadka tej Gry, dziwiąc się, jak to możliwe w państwie, bądź co bądź, demokratycznym, w którym prezydent publicznie każe obniżać ceny w sklepach albo podpisywać zobowiązania „grubym rybom” w obecności kamer niczym car-batiuszka. I to, co dla autora było zaspokojeniem zwykłej ciekawości, bo mechanizmy znał jako Rosjanin, to dla mnie, człowieka z zewnątrz dziwiącemu się absurdom i paradoksom w Rosji i rosyjskiej polityce, było odkryciem pozwalającym te ostatnie zrozumieć. Obnażeniem rosyjskiej polityki ściśle związanej z pieniędzmi i władzą. Swoistą instrukcją do odkodowywania informacji przekazywanych zza granicy moich wschodnich sąsiadów. Swoistą zdradą sekretów Gry kierującą zachowaniami znanych Rosjan, po ujawnieniu których wcale nie jest mi już do śmiechu, widząc Putina na moto lotni przewodzącemu żurawiom czy memy ukazujące w krzywym zwierciadle niebieskie koguty na dachach aut, będących plagą moskiewskich ulic i wcale nie myślę już o postawie patriotycznej Wiktora Wekselberga skupującego jajka Fabergé. Od tej książki widzę Grę (ależ tu idealnie pasuje pojęcie „rosyjskiej ruletki”!), w której nie ma zasad, a właściwie jest jedna – brak zasad. Nie do ogarnięcia, ale paradoksalnie – co chwilę ulega zmianie. I żebym dobrze zrozumiała jej działanie, autor porównał ją do gry komputerowej, podstawiając pod rodzaje grup nazwy realne warstw rublowskiego społeczeństwa, pod graczy konkretne nazwiska, pod zespoły graczy konkretne grupy lub środowiska, a pod tytuły podrozdziałów nazwy kolejnych jej poziomów. Wprowadził w niej nawet pojecie religii, której gracze-wyznawcy czczą jednego boga – Pieniądze. W której nie ma „seksu w wielkim mieście”, bo jaki seks można mieć na Rublowce w hotelach, w specjalnie wynajętych albo kupionych do uprawiania niewierności małżeńskiej domach z przypadłością impotencji, jako skutku ubocznego udziału w Grze. A już na pewno nie w domu z małżonką, bo wiadomo, że jest jedną z tych dziewcząt, które „wychowywano na sprzedaż”. I zdanie, które mnie najbardziej przeraziło, a które poddaję pod rozwagę wszystkim romantyczkom próbującym zdobyć bogatego Rosjanina – W Wielkiej Rublowskiej Grze kobiety niezmiennie uważane są za istoty o niższym statusie, pozbawione umiejętności myślenia i mówienia. Pełnią rolę kolejnego, niezbędnego atrybutu czy relikwii. Tak samo jak dzieci i wszystko, czym się otacza mężczyzna.
Wielka Gra jest najważniejsza.
A najbardziej obiecujące w niej jest to, że można ją przejść do końca, wychodząc z niej, a właściwie będąc z niej wyplutym, bo z Gry się żywym nie wychodzi. Wabi niczym syreni śpiew o milionowej wygranej w totolotka. To nieważne, że udało się to tylko nielicznym i ci nieliczni mówią do Walerego, brzmiąc niczym Kohelet – Wszystko jest prochem. Kolekcja, firma, dom – wszystko jest prochem. Nie tylko może stać się prochem, ale jest prochem. Nieważne!
Liczy się tylko i wyłącznie udział w Wielkiej Grze.
A ja sobie siedzę przed telewizorem i obserwują ją niczym Wielki Brat. I wiecie co?
Dobrze mi z tym!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Rublowka [Walerij Paniuszkin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Róża – Róża Thun

Róża – Róża Thun , współpraca Joanna Gromek-Illg
Wydawnictwo Znak Literanova , 2014 , 355 stron
Literatura polska

Mnóstwo biografii, autobiografii i wszelakiego rodzaju odmian publikacji życiowo-wspomnieniowych ukazuje się ostatnio na rynku wydawniczym. Zatrzęsienie! Wręcz, powiedziałabym, istny zalew i potop. No, ale każdy pisać może tak, jak każdy je potem czytać. Pytanie, czy zawsze jest o czym? To dlatego do większości podchodzę nieufnie. Szanuję swój czas, bo tak wiele książek, a tak mało życia. Stąd rzadko zaglądam komuś do życiorysu, starannie selekcjonując nazwiska. Ostatnim był, o ile dobrze pamiętam, Władysław Bartoszewski. Mój autorytet, więc tego wyboru nie muszę uzasadniać.
A dlaczego Róża Thun?
Z bardzo prozaicznego powodu – jej niezwykłego, długiego, cudzoziemskiego i skomplikowanego nazwiska, które kiedyś, bardzo dawno temu, zobaczyłam na szklanym ekranie podczas udzielania wywiadu. A wyglądało ono tak – Róża Gräfin von Thun und Hohenstein. Potem się jeszcze dowiedziałam, że właściwie nie hrabina a księżna. Nie do zapamiętania od razu po pierwszym zobaczeniu czy usłyszeniu. Dlatego na okładce widnieje jego skrót, którego używa na co dzień. I to właśnie ten zapamiętany wywiad i ciekawość kryjącej się za nazwiskiem historii (bo zawsze taka jest) skłoniła mnie do sięgnięcia po te wspomnienia. Niczego się po nich rewelacyjnego nie spodziewałam i niczego nie oczekiwałam, poza wyjaśnieniem zagadki. A niezwykłość treści, zapowiadaną przez krótką informację na okładce tytułowej, potraktowałam jak slogan.

 

W końcu jakoś trzeba czytelnika zachęcić przynajmniej do zajrzenia do środka.
To, co ujrzałam wewnątrz, a właściwie poznałam i przeżyłam, przeszło moje oczekiwania!
Zacznę od tego, że była napisana bardzo żywym, dynamicznym językiem, odzwierciedlającym charakter autorki. Tak silny, pełen wigoru i tempa, że przebijał przez martwą ścianę kartki z drukiem niczym przez bibułę, likwidując dystans autor-czytelnik. Zawartość połknęłam na dwa razy. Ale nie tylko dlatego. Drugim plusem, jeszcze większym niż styl narracji, to sposób snucia opowieści. Historii niby o sobie, ale tak naprawdę o dziejach Polski i rodziny inteligenckiej na tle zawieruch wojennych, a potem przemian polityczno-ustrojowych. Mówiąc o sobie, stawiała się z boku, uwypuklając i nadając rangę ważności wirowi wydarzeń, których była czasami obserwatorką, często sprawczynią i inspiratorką, nierzadko aktywną uczestniczką, a najczęściej wszystkim naraz. Miałam wrażenie, że wokół niej stale się coś wydarza. Może dlatego, że żyła w czasach niezwykłych, co wcale nie oznaczało łatwych – PRL i trudne lata przemian po 1989 roku. I to właśnie one są głównym bohaterem wspomnień z czołowymi, wybitnymi, nietuzinkowymi postaciami ówczesnej kultury, polityki i duchowieństwa z jeszcze wówczas biskupem Karolem Wojtyłą na czele. Pojawiali się w życiu autorki wychowywanej w biednym materialnie, ale przebogatym w wartości moralne i duchowe, domu rodzinnym, którego korzenie sięgały z jednej strony austriackich rodów arystokratycznych, a z drugiej polskich Pawlikowskich, Woźniakowskich i Platerów. A mimo tego, a może właśnie dlatego, na wskroś Polka z bezcenną cechą otwartości na ludzi i świat w całej swojej różnorodności. Pasjonującym było odkrywanie budowania tożsamości na bazie bezcennych wartości moralnych pielęgnowanych i dziedziczonych w rodzinie w tyglu światopoglądów i z lewicy, i z prawicy. Przy niepokornym charakterze zbuntowanej nastolatki wobec socjalistycznej szkoły, która, jak sama podkreśliła, zmarnowała jej czas, musiała wyrosnąć na dziewczynę opozycji wobec ustroju, który jej tę niesprawiedliwość zgotował. A potem, po uwolnieniu się od sowieckiego okupanta, nie było innej, słuszniejszej drogi niż aktywne, z osobistym udziałem, budowanie nowej Polski.
Dla mnie wzorcowy życiorys roli rodziny w wychowywaniu dzieci i przepustka do reprezentowania mnie w świecie. Ucieszyłam się bardzo, że to właśnie ona jest moją przedstawicielką w Europarlamencie. I oby, jak najdłużej!
Jednak największym zaskoczeniem były bezcenne dla mnie informacje na temat ludzi, których spotykała w swoim życiu. Przedstawicieli kultury i polityki z pierwszych stron mass mediów, którzy przewijali się przez dom rodzinny autorki, a potem jej własny. Zaprzyjaźniona z nimi w czasach dzieciństwa, a potem kontynuująca znajomość już jako osoba dorosła. Nierzadko bliżej lub dalej spokrewniona z wieloma z nich. Miałam wyjątkową okazję do ujrzenia osób znanych mi z publikacji oficjalnych, z ich twórczości lub działalności, od strony nieformalnej. Odkrywałam ich na nowo. Uzupełniałam skrupulatnie dotychczasową wiedzę na ich temat, której próżno szukałabym w encyklopediach lub opracowaniach popularnonaukowych. Do tego w sytuacjach czasami bardzo nietypowych, w okolicznościach wyjątkowych, a jednocześnie bardzo ludzkich. Zdarzało się, że i w humorystycznych. Uwielbiałam grać z autorką w zgadywankę – o kim mowa?- zanim padało nazwisko. A zazwyczaj zaczynało się tak – Wuj Józio był świadkiem Katynia… Nic mi nie mówiło „wuj Józio”, ale zaraz potem czytałam dalej – jego książka „Na nieludzkiej ziemi…” Szybko dodawałam nazwisko albo utwierdzałam się, że to TEN Józef Czapski i wszystko stawało się jasne. Również to, że ten bohater zawsze powtarzał, że strasznie się bał, dopełniało człowieczego obrazu w morzu nieludzkości.

 

Od takiej właśnie strony poznawałam Jana-Nowaka Jeziorańskiego, Jacka Kuronia, Beatę Obertyńską, księdza Adama Bonieckiego, Władysława Bartoszewskiego i wielu, wielu innych.
Było jeszcze coś, co czułam, czytając te wspomnienia. Nie tylko czar dawnych lat, rodzinnej atmosfery, niepewności jutra w czasach walki z komunistami, ale i, w brew pozorom, powiew optymizmu. Czytając chłonęłam go mimowolnie z rosnącym przekonaniem, że nie ma rzeczy niemożliwych i sytuacji bez wyjścia. Bez względu na to, czy żyje się w zniewolonym lub wolnym państwie, czy w Nepalu (bo i taki ciekawy epizod autorka miała za sobą) z własnym dzieckiem umierającym na rękach, bo nie było lekarza. Nieodparte przeświadczenie, że początek każdych zmian na skalę własnego życia, czy na skalę światową, zawsze tkwi w człowieku. I od tego punktu należy zawsze zaczynać jakiekolwiek zmiany.
To silnie emanująca pozytywną energią opowieść o tym, jak być przyzwoitym człowiekiem, w pełni realizując się w roli żony, matki oraz Polki i żyć również dla innych i Ojczyzny, nie gubiąc przy tym własnych pragnień i nie rezygnując z marzeń. To trudna sztuka, którą autorka opanowała do perfekcji, dając jednoznaczne świadectwo swoim życiem, mówiąc – wszystko można, tylko trzeba bardzo chcieć, bo masz wprawdzie jedno życie, ale nieograniczoną ilość możliwości.
Wybór zawsze należy do ciebie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Róża [Róża Thun]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Nowy alfabet mafii – Ewa Ornacka , Piotr Pytlakowski

Nowy alfabet mafii: najnowsze losy polskiej przestępczości zorganizowanej – Ewa Ornacka , Piotr Pytlakowski
Wydawnictwo Rebis , 2013 , 462 strony
Literatura polska

Zaczynam nie nadążać!
A dokładniej – za czytelniczymi wyborami mojej zaprzyjaźnionej młodzieży. To dla mnie niepokojący objaw, ale też i pożyteczny sygnał do skorygowania spojrzenia na to, co czyta. A czyta nie tylko fantastykę, młodzieżówkę czy romanse, ale i te o życiu. Jednak nie tylko o tym z własnego podwórka, pełnego problemów nastolatków wchodzących w świat dorosłych, ale i o tym z naszego, dorosłych. Żeby tylko przyglądała się naszym zmaganiom z codziennością, ale zagląda nam na nasz margines patologii, oceniając nas, jak sobie z nią radzimy.
Z tym ostatnim bywa różnie.
Czego dowodem jest ta publikacja. A trafiła ona do mnie dzięki siedemnastolatce, zachwyconej jej treścią – że wciągnęła, że nie potrafiła oderwać się od niej, że prosta w odbiorze i że koniecznie powinnam ją przeczytać. Propozycję pożyczenia przyjęłam bardziej z ciekawości i troski, co ją tak wciągnęło niż samej treści. Unikając takich pozycji, wychodziłam z brutalnego założenia, który wpoił mi bezwzględny dla świata przestępczego znajomy, niezmiennie powtarzający mocne słowa na wieść o kolejnych porachunkach mafijnych – niech się wybiją, o jednego bandziora mniej! Po tej pozycji z całą pewnością nie mniej, bo ich głowy odrastają niczym legendarnemu smokowi, a brak wiedzy na temat przestępczości zorganizowanej może pozwala spokojnie spać, ale na pewno nie zwalnia z obowiązku poznania jej istoty, która ma ostatecznie wpływ na moje życie.
Uświadomienie sobie tego to nie jedyne zaskoczenie.
Drugim była przystępność treści. Wcale, jak mnie uprzedzała Beata, nie była łatwa w odbiorze. To nie był prosty wykaz czy alfabet (chociaż skorowidz nazwisk jest umieszczony w epilogu), jak głosi tytuł, najważniejszych przestępców, co zresztą zastrzegli sobie sami autorzy we wstępie, pisząc – „Alfabet mafii” nie jest leksykonem grup przestępczych w Polsce. To było przedstawienie historii rodzenia się i rozwoju przestępczości w Polsce od czasów komunistycznych poprzez lata przemian ustrojowych aż do 2013 roku. Przy czym, jak zaznaczyli autorzy, ukazali subiektywną historię polskiej odmiany mafii, jaką znamy z ulicy, a nie tajnych archiwów. To podejście okazało się dla mnie bezcenne w budowaniu własnego spojrzenia i formułowaniu niezależnych wniosków, na podstawie wywiadów z poszczególnymi przestępcami, członkami ich rodzin, żonami ofiar czy policjantami. Mogłam sama, bez odgórnie narzucanych ocen, formułować własne konkluzje, a przy okazji wniknąć w sposób myślenia przestępców. W ich odwrócony świat moralny, w którym każdy z nich był w gruncie rzeczy dobrym człowiekiem, a pojęcia bandyta i gangster rozgraniczała przepaść wielkości kanionu. Dla mnie nie było żadnej różnicy, a dla nich tak. Ale żeby te podsumowania tworzyć, musiałam uważnie skupić się na skomplikowanych powiązaniach personalnych wynikających z niezwykle zagmatwanej i poplątanej sieci kontaktów, zależności i układów międzyludzkich. Zarówno osobistych, zawodowych, jak i politycznych. Te ostatnie bardzo silne w latach 90., kiedy dla podziemia przestępczego zaczął się właśnie okres prosperity, a układy w policji, w prokuraturze, z dobrymi prawnikami, a także sędziami były normą. Tylko ogromnemu doświadczeniu dziennikarzy śledczych i ich zdolnościom jasnego przekazu spraw trudnych i skomplikowanych, zawdzięczam ogarnięcie i zrozumienie treści tej publikacji. W tym momencie podziwiam szybkość logiki Beaty.
Trzecim zaskoczeniem był obraz przestępczości, jaki ujrzałam po przeczytaniu całości, a właściwie uchwycenie jego jednej właściwości – dynamiki nieustannych zmian. Nie tylko pod kątem personalnym, w którym ludzie stale się zmieniali (likwidowani zastępowani byli następnymi), ale również pod kątem mentalnym. Starych, dobrodusznych, prostych ludzi, jak nazwałabym Dziada,

 

zaczynających karierę od przemytu, lansujących się w środowisku, zastępowali ludzie wykształceni działający w białych rękawiczkach. Dużo bardziej bezwzględni i bardziej głodni szybkich i dużych pieniędzy, idący do celu dosłownie po trupach na mocy prawa siły. Młodzi, gniewni, chorowici – tak brzmi jeden z tytułów rozdziału. Przy czym to ostatnie oznacza metodę walki z sądownictwem polskim. To rzeczywistość, w którym ludzie giną bez echa i nikt się o nich nie pyta. Realia przez samych przestępców określane w konkretny, dosadny, mocny, wulgarny sposób – w świecie przestępczym, to jest jedno wielkie kurestwo. To wszystko na tym polega, żeby jeden drugiego wyruchał i na nim się wzbogacił. To jest wszystko, a ktoś, kto myśli inaczej, to jest głupi i naiwny. Budzi się z ręką w nocniku dosłownie. Mam nadzieję, że właśnie te słowa zapadły w pamięć mojej siedemnastolatce, a nie sama tylko fascynacja światem przestępców. Że weźmie sobie do serca wyznania świadka koronnego, który konsekwencje swojej decyzji o wyjściu z szarej strefy po stronie strat wymienił majątek i potężne dochody, których nie żałuje, a po stronie zysków – Spokój i szacunek rodziny. I szacunek ludzi, z którymi współpracuję.
Czwartym zaskoczeniem, które postawiło mnie na baczność była odpowiedź na pytanie o beneficjantów szarej strefy – Byli wśród nich posłowie. Niektórzy zostali ministrami. Robili wysokie kariery, bardzo wysokie. Niektórzy do dzisiaj je robią.
I choćby dlatego, po tej pozycji, przestałam podzielać pogląd mojego znajomego przytoczony na początku. Świadomość, kto zasiada w ławach sejmowych mogę przełożyć na moje wybory do sejmu, bo siła przestępców wynika ze słabości polskiego prawa, jego egzekwowania i świadomości tego jego obywateli.
Od dzisiaj o jedną świadomą tego obywatelkę więcej.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Nowy alfabet mafii [Ewa Ornacka, Piotr Pytlakowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Metro 2033 – Dimitry Glukhovsky

Metro 2033 – Dimitry Glukhovsky
Przełożył Paweł Podmiotko
Wydawnictwo Insignis , 2010 , 591 strony
Cykl Metro ; Tom 1
Literatura rosyjska

Metro mami, tumani, przestrasza. Metro zabija!
A mimo to dałam się w nie wciągnąć. Sprawiły to najpierw słowa Dominika – czytałem tę książkę tyle razy, że znam każde słowo na pamięć. A potem swędząca ciekawość, której jeśli nie podrapiesz, zamęczy, żyć nie da. No bo, co tam właściwie jest? – zapytałam, gdy w prologu na stacji metra, podeszłam do krawędzi światła i mroku? W tej ciemności przede mną, która napawała strachem, ale i kusiła, by tylko zerknąć i dowiedzieć się, co tętni, szura, pulsuje za tym progiem strefy szarości, a tak naprawdę (i tu był podstęp autora) zajrzeć w głąb siebie. Poznać własne możliwości i granice wytrzymałości psychiki. Potem zrozumiałam, że to było rzucone mi wyzwanie, bo penetracja metra to nie tylko rozrywka. To również drobiazgowa analiza samego siebie i poznawanie kondycji współczesnego człowieka.
W aż tylu (a udowodnię, że nie tylko) wymiarach można odebrać tę postapokaliptyczną powieść fantastyczną.
Świat po czwartej wojnie światowej, a właściwie jego resztki ludzkości, przeniósł się do moskiewskiego metra, którego mapka została zapobiegliwie dołączona do książki.

 

Bez niej pogubiłabym się tak, jak zagubieni byli ci, którzy, ocalawszy z pożogi wojny, próbowali w nim żyć. Jedni z nadzieją na przynajmniej przeżycie lub dożycie kresu dni, inni z silnym przekonaniem, że kiedyś uda się odbudować na powierzchni utracony bezmyślnie świat. Błądząc w mroku, rzadko rozświetlanym czerwonym światłem lamp awaryjnych lub sporadycznych ognisk, zwiedzałam metro z zapartym tchem (momentami zapominałam oddychać!) razem z głównym bohaterem. Nastoletnim Artemem. Interior przed nami był dla nas jak terra incognita i ziemia obiecana razem wzięte. Groził niebezpieczeństwem i kusił słodką zagadką. W jego tunelach działy się dziwne rzeczy, nieprzewidywalne zdarzenia, śmiertelne przypadki, tajemnicze przypadłości psychiczne i niewyjaśnione zniknięcia. Czaiło się zło stworzone przez innych, a może tylko przez nasze umysły? Za każdym razem ogarniał nas strach, gdy słyszeliśmy dudniące buczenie, tak jakby moskiewskie metro było gigantycznym jelitem nieznanego monstrum albo obrzydzenie wywoływane przez charakterystyczne popiskiwanie i stukot pazurków o beton. Chociaż byli i tacy, którzy uważali je za przysmak. Artem kojarzył je tylko ze śmiercią matki. Jednak wszystkich łączyło jedno uczucie, które znał każdy podróżny – kiedy idzie się tunelem, szczególnie ze słabą latarką, cały czas wydaje się, że niebezpieczeństwo jest tuż za plecami. Czasem wrażenie to tak się nasila, że czuje się na potylicy czyjś wzrok, a nawet wcale nie wzrok…
To „strach tunelu”!
A czasami nie strach. Czasami konkretne, realne zagrożenie – ludzi i czegoś, co w nowej rzeczywistości zmutowany świat roślin, zwierząt i ludzi szukał dla siebie nowych nazw. Zło czyhało na nas wszędzie. Również na stacjach, do których docieraliśmy jeszcze żywi, chociaż kilka razy żegnaliśmy się z doczesnością i planami na przyszłość. Niebezpieczeństwo niekoniecznie pochodziło tylko z przodu i z tyłu tunelu. Mogło się czaić w górze, w szybach wentylacyjnych, z lewej lub prawej strony, w licznych rozgałęzieniach, za zamkniętymi na głucho drzwiami pomieszczeń gospodarczych czy tajemnych przejść. Czekało w dole, w zagadkowych włazach… Dojście na stację też nie gwarantowało przeżycia. Społeczności je zamieszkujące, niby te same, a jednak różne, nie zawsze przychylnie odnosiły się do obcych. A i nadmierna sympatia wzbudzała naszą czujność. Poznając metro uczyliśmy się nie tylko jak przeżyć, ale również struktury i jakości nowego świata.
Jednak w miarę zdobywania wiedzy, zaczęłam z przerażeniem zauważać, że to, co z założenia miało być nowe, wyrosłe na bazie okrutnych doświadczeń niedawnej wojny, za bardzo przypominało stary porządek. Właściwie było jego odzwierciedleniem. Zmieniły się warunki, ale nie zmieniła się mentalność ludzka. Wydawałoby się, ze nadszedł już koniec świata, na dworze bez skafandra nie dasz rady żyć, i namnożyło się takich stworów, że wcześniej tylko w kinie można było zobaczyć… A tu nic! Nic ich nie rusza. Ciągle tacy sami. Nie było wprawdzie podziałów na państwa, bo ocaleni byli w zdecydowanej większości Rosjanami, ale tę pustkę zapełniono podziałami ideologicznymi. Bardzo dobrze uwidocznionymi w legendzie mapki.

 

Byli więc przedstawiciele wielu idei z przeszłości. Od satanistów poprzez sekciarzy na komunistach skończywszy. Panoptikum. Po prostu panoptikum.
W tej warstwie powieści autor wystawił bolesną ocenę człowiekowi, który nie potrafi żyć bez nienawiści, podziałów, walki o władzę, nawet jeśli jego postawa prowadziłaby do samozagłady. Tę człowieczą skłonność do samozniszczenia i do niewyciągania wniosków z gorzkich lekcji ubiera w ironię i absurdy, abym mogła pośmiać się z samej siebie. Zastanowić się, dlaczego ten śmiech bawi, ale jednocześnie ma w sobie tyle goryczy i żalu?
Odnalazłam w tej powieści również konwencje baśni.
Autor nie bez powodu uczynił głównym bohaterem starszego nastolatka. Młodość i ciekawość przynależne temu wiekowi gwarantowały chęć przygody podyktowane silnym pragnieniem zmian. Tak dobrze znanym młodzieńczym buntem przeciwko zasadom ustanowionym przez dorosłych. To właśnie pociąg do przygód, chęć, by dać się porwać, ot tak, przeciągom tuneli, i dać się im nieść w nieznane, na spotkanie losu, odgadł w nim Hunter. Stalker. Mężczyzna wychodzący na zewnątrz. Jeden z niewielu, który nie tylko potrafił wyjść, ale i wrócić cało. Wzór dla chłopców i marzenie zostania kimś takim. Ale nie tylko. Dojrzewanie to także kłopoty, których Artem narobił w chwili lekkomyślności, a których konsekwencje musiał ponieść. I niczym w baśni musiał wyruszyć w drogę do centrum metra, w którym położone było legendarne miasto Polis. Do ostatniego miejsca na Ziemi, gdzie ludzie żyją jak ludzie. Gdzie nie zapomnieli jeszcze co to znaczy „człowiek” i jak właściwie to słowo powinno brzmieć. I tak jak w baśniach istnieje bohater, cel do którego podąża i zadanie, które ma wypełnić, by odkupić siebie lub świat, tak Artem, jako wybraniec z przepowiedni, wyruszył w głąb labiryntu, by dotrzeć do Polis i odkupić swoje czyny, ratując świat podziemny przed czarnymi. Przed zmutowanymi istotami zdolnymi żyć na napromieniowanej powierzchni. Kolejnym stopniem w ewolucji antropologicznej, dużo lepiej dostosowanym do nowych realiów niż człowiek. W tej warstwie z przyjemnością odnajdywałam mnóstwo odniesień do podań, legend, klasyki literatury fantastycznej, mitów i historii biblijnych. I tak jak kończy się każda baśń o inicjacji wchodzenia w świat dorosłych, tak i tutaj Artem ostatecznie z nastolatka staje się mężczyzną. Z niedojrzałego chłopca przemienia się w mądrego, odważnego, dojrzałego człowieka. Spełnia marzenia, ale i odnajduje cel życia. Uświadamia sobie swoje przeznaczenie. Jego sens.
Ale przygody w metrze to nie tylko pasjonująca historia indywidualnego losu Artema. Metro to również symbol skomplikowanego, nieprzewidywalnego, zaskakującego labiryntu losu człowieka w ogóle. Wystarczy spojrzeć na mapę, by tę symbolikę natychmiast skojarzyć.

 

Dostrzec momenty wyborów światopoglądowych (stacje), kolejnych kroków (rozstaje tuneli) i ich konsekwencji (droga marszu) w poszukiwaniu celu i sensu życia (kierunek podróży). Chwile odnajdywania się w skomplikowanym świecie lub zagubienia na rozstajach. Poszukiwania jedynej ścieżki prawdy lub jej zgubienia. Aktywności lub bierności w tych poszukiwaniach. I ostatecznie przeznaczenia, które człowiek często dostrzega dopiero w chwili śmierci, by przekonać się z ulgą o słuszności domysłów lub usłyszeć chichot ironii losu. Posiąść tajemnicę czynienia z bezsensownych, przypadkowych zdarzeń logicznej linii fabuły życia – pragnienie wielu poszukujących sensu życia. Podpowiem tylko, że autor uchyla rąbek tej tajemnicy.
A wszystko to napisane językiem oddziaływającym na wszystkie zmysły wyobraźni. Jest tak sensytywny, a jednocześnie dotkliwie bolesny, że brnąc w ciemnościach tunelu czułam za sobą psychiczny dotyk nienazwanego. Plastyczność opisów z detalami oddawała każdy szczegół sceny od kolorów poprzez taniec pełgającego światła, zapach szaszłyków ze szczura, smród ekskrementów i trupiego rozkładu po wygląd miejsca akcji oraz bohaterów opowieści, na ich ubraniach i wyposażeniu skończywszy.
I najważniejsza dla mnie zaleta.
Wszystko to zanurzone było nie tylko w mroku fizycznym i emocjonalnym gęstym jak wata, ale również w atmosferze rosyjskości, na którą składała się mentalność Rosjanina ukazana w szerokim przekroju społecznym od skrajnej lewicy po skrajną prawicę, rosyjskie i radzieckie konteksty historyczne, miłość do książek i literatury oraz do wiedzy w ogóle, specyfika rozumowania przysłowiowego Wanieczki i styl wypowiedzi w dialogach.
Na wskroś rosyjska!
Ale, ale! To zupełnie nie będzie przeszkadzało odbiorcy niezorientowanemu w tej specyfice. Autor zadbał również, a może przede wszystkim, o młodego czytelnika współczesnego świata. Tak, świata. Nieważne z jakiego kraju będzie pochodził, bo autor, czyniąc bohaterem powieści nastolatka wychowanego w metrze, którego wiedza ograniczała się tylko do teraźniejszości życia na jednej stacji, stawia na równi z nim potencjalnego czytelnika i proponuje wspólną podróż w przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Proponuje zdobywanie wiedzy o świecie, ludzkości, człowieku i samym sobie, bez względu na światopogląd, pochodzenie, narodowość i inne podziały, jakie tam sobie jeszcze wymyślono. Ponadczasową opowieść fascynującą przygodami, wyjątkowością w formie, wielowątkowością w snutej fabule (jedyny nieobecny to romantyczny, którego brakowało mi), wielowarstwowością w przesłaniach, przemawiającą plastycznym, obrazowym językiem, chwytającą żelazną ręką strachu za gardło, a przede wszystkim boleśnie penetrującą umysł czytającego.
Oooooooooo, tak! Takiej rozkoszy czytelniczej było mi potrzeba! Chcę więcej!
I będę miała! Przede mną kontynuacja powieści, na której widok przymykam oczy w przypływie emocji oczekiwania na niemalże perwersyjną przyjemność. No dobrze, przyznam się – bez tego „niemalże”.

 

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Uniwersum Metro 2033: Metro 2033 [Dmitry Glukhovsky]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi: