Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Wada wymowy – Agata Porczyńska

21 marca 2019

Wada wymowy – Agata Porczyńska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2013 , 287 stron
Literatura polska

Różni bohaterowie i sytuacje, ale zawsze ona i on… – przeczytałam między innymi na tylnej okładce tekstu Dariusza Nowackiego, zachęcającego do sięgnięcia po ten debiut. Trochę mnie to zniechęciło, bo ileż można pisać o relacjach damsko-męskich? Na dodatek wybranie tak banalnego, powszechnego i wyeksploatowanego tematu jest ryzykiem, który może swoją nośność zamienić w pułapkę, klatkę lub kamień u szyi, który pociągnie w bezdenną głębię literackiego niebytu. Na dodatek w 29 odsłonach! Czytaj – klęskach!
Ale, ale!
Dalsza część promującego tekstu zaciekawiła mnie i zaintrygowała, bo przeczytałam, że Porczyńska posiada słuch językowy oraz nieprzeciętną biegłość stylistyczną, a do tego nie powtarza się, nie zastyga w schematach. I to już mnie mocno zastanowiło, bo jak można pisać nieschematycznie i niepowtarzalnie 29 razy o tym samym? Ciekawość sięgnęła zenitu, a siła przymusu po tę książkę po kolejnym zdaniu – Takim potencjałem, nawet jego cząstką, nie dysponują dziś młodzi autorzy stawiający pierwsze kroki na scenie literackiej. Musiałam przekonać się o tym osobiście i jak na sceptyka przystało, przygotowałam sobie nawet kartkę i długopis, żeby wynotowywać krótkie myśli o poszczególnych opowiadaniach, będąc przekonaną, że tylko i wyłącznie na ich podstawie będę w stanie je potem od siebie odróżnić.
Spasowałam już po drugim opowiadaniu!
Byłam już całkowicie przekonana, że przede mną kilkadziesiąt niepowtarzalnych historii. Wariacji na temat wszystkiego, co może się wydarzyć między kobietą i mężczyzną (ale między rodzicami i dziećmi również) pokazanych z punktu widzenia głównego bohatera lub bohaterki. Kobiety, mężczyzny, ducha, dziewczynki, wdowy, męża, kochanki, prostytutki, nastolatki, matki i uwaga!, uwaga! – penisa (sic!). I jak pomylić takiego bohatera z innymi?! Już taka plejada postaci i organów (he, he) czyniła treść ciekawą, mającą z kolei wpływ na styl i język wypowiedzi narratora od języka staropolskiego do współczesnego, autentycznego, pełnego wulgaryzmów, kolokwializmów i makaronizmów. Od zdań długich, kwiecistych, wykwintnych, wielokrotnie złożonych do krótkich, hasłowych, czasami zredukowanych do onomatopei lub emotikonek w rozmowie internetowej. Zmianom tym podlegała również forma literacka, bo opowiadanie nie było jej jedyną postacią. Podczytywałam e-mail, przysłuchiwałam się monologom, oglądałam występ wróżki telewizyjnej i program konkursowy, podglądałam rozmowę na czacie, śledziłam dialog kochanków, wsłuchiwałam się w zwierzenia i myśli. Miałam przed sobą dowód na prawdziwość słów, że miłość niejedno ma imię, wielu bohaterów i jeszcze więcej twarzy od tej idealnej po tę szpetną. Pierwsza była obecna w marzeniach bohaterów, a druga w ich życiu. Podana przez autorkę wzbudzała we mnie zachwyt turpistki i obrzydzenie estetki moralnej na widok miłości sprzedajnej, zredukowanej do kopulacji, zakazanej czy patologicznej.
To jeszcze nie wszystko!
Najlepsze zostawiłam na koniec – błyskotliwy, piekielnie inteligentny język narracji. Autorka czyni z nim cuda na kiju, a na tym kiju cały cyrk! To obszar, w którym jest pewną siebie i zdystansowaną konferansjerką (patrz okładka!), śmiesznym klaunem humorystycznej interpretacji, odważną ekwilibrystką słów, elastyczną gimnastyczką na drążku gramatyki, dżokejką ujeżdżającą nieokiełznane wyrazy, magikiem zmieniającym pierwotne pojęcia w zupełnie nowe i wyczarowującym neologizmy, jak króliki z kapelusza oraz gościnnie występującym człowiekiem z innej epoki literackiej, by na końcu zamienić całość w pegaza i unieść mnie na wyżyny żonglerki słownej. Czytałam tekst i czułam to, co mój kolega mówił o swoim odbiorze muzyki jazzowej. Cudowna niemożność określenia, w jakim kierunku się potoczy w wolności interpretacyjnej. Puenta nieraz zmuszała mnie do powtórek, by odczytać przesłanie malowanej miniaturki obrazkowej na nowo lub dla zwykłej przyjemności rapowania. Tak! Dokładnie rapowania! Od początku towarzyszyły mi tu i ówdzie pojedyncze zrymowania, delikatna nuta muzycznej fali słów. Przypadek – myślałam – dopóki nie dotarłam do kawałka, bo w hip-hopie tak się nazywa teksty, Dolce banana, a potem Serce i szczała. To dzięki fenomenalnemu słuchowi językowemu i narzędziom intelektualnym takim, jak błyskawiczność kojarzenia, wybitna pamięć słuchowa, adekwatność wybiórczego wyłuskiwania z całości materiału postrzeganego, wysoka zdolność akomodacji i przekształceń słów, analizy i ponownej ich syntezy, potrafiła ze strefy komunikacji międzyludzkiej wyłapać lapsusy językowe, komiczność dialogów, piękno żargonu i absurdalność niedopowiedzeń słów wypowiedzianych, oprawić w ramkę odpowiedniej formuły przekazu, wcielając się w pasującego do historii bohatera pochodzącego z różnych środowisk społecznych, by ukazać grozę życia współczesnego człowieka, o którym Wisława Szymborska mówi – Żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami. Autorka zawęża to życie do miłości i dodaje od siebie jeszcze wadę wymowy, zniekształcającą ostatecznie intencję przekazu i uniemożliwiającą porozumienie. Miłość, ta idealna i wymarzona, staje się ostatecznie przedmiotem tęsknoty prostytutki opowiadającej o niej w trakcie wykonywania usługi, o czym przypomina od czasu do czasu wrzucone, jak przecinek, „ała”.
Ała, chciałoby się powiedzieć, po przeczytaniu całości.
29 razy AŁA!

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2013 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.
 

Wada wymowy [Agata Porczyńska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

DuchLess – Siergiej Minajew

DuchLess: opowieść o nieprawdziwym człowieku – Siergiej Minajew
Przełożył Paweł Podmiotko
Wydawnictwo Claroscuro , 2012 , 340 stron
Seria Ścieżki Życia
Literatura rosyjska

Status materialny i pozycja społeczna głównego bohatera tej powieści, to marzenie wielu młodych ludzi. Mieć dwadzieścia dziewięć lat, jak on, obejmować wysokie stanowisko, wpisując się w top management w firmie oferującej oprócz rozwoju zawodowego i możliwość awansu po szczeblach kariery, również bogaty pakiet socjalny – własny gabinet z sekretarką, służbowy samochód, diety na delegację, a przede wszystkim bardzo wysokie wynagrodzenie z jeszcze wyższymi premiami. To działa pobudzająco na wyobraźnię przeciętnego człowieka – jak wygodnie można żyć, z jakim poczuciem bezpieczeństwa patrzeć w przyszłość, ile planów i marzeń zrealizować!
Sytuacja przypomina trochę często słyszane przeze mnie zwierzenia – gdybym wygrał w totolotka, to… A taka praca jest trochę, jak wygrana w loterii życia. Niestety, dostępna tylko dla nielicznych.
Głównemu bohaterowi poszczęściło się. Stał się wybrańcem. Jednym z członków korporacji. Mógł nareszcie zacząć żyć i działać. Po czterech latach pracy w biurze na stanowisku dyrektora handlowego moskiewskiej filii francuskiej firmy okazało się, że wszedł w rzeczywistość, która rządzi się zupełnie innymi prawami, niż mu się wydawało, a funkcjonujący w nim ludzie, to mumie. Bezduszne trybiki dobrze naoliwionego nienawiścią korporacyjnego systemu niewolnictwa, codziennie przynoszących swoim panom daninę w postaci własnego zdrowia, uczuć i emocji. A i te ostatnie, jeżeli się jakieś w ogóle uchowały, nie nadają się do ujawniania, bo zobaczylibyście wyłącznie skrywane z zawiści i nudy mordy. Ludzkie cienie z przeraźliwą wewnętrzną pustką, opakowane w firmową odzież, która ma za zadanie określić ich tożsamość i człowieczeństwo. Kotwiczyć w rzeczywistości, którą rządzą 4D – dziewczyny, dolary, dilerzy i… depresja.
Trzy pierwsze się stosuje i używa. O ostatniej się nie mówi.
Ale mówi o niej główny bohater, który przytłoczony i rozczarowany dotychczasowym życiem, demaskuje je, ukazując jego prawdziwą twarz. Tę ukrytą przed osobami postronnymi. W dyktaturze korporacji przypominającej sowieckie ministerstwo z powszechnym rozrostem biurokracji, tępoty, drobnego złodziejstwa, sabotażu, sowchozowego myślenia i dezorganizacji pracy. Wśród współpracowników ogarniętych bezinteresowną zawiścią. Wśród zdesperowanych lanserów, których potrzebę zaistnienia lub potwierdzenia jakiegokolwiek istnienia, trafnie określił cytowany przez autora (każdy rozdział jest poprzedzony tekstem-mottem innego twórcy), Aleksander Wasiljew – Zauważyłem też, że wiele osób tak bardzo ugrzęzło w życiu towarzyskim miasta, że gotowe są pójść na każde otwarcie, nawet na otwarcie lodówki. W mieście opanowanym przez świnio-karaluchy, zamieniającym je w wioskę z Wyżyny Środkowoeuropejskiej w roli wielkiej firmy, w której zablokowano dostęp do stron pornograficznych, ale wszyscy brandzlują się w przerwie obiadowej, bo dogadali się z administratorem systemu. W kraju z nowym modelem mieszkania: amerykańska koszarowa demokracja plus tradycyjny europejski pociąg do lewizny, pomnożony przez rosyjski rozpiździel.
Jak widać, opowieść głównego bohatera z pozycji cynika bezlitośnie zdzierającego sztuczną, podkolorowana fasadę własnego życia, ludzi jemu podobnych i środowiska, w którym funkcjonują zawodowo i prywatnie w nowej Rosji, nie ogranicza tylko do siebie. Dostaje się sarkazmem i szyderstwem po oczach wszystkim i wszystkiemu – od pasażera w pociągu poprzez Internet składający się z pornografii, bluzgów, niepoprawnych politycznie mieszkańców i braku jakiejkolwiek cenzury. Świata stworzonego dla próżnowania, włóczenia się i zaspokajania zboczonych fantazji, na prezydencie Rosji skończywszy.
Trafność spostrzeżeń, drobiazgowość analizy, zjadliwość komentarzy, bolesność ujawnianej prawdy, jad ironii, smutek bezduszności młodego pokolenia, ostry dźwięk roztrzaskujących się marzeń, szatański śmiech przez łzy i narkotykową malignę, sadyzm cynizmu, masochizm autokrytyki, piekielnie inteligentny na gorzko podawany humor i ostatecznie prawdziwy obraz nowej , demokratycznej Rosji – poraża. To dlatego tak podana prawda, a właściwie problem kraju i jego narodu, który, w atmosferze świętoszkowatości i obłudy, jest starannie omijany, spychany w sferę tabu i wykreślany czyimś markerem we wszystkich mass mediach, wywołał w Rosji falę krytyki i kontrowersji, stając się najgłośniejszym fenomenem wydawniczym ostatnich lat. Głosem młodego pokolenia rozliczającym rządzących, ale i zwykłych ludzi, z porzuconych ideałów, planów i marzeń zjedzonych przez robaka chciwości pieniądza i władzy.
Dla mnie, nie-Rosjanki, jej wyjątkowość przejawia się również w uniwersalizmie. Można ją przyłożyć do rzeczywistości każdego państwa postkomunistycznego i zadać sobie pytanie za bohaterem – Czy o tym marzyłem, oglądając na wideo pierwsze amerykańskie hity? O wyjeździe z kraju, by móc normalnie żyć?
Normalnie!
Ale we własnym kraju. Tylko tego pragnie główny bohater. I obrazowo tłumaczy, co rozumie pod tym pojęciem. A to znaczy, że jego zwierzenia, to nie krytykanctwo bezdusznego niewolnika całkowicie pogrążonego w lenistwie wygody. To znaczy, że kołaczą się w nim jeszcze resztki czującej duszy na tyle duże, żeby powalczyć o przyszłość, chociażby poprzez tę opowieść o nieprawdziwym człowieku, jak głosi podtytuł. Nieprzyjemną i bolesną, niczym cuchnące wymioty trujących doświadczeń, ale konieczną do oczyszczenia zatrutego organizmu, podaną autentycznym językiem narracji pełnym wulgaryzmów i makaronizmów zaczerpniętych z języka angielskiego, symbolicznie uwidocznionych również w tytule.
Bohater chciałby wierzyć, że może być lepiej. Żeby nie trzeba było dawać pieniędzy żebrakom, żeby były dobre drogi, żeby celnicy po przylocie z Mediolanu nie wybebeszali walizek, żeby urzędnik nie kojarzył się ze złodziejem…
Kiedy patrzę na moją Polskę i na moją zaprzyjaźnioną młodzież, również mam takie marzenia i nadzieję. Tę ostatnią mam właśnie tylko dzięki niej.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Andaluzyjski przyjaciel – Alexander Söderberg

Andaluzyjski przyjaciel – Alexander Söderberg
Przełożył Maciej Muszalski
Wydawnictwo Czarna Owca , 2012 , 509 stron
Seria Czarna Seria ; Trylogia o Sophii Brinkmann i Hektorze Guzmanie , tom 1
Literatura szwedzka

Sophii była wdową wychowującą syna i kobietą chowającą się w samotności. W enklawę spokoju gwarantującego izolację od świata uczuć. Wydawało się jej, że ten stan trwa już wieki i na wieki pozostanie. Ale nie dla jej serca, rządzącego się swoimi, niezależnymi od rozumu prawami, które uznało, że to wystarczająco długo, by zatęsknić za czymś spontanicznym i nieprzemyślanym. Wydawało się jej, że umówienie się na spotkanie z byłym pacjentem szpitala, w którym pracowała jako pielęgniarką, będzie zwykłą randką.
I było.
Tyle że Hector, którego zaproszenie przyjęła, nie był przeciętnym człowiekiem i nie był zwykłym mężczyzną. Należał do elity świata przestępczego. Był dobrym człowiekiem według jego przyjaciół i bardzo niebezpiecznym, bezwzględnym, wyrachowanym przestępcą według szwedzkiej policji, która, wykorzystując nawiązującą się znajomość pary, zaproponowała kobiecie współpracę. Agentka Gunilla pozostawiła jej wybór, apelując do jej moralnego serca – postąp właściwie i ignorując potrzebę serca namiętnego.
Sophii, zwykła kobieta z systemem wartości charakterystycznym dla pielęgniarki, mającym ogromne znaczenie dla jej dalszego postępowania i podejmowanych działań, stanęła na skrzyżowaniu interesów międzynarodowych grup przestępczych i szwedzkiej policji. Wbrew swej woli znalazła się na linii strzału frontu wojny o wpływy, w której stawką była władza, pieniądze i życie.
Bezbronna.
Ale to właśnie ona była jedynym, stałym punktem odniesienia w powoli rozwijającej się akcji. Wielowątkowej, ale linearnej w czasie. Ogromny wpływ na tak poprowadzoną fabułę miała profesja scenarzysty autora. Losy bohaterów poznawałam w miarę upływu czasu, będąc tak samo zaskakiwaną rozwojem wydarzeń, jak oni sami. Nigdy nie wiedziałam, z której strony nadlecą kule, kto pierwszy uderzy w twarz na odlew (płeć kobieca nie chroniła przed agresją), pod czyją nogą rozpadną się drzwi w na pozór spokojnym miejscu i kiedy dowiem się o zdradzie. Wspólność przeżywanych emocji w jednym czasie i miejscu wiązała mnie podwójnie z poszczególnymi bohaterami, pozwalając na budowanie ich obrazu fizycznego i profilu psychologicznego.
To było bardzo niebezpieczne.
Nic tak nie zbliża i nie wiąże, jak wspólne przeżycia i zrozumienie motywów postępowania, którymi można później wytłumaczyć najokrutniejsze przestępstwo. Sophii była jedynym jasnym punktem moralnym ukazującym mroczność duszy i pokrętność wypaczonej logiki innych. Przynajmniej tak wydawało mi się na początku powieści, ale na początku wiele mi się wydawało. Niejednoznaczność charakterów postaci to pułapka, w którą wpadałam bardzo często. Linearność mi w tym nie pomagała, raczej przypominała naprzemiennie przeplatany sekwencjami kadrowymi film z wartką akcją, po której następowało wyciszenie, ale pełne napięcia. Ono nie znikało nigdy. Przenosiło się z dynamiki akcji na dynamikę szarpiących bohaterami emocji i myśli. To warstwa psychologiczna była najważniejsza w tym thrillerze, pozostawiając warstwę sensacyjną w roli koniecznej bazy do opowieści o ułomności ludzkiej natury. Niezbędnego tła do ukazania nieprzewidywalności człowieczej psychiki w walce ze słabościami w rozpaczliwym odnajdywaniu się w ekstremalnej rzeczywistości. Autor, w odróżnieniu od scenariusza, wykorzystał możliwości, jakie stwarza powieść i rozbudował brawurowo warstwę psychologiczną, analizując szczegółowo stany wewnętrzne (uzewnętrzniane w zachowaniu i myślach) kreowanych bohaterów. Dzięki temu postępowanie Hectora z czasem zaczęłam uważać za uczciwe (sic!), a Gunilli, przedstawicielki prawa, za podłe. A między tymi hybrydowymi skrajnościami autor jeszcze umieścił bardzo ciekawe w swojej różnorodności spektrum policjantów, przestępców i zwykłych ludzi wplątanych w wydarzenia, wymykających się jednoznacznemu zaszufladkowaniu. Na dodatek wszystkich umieścił w mechanizmach wpływów, zmiennych priorytetach otoczenia, zależnościach międzyludzkich i nieobliczalnych, chwiejnych emocjach indywidualnych, dyktujących ostateczny wybór moralny.
Nieprzewidywalny.
Do końca nie byłam pewna niczego i nikogo, tak jak zmienna jest psychika ludzka.
Autor decydując się na debiut prozatorski, który jest pierwszą częścią trylogii o Sophii Brinkman i Hektorze Guzmanie, pokazał, że nie tylko potrafi szkicować i syntetyzować, ale również szczegółowo analizować stany człowieka, których w scenariuszu filmowym nie można pokazać, a jedynie zasugerować. Skrupulatnie, z premedytacją i do granic możliwości wykorzystał tę szansę, jaką dała mu powieść. Być może dlatego zwolennicy klasycznej sensacji mogą być zawiedzeni, a amatorzy thrillerów psychologicznych zachwyceni.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

Andaluzyjski przyjaciel [Alexander Soderberg]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Meksyk Noir – pod redakcją Paco Ignacio Taibo II

Meksyk Noir – pod redakcją Paco Ignacio Taibo II
Przełożył Tomasz Pindel
Wydawnictwo Claroscuro , 2012 , 183 strony
Seria Strefa Cienia ; Podseria Noir
Literatura meksykańska

Rozmowa toczyła się następująco:
Mężczyzna pierwszy: – Pchnął tę swoją żonę czterdzieści dwa razy. Czterdzieści dwa, czaisz?
Mężczyzna drugi: – No, pomyśl, ale jej musiał mieć dość…

Powyższy urywek dialogu przypadkowych przechodniów komentujących nagłówki gazet na kioskowej wystawie, przytoczony przez żonę autora wstępu, a zarazem redaktora zbioru dwunastu opowiadań, zabrzmiał dla mnie, w pierwszym momencie, jak dobry żart. Tyle że, jak się później okazało, napisany przez życie. Życie w największym mieście świata i stolicy Meksyku o tej samej nazwie, w którym rozmowy podobne do powyższej są przerażającą, jeśli nie makabryczną, normą. Ale zanim zanurzyłam się w półmrok dzielnic, zajrzałam do domów elit społecznych i bezdomów (brak domu – mój neologizm) ludzi mieszkających na ulicy, weszłam w uliczki prowadzące w głąb miejskiej dżungli lub donikąd, po których oprowadzali mnie meksykańscy pisarze, między innymi twórcy literatury neokryminalnej, wymienieni na okładkowym skrzydełku,

 

przeczytałam fascynujący (ze względu na sposób przekazu), a zarazem przerażający (ze względu na treść) wstęp redaktora zbioru, wprowadzający mnie w czarne cienie miasta oszalałego od zanieczyszczeń, deszczy, ruchu, oraz kryzysu gospodarczego, który chłoszcze je od dwudziestu pięciu lat. Posiadającego największą kolekcję dowcipów na temat śmierci (…) oraz najbardziej skorumpowaną policję na świecie, która upajając się chorym poczuciem władzy bez skrupułów gwałci, nadużywa, kradnie, napada i morduje. Pełniącego rolę przystanku przed Stanami Zjednoczonymi z milionami ton marihuany, z setkami kilogramów kokainy. W którym króluje bezdomność, przemoc podyktowana głodem i tysiące dziesięcio-, ośmio-, pięcioletnich dzieci ze szklistymi oczami, jąkające się, brudne, ludzkie wraki nazywane chemos, tak jak klej do wąchania.

Po takim preludium sięgającym najgłębszej, najmroczniejszej warstwy meksykańskiego życia, spisie treści o wymownych i mocno sugestywnych tytułach rozdziałów Ponad prawem, Przed egzekucją i Miasto dusiciel oraz przyjrzeniu się tradycyjnej (była również w zbiorze Moskwa Noir) kryminalnej mapce miasta umieszczonej na początku książki,

 

bałam się zrobić pierwszy krok i zajrzeć do opowiadania rozpoczynającego moją podróż. Bałam się wyobraźni pisarzy (literackich zawodowców przetrwania, jak nazwał ich redaktor zbioru), bazującej na takim patologicznym materiale, żywej, ale chorej tkance relacji międzyludzkich, mającej swoje określone miejsce w rzeczywistości. Dziejącej się naprawdę. Co innego czytać opracowanie ogólne, opisujące zjawiska społeczne całościowo i syntetycznie, jak zrobił to redaktor zbioru, a co innego wstrzymać oddech, zanurzyć się w miejski syf (to określenie jednego z bohaterów) i przyjrzeć mu się z bliska, spojrzeć na niego od środka oczami konkretnego, czującego człowieka, głównych bohaterów poszczególnych opowiadań. Bezdomnego z premedytacją obarczonego przez policję morderstwem, policjanta popełniającego przestępstwa w imię zmniejszenia już istniejących, szefowej kartelu narkotykowego należącej do elity społecznej, człowieka umierającego od ran postrzałowych, męża mordującego żonę, świadków przemocy sąsiedzkiej, mężczyzny okazującego miłość do kobiety gwałtem, księdza uważającego Boga za fanatyka i wielu, wielu innych głównych postaci historii, jak i tych umieszczonych w tle akcji, drugoplanowych, ale równie ważnych. Dziękowałam autorom za jedno – za to, że żaden z nich nie poruszył tematyki dziecka w tym gęstym, cuchnącym, gnilnym szlamie wypaczonych wartości i norm moralnych, podbarwionych czernią śmierci i czerwienią krwi.
Wymiar społeczny tych opowiadań, ukazany z wielu różnych perspektyw i różnorodnych punktów widzenia, to nie jedyny atut tej publikacji. Drugim jest język narracji (z naciskiem na autentyczny) i sposób narracji od wewnętrznej po zewnętrzną, często przenikający się wzajemnie i zmieniający się nie tylko w jednej historii, ale i w monologu indywidualnego bohatera. To właśnie narracja idealnie dobrana do tematyki fabuły i jej postaci, tworzyła nie tylko sugestywny obraz opisywanego zjawiska, ale przede wszystkim jego gęstą, duszną od negatywnych emocji atmosferę.
A może odwrotnie?
Może to doświadczany przez autorów na co dzień nastrój miasta wymuszał dobór najadekwatniejszej narracji dla bohatera umierającego, kobiety w świecie przemocy, zagubionego w rzeczywistości, kochającego odmiennie, błądzącego wierzącego, pochwyconego w pułapkę sieci zależności? Jakkolwiek by nie było, eksperyment autorów udał się, wywołując we mnie nastrój lęku, zagrożenia, beznadziei, niemocy, autyzmu społecznego (bardzo ciekawe spostrzeżenie socjologiczne) i groteski sytuacji.
Czarnej groteski, z czarnym humorem.
Ten ostatni, to według redaktora zbioru, literacki sposób na powstrzymanie przemocy i odpowiedź na zapotrzebowanie na literaturę społeczną, promowany przez ludzi, którzy kochają swoje miasto mimo wszystko i wbrew wszystkiemu, a posiadając umiejętność operowania słowem, piszą o tym. Bo mówienie i prowokowanie do dyskusji pozwala na oswajanie demonów, na nabranie dystansu, na wyrwanie się z dna piekła i jego mroku, na jaśniejszą stronę miasta. Tego pokazywanego w folderach turystycznych podkreślających, że jest w nim więcej kin studyjnych niż w Paryżu (…) i więcej uniwersytetów niż w Nowym Jorku.
To też jest ten sam Meksyk.
I książka, która uzupełnia folder turystyczny. Bolesna w odbiorze, ale konieczna, by zrozumieć jedność zachwytu i przerażenia miejscem, w którym czarny humor, absurd i groteska jest smutną rzeczywistością. W tym kontekście przytoczona na początku rozmowa jawi się niczym napis nad bramą do ziemskiego Hadesu.
Autorzy zapraszają do zwiedzania miasta.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Bluszcz prowincjonalny – Renata Kosin

Bluszcz prowincjonalny – Renata Kosin
Wydawnictwo Replika , 2012 , 403 stron
Literatura polska

Kilka lat temu zdarzyło mi się czytać opowieść dla samego jej dziania się, w której nie tyle było ważne, dokąd zmierza fabuła, ale jak ona jest snuta. Ale o ile w przypadku Lodu Jacka Dukaja, bo do niego nawiązuję, chodziło o samo piękno bajania równie piękną polszczyzną, to w przypadku tej powieści, również o skutek końcowy i najważniejszy – terapia słowem.
I dla głównej bohaterki i w efekcie dla mnie.
Zacznę od Anki, bo ona jest najważniejsza z mojego, czytelniczego punktu widzenia. Poznałam ją w traumatycznym momencie jej życia. Nie napiszę w jakim dokładnie, bo jego rodzaj jest nieistotny, a ostatecznie nawet zupełnie inny niż mi się wydawało na początku. Najważniejsze, że Anka z dwojgiem dzieci wywędrowała z miasta do rodzinnego domu, na prowincję, do Bujan na Podlasiu. W ukochane strony, z których pochodziła, gdzie się urodziła i spędziła szczęśliwe dzieciństwo oraz czas dorastania. W miejsce, które miało jej pomóc uporać się z problemem, zapobiec depresji, pozwolić spojrzeć na świat oczami pełnymi nadziei i zacząć żyć od nowa. O własnych siłach. To za jej sprawą powoli zaczęłam poznawać jej życie rodzinne. To obecne pełne niedomówień i to przeszłe kryjące kilka nieujawnionych tajemnic. Przyjaźnie sprzed lat i pierwszą, nieśmiałą sympatię. Mieszkańców Bujan, ich problemy, troski, losy splątane przez czas i brutalnie rozdzielone przez smutne wydarzenia, ale i radości, motywujące sukcesy czy planowane lub spełnione marzenia.
Ten zwykły, normalny świat Bujan, w którym wszystko ma swoje miejsce i znaczenie, przyczynę i skutek, odpowiednik cichego centrum cyklonu i wirującej rzeczywistości na zewnątrz, mnie pochłonął. Uciekałam do niego każdego dnia, na krótki, wieczorny czas, żeby wystarczyło na dłużej tego bajania o życiu innych. Tak innym, bo cudzym, ale i tak swojskim, bo relatywnym w emocjach do mojego i tak bardzo podobnym w atmosferze do świata mojego dzieciństwa spędzanego u dziadków na wsi w czas wakacji. Rozumiałam Ankę, dlaczego właśnie z tej bazy rodzinnego dziedzictwa czerpała pozytywną energię do poukładania sobie rzeczywistości od nowa. Zatracenie się w tym świecie przynosiło Ance nowy pryzmat spojrzenia na przyszłość, a mnie wskazywało punkt odniesienia do funkcjonowania w mojej ostrej rzeczywistości. Pomagała nam w tym jej matka. Kobieta potrafiąca mądrze kochać swoje córki. I te małe i te dorosłe, kiedy wydawało się, że już nie potrzebują matczynego wsparcia. Pomagała również jej siostra, przyjaciółki i każdy mieszkaniec Bujan, nawet jeśli ranił. To też miało swój ukryty sens. Ale dopiero z perspektywy końca opowieści. Jego zakończenia, które wyjaśniło wszystko, skrupulatnie pozamykało bardzo liczne wątki, nawet te wydające mi się początkowo niejasne, błędne lub nie tak skonstruowane. Może dlatego moje myśli, uwagi i nastawienia zmieniały się nieustannie w trakcie opowieści. Przypominały dyskusje z życiem, na które czasami się gniewam, z którym się chwilami nie zgadzam i zawzięcie dyskutuję. A i tak na końcu okazuje się, że wszystko miało sens, tylko ja nie byłam w stanie go zauważyć w tej zmienności losu. Podobnie przebiegały moje relacje z narratorem, by ostatecznie przyznać mu rację, że właśnie tak miało być, by efekt końcowy przyniósł swój zamierzony skutek. By Anka stanęła o własnych siłach i na własnych nogach bez podpierania się życzliwością innych osób, przestając przypominać tytułowy bluszcz i bym ja otrzymała duży zastrzyk optymizmu.
Ta opowieść przypomina mi prostolinijną kobietę, ale niezwykle mądrą, której słucha się z ogromną uwagą i szacunkiem dla lat doświadczeń i u której szuka się wsparcia, gdy życie zaboli. Na pozór prosta opowieść tak, jak tylko potrafi być życie niczym niewyróżniających się ludzi, gdzieś w przeciętnej miejscowości, jakich wiele w Polsce.
W czym więc tkwi jej tajemnica przyciągania?
W uroku warstwy pulsującej pod powierzchnią zdań niosących ciepło, nastrój oraz nostalgię i odnoszących się do moich pozytywnych wspomnień z dzieciństwa. Warstwy, która nie jest pisana rozumem, ale sercem. To dlatego odtwórcze kopie obrazów z pamięci i wyobraźni, tak lekko spływające z pióra ( a może z dłoni na klawiaturę i monitor?), tutaj ożyły. Nabrały barw otaczającej przyrody, zapachów podlaskiej kuchni, ludzkich emocji i dynamiki wydarzeń. Zaczęły dziać się i przepływać przeze mnie, zabierając brudy i toksyczne odpadki, a pozostawiając uczucie spokoju, normalności i wygładzonych ze zmarszczek realiów.
Czym musi dysponować autor, żeby w czytelniku wzbudzić taki rezonans emocjonalny?
Dobry warsztat literacki – owszem, to też i autorka go posiada. Ale posiada również ten czynnik X, indywidualny i nie do podrobienia, a tym samym nauczenia się go. Tajemniczy, nierozszyfrowany i trudny do zdefiniowania, o którym pisał Mario Vargas Llosa w Listach do młodego pisarza. W przypadku tej autorki jest nim miłość do Podlasia, dyktująca słowa i zdania płynące prosto z serca.
I jeśli nawet zapomnę fabułę tej opowieści, to na pewno nie zapomnę emocji, jakie mi przekazała na ten moment i tę chwilę. Takie też są mi potrzebne, by zgromadzić w sobie zapas ciepła do następnego bajania.
Kto wie, może znowu za kilka lat?
I jeszcze jedno.
Na tylnej okładce przeczytałam to zdanie:

 

Jeśli trafi ona w ręce osoby nielubiącej gotować tak, jak ja, to główną uwagę należy skupić na wyrażeniu „nie tylko”. Wtedy reszta zdania jest tłem. Ale jeśli trafi w ręce pasjonatki gotowania, to na końcu książki znajdzie przepisy na tradycyjne, podlaskie potrawy.

Bluszcz prowincjonalny [Renata Kosin]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Podpalacz – Wojciech Chmielarz

Podpalacz – Wojciech Chmielarz
Wydawnictwo Czarne , 2012 , 357 stron
Seria Ze Strachem ; Cykl z Jakubem Mortką , tom 1
Literatura polska

Z niedowierzaniem i obawą sięgnęłam po tę powieść kryminalną.
Z niedowierzaniem, bo umieszczenie jej w plejadzie autorów skandynawskich wiodących ostatnio prym w tym gatunku literackim, było dla mnie aktem odwagi albo szaleństwa, albo ryzyka, albo pewności, że debiutujący autor jest tego godzien. Z obawą, że pokładana ufność w intuicję selekcjonera tytułów wartych umieszczenia w serii Ze Strachem, o której mam bardzo dobre zdanie, za sprawą tej jednej pozycji może nie legnie w gruzach, ale zostanie mocno nadszarpnięta. Co ostatecznie zostało z tego mojego uprzedzenia? To ono legło w gruzach.
Początek historii zapowiadał całkowite poddanie się konwencji budowania powieści kryminalnej. Po pierwsze umieszczenie intro ze scenką wprowadzającą do fabuły, wokół skutków której toczyło się późniejsze śledztwo. W jednej z dzielnic Warszawy tytułowy podpalacz wywołuje pożary w domach jednorodzinnych. To jego oczami oglądałam pierwsze podpalenie. Jego umysłem podziwiałam ognisty spektakl i jego emocjom sięgającym erotycznej ekstazy, poznawałam motywy jego czynów. Po drugie, takie ukazanie sprawcy, już na samym początku, dało mi powód do podejrzeń, że naprzemienna narracja o kolejnych posunięciach podpalacza z poczynaniami śledczych, będzie stałym elementem powieści, często stosowanym przez autorów zagranicznych (chociaż nie tylko), próbujących przełamać jej monotonię i przyśpieszyć tempo akcji. Czyżby autor chciał za pomocą sprawdzonych schematów uciec od specyfiki kryminału polskiego? – pomyślałam.
I tu się pomyliłam! Podwójnie!
Autor nie powielił sprawdzonego, a przez to bezpiecznego schematu struktury powieści kryminalnej. Wykorzystał tylko w niewielkim stopniu jego charakterystyczne, powszechnie stosowane elementy do zbudowania własnego sposobu opowieści, nadając jej ciekawą formę i styl narracji, dzięki którym zachował i tempo akcji, i wielowątkowość, i zawiłą intrygę , i różnorodność postaci ostatecznie ani dobrych, ani złych, a przede wszystkim bardzo wnikliwy współczesny obraz realiów polskiej kryminalistyki. Naszej rodzimej.
Wiodącym bohaterem uczynił komisarza wydziału do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw – Jakuba Mortkę. To głównie przez jego niepokorne postępowanie, ale zgodne z zasadą rzetelności oraz poprzez sposób prowadzenia śledztwa i godzenia pracy zawodowej z życiem prywatnym, poznawałam nie tylko specyfikę pracy polskiej policji (biurokracja, demotywująca gradacja zależności, w której potakiwanie przełożonym jest najgorszą z chorób, na które cierpi polska policja , ignorancja ofiary w śledztwie w imię statystyk wykrywalności), nie tylko świat przestępczy uzależniający od swojej oferty studentów, ludzi show biznesu i stróżów prawa, ale przede wszystkim policjanta jako człowieka, który musi radzić sobie (albo i nie) ze skutkami psychicznymi wykonywanego zawodu. To dlatego autor tak dokładnie i wnikliwie ukazał postać komisarza prowadzącego śledztwo seryjnego podpalacza, a jak się później okazało również mordercy, a osobowości jego współpracowników wykorzystał do ukazania różnych sposobów radzenia sobie ze stresem (alkohol, przemoc domowa), mającego ostatecznie wpływ na odmienny styl pracy. A mimo to udało się autorowi uniknąć obrazu policjanta narzekającego. Wręcz przeciwnie. Pokazał ludzi z pasją, często przedkładaną nad życie prywatne, w tym, niestety, rodzinne. Komisarz Mortka rozszedł się z żoną właśnie z tego powodu. Również z tego powodu miał problemy z przełożonymi, bo nie potrafił zamknąć sprawy, gdy intuicja podpowiadała mu drugie dno i podejrzenie istnienia ciągu dalszego, a tym samym bezkarnego winnego na wolności. Był niepokorny w dochodzeniu stosując metody na pograniczu prawa, czasami je łamiąc z premedytacją, postępując wbrew decyzjom przełożonych i gdyby nie negatywne skojarzenia, użyłabym określenia tym razem w bardzo pozytywnym znaczeniu – był jak pies, który po podjęciu tropu nie potrafił go porzucić, dopóki nie dopadł sprawcy. Nie bez powodu jego przełożony mówił o nim jako o najlepszym z policjantów, który gotów był wypruć żyły sobie, żeby tylko rozwiązać sprawę. I za to właśnie go polubiłam. Taki zwykły człowiek, który miał cywilną odwagę postawić się systemowi i podwładnym, przegrywając w tej walce rodzinę.
Ta dokładna analiza środowiska policyjnego i specyfiki jego pracy dziwiłaby mnie u autora jako dziennikarza, gdybym nie przeczytała na tylnej okładce, że jest również redaktorem naczelnym serwisu internetowego niwserwis.pl, zajmującego się tematyką przestępczości zorganizowanej, terroryzmu i bezpieczeństwa międzynarodowego. Biorąc pod uwagę, że w tej pierwszej części cyklu z komisarzem Jakubem Mortką, wykorzystał tylko część swojej wiedzy, to ostatnie dwa, niewykorzystane jeszcze zagadnienia, dają uzasadnioną nadzieję, na bardzo ciekawą akcję w kolejnych tomach, o czym upewniłam się czytając wywiad z autorem. Znajomość tematyki świata przestępczego i walki z nim to największy atut tego pisarza, który potrafi ją wykorzystać i wpleść w fabułę, tworząc własny styl opowieści wielowątkowej (piroman to tylko jeden z wielu), z narracją często stawiającą czasownik na początku zdania (tempo akcji!) i różnorodnością postaci, o których nie można powiedzieć jednoznacznie, że stoją po jasnej lub ciemnej stronie życia.
Włącznie z Jakubem Mortką.
Ten debiut powieściowy to dowód na to, że można napisać dobry, polski kryminał i umieścić go bez kompleksów (a przy Johanie Theorinie można w nie popaść łatwo!) wśród skandynawskich. Ryzyko selekcjonera opłaciło się z korzyścią dla czytelnika.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

Podpalacz [Wojciech Chmielarz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Złodziej miecza – Peter Lerangis

Złodziej miecza – Peter Lerangis
Przełożyła Grażyna Smosna
Wydawnictwo Initium , 2012 , 174 strony
Cykl 39 Wskazówek ; Tom 3
Literatura amerykańska

Po dwóch pierwszych tomach cyklu 39 Wskazówek,

śmiało mogę powiedzieć, że odkryta przez głównych bohaterów przygody, rodzeństwo Amy i Dana, kolejna, trzecia podpowiedź w wyścigu do nagrody głównej w tym tomie, zasugerowała mi, że są nimi pierwiastki chemiczne. Chociaż rzut oka na pergamin z Tablicą Alchemiczną trochę podważa tę moją ryzykowną teorię. W pierwszym wprawdzie było żelazo, a w drugim wolfram, a w trzecim… E, nie, nie zdradzę, jaki trzeci pierwiastek odkryła trzyosobowa (licząc opiekunkę, a według Dana towarzyszkę podróży, Nellie) drużyna Cahillów. Jestem im winna dochowania tajemnicy. Zwłaszcza że przyjęta przez nich zasada – Nie ufaj nikomu – została złamana, a skutki tego można było przewidzieć z góry. A poza tym, nie dlatego narażali swoje zdrowie i życie w bardzo niebezpiecznym starciu z Yakuzą i konkurencyjnymi drużynami, próbującymi wszystkimi możliwymi sposobami wyeliminować konkurentów, bym tutaj „kawę na ławę” i „prosto z mostu” niweczyła ich trud, rozdawała podpowiedzi, wskazówki i sekrety za free i psuła zabawę spoilerami uczestnikom interaktywnej gry kontynuowanej na stronie cyklu.
Zdradzę tylko, że przygoda tym razem w Japonii i Korei Południowej, krajów do których trafili za sprawą ostatniej wskazówki, była wyczerpująca (jak zwykle!) dla bohaterów nie tylko psychicznie (komu zaufać i czy w ogóle komukolwiek?), emocjonalnie ( Ian Kabra na pewno zakochał się w Amy z wzajemnością?) i fizycznie.
A zwłaszcza to ostatnie.
Po podziemiach muzeum i kanałach w Wenecji, paryskich katakumbach i podziemiach Salzburga, nie mogło się obejść bez zejścia w głąb azjatyckiej ziemi, a dokładniej do systemu grot w okolicach Seulu.
Akcja, tempo i jeszcze raz akcja w tej części cyklu były tak zawrotne, że miałam wrażenie rozwiązywania łamigłówek w biegu. A tradycyjnie było ich trochę. Niektóre zilustrowane rysunkami, nad którymi mogłam samodzielnie pomyśleć. Przyznam się, że z różnym skutkiem. Czasami rodzeństwo mnie uprzedzało, a czasami to ja byłam pierwsza. Tak było w przypadku powiązania i poszukania punktu wspólnego między tym napisem:

A tym znakiem:

Ha! Nie było łatwo w przypadku tej jednej, a tego typu zagadek pojawiło się więcej, a wszystkie oczywiście prowadziły do następnej wskazówki.
Kolejny autor trzeciej części dorównał kroku swoim poprzednikom i utrzymał koncepcję cyklu. Jest więc wciągające współzawodnictwo, intryga nieczystej gry, niebezpieczeństwo ryzykownej przygody, ciekawe zagadki, od siebie dodał wątek romantyczny (a którego nie było w poprzednich częściach), a poza tym nauka poprzez zabawę, której się w ogóle nie zauważa. Po tej części przejrzałam w wyszukiwarce wszystko, co było można przeczytać o kolejnym, po Benie Franklinie i Amadeuszu Mozarcie, bohaterze trzeciego tomu. Nie zdradzę jednak, kogo wybrał autor z plejady najważniejszych postaci w historii Japonii. No, może tyle tylko, że postać jest fascynująca! O zgrozo, nie znałam jej, wiec też się przy okazji czegoś nowego dowiedziałam.
I kolejna zagadka, której również nie ujawnię – dokąd wybiorą się drużyny w czwartej części cyklu? Ale uchylę rąbka tajemnicy, którą odkryłam na końcu książki – kto będzie następnym autorem? A właściwie autorką, ponieważ to jej nazwisko widnieje na stronie tytułowej poprzedzającej dwa pierwsze rozdziały zapowiadające nowe przygody rodzeństwa Amy i Dana:

Kontynuacja przygody zapowiada się intrygująco.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Wilczyce – Aneta Borowiec

Wilczyce – Aneta Borowiec
Wydawca Agora S.A. , 2012 , 319 stron
Seria Akademia Opowieści
Literatura polska

Autor, nadając powieści tytuł, nie ponosi odpowiedzialności za skojarzenia, jakie nasuną się czytelnikowi. Zwłaszcza te pierwsze, podczas oglądania fizycznej jej formy, w którym duży udział mają również projektanci graficzni. Te nawiązania mogą być nie tyle różne, co bardzo odległe i daleko odbiegające od intencji twórcy.
Dokładnie to przytrafiło mi się z tą powieścią.
Naczytawszy i naoglądawszy się ostatnio sporo literatury i filmów o młodych, współcześnie mi żyjących kobietach, skojarzyłam ten tytuł jednoznacznie. Biegnąca przed siebie, a może uciekająca, dziewczynka na okładce, utrwaliła to wrażenie. Tytuł więc pasował mi idealnie do czterech przyjaciółek – Natalii, Alicji, Joanny i Katarzyny. Wypisz, wymaluj – młode wilczyce w lesie życia, już nie na jego progu, ale jeszcze daleko, by nie zdążyć się zapuścić w jego gąszcz. Jeszcze niedoświadczone, ale już okaleczone psychicznie, by nauczyć się, jak nie tracąc pozorów spokoju, śmiertelne rany zamieniać w wewnętrzne krwotoki, o których istnieniu inni nie mieli pojęcia. Poszukujące miłości i księcia, na którego widok uginają się pod tobą kolana, bo tylko wtedy wszystko to, co potem, czyli kompromisy, codzienne życie i synchronizowanie kalendarzy, nie jest ciężka pracą, a jedynie aktem woli lub posiadające wprawdzie partnera, ale jeszcze bezdzietne. W bezkompromisowej walce o to marzenie, zapominające o przyjaźni w kobiecej dżungli przeżycia i bycia samicą alfa. Przyglądałam się ich światu z zaciekawieniem nie dlatego, że był inny literacko od dotychczas przeze mnie przyswojonych lub znanych z autopsji, ale dlatego, że podobał mi się sposób i styl przekazu go opisujący. Wpleciony w charaktery bohaterek, skrzył się ironią, celnymi ripostami, trafnymi spostrzeżeniami-syntezami, ciętymi uwagami, nie przekraczając granicy silenia się na banalny humor. Wywołujący gorzki półuśmiech i kiwanie głową z aprobatą adekwatności oddania rzeczywistości poprzez pryzmat nie złośliwości, ale wysmakowanego cynizmu oczytanego sceptyka.
Opowieść otworzyło swoiste, na pozór niewiele mówiące, intro. Migawka z dalekiej, dziecięcej przeszłości głównej bohaterki, Natalii, zapowiadające przyczynę ukształtowania jej dorosłej osobowości i ostatecznie jej życiowych postaw i światopoglądu. Jeszcze wtedy nie przypuszczałam, że wzmianka o jej matce, Marii, będzie tym wątkiem, który niczym niteczka, rozwinięta w czasie teraźniejszym, wyprowadzi mnie ze świata wilczyc do świata… Wilczyc.
Różnica jednej, pierwszej litery, a dokładnie jej wielkości niewidocznej w tytule, uczynił w tym przypadku ogromną różnicę.
Tytuł okazał się być nazwą miejscowości z rodzinnym domem Marii i jej córki Natalii, w której od lat krążyła wśród jej mieszkańców tajemnica rodziny obu kobiet. O jej istnieniu dowiadywałam się wcześniej, poznając zawodowe i prywatne życie Natalii w mieście, za sprawą niedomówień, ukradkowych spojrzeń, nagłych zamilczeń w rozmowach z seniorami rodziny – babcią Wandą i dziadkiem Antonim. To za ich sprawą i skrywanego sekretu z mrocznej przeszłości, społeczno-obyczajowa opowieść o kobietach zamieniła się dla mnie w historię kryminalną o podłożu psychologicznym powoli wyjaśnianą przez Natalię, a dla głównej bohaterki osobistą, emocjonalną podróżą w czasie, w którym odnalazła przyczynę wykrzywionego, a może nawet patologicznego, obrazu własnej rodziny, a zwłaszcza jej matki. Rodziny, która do tej pory funkcjonowała, a właściwie udawała rodzinę, wynosząc wszystkie dowody spraw bolesnych, wstydliwych, podlegających silnemu ostracyzmowi społecznemu, na strych (dosłownie i w przenośni), łudząc się, że miłosierny kurz zapomnienia z czasem złagodzi ból, żal nieodwracalnego i oszczędzi konsekwencji przyszłym pokoleniom. Kobietom tej rodziny, które poznałam jako pierwsze.
Ta opowieść jest przestrogą przed stosowaniem błędnej metody rozwiązywania problemów rodzinnych, ukazującą jeden z prawdopodobnych wariantów jej skutków – obraz rodziny, która oznacza jedynie tyle, że ludzie zadają się ze sobą, bo muszą, i oglądają siebie od czasu do czasu w bieliźnie. To dlatego przygoda literacka zaczyna się od ukazania najmłodszego pokolenia kobiet uciekających przed problemami emocjonalnymi, niepotrafiących poradzić sobie ze zmiennością życia, wymykającemu się wszelkim próbom kontroli i mających trudne relacje lub ich całkowity brak, z matkami. Pośrednio tłumaczy dziedziczenie spuścizny stosowania błędnych metod radzenia sobie z przeszkodami na drodze życia.
Ostatecznie historia rodziny Natalii przekazuje jedno przesłanie – prawda i tylko prawda może być fundamentem budowania nie tylko relacji w rodzinie, ale i w ogóle relacji z innymi ludźmi. Przesłanie, które tak trafnie ujęły i często powtarzały bohaterki powieści w tym zdaniu – nieważne, co się już stało, ważne, co z tym zrobimy.
Piękna myśl, mądrze obudowana w zmienną fabułę, nadającą powieści dwoistości charakteru i nastroju o wilczycach z Wilczyc, które z pokolenia na pokolenie, wbrew przeciwnościom losu, nie poddawały się. Jeśli płakały to nigdy z bezsilności. W DNA miały zapisane, że niemoc to tylko stan przejściowy i trzeba go przetrwać za wszelka cenę. Trwać, być silnym i odważnym bez względu na okoliczności.
Może to moje początkowe skojarzenie, lekko (a może mocno?) naditerpretujące tytuł, jednak nie było tak całkiem moim osobistym wymysłem?

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi: