Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Szukając Noel – Richard Paul Evans

21 marca 2019

Szukając Noel – Richard Paul Evans
Przełożył Bartosz Gostkowski
Wydawnictwo Znak , 2011 , 303 strony
Literatura amerykańska

Oglądałam kiedyś systematycznie program Zerwane więzi prowadzony przez Alicję Resich-Modlińską. Potrafił zainteresować i zaangażować mnie emocjonalnie, niezwykłą historią odnajdowania się po latach rodzeństwa rozdzielonego w dzieciństwie podczas adopcji. Do końca emisji odcinka nie było wiadomo, czy ekipie telewizyjnej udało się odnaleźć poszukiwanych, ale za każdym razem rozgrywające się sceny radości lub smutku rozdzierały mi serce wywołując łzy. Męczyłam się okrutnie, a mimo to oglądałam kolejny odcinek, z kolejną historią zagubionej, rozproszonej, rozdzielonej rodziny.
Historia opowiadana w tej książce była do tamtych bardzo podobna i mimo, że już na jej początku autor tymi zdaniami – Tamtej nocy spotkałem Macy. W tamte święta Bożego Narodzenia Macy odnalazła Noel. – zdradził mi jej zakończenie, to nie ono było w niej najważniejsze, ale wszystko to, co działo się zanim nastąpił finał.
A działo się dla mojego biednego serca aż nadto.
I tutaj muszę przytoczyć opowieść o żabie cytowaną w książce za pastorem: gdy wrzucić ją do garnka z wrzącą wodą, wyskoczy z niego czym prędzej. Jeśli jednak wrzuci się ją do garnka z zimną wodą i zacznie powoli, łyżeczka po łyżeczce, dolewać do wrzątku, żaba ugotuje się żywcem.
Ugotowany – dokładnie tak czuł się Mark, główny bohater, gdy zakochał się w Macy, a przecież w dniu jej poznania planował samobójstwo! Odległość od jednej postawy do drugiej bardzo duża i skrajna, a jednak możliwa, jeśli jest się Richardem Paulem Evansem stopniującym emocje.
Ugotowana czułam się również ja, gdy autor powoli rozwijając akcję dodawał po smutnym fakcie jeszcze bardziej smutniejszy, po nieszczęśliwym wydarzeniu jeszcze bardziej nieszczęśliwe, a każde pełne scen niesprawiedliwości, decyzji krzywdzących innych, przemocy psychicznej i fizycznej, bezsilności w obliczu nieuniknionego, wyborów tylko chwilowo przynoszących ulgę i demonów wyciągniętych z trudnej, skomplikowanej przeszłości każdego z bohaterów. Do połowy historii Marka i Macy trzymałam się dzielnie. W połowie opowieści rozbolało mnie gardło od bycia obojętną i udawania przed innymi (czytałam w kolejce do lekarza), że wcale mnie ich losy nie wzruszają. Od połowy ilość przygnębiających i poruszających scen pokonała mój obronny mur, zmuszając do pokornego wyżebrania wśród czekających dwóch chusteczek. Od tej pory razem z Macy i jej przyjaciółką często sięgałyśmy po chusteczki, ona opowiadając przez łzy, a ja przez łzy czytając jej opowieść. I mimo, że męczyłam się emocjonalnie, to jednak czytałam dalej czekając na końcowe oczyszczenie, katharsis, zadośćuczynienie bycia uczestnikiem tej wyprawy po ciernistej drodze życia bohaterów, bo pomimo ogromnego ładunku emocjonalnego, książka podarowała mi również nadzieję, przypominając, że życie to nie tylko piękny kwiat róży, ale i konieczność istnienia pod nim łodygi z licznymi ostrymi kolcami. Cała opowieść jest gęsto utkana właśnie takimi myślami, mądrościami, sentencjami i życiowymi prawdami.
Autor posiada niezwykły dar opisywania prostymi słowami zdarzeń sięgających głębokich pokładów najczulszych miejsc i najbardziej wrażliwych rejonów ludzkiego serca. Wręcz manipulacji nimi, której nie widziałam, ale skutki boleśnie odczułam. I o ile pierwsza jego powieść Stokrotki w śniegu wydana w tej serii autorskiej pisarza opowiadała o tym, co w życiu jest najważniejsze, wykorzystując przesłanie Opowieści wigilijnej Karola Dickensa i odwołując się do rozumu, o tyle ta opowiada o tym, co człowiekowi jest najbliższe, wykorzystując przesłania zawarte w Czarnoksiężniku z Krainy Oz Lymana Franka Bauma, odwołując się do emocji. Nie dziwię się zatem informacji umieszczonej na ulotce dołączonej do książki:

 

 

Po tej książce wiem jedno – następnej jego powieści nie będę czytać:
– w miejscu publicznym,
– będąc przygnębioną,
– będąc chorą,
– nie mając pod ręką chusteczek.
Złamałam wszystkie zasady. Byłam chora, a przez to przygnębiona, czytałam w niekończącej się kolejce do lekarza pediatry (bo tylko taki akurat przyjmował), w której każdy mały pacjent był ważniejszy ode mnie i nie miałam pod ręką chusteczek. Miałam za to warunki do konstruktywnego wykorzystania wolnego czasu w oczekiwaniu na wizytę z lekką, łatwą i przyjemną książką. Nic z tego! Ta niepozorna książeczka, niewielka formatem doprowadziła mnie do stanu, w którym objawy przeziębienia osiągnęły skrajną postać ciężkiego zakażenia wirusem grypy ptasiej i świńskiej łącznie. Nie mogłam mówić, nie mogłam oddychać przez nos, na świat patrzyłam przez wąskie szparki, a temperaturę było widać gołym okiem. Z gabinetu wyszłam ze zwolnieniem lekarskim!
I miałam kilka dni wolnego na … tak, tak – czytanie książek!

 

 

U dołu okładki zauważyłam zmodyfikowane logo wydawnictwa. To jeden z nowych profilów, jakim będą oznaczane książki. Więcej informacji na ten temat przeczytałam na stronie wydawnictwa Znak.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dziewczynki ze Świata Maskotek – Anja Snellman

Dziewczynki ze Świata Maskotek – Anja Snellman
Przełożył Sebastian Musielak
Wydawnictwo Świat Książki , 2011 , 270 stron
Literatura fińska

Kiedyś przeczytałam zdanie, że współczesnej młodzieży nie chce się ani uczyć, ani pracować. Ogarnął ją marazm, tumiwisizm, totalny zwis na wszystko i średnizm. Te dwa ostatnie określenia pochodzą z tej książki. Średnizm niedaleko leży koło nudy, a od niej całkiem blisko już do pociągającej, atrakcyjnej i wyróżniającej się na tle szarości inności. Dobrze, jeśli konstruktywnej. Źle, gdy zaraża destrukcją, w pierwszej kolejności osobę jej ulegającą, by w swojej zjadliwości przejść na rodzinę, wywołując katastrofę jej rozkładu, ostatecznie podnosząc poziom patologii społecznej i wzbogacając automatycznie wykaz przyczyn tego zjawiska, jakże różniący się od tego sprzed chociażby dekady. Ich lista uległa wydłużeniu o czynnik, uważany jeszcze do niedawna za zupełnie nieszkodliwy – nudę.
Bohaterki tej opowieści to jej ofiary – matka pracująca jako lekarz ginekolog i jej córka Jasmine. Nastolatka jakich wiele. Uczęszczająca do szkoły, a po lekcjach na dodatkowe zajęcia jogi, gry na fortepianie i jazdy konnej, trenująca w drużynie cheerleadingu, mająca typowe problemy dla wieku dojrzewania i nawiązująca pierwsze, nieśmiałe sympatie z chłopcami. Jednym zdaniem – przeciętna, niepełna rodzina, bo w swej powszechności samodzielnego wychowywania dzieci tylko przez jednego z rodziców zaczyna być normą, z przeciętną matką i przeciętną nastolatką.
Przeciętna.
To słowo kluczowe i jak się okazuje, tak samo niebezpieczne jak inne czynniki patogenne ludzkich zachowań, bo w takim przeciętnym, banalnym, monotonnym życiu Jasmine pojawiła się nieprzeciętna Linda z innego, odmiennego świata, w którym obowiązywało motto życiowe – Wyluzuj, życie jest cool!. Bardziej pociągającego, atrakcyjniejszego, ciekawszego, o nowych możliwościach doznań i ekscytacji, a przede wszystkim oferującego alternatywę dla dotychczasowej banalności i monotonii, w którym można było przeżyć coś NAPRAWDĘ nowego! Z taką koleżanką można było nie tylko spędzić bardziej zajmująco czas, snuć marzenia o życiu w Miami Beach, ale i odważniej wchodzić (dla mnie pogrążać się) w Świat Maskotek. Niewinnie brzmiącej przykrywce w postaci sklepu ze zwierzętami, dla funkcjonującego na zapleczu nielegalnego świata seks biznesu, oferującego usługi nieletnich dziewczynek. Przychodzący po pracy przeciętni mężczyźni, tak zwani entuzjaści i zdeklarowani miłośnicy branży, otwierali drzwi do niego jednym życzeniem klienta-pana – zwierzaczek ma być mały, ciasny, śnieżnobiały i gładki. Praca w sklepie ze zwierzętami w Świecie Maskotek, o której oficjalnie wiedziała matka Jasmine, tak naprawdę była pracą dwunastoletnich i kilka lat starszych prostytutek w Wet Pet Club. Mechanizm naboru był bardzo prosty, jak tłumaczył jeden z bohaterów: Jakaś czternastolatka przychodzi do sklepu pogłaskać świnkę morską i gerbila, po dwóch miesiącach robi już na zapleczu fulserwis, a po kolejnych dwóch krąży w internecie na stronie Sleep Assault Yong Pets, na głowie ma czerwone sztuczne loki i nazywa się Poppy, Rosy albo Candy Toy. I gdyby nie pożar tego przybytku rozrywki i porwanie pracującej tam czternastoletniej wówczas Jasmin vel Vanilla Bebe przez pedofila, znanego naukowca o pokrętnej filozofii życia, nikt nie dowiedziałby się o jej podwójnym życiu.
Świat ukrywany został brutalnie obnażony.
Zupełnie tak, jak prywatny świat pacjentek przyjmowanych przez matkę Jasmin. Przeciętne kobiety, których sromy obnażone na fotelu ginekologicznym, zaczynały mówić doświadczonej lekarce o prawdziwym świecie, w którym musiały żyć – prostytucji, gwałtach, wymuszeniach seksualnych, obrzezaniach imigrantek, poronieniach, aborcjach, niechcianych ciążach. Piękne kobiety i ciasne waginy. Brzydkie kobiety i zatęchłe dziury. Rozciągnięte sromy i poranione krocza. Zniekształcenia, krzywdy, choroby, ból.(…) Uszkodzenia ciała, rany, tragedie – ten makabryczny świat widziany oczami ginekologa jest zupełnie inny od tego, któremu na co dzień przyglądam się patrząc w uśmiechnięte, kobiece twarze. Świat widziany przez nastoletnią prostytutkę jest zupełnie inny niż ten widziany przeze mnie, kiedy patrzę w uśmiechnięte, dziewczęce twarze mojej zaprzyjaźnionej młodzieży.
To porównanie i kontrast ukazany w naprzemiennej relacji przebiegu zdarzeń matki i córki był dla mnie porażający, szokujący, a momentami obrzydliwy, gdy lekarka między jedną a drugą myślą o zaginionej córce, zastygała z narzędziami ginekologicznymi w kobiecej pochwie, porównując swoje intymne odczucia i dzieląc się ze mną swoimi makabrycznymi spostrzeżeniami. Świat kobiety widziany „od dołu” i świat nastolatek widziany od podszewki okazały się już nie tak przyjemnymi, jakimi widzę je oficjalnie, na co dzień.
Opowieść autorka zakończyła swoistym epilogiem w postaci bardzo ciekawego rysu historycznego płatnego seksu czyli prostytucji. Na jego końcu umieściła pytanie: A gdyby zwabione do seks biznesu dziewczęta były nosicielkami jakieś strasznej bakterii, wirusa, choroby, którą zarażałyby swoich dręczycieli, jakiejś miazmy wywołującej zsinienie twarzy, wytrzeszcz oczu i łysienie? Jak nasz świat wyglądałby jutro?
W pierwszym odruchu pomyślałam o AIDS, ale jego niszczycielskiej siły i mocy spustoszenia wśród ludzi nie widać. Jego żniwo jest ukryte, często sami nosiciele HIV nie wiedzą, że są zarażeni. Ale gdyby było to widoczne jak znamię na skórze wydobywające to, co do tej pory było ukryte, to powtórzę za autorką – Jak wyglądałby nasz świat?
I jeszcze jedno, bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze przesłanie tej książki, wydrukowane na okładkowym skrzydełku:

 

 

Ta książka nie zawiera ckliwej historii o porwaniu dziecka nieszczęśliwej matce, ale rozpaczliwy krzyk skierowany szczególnie do rodziców – Bądźcie przy dziecku w tej chwili, w której włączy się u nich to przynależne jemu wiekowi „wariactwo”, bo nuda + upojna zachłanność wieku dojrzewania + brak rodzicielskiej kontroli = e-galerianka lub każda inna patologia społeczna.

 

 

O tym najnowszym zjawisku przenoszenia prostytucji nastolatek z tak zwanych dobrych domów, z galerii handlowych do Internetu, przeczytałam również w 40. numerze czasopisma Newsweek z 2010 roku w artykule E-galerianki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Miasto i psy – Mario Vargas Llosa

Miasto i psy – Mario Vargas Llosa
Przełożył Kazimierz Piekarec
Wydawnictwo Znak , 2009 , 459 stron
Literatura peruwiańska

Święta, święta i po świętach – lubię ten slogan, oznaczający czas poświąteczny, przez niektórych wypowiadany z lekkim westchnieniem nostalgii albo ulgi, a dla mnie sygnalizujący początek żniw książkowych, kiedy obdarowani przez Mikołaja słowem drukowanym już się nim nacieszyli, naczytali i mogą teraz z obopólną przyjemnością również napożyczać. Oczywiście także mi! Pod koniec stycznia, niezmiennie, odkąd pamiętam, czyli mniej więcej od czasów szkoły podstawowej, zamieniam się w myśliwego, wyjmując swoją niepozorną, niewinną, ale bardzo skuteczną broń w postaci misternie skonstruowanego pytania, na które odpowiedź – nie – słyszę bardzo, bardzo rzadko, a brzmi ono – Obdarował was w tym roku Mikołaj książkami? Perfidne użycie liczby mnogiej włącza w zakres polowań całą rodzinę pytanego, z dziadkami i ciotkami włącznie. Prawie zawsze ktoś, jakąś książkę otrzyma, a ponieważ pod choinką w zdecydowanej większości znajdują się nowości lub tytuły, o których było ostatnio głośno, tym większa radość moja. Tym sposobem upolowałam u znajomej polonistki (filolodzy znajdują pod zielonym drzewkiem najciekawsze tytuły!) książkę, którą postanowiłam przeczytać po lekturze autobiografii Jak ryba w wodzie ostatnio nagrodzonego noblisty, z komentarzem – No, taka nie bardzo, nie spodobała mi się. To był jej pierwszy kontakt z twórczością tego pisarza i zareagowała dokładnie tak, jak ja po przeczytaniu powieści Ciotka Julia i skryba. Zmartwiłam się, ale mimo wszystko, pamiętając moje plany czytelnicze dotyczące tego pisarza, poprosiłam o nią.
I bardzo dobrze zrobiłam!
Powieść zaangażowała mnie emocjonalnie, a to znak, że twórczość Mario Vargasa Llosy jest bardzo zróżnicowana. Przypadkowo też odkryłam swój osobisty klucz do jego powieści. Polecając tego pisarza osobie nieznającej jego książek, podsunęłabym jako pierwszą właśnie powieść autobiograficzną, a potem pozostawiła możliwość samodzielnego wyboru kolejnej pozycji, opartego na osobistym zainteresowaniu się czytającego konkretnym okresem z życia pisarza. Innym plusem jest fakt, że po autobiografii inne jego powieści czytam z pełnym zrozumieniem, ponieważ bazują na obszernych wątkach biograficznych ich twórcy.
Miasto i psy to jego debiut opisujący czasy nauki w Szkole Wojskowej imienia Leoncia Prado w Limie, publicznie palony przez wojskowych oburzonych na jej obrazoburczy opis szkalujący ich dobre imię. I muszę przyznać, że nie dziwię się ich reakcji i wprowadzonej później cenzurze tekstu, chociaż popieram ukazywanie przez nią prawdy . To wydanie, jak głosi informacja na dole okładki, jest pierwszym nieocenzurowanym wydaniem:

 

 

Nie przejęłam się tym, bo cóż pisarz może umieścić tam aż tak strasznego? To co poruszyło jego rodaków, mnie już niekoniecznie musi.
A jednak!
Kolejny raz przekonałam się (kiedy ja się tego nauczę?!), że ostrzeżenia są po to, by przynajmniej nie okazywać, jeśli nie ostrożności, to przynajmniej lekceważenia.
Opowieść zaczyna się od gwałtu kury przez nastoletnich chłopców, a eskalacja tego wymiaru agresji, aktów homoseksualnych, zbiorowego onanizmu, znęcania się fizycznego i psychicznego nad zwierzętami i nad sobą nawzajem, zdobywania pierwszych doświadczeń seksualnych z prostytutkami, namnaża się i rośnie tak szybko, że osiągnięty punkt kulminacyjny przyjęłam z niedowierzaniem i jednocześnie z bezsilnością. Obraz ówczesnego systemu nauczania i wychowania, a raczej tresury, prowadzony w szkole wojskowej dla chłopców w wieku od dwunastu do piętnastu lat, chociaż nieliczni najstarsi mieli po siedemnaście, daleko odbiegał od oficjalnych norm narzuconych przez regulamin szkoły, mający na celu wychować odpowiedzialnych mężczyzn. Ten obraz na użytek o niczym niewiedzących i niechcących wiedzieć przełożonych, bo brudną bieliznę pierze się w domu, rodziców, przed którymi ukrywało się prawdę, jak i całego społeczeństwa, był ładnie podanym złudzeniem niczym folder reklamowy, ukrywający nieformalne, ale prawdziwe, brutalne życie chłopców. Bezwzględną rzeczywistość tworzoną przez prawo silniejszego, najbardziej przystosowanego do zastanych warunków w koszarach, najbardziej agresywnego, w której trzeba być chłopem całą gębą, mieć jaja ze stali, bo prawdziwi mężczyźni palą, piją, chodzą na dziwki i lubić nie dobre maniery, tylko kurwamacie, eliminując jednocześnie słabych, nieprzystosowanych, inaczej myślących, o innym kolorze skóry, pochodzeniu czy orientacji seksualnej. Dotyczyło to również wychowawców i nauczycieli, jeśli w ich pojęciu okazywali się niewydolni wychowawczo. Świat nastolatków przekraczający wszystkie granice, pozostawionych bez kontroli dorosłych, popełniających błędy zaniechania, świadomie wyciszających zaistniałe problemy w imię dobrej opinii szkoły, jej kadry pedagogicznej i wojska.
Opowieść przerażająca, bo aktualna i uniwersalna ( przemoc w polskich szkołach i ośrodkach wychowawczych opisana między innymi w Bidulu Mariusza Maślanki), bo oparta na faktach, bo w takiej szkole przebywał autor przez trzy lata zaczynając karierę powieściopisarza opowiadań erotycznych i listów miłosnych, by potem umieścić groteskowe motto autorstwa Paula Nizana przed jednym z rozdziałów, a którego doświadczeń nie życzę nikomu:

 

Miałem dwadzieścia lat.
Nie pozwolę nikomu mówić,
że to najpiękniejszy
wiek w życiu.

 

Szkoła, która bardziej deprawowała niż wychowywała, o której Poeta, jeden z głównych bohaterów, mówił jak o nawiasie w życiu, o którym musi zapomnieć, o ile mu to się uda. Szkoła, w której rozprzężenie dyscypliny, a raczej jej brak, rozciągnął na kraj oskarżając rodaków w zdaniu – Nasz kraj jest w takim stanie, bo nie ma dyscypliny i porządku.
Jakże aktualne i uniwersalne!

 

 

To kolejna powieść zaplanowana przeze mnie do czytania, a wybrana według mojego klucza. W autobiografii czytałam o okresie niechęci, a nawet nienawiści do literatury indygenistycznej, „tubylczej”. Pisał wręcz – Byłem pewien, że nigdy nie zostanę pisarzem telurycznym.(…) Być „telurycznym” znaczyło pisać dzieła o korzeniach mocno tkwiących we wnętrzu ziemi, w naturalnym krajobrazie i obyczajowości, najlepiej andyjskiej. A potem, wbrew zapewnieniom, napisał dokładnie w tym nurcie literackim trzy powieści: Zielony dom , Pantaleon i wizytantki oraz Gawędziarz. Dlaczego sprzeniewierzył się sobie już wiem, teraz chcę sprawdzić jak to zrobił.

 

Miasto i psy [Mario Vargas Llosa]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

W marcu natomiast wydawnictwo zapowiada kolejną książkę noblisty – Szczeniaki. Wyzwanie. To dzięki opowiadaniu Wyzwanie, autor zwiedził Paryż.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Szkarłatny habit – Irek Grin

Szkarłatny habit: opowieść sensacyjna – Irek Grin
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2004 , 344 strony
Literatura polska

Kontynuacja Szerokiej drogi, Anat nie ograniczyła się tylko do opisu dalszych losów głównego bohatera Dawida Arbogasta. To byłoby zbyt proste, znając kreatywność autora. Nawiązywała wprawdzie do części pierwszej, ale jednocześnie wyjaśniała nieudaną akcję Cień, o której sens i cel pytali wszyscy w nią zaangażowani, a z których najważniejszym było pytanie – Jakimi chytrymi sposobami udało się przekonać premiera, że spektakularna porażka, że śmierć wielu doświadczonych agentów, że ta cała popierdolona historia przysłużyła się sprawie? Przecież nikt nie musiał wiedzieć, że przyczyna miała swoje korzenie w początkach siedemnastego wieku. Zresztą, kto by w to uwierzył? I właśnie to tło historyczne, które zostało wprowadzone naprzemiennie z akcją osadzoną współcześnie, było dla mnie sporą, ale przyjemną niespodzianką, wprowadzającą jeszcze jeden element wielkiej tajemnicy spowijającej na nowo snute wydarzenia. Historię, w którą ponownie został wplątany Dawid, wbrew własnej woli, przez ludzi knujących spisek i tych z przeszłości, i tych jemu współczesnych. Strażników tajemniczej skrzyni z nieznaną zawartością, kierujących się w wyborze osoby do osiągnięcia tylko im znanego celu, jednym, tajemniczo brzmiącym przesłaniem – ten, którego pochłoną, musi lekceważyć świat bardziej, niźli świat jego.
Był dla nich idealnym kandydatem.
Od zawsze cechował się pewną obojętnością dla spraw tego świata.. Jako funkcjonariusz policyjnej jednostki antyterrorystycznej zasłynął cynizmem i zdolnością podejmowania surrealistycznych decyzji oraz kreowania groteskowych sytuacji wbrew zdrowemu rozsądkowi i interesowi ogółu. Tym bardziej, że po śmierci ukochanej Anat stał się introwertykiem, rozżalonym mężczyzną w średnim wieku z nadmierną skłonnością do depresji. I alkoholu. Czegóż chcieć więcej od człowieka, który nie ma nic do stracenia? Dlatego Mosad znowu sobie o nim przypomniał.
Szybkie tempo akcji, jej nieprzewidywalność i niemożność określenia dalszego rozwoju wydarzeń, różnorodność postaci charakterystycznych dla męskiego świata rozgrywek, w tym również bezwzględnych kobiet, tajemniczość karlej postaci profesora z pogranicza świata rzeczywistego wprowadzającego niepewność jego realności to główne atuty tej opowieści.
I jeszcze jedno.
Autor kolejny raz potwierdził, że jest pisarzem wszechstronnym. Po tej książce, pomimo, że jest określany jako pisarz przede wszystkim kryminałów, nie zdziwiłabym się, a nawet bardzo chciałabym tego (a co mi tam, życzyć sobie mogę!), aby napisał tym razem powieść historyczną z wątkiem sensacyjno-kryminalnym, jeśli już tak bardzo lubi te dwa ostatnie gatunki literackie.
Może się doczekam.

 

 

A tym czasem nabrałam ochoty na bardzo ciekawie opisywaną kolejną powieść tego autora – Pamiętnik diabła.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Szerokiej drogi, Anat – Irek Grin

Szerokiej drogi, Anat – Irek Grin
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2002 , 315 stron
Literatura polska

Autor tej powieści ma ogromny potencjał wyobraźni i umiejętność opisywania jej słowem. Jego różnorodność w pisarstwie widać w tym, co do tej pory wydał. Jedyną, niezmienną cechą jego przeczytanych przeze mnie książek jest żydowska tematyka. Poznałam go jako dokumentalistę losów przedwojennych, krakowskich Żydów w przedmowie do książki Ich Miasto Anis Pordes, a także jako twórcę niezwykle klimatycznej powieści społeczno-obyczajowej Ze złości, w której oddał specyfikę życia mniejszości żydowskiej w przedwojennej Polsce. Z fascynacji tą historią nie mogę otrząsnąć się do tej pory i oby tak już mi zostało. Sięgnięcie po kolejną jego książkę było już tylko konsekwencją chęci poznania następnej odsłony jego talentu. Liczyłam na zaskoczenie i nie zawiodłam się.
Tym razem autor obdarzył mnie powieścią sensacyjną, w której stworzył męski, bezlitosny świat polskiego i izraelskiego wywiadu. Nie było w nim miejsca na pomyłki, bo takie kończyły się śmiercią. Na przyjaźnie, które okazywały się pułapką. Na rodzinę, która stanowiła przykrywkę, prowizoryczne tło do odgrywanej roli na potrzeby akcji. Na szczerość kosztującą życie. Na indywidualność, własną tożsamość, bo liczyły się cele odgórne. I wreszcie na miłość, która niezależnie od zmieniających się planów i układów sił decydujących o toczącej się grze, pojawiła się za sto pierwszym razem podczas rutynowego procesu werbowania przez doświadczoną agentkę Mosadu Anat. Jedną z tych, na których widok spora część mężczyzn myśli: przelecieć i umrzeć. Ale było też i kogo werbować! Dawid Arbogast zwany Cieniem, polski ekspolicjant, aktualnie również agent, przez większość akcji nie wiadomo do końca czyj, wybitna inteligencja z patologiczną skłonnością do zbrodni. Nie muszę dodawać, że bez skłonności do zadurzania się, a tym bardziej pokochania jakiejkolwiek kobiety. Poszukiwany przez Interpol, Egipcjan, Izraelczyków (co wcale nie wykluczało, że był ich agentem) i Greków. Kontrolowany i kierowany, często bez jego woli i wiedzy, przez zwierzchników, którzy stwarzali, inscenizowali każdy jego krok, znając z góry zakończenie. Liczył się tylko plan, wyznaczony cel i wynik. Nawet jeśli jego realizacja kosztowałaby kilka istnień. Chociażby najbliższego współpracownika czy jego siostry.
Nic w tej powieści nie było przewidywalne, jednoznaczne i ostateczne. W szybkim tempie zmieniających się postaci, układów, pościgów, ucieczek, zabójczych pomyłek wszystko mogło się zdarzyć. Nawet uczucie, które nie miało prawa się pojawić, a cóż dopiero rozwinąć i przetrwać. I mimo, ze wiedziałam o tym, mając bolesną świadomość w jakim świecie przebywam, to jednak liczyłam na jakiś odruch serca, wyjątku, pokory wobec siły miłości. Wtedy jednak dostałabym ckliwą, romantyczną opowieść szpiegowską. Czasami warto posłuchać intuicji pisarza w kreowaniu świata, by chcieć sięgnąć po kontynuację opowieści.
A chcę!

 

 

Dlatego przede mną kolejna dawka sensacyjnych (taką mam nadzieję) losów agenta Arbogasta – Szkarłatny habit.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi:

Angelologia – Danielle Trussoni

Angelologia – Danielle Trussoni
Przełożyła Katarzyna Bartuzi
Wydawnictwo Świat Książki , 2010 , 510 strony
Literatura amerykańska

Żałowałabym okrutnie, bardzo, bardzo (musiałam to emocjonalne określenie zdublować) okrutnie, gdybym w pierwszym odruchu odrzuciła tę książkę. Poważny tytuł naukowy początkowo wprowadził mnie w błąd. Na szczęście, po przyjrzeniu się pociągającemu wizerunkowi anioła, koniecznie dodam płci męskiej (skąd wiem? się dobrze przyjrzałam tam z tyłu również), który na dłuższy czas (rozkładanie okładki, by ujrzeć i zbadać całość trwał i trwał, a i tak nie zauważyłam drobnego, ale ważnego szczegółu anatomicznego!) przykuł moją uwagę niczym te łańcuchy widniejące na jego kostkach u nóg, mój wzrok zsunął się niżej, bym mogła ujrzeć taki malutki dodatek:

 

 

To zaważyło, chociaż moje nastawienie nadal utrzymywało się na poziomie, zalewającej obecnie rynek wydawniczy, anielskiej fali i ich miłosnych perypetii z ludzkimi kobietami.
I tu autorka mnie zaskoczyła! Jak ja to lubię!
Odwołując się do mojej wiedzy z angelologii, jaką wpoiła mi moja kultura, wprowadziła mnie w świat taki, jaki sobie wyobrażałam na ten temat. Aniołów nieziemsko pięknych, o złotych włosach, ponadprzeciętnym wzroście, smukłej sylwetce, bardzo jasnej skórze emanującej światłem, dłoniach pianisty o opalizujących paznokciach, oczach zbyt błękitnych, aby były prawdziwe i oczywiście skrzydłach, białych i delikatnych jak puch. Dokładnie takie ciało znalazła badawcza ekipa angelologów w głęboko położonej jaskini bułgarskich gór, w 1943 roku. Ten zabieg mogłam jedynie podsumować jednym słowem – cwana!
Ciekawość została zasiana skutecznie i rosła niczym dobrze podlewana fasola. Jeszcze nie wiedziałam, że okaże się mięsożernym potworem, jeszcze tkwiłam w moim wyobrażeniu anielskiego dobra i z takim pozytywnym nastawieniem (o słodka naiwności!) zostałam przeniesiona do klasztoru Świętej Róży na przełomie 20. i 21. wieku, w czas dwóch szczególnych dni – 23 i 24 grudnia, w których rozgrywa się całość powieści, nie licząc retrospektywnej w czasie, obszernej dygresji. Do klasztornej biblioteki z pracującą w niej młodą mniszką Ewangeliną, która właśnie otrzymała list od Verlaine’a, młodego naukowca, z prośbą o udostępnienie interesujących go klasztornych dokumentów, a konkretnie listów pisanych przez Abigail Rockefeller, której życie i działalność badał, z przełożoną klasztoru Innocentą. Listów z lat 40., wymienionych między kobietami tuż po odkryciu anielskiego ciała. Ciekawość dziewczyny dorównująca mojej i upór Verlaine’a zapoczątkowały lawinę niebezpiecznych wydarzeń odkrywających anielską naturę, która okazała się z piekła rodem, by angelologia nabrała dla mnie zupełnie innego znaczenia, a której definicję autorka przytacza na pierwszej stronie przedwstępnej do powieści:

 

 

Dały też początek odkrywaniu zaskakujących tajemnic i strzeżonych sekretów zarówno przez siostry klaryski, angelologów jak i potomków aniołów – nefilimów. Pod warstwą zwyczajnego życia toczyła się walka o przetrwanie jednego z tych gatunków, a dokładnie o lirę posiadającą dwojaką moc – tworzenia i niszczenia. Ukryta przez zmarłą Abigail Rockefeller stała się celem wszystkich bohaterów powieści, a właściwie akcji wyścigu z czasem. Dotarcie do niej wśród intryg, morderstw, niepewności intencji innych, łamigłówek, tajemnych liczb, znaczących, ale niepozornych zdań umieszczonych w listach, tajnych przejść, podziemnych pomieszczeń, kluczy ukrytych w tajnych skrytkach, szyfrów w postaci magicznych kwadratów liczbowych lub takich literowych:

 

 

oraz kluczy-puzzli, składnych z obrazu Drabiny Jakubowej Williama Blake’a:

 

 

dla wszystkich było bardzo trudne, niebezpieczne, a przede wszystkim mordercze, ale dla mnie EKSCYTUJĄCE! Czułam się jak harcerka podczas alertu w dżungli miasta Nowego Jorku, gdzie stawką było ratowanie świata i ludzkiego gatunku, z watą w uszach chroniącą przed anielsko zabójczym śpiewem, ciemnymi okularami, chroniącymi przed hipnotyzującym pięknem ich urody, by móc skupić się na ohydztwie ich duszy i tykającym czasie, nie pozostawiającym mi jednej, marnej sekundy na złapanie głębszego oddechu. Przecież ginęli ludzie, a dotarcie do liry wymagało myślenia i rozwiązywania kolejnych rebusów!
Tempo akcji godne dźwięku, tajemnice mnożące następne z prędkością światła, zaskakujące rozwiązania zmieniające rozwój wydarzeń, łączenie pozornie niezwiązanych ze sobą wątków, dających nowe możliwości rozwoju fabuły, trzymało mnie w niepewności do ostatniego zdania, by pokazać na koniec, że tak dobrze znani mi bohaterowie stali się zupełnie innymi istotami lub zaczęli pełnić odmienną rolę czy funkcję od tej przypisanej im na początku wydarzeń.
Mój wdrukowany i wyobrażony świat aniołów i ich roli w historii początku świata uległ całkowitej transformacji. Poczułam się dokładnie tak jak po przeczytaniu Kodu Leonarda da Vinci Dana Browna – wiedza dotychczasowa została poważnie podważona, a przede wszystkim wzbogacona o milion pytań.
Autorka zmanipulowała mnie dokładnie tak samo. Opierając się na wiedzy historycznej i religijnej , splotła i wykorzystała w powieści wątki mitologiczne i teologiczne do stworzenia zupełnie innego stanu mojej wiedzy. W rozdziale trzecim, w którym szczególnie obszernie powołuje się na filozofów i myślicieli, przywołując nazwiska postaci historycznych do udowodnienia swojej tezy, łapałam się na wierze w jej teorię! Musiałam sobie powtarzać – Ej tam, ej tam, to fikcja!
Doświadczyłam bardzo dobrej przygody, z misternie utkaną intrygą, mnóstwem zagadek odwołujących się do mojej wiedzy, którą trudno było mi oddzielić od zmyśleń autorki, niezwykłą atmosferę tajemniczości i możliwości zbliżenia się do sacrum anielskich istot. Już nie takich aniołów, jakich wyobrażenie miałam do tej pory.
Wiem, że to nieprawda, ale… ziarno niepewności zostało zasiane.
Wiedziałam, wiedziałam, że teraz będę się zastanawiać nad tymi aniołami, nad biblijnymi cytatami , jak kiedyś nad Marią Magdaleną dzięki panu Brownowi.
No, wiedziałam!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Kontrakt panny Brandt – Mija Kabat

Kontrakt panny Brandt – Mija Kabat
Wydawnictwo Świat Książki , 2010 , 222 strony
Literatura polska

Z ogromną nieufnością podeszłam do tej książki. Do tego stopnia, że gdybym miała pod ręką rękawiczki lateksowe, nie zawahałabym się ich użyć. Tak restrykcyjne myśli, towarzyszące mi podczas wstępnego oswajania się z nią, zawdzięczałam rozczarowaniu i przykremu doświadczeniu jakie zapamiętałam z lektury Dziewczyna komendanta napisanej przez Amerykankę. Tym razem to właśnie autorka była tym czynnikiem, który ostatecznie przekonał mnie do jej przeczytania. Bo temat wprawdzie ten sam – zakazana miłość w okupowanej Polsce między kobietą a mężczyzną z walczących ze sobą wrogich stron konfliktu , ale tym razem napisana przez Polkę.
Czyżbym usłyszała, że to nie ma znaczenia?
Ma i to ogromne!
Mija Kabat nie popełniła błędów Amerykanki. Nie stworzyła prostego, naiwnego romansu, na tle historii, której nie rozumiała, nie znała, a przede wszystkim nie czuła, ale pozwoliła na pojawienie się uczucia, przy całym spektrum różnic dzielących zakochanych, kładąc jednak nacisk na podkreślenie koniecznych warunków prawdopodobieństwa jego zaistnienia oraz na złożoność procesów psychicznych mu towarzyszących. Tym razem między niemieckim oficerem a Polką. On komendant obozu jenieckiego w Gross Born, ona konspiracyjna działaczka w szeregach AK. On uważający wojnę za idiotyzm i wariactwo szaleńców, którą najlepiej przetrwać w zaciszu obozu przyjmując dowództwo z najwyższym obrzydzeniem, ona widząca w nim wroga, z którym trzeba walczyć. On zblazowany, rozkapryszony potomek znaczącego rodu Steinbergów, ona wykształcona panna z dobrego domu ziemiańskiej rodziny Lubienieckich. Różniło ich wszystko, a najbardziej czas wojny, podczas którego oficjalne kontakty seksualne Niemców z ludnością krajów okupowanych były zhańbieniem rasy nadludzi, a dla Polaków godności i honoru oraz zdradą ojczyzny.
A jednak kontrakt między nimi został zawarty.
Nieoficjalnie – życie najbliższych, siostry i jej synka, bohaterki opowieści za dotrzymywanie towarzystwa w nudnym, urzędniczym życiu kierującego pracą obozu – swoisty kompromis kaprysu Franza i przymusu Anny. Oficjalnie – posada panny Brandt jako sekretarki komendanta obozu. To co wydarzyło się później nie miało prawa zaistnieć.
A jednak…
Czas tworzył nowe, coraz bardziej skomplikowane relacje, aż ona złapała się na tym, że minęło ledwie kilka miesięcy i już jej pierwszą myślą nie jest to, jak unicestwić swego wroga, ale jak zdobyć jego względy, a on odpychał od siebie myśl – Masz kobietę na każde zawołanie, a jednocześnie każdego dnia musisz o nią walczyć, żebrać o dobre słowo czy przychylny gest. Jak jakiś Syzyf.
Chciałam uwierzyć w to uczucie. W powolny proces zmiany wyrachowanej, wymuszonej umowy w bezinteresowną miłość. A właściwie w możliwość jej prawdopodobieństwa, którą autorka uwiarygodniła liberalnymi poglądami Franza na temat wojny, polityki Hitlera i ryzykownymi zachowaniami, narażającymi go nie tyle na degradację w hierarchii wojskowej, co na pewną śmierć. Wewnętrzną walką Anny z rodzącym się, niechcianym uczuciem, do którego nie przyznawała się nawet przed samą sobą, ale której podszeptów do zachowań potwierdzających jej istnienie, opanować już nie potrafiła. Początkowy jasny, łatwy do osądzenia obraz, jaki naszkicowała autorka, przestał być jednoznaczny, godny jedynie potępienia. Uzupełniony o łagodzące okoliczności mu towarzyszące, pozytywne fakty go rozbudowujące, szlachetne motywy postępowania go wyjaśniające stał się przyczyną podziału otoczenia pary na dwa obozy. Zwolennicy pierwszego golili Polkom głowy lub wydawali wyroki śmierci za zdradę i kolaborację, a Niemcy wysyłali zdrajców rasy na front wschodni. Natomiast zwolennicy drugiego usprawiedliwiali korzyściami politycznymi w ramach pracy szpiegowskiej. Żaden obóz nie uwzględniał w tych rozważaniach człowieczych emocji. W warunkach wojennych nie było miejsca na miłość, bo nie miało prawa jej być. To był czas nienawiści walczących ze sobą stron. Bez wyjątków.
Ale ona była!
Wbrew wszystkiemu i na przekór wszystkim rodziła się, nie zważając na morderczy dla niej czas, polityczne, rasowe i narodowościowe podziały, wojenne fronty i ludzi ją zabijających. Również przez tych, których dotknęła.
Ta książka to prowokacyjna manifestacja jej niezniszczalnej potęgi.
Mam jednak jedno ale, które krzyczało przez cały czas trwania opowieści, a które podważało mi moją wiarę w tak misternie podawane powody prawdopodobieństwa wypadków. Nigdy nie uczyniłabym bohatera komendantem obozu. Możliwość ucieczki i uniknięcia kary natychmiastowej lub odroczonej w czasie, tak wysoko postawionego oficera w hierarchii obozowej, była skrajnie prawdopodobna. Zbyt skrajnie bym mogła uwierzyć w zakończenie tej opowieści.
A przecież tak bardzo chciałam uwierzyć w tę miłość…

 

 

Autorka to bardzo tajemnicza osoba. Na stronie wydawnictwa dowiedziałam się tylko, że pod pseudonimem Mija Kabat ukrywa się znana dziennikarka i że właśnie w styczniu miała premierę jej druga książka Gąszcz. Podejrzewam, że powieść na pewno nie będzie jednoznaczna w ocenie postaw jej bohaterów, zawierając tytułowy gąszcz wątków psychologicznych. Ciekawe w jakim stopniu się mylę?

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi:

Mechanizm serca – Mathias Malzieu

Mechanizm serca – Mathias Malzieu
Przełożyła Magdalena Krzyżosiak
Wydawnictwo Świat Książki , 2010 , 166 stron
Literatura francuska

Lubię wyjmować ze skrzynki pocztowej katalog klubu książkowego, do którego należę od czasów starożytnych, czyli od 1994 roku i mam nawet złotą kartę czytelnika. Lubię moment, ten czas, kiedy siadam z filiżanką (tak, pijam w czymś bardzo niepraktycznym) herbaty i zaczynam przeglądać jego strony w poszukiwaniu tej jednej, jedynej, która mnie urzeknie okładką, zachęci opisem, obudzi szósty zmysł czytelnika-myśliwego. Dodam, że troszkę wymuszonej, bo przynajmniej jedną muszę kupić (takie są zasady klubu), ale za to średnio co drugi miesiąc systematycznie czytam kolejną nowość. Ale nie byle jaką, bo taką moją, tylko przeze mnie odkrytą. Specjalnie po to do księgarni się nie wybieram, bo daleko i dlatego bywam okazjonalnie, a Internet nie daje mi takiej przyjemności, bo z każdej strony atakuje mnie reklama sugerująca – Lubisz to! Chcesz mnie! Kup tę! Czasami mam ochotę na swoje dziewicze wybory. Takim właśnie moim odkryciem było Oczyszczenie Sofi Oksanen, które pozostało dla mnie najlepszą książką przeczytaną w ubiegłym roku. Jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby instynkt mnie zawiódł, aż do tego pierwszego razu, który kiedyś zawsze musi nastąpić…
Z przedostatniego katalogu wybrałam spośród innych właśnie tę książkę, uwiedziona przede wszystkim okładką, a potem mało widocznym napisem tuż nad nazwiskiem autora:

 

 

No i to serce w tytule. Jakżeż mogłam nie chcieć jej przeczytać?! A kiedy po otrzymaniu i odwinięciu z papieru, wzięłam ją do rąk, nie mogłam z kolei przestać jej dotykać. Doznanie uczucia aksamitnej gładkości dopełniło swego. Lubię ten przyjemny w dotyku rodzaj materiału okładkowego, wyjątkowo podkreślającego przestrzenność grafiki i wyrazistość kolorów, coraz częściej wykorzystywanego przez wydawców. Wiedzą czym jeszcze mnie można uwieść. Starają się i chwała im za to!
Zagłębiłam się więc w powieść z bardzo pozytywnym nastawieniem, z oczekiwaniem na obiecaną baśń.
I baśniowo się zaczyna…
W najzimniejszym dniu świata, jak mawiali starzy, w dziewiętnastowiecznym Edynburgu, pokrytym puchem śnieżnej bieli, przyszedł na świat chłopiec z uszkodzonym sercem. Miejscowa lekarka ludzi kalekich, potępionych i odrzuconych przez społeczeństwo, wszyła w klatkę piersiową chłopca mechanizm zegarowy, wspomagający bicie serca biologicznego. Od tej pory Jack, bo takie dano mu imię, nosił w sobie zegaroserce nakręcane kluczykiem. Delikatną i wrażliwą na wstrząsy hybrydę podtrzymującą płomień życia. Jego opiekunka Doktor Madeleine, by chronić delikatne wnętrze organizmu przed niebezpieczeństwem uszkodzenia bądź zniszczenia, umieściła nad jego łóżkiem taki napis, w którym podkreśliłam zakaz najstraszniejszy i najokrutniejszy:

 

 

To co wydarzyło się później, było złamaniem wszystkich wymienionych przykazań. Jak Jack nie mógł nie pokochać istoty jemu podobnej, bo kalekiej? Filigranowej, zwiewnej, delikatnej, o niebiańskim głosiku śpiewaczki, której podarował najcenniejszą rzecz jaką posiadał – klucz do swojego serca. W tym związku doświadczył wszystkiego, czym zmienna miłość obdarza każdego człowieka – pięknem radości, szczęścia, euforii, spełnienia, tęsknoty, pożądania, ale i bólem rozstania, rozpaczy, cierpienia, zazdrości, odrzucenia, niezrozumienia, nieszczęścia, nienawiści, depresji, a nawet samobójstwa. Przeżył całe spektrum uczuć, emocji, wrażeń i wynikających z nich zachowań miłości nastoletniej, tej romantycznej, ale i „chmurnej i durnej”, a potem miłości dojrzałej, doświadczonej, naznaczonej, człowieka dorosłego, bo, jak przestrzegała Medeleine, cała przyjemność i radość, które daje miłość, muszą któregoś dnia odbić się cierpieniem. A im mocniej się kocha, tym ból będzie silniejszy.
To również opowieść o miłości rodzicielskiej. Egoistycznej, zaborczej matki do przybranego syna, chcącej poprzez zakazy i nakazy, uchronić dziecko przed bezkompromisowym życiem i okrucieństwem ludzi, zatrzymując go przy sobie, uzależniając od siebie. W efekcie Jack został skrzywdzony przez wszystkich, w tym również przez najbliższych – porzucającą go matkę biologiczną, nadopiekuńczą matkę zastępczą, agresywnych rówieśników, nietolerancyjne społeczeństwo i wreszcie jego kapryśną ukochaną. Takiej dawki zniewolenia i odrzucenia może nie wytrzymać każdy mechanizm serca, nie tylko Jacka, gubiąc rytm pracy, grożąc zatrzymaniem, ale może też otoczyć się grubym pancerzem i stać się sercem Kuby Rozpruwacza, niezdolnym do miłości z żywymi, który radził Jackowi – Nie bój się chłopcze, szybko nauczysz się przerażać, żeby przetrwać!
Całość opowieści zaciekawia wielością symboliki, treści etycznej, filozoficznej, materiału do przemyślenia, zastanowienia się, przyłożenia do własnego mechanizmu serca, z sugestywnymi, przepięknymi opisami zdarzeń i postaci, które wykorzystując metafory, przenośnie, porównania, odwołania, obfitują w liczne perełki poetyckiej prozy. I tak mogłabym wymieniać dalej dobre strony tej powieści jeszcze długo, gdyby nie jedno ale…
Niczego nowego się nie dowiedziałam, bym mogła wypełnić puste przestrzenie mojej wiedzy. Żadnych odkryć nie dokonałam. Mitów nie obaliłam, ani nie potwierdziłam. A co najsmutniejsze dla mnie, tak pięknie podana historia, mnie nie wzruszyła! A powinna! Wszystkie znaki na okładce i w treści na to wskazywały. I nic! Zupełnie nic! Miałam wrażenie, że w tym tak precyzyjnie skonstruowanym mechanizmie, z idealnie wycyzelowanymi trybikami słów, zabrakło duszy, spajającej opowieść w całość i wprowadzającej w ruch emocje.
Po długim namyśle znalazłam dwa wyjaśnienia moich odczuć.
Pierwsze to znak, że życie stworzyło wokół mojego mechanizmu serca zbyt grubą skorupę i na tę książkę jest dla mnie już za późno, a drugie, że forma przerosła treść.
Chcę wierzyć w to pierwsze, bo wtedy mogłabym znaleźć idealnego odbiorcę tej baśni. Może nie dla dorosłych, ale dla starszej młodzieży. Dla niej takie opowieści są i odkrywcze, i wzruszające, i na pewno przeczytane nie za późno.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść filozoficzna

Tagi: