Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Hańba – John Maxwell Coetzee

21 marca 2019

Hańba – John Maxwell Coetzee
Przełożył Michał Kłobukowski
Wydawnictwo Znak , 2003 , 250 stron
Seria Proza
Literatura południowoafrykańska (RPA)

   Istnieją ludzie, którzy dla mnie w pewnym sensie są emocjonalnymi kalekami, a to za sprawą niskiego stopnia empatii. Nie potrafią wczuć się w położenie drugiej osoby i tym samym jej zrozumieć, jeśli sami nie przeżyli identycznych lub podobnych doświadczeń.
   Taki jest właśnie David Lurie, główny bohater powieści, profesor akademicki, którego zdecydowanie i od początku nie polubiłam. Antypatyczny, cyniczny, sceptyczny, logicznie chłodny egoista, krzywdzący innych i nie widzący w tym swojej hańby. Żyjący sobie w miarę szczęśliwie w granicach wytyczonych przez zarobki, temperament, możliwości emocjonalne, które nie są imponujące.
   Miałam więc wręcz dziką satysfakcję (taki ze mnie zimny obserwator!), gdy los postawił go po drugiej stronie, stronie ofiary, doświadczył, w łaskawości i dobrodziejstwie, okrucieństwem ze strony innych ludzi. To wystarczyło, by w nim powoli zaczęło budzić się sumienie, pozwalające na zrozumienie i skruchę, na budzenie się nowych emocji, walkę z naturą człowieczą, pokonywanie własnych emocjonalnych ograniczeń i wreszcie na zbudowanie nowego spojrzenia na swoje postępowanie, w którym wcześniej nie widział niczego złego. Ba, obudziło się w nim nawet współczucie (a może miłość?) dla zwierząt, które wcześniej lubił o tyle o ile były jadalne i smaczne.
   Ludzi z takim ukrytym kalectwem obserwuję dookoła siebie. Żal mi ich, bo wiem, że tłumaczenie, wyjaśnianie żadnej struny w ich sercach nie poruszy i w rozumach żadnych drzwi nie otworzy. Jedynie doświadczenia z ich udziałem wyposaża te osoby we wrażliwość tak bardzo potrzebną w kontaktach międzyludzkich. Żal mi ich też dlatego, że nie potrafią się uczyć na doświadczeniach innych, zwłaszcza tych bolesnych, że życie z nimi jest bardzo trudne, ale i życie samo w sobie jest dla nich przez to dużo boleśniejsze, bo musi stać się najpierw ich namacalnym udziałem, by mogło być przez nich zrozumiane, odczute.
Zrozumienie tej przypadłości bardzo ułatwia mi życie z nimi, a jednocześnie daje okazję obserwowania fascynujących zmian psychicznych i emocjonalnych w człowieku.
   Autor ten proces pokazał w mistrzowski sposób.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Wykreślone imię – Rhiannon Lassiter

Wykreślone imię – Rhiannon Lassiter
Przełożył Jacek Konieczny
Wydawnictwo W.A.B. , 2009 , 329 stron
Literatura angielska

Gdyby powiedziano mi, że książka wybiera czytelnika, nie uwierzyłabym. Tyle, że mnie się to przydarzyło. Zostałam wybrana, czułam to. Leżąc na biurku, przyciągała mój wzrok ciemną czerwienią z czarnym, koronkowym nadrukiem, intrygującym tytułem, a gdy odchyliłam jej okładkę spojrzała na mnie, dosłownie, tymi oczami:

 

Oczy

 

A potem to zdanie kończące intro: Koszmar budzi się z długiego snu.
Musiałam ją mieć. To była chęć zajrzenia w nią głębiej od pierwszego wejrzenia. Niestety była już komuś obiecana, ba!, dwie osoby w kolejce. A ja, jak ślepo zakochany kundel, warowałam w jej pobliżu licząc na cud.
I zdarzył się!
Czytelnicy, jeden po drugim rezygnowali z rezerwacji, może zrażeni etykietą „dla młodzieży”. Została tylko ona, ja i jej niema obietnica ugaszenia mojego pragnienia zanurzenia się w jej kartki. Jednak pod jednym warunkiem: wyrażę chęć udziału w Grze Wyobraźni godząc się na Reguły poświęceń.
Zanim zdążyłam się zgodzić, tkwiłam już w niej po czubek głowy. Nawet nie zauważyłam, w którym momencie przekroczyłam granicę rzeczywistości z tą wymyśloną, w którym momencie istoty wymyślone stały się realnymi, w którym momencie zaczęłam się bać przedmiotów prozaicznych i wreszcie w którym momencie zrozumiałam, że nie wszystko co przyjazne, sympatyczne i miłe jest dobre i ma szlachetne zamiary. Nic nie było pewne, przewidywalne, ustalone i ostateczne – dokładnie tak jak w grze, w której zasady i jej granice dyktowała fantazja trzech dziewczyn, które stworzyły własny wyobrażony świat, jednak im to nie wystarczyło, więc spróbowały uczynić go bardziej realnym…
Mogłabym grać w nią w nieskończoność. Nie chciałam opuszczać wielkiego, rozpadającego się domu z okiennicami, pełnego zakamarków z jego niebezpiecznymi tajemnicami jak zakurzone pajęczyny skrywające myśli pająka, który w każdej chwili może wyskoczyć z cienia. Mnóstwa książek z wykreślonymi z furią, wręcz wydrapanymi imionami bohaterów jakby ktoś nienawidził szczęśliwych zakończeń, nienawidził ich do tego stopnia, ze niszczył wszystkie książki. Lasu na zboczu, który przypominał mi ten ze Skradzionego dziecka Keitha Donohue, pełnego realnie wymyślonych istot z czającym się w jego sercu nieokreślonym mrokiem, karmiącym się gniewem i poczuciem nieszczęścia. Górskiego stawu zarośniętego wodorostami, będącego wrotami do świata odbitego bez wyjścia. Lisa, mężczyzny w ciele nastolatka, pociągającego swoim człowieczeństwem i jednocześnie odpychającego swoją zwierzęcą naturą. A może na odwrót?
Ale musiałam.
I nie dlatego, że dotarłam do granic wyobraźni, że opowieść się skończyła, że zamknęłam książkę, ale dlatego, że nigdy, przenigdy nie zgodziłabym się na wykreślenie mojego imienia. Nie po tej historii. Być może następny czytelnik, wybrany przez tę książkę, ulegnie jej namowom. Będę uważnie obserwować otoczenie i jeśli ktoś nagle zniknie (to nie żart!), będę wiedziała, że uległ, dał się namówić na wyszeptanie Reguł poświęceń:

Wykreślone imiona otacza milczenia bariera –
Z bohaterem opowieść bezpowrotnie umiera.
Za każde poświecenie przyjdzie ci zapłacić:
Nie odzyskasz niczego, gdy już to utracisz.
Ukradzione słowa należy wydać,
Użyczona moc tylko tobie się przyda.
Imieniożercy musisz zaspokoić głód,
Żywymi lub martwymi – znajdziesz ich w bród.

 

 

 

A tutaj wysłuchałam Reguł poświęceń w oryginale i muszę przyznać, że z tym pogłosem robią wrażenie.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Hotel Europa: rozmowy – Remigiusz Grzela

Hotel Europa: rozmowy – Remigiusz Grzela
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2009 , 380 strony
Literatura polska

   Od kilku miesięcy podczytuję blog Z Kafką przy kawce autora tej książki, który dzieli się w bardzo przystępny, ciepły sposób swoimi wrażeniami ze spotkań i rozmów z ludźmi świata kultury i nie tylko, inspirując mnie do dalszych poszukiwań, zwłaszcza tych literackich. Kiedy dowiedziałam się, że tworzy książkę temu poświęconą, której treści nie zdradzał, ale za to wymieniał bohaterów swoich rozmów, opowiadał o okolicznościach jej powstawania, wiedziałam, że muszę ją mieć, że ta książka będzie jak spotkanie z przyjacielem, który opowie mi co widział i słyszał w świecie, którego już nie ma i tym, który mnie współcześnie otacza i ciekawi, ale z różnych względów, nie jest mi dostępny. Byłam tak niecierpliwa, że nie czekałam aż pojawi się w Empiku. Zamówiłam ją w księgarni wysyłkowej i kiedy trzymałam ją już w dłoniach, pięknie wydaną, w dostojnym formacie B5, w twardej oprawie, w eleganckiej, kremowo-beżowej szacie graficznej, czując w jej dopracowaniu niezwykły szacunek dla mnie, czytelnika i dla jej bohaterów, cieszyłam się tak samo jak autor, gdy otrzymał pierwsze egzemplarze. Też ją pogłaskałam, jak długo wyczekiwaną znajomą, która przyniosła ze sobą 24 wielkiego formatu osobowości i klucz do ich świata emocji, poglądów, marzeń, wspomnień, utworów i dzieł. I o ile dla autora ten symboliczny klucz otwierał hotelowe pokoje, z oczekującymi w nich rozmówcami, o tyle dla mnie był to klucz do szkatułki pełnej najlepszych pralinek, bo starannie przygotowanych, precyzyjnie dopracowanych, estetycznie podanych, opatrzonych z jednej strony (na początku) krótką, encyklopedyczną informacją o danej osobie (w kilku przypadkach bardzo przydatną), a z drugiej strony (na końcu) niezwykle interesującymi, czasami dramatycznymi opisami okoliczności przeprowadzania wywiadu. Te osobiste refleksje odautorskie okazywały się cennymi uzupełnieniami, często pokrywającymi się z moimi odczuciami pojawiającymi się w trakcie śledzenia toku rozmowy.
   Kusiło mnie rozpoczęcie od najbliższych, znanych mi postaci z literatury (Irvine Welsh), ze świata muzyki ( Urszula Dudziak) czy teatru (Andrzej Seweryn). Jednak zaufałam autorowi i przyjęłam od niego klucz do systemu w jakim ułożył wywiady w książce.
Nie czytałam ich jednak ciurkiem, jednego po drugim. Czułam, że sprofanowałabym pracę autora. Każda z tych postaci była tak indywidualna, niepowtarzalna czy charyzmatyczna, pozostawiająca mnie po spotkaniu w zamyśleniu ( Gustaw Holoubek), rozkojarzeniu ( Zdzisław Beksiński), wzruszeniu (Wanda Wiłkomirska), podziwu dla dziennikarza ( Charlotte Gainsbourg), podziwu dla rozmówcy (Kinga Baranowska), zażenowaniu (Anna Prucnal), rozbawieniu (Cesaria Evora) bądź niechęci (Norma Bosquet), a nawet szoku ( Vedrana Rudan), że wprowadziłam limit.
   Jedną rozmowę dziennie!
   Z trudem mi to przychodziło, bo na każdą cieszyłam się jak dziecko i każdą pochłaniałam jak ulubiony deser z niespodzianką i chciałam natychmiast następną porcję, kryjącą w sobie dla mnie novum, nawet w tych spotkaniach, których bohaterów niby znałam już dobrze.
   Trudna to sztuka umieć się odnaleźć przy wszystkich tak różnorodnych osobowościach, tak poprowadzić rozmowę, żeby wzbudzić zaufanie i chęć podzielenia się swoim intymnym światem, wiedząc, że świat zewnętrzny będzie to czytał i w swojej reakcji na te wynurzenia, będzie nieprzewidywalny.
To, co czynił autor, na jakie wpadał pomysły rozwiązywania sytuacji patowych, wręcz beznadziejnych, to jakie cechy musi posiadać dziennikarz i jakim człowiekiem trzeba być, żeby przyznać się do błędów, niepowodzeń i porażek zaowocowało w sumie kopalnią wiedzy nie tylko dla mnie, przeciętnego czytelnika, do której stale wracam, doczytuję, ale i źródło wiedzy stosowanej dla przyszłych dziennikarzy.
   Jeden z wywiadów można podpatrzeć we fragmencie rozmowy z Urszulą Dudziak.
   I jeszcze jedno.
   Literackie postanowienie na nowy rok 2010 – koniecznie muszę przeczytać wszystko co napisała Vedrana Rudan. Koniecznie! 

Hotel Europa [Remigiusz Grzela]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autor jest nie tylko dziennikarzem. Pisze również powieści. Tutaj z ciekawością przysłuchiwałam się opowieści o książce Bądź moim Bogiem.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Ostatni weekend – Dariusz Chętkowski

Ostatni weekend – Dariusz Chętkowski z uczniami
Wydawnictwo Piątek Trzynastego , 2007 , 316 stron
Literatura polska

   Ilekroć widziałam, stojąc na przystanku autobusowym lub w innym miejscu publicznym, podpite grupy nastolatków, palących papierosy, głośno i wulgarnie opowiadających o przeszłej imprezie, rzucających dookoła niedopałkami i puszkami po piwie, zawsze miałam ochotę odsunąć się od nich z obrzydzeniem i niesmakiem. Dokładnie te same uczucia towarzyszyły mi podczas czytania tej powieści, bo ona jest dokładnie o takiej młodzieży. Grupie łódzkich licealistów i studentów, wulgarnej, agresywnej, alkoholizującej się, ćpającej, traktującej rodziców jak bankomaty, nauczycieli jak zgredów, a swoje życie jak jedną wielką imprezę, na której najważniejsza jest dobra zabawa czyli dużo używek każdego rodzaju i dużo „cipul do przelecenia”. W życiu której jedynymi pozytywnymi osobami są dziadkowie. Najstarsze pokolenie, które nie utraciło ideałów. Przypominające, że w świecie należy doszukiwać się piękna, w ludziach – dobra, a w życiu – pozytywnych stron. Niestety w bezsilnej starości, ograniczające się tylko do tego.
   Irytujące.
   I dokładnie o to chodziło autorom, bo Dariusz Chętkowski (czynny nauczyciel, na którego stronę BelferBlog zaglądam) napisał ją razem z licealistami, swoimi uczniami, którzy operując skrajnościami w postępowaniu kreowanych bohaterów, w ich postawach, w myśleniu, w zachowaniach, w decyzjach, napisali swoisty protest. Manifest młodych, którym chcieli zwrócić uwagę dorosłych odpowiedzialnych za wychowanie młodzieży krzycząc: ZAJMIJCIE SIĘ NAMI! Oberwało się rodzicom goniącym za pieniędzmi i karierą. Politykom zaślepionym walką o władzę. Bezsilnym i niedouczonym nauczycielom, którzy swoją ignorancją sami proszą się o założenie kosza na głowę. Skorumpowanej służbie zdrowia uśmiercającej ludzi Pavulonem. Bezmyślnej policji, zabijającej ostrymi nabojami studentkę podczas juwenaliów. Wszystkim dorosłym. Każdemu systemowi.
   Autentyczny, żywy, wnikliwy, prawdziwy, bezkompromisowy, agresywny, a przez to bardzo bolesny obraz polskiego społeczeństwa, który ponosi porażkę, z różnych powodów, na gruncie wychowania. Obraz od którego czytając o nim, chciałam się odsunąć, tak jak od tej grupy nastolatków na przystanku tramwajowym, ale zamiast tego powinnam sobie zadać pytanie: Co zrobić żeby to zmienić? Bo jak napisał autor, a także publicysta, w jednym ze swoich artykułów na temat wychowania: „A młodzież, wbrew całemu złu, jakie się jej przypisuje, ma dobre serce, tylko maniery nieodpowiednie”. Uwielbiam go za to zdanie! Za to proste ujęcie myśli: Kiedy się rodzi dziecko, dostajemy cudowny materiał do ukształtowania. Jeśli ulepimy z niego potworki, możemy mieć pretensje tylko do siebie.
   Młodzież to widzi, rozumie i o tym pisze z wściekłością człowieka skrzywdzonego, która i mnie się udzieliła. Mam ochotę rzucać tą książką w każdego dorosłego, który w negatywny sposób wpływa na proces wychowania, a błąd zaniechania jest jego sposobem na przetrwanie w zawodzie. Mam ochotę zamykać ich z tą książką w pokoju o wodzie i chlebie i zmusić do czytania jako lektury obowiązkowej. Mam ochotę krzyczeć jak oni: zobacz, zrozum i przestań o tym tylko mówić, a zacznij działać!    Rodzicu! Wychowawco! Nauczycielu! Polityku!
   Obudźcie się!
   Andrzej Frycz Modrzewski przypomina: Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie!
   I chciałoby się dodać: i nie ma zmiłuj się, i nie ma, że boli! Jeśli was to przerasta przestańcie rodzić, zmieńcie zawód, wymieńcie polityków!
   Wiem, wiem, że świat nie rządzi się takimi prostymi zasadami, ale udzielił mi się ból samobójczej bezsilności w tej powieści. Zwłaszcza, że mija trzy lata od wydania książki, a ja czytam artykuł Za buraka i kapustę nauczyciele poczuli się obrażeni, świadczący o nadal trwającej głuchocie dorosłych na krzyk młodzieży.

młodzież
Obrazek pochodzi ze strony digart.pl.

   Czasami czuję się jak te staruszki na powyższym rysunku, gubiąc się w ocenie rzeczywistości. Ostatnio moja zaprzyjaźniona młodzież stwierdziła, że jestem staroświecka, ponieważ skrytykowałam reklamę odzieży MISBHV (ciekawe jak to się czyta?!) z kolekcji FALL/WINTER 09. I żeby chociaż ta odzież była, ale na niektórych zdjęciach trzeba jej szukać z lupą, jeśli nie pod mikroskopem, zwłaszcza na zdjęciu ósmym.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla młodzieży

Tagi:

Mozaika rodzinna – Maria Diatłowicka

Mozaika rodzinna – Maria Diatłowicka
Wydawnictwo Nowy Świat , 2010 , 392 strony
Literatura polska

Szczęśliwa rodzina, która doczekała się kronikarza rodzinnego, ale szczęśliwsza ta, której kronikarz okazał się człowiekiem o wnikliwym umyśle z analityczną umiejętnością rozpatrywania jej dziejów na tle historii kraju, w którym przyszło jej żyć z pokolenia na pokolenie.
Ród Reiffów i rodzin z nim spokrewnionych doczekał się takiej osoby w piątym pokoleniu, a którego dzieje autorka wspomnień i kronikarz rodzinny w jednej osobie, rozpoczyna od przepięknego zdania: Wywodzimy się z Królestwa Wirtembergii położonego u podnóża Alp, znanego jeziora Bodeńskiego i pięknych krajobrazów Szwarcwaldu.
Czyż można zacząć piękniej?
Ale to sielskie piękno kończy się wraz z przybyciem w 1835 roku do Warszawy, do ówczesnej Polski pod zaborami, protoplasty rodu, Niemca-protestanta Johanna Georga (później spolszczonego na Jana) Reiffa, żeniącego się z Polką-katoliczką Julią Wójcikowską, potępioną i wyklętą za ten mezalians narodowościowy i religijny przez jej rodzinę. Od tej pory poczucie inności wniesione przez Johanna Georga i niezwykły hart ducha Julii stale towarzyszyły następnym pokoleniom. Mariaż niemieckich zalet jak pracowitość i solidność z polskimi zaletami umiłowania wolności, odwagi, niezależności, gościnności, bezinteresowności okazał się bezcenny i zbawienny nie tylko dla rodziny, ale przede wszystkim dla Polski. Ta mieszanka cech pozwoliła na przetrwanie burzliwych dziejów kraju, w którym przyszło im żyć, a który pokochali ponad pracowicie gromadzone majątki, zdrowie czy życie kładzione na szalę walki o niepodległość. Każde pokolenie, które w miarę upływu czasu ulegało polonizacji, pozostawiało po sobie dumną kartę historii, z których jak z elementów, autorka ułożyła przepiękną mozaikę przedstawiającą szeroką panoramę historii Polski począwszy od powstań pod zaborami aż po czas Solidarności.
Moje początkowe rozczarowanie, że nie jest to zbiór opowiastek, anegdot, dramatów sercowych, plotek i skandali „czarnych owiec” ograniczonych do granic więzów rodzinnych, zamieniało się w miarę czytania, w coraz większy podziw dla szerokiej analizy sytuacji politycznej, gospodarczej czy społecznej polskiego społeczeństwa ze szczególną troską zamalowywania „białych plam” historii oficjalnej. Autorka, socjolog z wykształcenia, korzystała nie tylko ze wspomnień własnych i krewnych, ale również ze źródeł archiwalnych różnorodnych instytucji czy książek historycznych, stwarzając swoistego rodzaju vademecum-repetytorium polskiej historii, dla którego dzieje rodu Reiffów stanowiły kanwę dla ukazania szeroko pojętego patriotyzmu, bez względu na pochodzenie, poglądy polityczne czy wyznanie. Sagę rodzinną, w której wszystko, począwszy od obyczajów, zwyczajów, wychowania, postaw przesiąknięte było miłością do Ojczyzny. Miłością, której znaczenie w obecnych czasach jest według autorki mocno zdewaluowane, spłycone, zagubione w indywidualnym hedonizmie współczesnych Polaków. Odważny wniosek, ale niepospolita historia rodziny jest rękojmią pełnego prawa do takich poglądów i do zadania przez nią pytania: Czy zatem należy pogodzić się z nowym stanem rzeczy, upodobnić do świata ceniącego siłę, pieniądze, prymitywizm i pospolitość czy też starać się ocalić z przeszłości to, co najcenniejsze, a wiec dobrowolnie skazywać się na odmienność?
Po lekturze tej książki jestem pewna, że warto i często skazuję się na tę odmienność, chociażby w obronie naszej polszczyzny, kiedy próbuję wyrywać z korzeniami słowny chwast „zajebiście” z mowy zaprzyjaźnionej młodzieży. Mordercza praca, ale chciałabym, żeby za 100 lat ta nasza polska mozaika również była piękna, tak piękna jak mozaika rodzinna pani Marii.

 

text
Protoplaści rodu Reiffów – Jan i Julia. Książka wzbogacona jest licznymi fotografiami rodzinnymi oraz drzewem genealogicznym, bardzo ułatwiającym mi orientowanie się w gąszczu licznych rozgałęzień rodzinnych.

 

Mozaika rodzinna [Maria Diatłowicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Tajemnica człowieka z blizną – Paweł Beręsewicz

Tajemnica człowieka z blizną – Paweł Beręsewicz
Ilustrowała Olga Reszelska
Wydawnictwo Literatura, 2010 , 183 strony
Seria To Lubię
Literatura polska

Gdyby ten poniższy rysunek

 

text

 

 

został umieszczony na okładce, wystraszyłby mnie, a co dopiero dziecko, które pomyślałoby: błeee, znowu historia i nieśmiertelne twierdzenie dorosłych : ”A jak ja byłem w twoim wieku to….”, ale ludzie (uwielbiam taką kompetencję i profesjonalizm) kierujący projektem jej wydania, mądrze umieścili go w środku, eksponując na okładce tajemniczego brodacza. Tak jak autor tej książki ( a może było odwrotnie?) sprytnie ukrył ważne informacje jego dotyczące w treści opowieści, wysuwając na plan pierwszy szafę. O, tę:

 

text

 

 

kryjącą w swoim wnętrzu przysłowiowego nieboszczyka, bo jak pisarz twierdzi: każda rodzina ma jakiegoś trupa w szafie, jak mawiają Anglicy.
Ja, osoba dorosła, dałam się złapać na ten haczyk, myśląc, że mam przed sobą opowieść z wątkiem co najmniej sensacyjnym jeśli nie nawet kryminalnym, a co dopiero dziecko! Wiedzione wiecznie nienasyconą ciekawością, zrobi wszystko czyli przeczyta książkę (i o to chodzi), żeby zobaczyć tego trupa na własne oczy. Tak jak zrobił wszystko główny bohater, dwunastoletni Jasiek, żeby rozwiązać tajemnicę rodzinną, wpadając po uszy w lawinę bardzo tajemniczych zdarzeń, by tropiony zwierz w ostatniej chwili robił gwałtowny zwrot i dawał nura w krzaki, a szkielet w naszej szafie chichotał, aż klekotały kości. W lawinę piętrzących się pytań czekających niecierpliwie na odpowiedź, zaskakujących informacji o najbliższych krewnych i, co najciekawsze, o własnych rodzicach sprzed ery pojawienia się tropiącego te sensacje, czyli Jaśka, w ich życiu. Poniżej, we własnej osobie:

 

text

 

 

Założę się, że taka książka nie powędruje na półkę, jako kolejna przeczytana fajna przygodówka, ale stanie się powodem tym razem lawiny pytań do własnych rodziców o stan wojenny, o komunizm, o ZOMO, o Solidarność. To te treści pozostaną w umyśle dziecka, tak jak we mnie wywołały lawinę wspomnień i skojarzeń, wzmocnionych grafiką Olgi Reszelskiej, a przypominającą przygody ilustrowane przez Bohdana Butenkę.
Całość (i treść, i rysunki) przeniosła mnie w stary, dobrze znany mi świat z elementami nowości, ale dzieciaki będą wchodzić we współczesny sobie świat z elementami historii.
A teraz ściszam głos, żeby dzieci nie usłyszały: świetna książka na prezent godząca często rozbieżne interesy obdarowującego i obdarowywanego, która bawi, uczy i rozśmiesza, bo zapomniałam dodać o bardzo ważnej rzeczy. O niezwykłym humorze skrzącym się z każdej strony tej historii.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla dzieci

Tagi:

Najwspanialsze widowisko świata – Richard Dawkins

Najwspanialsze widowisko świata: świadectwa ewolucji – Richard Dawkins
Przełożył Piotr J. Szwajcer
Wydawnictwo CiS , 2010 , 551 stron
Literatura angielska

Autor znany w Polsce z wielu publikacji popularnonaukowych, a przede wszystkim z „Boga urojonego”, napisał kolejną książkę, poświęconą tym razem ewolucjonizmowi, z czterech powodów.
Po pierwsze (i w pełni to rozumiem) dla uczczenia dwóch rocznic: 200 lat urodzin ojca ewolucjonizmu Karola Darwina oraz 150 lat ukazania się jego dzieła „O powstawaniu gatunków”.
Po drugie (tutaj jestem zaskoczona statystykami) w celu wypełnienia luki w wiedzy u niemal 40% Amerykanów i niewiele mniej Europejczyków (w Polsce 33%) przyjmujących, że my (a również całe życie na Ziemi) zostaliśmy stworzeni przez Boga z grubsza dziesięć tysięcy lat temu (…), a ludzie spacerowali sobie wśród dinozaurów. To nie żart. Jak podaje autor, w Ameryce istnieją muzea z osiodłanymi dinozaurami!
Po trzecie do walki z różnymi, konserwatywnymi ruchami religijnymi, chcącymi (to dla mnie szok) wyrzucić naukę o ewolucjonizmie ze szkolnych programów nauczania. Polska nie jest w tym odosobniona, o czym przeczytałam w artykule Element przypadku.
I po czwarte, i najważniejsze (a dla mnie najciekawsze i najniebezpieczniejsze dla mojego światopoglądu) dla ateistów by ich utwierdzić w swoich przekonaniach, dla czytelników wahających się lub poszukujących, by ich wyprowadzić z tego stanu i dla wierzących, by poważnie zachwiać ich światopoglądem. By, obrazowo rzecz ujmując, do człowieka szykującego się do skoku z parapetu wieżowca, głęboko wierzącego, że wyrosną mu skrzydła i pofrunie, powiedzieć, a przede wszystkim udowodnić mu, że spadnie zabijając się. Bo o tym jest ta książka i taki był też zamysł autora – o faktach empirycznych, świadectwach, dowodach ewolucji, które potwierdzają, że teoria ewolucji jest faktem, faktem równie niezaprzeczalnym, jak inne naukowe fakty.
A wszystko napisane przystępnym, wręcz przyjaznym stylem, bez nadmiernej naukowości językowej, ale z zachowaniem podstawowych pojęć oraz zjawisk i teorii, zawsze wyjaśnionymi i wytłumaczonymi przez autora lub tłumacza. Czułam, że autorowi zależy na zrozumieniu jego wywodów, a tym samym na mnie, czytelniku, odwołując się do mojej wiedzy z biologii, geografii, historii i chemii wyniesionej ze szkoły średniej. Ubarwionych fascynującymi przykładami z otaczającego mnie świata, ilustrowanych rysunkami i kolorowymi fotografiami, z odrobiną humoru, bezpośredniego zwracania się do mnie, dającymi złudzenie uczestnictwa w wykładach wielkiego pasjonata ewolucjonizmu, a których fragment można poczytać w artykule Piekielna drabina.
Treść tej książki nie tyle przekonała mnie do ewolucjonizmu, bo byłam go pewna również przed jej czytaniem (dała mi ją nauka w biologiczno-chemicznej klasie o rozszerzonym programie nauczania z biologii i chemii)), ile postawiła mnie przed dylematem żaby ze znanego kawału, rozdartej niemocą bycia jednocześnie w osobnych grupach: mądrych i pięknych. Boleśnie uświadomiła mi, że wbrew logice, jestem jednocześnie ewolucjonistką jak i kreacjonistką, nie posiadając żadnego wypracowanego punktu styczności między tymi wykluczającymi się poglądami! Jak mogłam przez tyle lat mojego życia być pewną, że świat ulega ewolucji od miliardów lat, a jednocześnie wierzyć, że Bóg stworzył go w kilka dni przed kilkunastoma tysiącami lat i nie widzieć tej rozbieżności?!
No jak?!?
Dałam sobie z tym radę po kilku dniach intensywnych poszukiwań (prawie wpadłam pod samochód w tym zamyśleniu), wykorzystując jedno bardzo szczere zdanie autora: Ta książka mówi o świadectwach ewolucji i dlatego od razu muszę przyznać, że nie dysponuję żadnymi świadectwami zdarzenia, które zapoczątkowały ewolucję na naszej planecie.
Koniec, kropka, a konkretnie ta poniżej, w środku (no, może kwadracik).

 

text

 

 

Na tym kołowym „drzewie ewolucji” Hillisa (zaglądając pod ten link ujrzałam go w formie tatuażu i nie tylko) zaznaczyłam w środku punkt (oj, nie byłby zadowolony autor z takiej profanacji jego drzewa), w którym kończy się logika naukowa, a zaczyna się wiara. Punkt styczności obu poglądów. Mogę powiedzieć, że weszłam na wspomniany wcześniej parapet wieżowca i pomyślałam: wiem, że skacząc w dół się zabiję (ewolucjonizm) i wierzę, że pofrunę (kreacjonizm), może niekoniecznie wyrosną mi skrzydła, ale wbrew prawom fizyki – po prostu lewitując! Przecież to „cud”, którego istnienie jest faktem! Udokumentowanym i udowodnionym!
Jak „przełożyć” to na punkt styczności?
Najlepiej ujął to współpracujący wcześniej z autorem teolog lord Harris: Dziś nie ma już nad czym „debatować”. Ewolucjonizm jest faktem i z chrześcijańskiej perspektywy jest jednym z najwspanialszych dzieł bożych.
I chciałoby się powtórzyć za Adamem Mickiewiczem: „czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko”, a zaraz potem za Williamem Szekspirem: „są dziwy w niebie i na ziemi, o których ani śniło się waszym filozofom”.
I tutaj pojawia się kolejne pytanie, a właściwie lawina pytań. Skoro ja, przeciętny czytelnik potrafiłam wypracować sobie kompromis miedzy dwoma skrajnymi i pozornie wykluczającymi się poglądami, to dlaczego nie potrafią tego dużo mądrzejsi i bardziej uczeni ode mnie? A może nie o kompromis im chodzi? Może go wręcz nie chcą? Dlaczego skrajnym kreacjonistom i historycznym negacjonistom zależy na wychowywaniu społeczeństwa w wiedzy z okresu średniowiecza? Czy łatwiej nim manipulować dla własnych celów?
Pozostawiam te pytania retorycznymi.
To ważna książka dla mnie, ale i dla wszystkich ludzi bez względu na wyznawany światopogląd, dla naszego dobra, dla pokojowego współistnienia.
Dla mnie, w moim topie pięciu najlepszych, czytanych w tym roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Zaopiekuj się mną… – Dorothy Koomson

Zaopiekuj się mną… – Dorothy Koomson
Przełożyła Elżbieta Piotrowska
Wydawnictwo Albatros , 2008 , 430 stron
Literatura angielska

Od czasu do czasu lubię poczytać coś słodkiego i koniecznie zakończonego szczęśliwie. Informacja na tylnej okładce dała mi taką nadzieję. Troje przyjaciół. Dwie kobiety i mężczyzna, który zdradza swoją narzeczoną z jej najlepszą i jedyną przyjaciółką.
O tak! Coś dla mnie, na ten czas, na tę chwilę.
Po kilkudziesięciu stronach zdążyłam sobie polubić i znielubić bohaterów. Potępić i pochwalić za postawę. Obwinić i rozgrzeszyć za postępowanie. Przyklasnąć jakże słusznym argumentom Kamryn, głównej bohaterki, za podjęciem jedynej, słusznej i prawidłowej decyzji. Jednym słowem, świat jest czarny i biały, i bardzo prosty. Powieść-miód na lęki całego świata.
Do czasu. Do momentu. Do tego jednego wydarzenia, które wszystko, to co było stałe, rusza z posad i jak lawina błotna zmiata z powierzchni wszystko, łącznie z najtrwalszymi punktami odniesienia. Obraca życie o 180 stopni, by między bielą i czernią pojawiło się mnóstwo odcieni szarości. I nic już nie jest stałe, przewidywalne i bezpieczne. A wszystko przez jedną, małą, niepozorną i rzadko opisywaną człowieczą cechę – zmienność pod wpływem chwili, niczym nie usprawiedliwioną, niczym nie umotywowaną. Maleństwo, które powoduje apokaliptyczne katastrofy w życiu człowieka. Które zamienia miejscami skrzywdzonego z krzywdzącym.
Do tego niesamowity dar pisarki do takiego manipulowania faktami, dawkowania informacji, wnikliwego analizowania psychiki bohaterów, że zaczęłam podejrzewać ją o złośliwość wobec mnie jako czytelnika. O sadystyczne zadawanie ciosów poniżej pasa, wyciskających łzy. O chęć ukarania mnie za wszystkie moje czarno-białe oceny, poukładany świat, zaszufladkowane poglądy, ponaklejane etykiety słuszne-niesłuszne, moralne-niemoralne. O zmuszanie mnie do zadania sobie pytania: czy zawsze w moim życiu był taki porządek? Czy zawsze byłam pewna czego pragnę? Czy zawsze znałam jasno motywy swojego postępowania?
Autorka powieścią jak palcem wskazującym kłuje sumienie, pytając: czy jest na świecie taki człowiek, który w stu procentach wie, i to bez cienia wątpliwości, czego w danym momencie chce, który nie ulega żadnej pokusie ani przejściowym wahaniom nastroju?
Jeśli taki by się znalazł, byłby jedynym człowiekiem z prawem do rzucania kamieniami w czarno-białym świecie moralności.
Ja nim nie jestem.

 

text

 

Na oficjalnej stronie autorki, po zarejestrowaniu, można poczytać jej pamiętnik i nie tylko.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi: