Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Od tragedii do farsy – Slavoj Žižek

21 marca 2019

Od tragedii do farsy: czyli jak historia się powtarza – Slavoj Žižek
Przełożyli Maciej Kropiwnicki , Barbara Szelewa
Wydawnictwo Krytyki Politycznej , 2015 , 265 stron
Literatura słoweńska

Nie wierzę, że przeczytałam tę książkę!
A jeszcze nie tak dawno temu trzymałam w dłoniach Kapitał Karola Marksa i Fryderyka Engelsa oraz pięć tomów Dzieł wybranych Lenina, zastanawiając się, ważąc ich ciężar (bo solidnie i pięknie wydane), czy ktoś jeszcze TO czyta? A jeśli tak, to kto? Pewnie studenci, bo muszą – przypomniała mi się Wisława Szymborska, która do takiego wniosku doszła po przeczytaniu akademickiego podręcznika w swoich Wszystkich lekturach nadobowiązkowych. No może jeszcze filozofowie i badacze nauk pokrewnych. Ale zwykły człowiek taki, jak ja – nigdy! A uprzedzano mnie – nigdy nie mów nigdy, bo właśnie stało się, że jednak!
A zaczęło się od bardzo zwykłego pytania, które zawsze zadaję, gdy widzę u kogoś książkę – co to? Wzięłam do ręki i natychmiast się zniechęciłam, zanim jeszcze usłyszałam odpowiedź. Zobaczyłam nazwę wydawcy, a właściwie jego profil wydawniczy widniejący w nazwie – polityczny. Nie ciągnie mnie do tego typu publikacji. Wolę obserwować politykę z boku, rozmawiać, oglądać programy publicystyczne, ale analizy książkowe nie za bardzo. Już chciałam ją odłożyć, gdy usłyszałam pytanie na moje pytanie – Nie znasz Žižka? Jak możesz nie znać Žižka? – trochę przytłoczyło mnie to zdziwienie, więc szybko odpowiedziałam – A powinnam? No raczej – usłyszałam – przecież to bardzo znany słoweński filozof, socjolog, psychoanalityk, krytyk kultury i wizjoner, którego przepowiednie społeczne, ekonomiczne, kulturowe i polityczne sprawdzają się.
ZAWSZE!
Nie wiedziałam, czy to prawda, ale zapachniało Nostradamusem! Kto nie chciałby zajrzeć za kulisy przyszłości własnego kraju i narodu, a tym samym swoje? Ja bardzo! I tu kryła się zasadzko-niespodzianka. Szelma nie powiedziała mi bardzo ważnej rzeczy – autor był MARKSISTĄ!!!
To dlatego nie zdałam testu, którym otworzył swój wykład, bo dla mnie ta pozycja nim była. Nie miałam szansy go zdać, bo zaczęłam czytać go bez pełnej wiedzy o autorze, a tym samym bez uprzedzeń. A zaczął go w ten sposób, ponieważ bardzo dobrze przewidywał reakcję swoich zorientowanych w temacie przeciwników – Tytuł niniejszej książeczki ma być w moim zamierzeniu najprostszym testem na iloraz inteligencji czytelnika: jeśli pierwsze skojarzenie, które u ciebie wywołują te słowa, to prostacki antykomunistyczny banał – „Masz rację, dziś po tragedii XX-wiecznego totalitaryzmu cała gadanina o powrocie do komunizmu może być tylko farsą” – to szczerze radzę ci się już tutaj zatrzymać i rzucić książkę w kąt.
Książki w kąt nie rzuciłam!
Trochę na przekór, mając jednak świadomość, że właśnie o to chodziło autorowi, a trochę z powodu mojej zasady – jak już coś zacznę, to nie przerywam. Czytam do końca nawet wbrew sobie. Nawet po tym zniechęcającym mnie zdaniu – Strona, którą tutaj zajmuję, to oczywiście strona komunistyczna. Brrr i ciarki po plecach – nawet odruchy miałam czysto fizyczne na dźwięk tego słowa. Organicznie już nie cierpiałam jej czytać. Nic dziwnego, że początkowo brnęłam przez nią, jak pod prąd rwącej rzeki z obciążnikami na nogach. Nie ze względu na język, który pomimo naukowości (pojęcia, nomenklatura, styl przekazu charakterystyczny dla filozofów – pełen cytatów i odniesień do myśli innych filozofów, logiczny, a przez to wymagający maksymalnego skupienia) był dla mnie jasny i zrozumiały. Nie ze względu na tematykę, której podstawy komuniści wtłoczyli mi na studiach pod przykrywką nauk politycznych, ekonomii politycznej i filozofii.
Nie to było dla mnie problemem w przyswajaniu treści.
Przeszkodą były moje uprzedzenia, wręcz fizyczny wstręt i obrzydzenie, które pojawiły się na hasło – komunizm. Jakaś cząstka mnie broniła się przed tą wiedzą, marudząc – ale to już było! Dobrze żarło i zdechło!
Otóż nie!
Ripostował autor. To był socjalizm, który przejawił zdegenerowaną formę komunizmu, określając go za Marksem mianem wulgarnego komunizmu. Sam komunizm jest innym, lepszym, wartościowszym i jedynym systemem zdolnym zadowolić wszystkich ludzi na całym świecie w imię sprawiedliwości społecznej. Takie mniej więcej peany na jego wyjątkowość i wiecznie żywą Ideę zawarł w drugiej części tej pozycji. W części pierwszej, jak nie trudno się domyślić, znalazłam wiadro pomyj wylany na niedobry, wyzyskujący słabszych, niesprawiedliwy, pełen hipokryzji i tragedii przechodzącej w farsę, zgubny dla ludzkości i istnienia świata, kapitalizm. O mało nie zaczęłam mu wtórować, kiedy, jako żywo, zaczęły mi się przypominać hasła z lat 50. i 60. XX wieku – „reakcyjny imperializm” czy „kapitalistyczni wyzyskiwacze”. Ale czytałam z zaciekawieniem, bo muszę przyznać, czynił to bardzo interesująco i uwodzicielsko, często ilustrując dosadnie przemawiającymi przykładami z polityczno-ekonomicznej rzeczywistości, dochodząc do jednego wniosku.
Ameryki mi nie odkrył!
Przecież ja to wszystko wiedziałam. Przyjmując go po okresie socjalizmu, godziłam się na niego, wiedząc, że nie jest doskonały, a demokracja w nim (nie pamiętam czyje to słowa) leży na śmietniku. I wiem, że nigdy, w żadnym systemie, nie będzie tak dobrze, żeby zadowolić wszystkich. Zawsze znajdzie się „maluczki” człowiek (w komunizmie czy socjalizmie) czy grupa osób (w kapitalizmie), która to wszystko spartaczy, żeby nie powiedzieć dosadniej, dorabiając swoją teorię do praktyki. Czynnik ludzki jest nieprzewidywalny. To on decyduje, że ostatecznie otrzymujemy karykaturę Idei. Jakiejkolwiek. To dlatego komunizm też tego nie dokona, nawet w swojej najczystszej postaci, której wizję czarująco roztacza autor. Raju na Ziemi, który jeszcze nie powstał, bo nie miał szansy zaistnieć i się rozwinąć. Ale teraz ma i to „udowadnia”! Autor mami i kusi w tak atrakcyjny sposób, że chciałoby się do tego raju!
I to jest niebezpieczne dla młodych umysłów!
Każdemu zachwyconemu poglądami autora, dodawałabym w pakiecie z tą pozycją, jej antidotum – Smakowanie raju Icka Erlichsona. Historię człowieka, który uwierzył komunistom i tego raju spróbował.
Ale, ale!
To nie znaczy, że żałuję czasu przeznaczonego na ten analityczny wykład. Absolutnie nie! Mimo że skręcało mnie, kiedy czytałam o niepodważalnych zaletach komunizmu jako wiecznej Idei, która nadal pozostaje w mocy, czekając na sprzyjającą okoliczność, by rozkwitnąć, wiedziałam, że, aby poznać wroga, trzeba poznać jego język i stanąć rozumowo po jego stronie prawdy, bo mamy do niej dostęp tylko wtedy, gdy opowiadamy się po jakiejś stronie. I tylko wtedy możemy zrozumieć, ku czemu zdąża świat, gdy znajdziemy maksymalną ilość odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Między innymi na to – Jak nasza dzisiejsza sytuacja wygląda z perspektywy ideii komunistycznej? I jeśli nawet trochę się przestraszymy groźnego pohukiwania marksistów, że, jak napisał John Caputo, jakiś Potwór zwany Kapitałem nadal nas dręczy, to po to, by wzbudzić naszą czujność. Bo co, jeśli się proroctwo Slavoja Žižka spełni się? Wszak historia się powtarza, jak zaznacza autor w podtytule i treści książki.
Mamy się bać powrotu do przeszłości?
Chciałabym napisać, że absolutnie nie, ale nie mogę. Z dwóch powodów. Po pierwsze, atrakcyjności przekazu i wizji (książkę pomimo początkowych oporów połknęłam w jeden wieczór!) dla młodych ludzi rozczarowanych zastaną rzeczywistością, które wołają – Nie bójcie się, przyłączcie się, wróćcie! Po drugie, z powodu famy wizjonerstwa i trafności przewidywań autora, który pohukując, twierdzi – komunizm stoi u bram! I chociażby po to, by ujrzeć i przekonać się, że hydra podnosi łeb, który jej powoli zaczyna odrastać, warto po nią sięgnąć. Teraz wiem, jak rozmawiać z młodymi poszukującymi na temat komunizmu.
Właśnie wróg wyposażył mnie w dobrą broń i ostrą amunicję argumentów.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Od tragedii do farsy [Slavoj Zizek]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

Proszę spróbować oderwać się od tego wykładu, który jest streszczeniem treści książki. Nie ma takiej szansy, chociażby na formę przekazu. Mnie najbardziej rozbawiło to – „and so on…, and so on…”.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Bohaterowie z dołów śmierci – Waldemar Kowalski

Bohaterowie z dołów śmierci – Waldemar Kowalski
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2016 , 344 strony
Literatura polska

„Ale o co chodzi z tymi żołnierzami AK?”
Takie pytanie zadał mi zaprzyjaźniony nastolatek, którego pasją są rekonstrukcje historyczne. Trochę zdziwiłam się, że na etapie szkoły średniej miał problem ze zrozumieniem zjawiska historycznego, jakim są Żołnierze Wyklęci, ale i ucieszyłam, że z powodu swojej pasji drąży temat.
To przede wszystkim dla takich osób jest ta pozycja.
Kompendium podstawowej wiedzy rozpoczynające się od jednak niezbędnego, jak pokazuje życie, króciutkiego rozdziału o jednoznacznym tytule – Dlaczego wyklęci?. To w nim autor zawarł okoliczności pochodzenia tego pojęcia oraz przyczynę zaistnienia w historii Polski. Pozostałą treść ujął w trzech rozdziałach o wiele mówiących tytułach – Kłamstwo, Ofiary i Prawda. Wszystkie ilustrowane zdjęciami.
Pierwsza tłumaczy zawiłą historię podziału Polaków na tych walczących o niepodległość oraz niezawisłość od ZSRR i tych, którzy wszelkimi sposobami i metodami wprowadzali ustrój socjalistyczny, uciekając się do aparatu opresji i represji wobec, używając ówczesnego języka propagandy komunistów, zaplutych karłów reakcji. To jedno z bardziej dyplomatycznych inwektyw wobec bohaterów z dołów śmierci. Jego skutkiem była Łączka. Jak pisze autor – Łącznie w pierwszej dekadzie Polski Ludowej w więzieniu mokotowskim uśmiercono ponad tysiąc osób, przy czym mniej więcej co czwarty skazaniec został pogrzebany na obszarze cmentarza komunalnego Powązki.
Kim konkretnie były osoby mordowane w świetle ówczesnego prawa, wrzucane do dołów w wielkiej tajemnicy i bez ceremonii pogrzebowej, wyjaśnia część druga. Nie ujmuje ona wszystkich, bo to materiał na osobną monografię, ale przybliża dosyć obszernie pięć sylwetek niezłomnych w życiu, poglądach, postawach i w walce o niezawisłą Polskę – Hieronima Dekutowskiego, Emila Augusta Fieldorfa, Stanisława Kasznicy, Witolda Pileckiego i Zygmunta Szendzielarza.
Ostatnia część to dosłownie i w przenośni odkopywanie przez zespół badaczy prawdy ukrytej pod kilkumetrową warstwą ziemi, kolejnej nawiezionej dodatkowo i grobami (o ironio!) ich katów i oprawców. To tutaj można dowiedzieć się na czym polega ekshumacja, akcja DNA pomagająca identyfikować szczątki ofiar i co dzieje się z nimi potem. Autor, zapraszając do rozmów antropologa, genetyka, medyka sądowego i wiceprezesa IPN oraz umieszczając wywiady z nimi w tej części publikacji, nadał treści wieloaspektowe podejście nauki do prac na Łączce i w laboratoriach, podkreślając wspólny, ogromny i konsekwentny wysiłek całego zespołu badaczy w dążeniu do ujawnienia prawdy. Zarówno od strony historycznej, naukowej, ale również od strony psychologicznej, a zwłaszcza emocjonalnej. To tutaj najbardziej było widać cierpienie rodzin ofiar, ale i ich determinację do rehabilitacji męża, syna, ojca, wujka czy dziadka.
Wszystko to sprawia, że publikacja staje się bardzo dobrym materiałem informacyjnym dostarczającym podstawową wiedzę dla niezorientowanych lub pogubionych w temacie, a dla młodzieży świetną lekcję historii, która zatacza koło prawdy. Naukę, że każde kłamstwo, nawet najgłębiej zakopane i najbardziej zatuszowane, prędzej czy później zostaje zweryfikowane przez historię.
To tylko kwestia czasu.
Natomiast dla mnie, osoby, która na bieżąco śledzi prace na Łączce, czyta literaturę poświęconą Żołnierzom Wyklętym (Inka, Ochotnik, Żołnierze Wyklęci), ogląda filmy (Generał Nil, Łączka) oraz spektakle telewizyjne (Śmierć rotmistrza Pileckiego, Inka 1946 – Ja jedna zginę) i wiele filmów dokumentalnych (wymieniam tytuły dla tych, którzy chcą zgłębić temat), to przede wszystkim komentarz do tego, co obecnie dzieje się na Łączce. Sprawozdanie z kolejnego etapu prac, które śledzę na bieżąco, a które, mam taką nadzieję, będzie miało swoją kontynuację. Bo ta książka nie ma klasycznego zakończenia, gdyż o losach straconych polskich bohaterów, choć zmierza dziś w dobrym kierunku, do tej pory nie doczekała się szczęśliwego zakończenia – napisał autor w zakończeniu – a musi być dokończona.
To dobrze.
Cieszy mnie ta determinacja i kolejne efekty. A są! Podczas tworzenia tej książki odnaleziono już 200 szczątków, a zidentyfikowano 40 osób. Kilka dni temu, 10 października, program informacyjny doniósł o dwóch kolejnych odnalezionych w dołach śmierci. Cieszę się z każdego odnalezionego Żołnierza Wyklętego skazanego na zapomnienie.
Z każdego zidentyfikowanego.
A póki co, mogę tylko tłumaczyć, wyjaśniać tę naszą pogmatwaną, trudną i bolesną przeszłość najmłodszym, trochę zagubionym w jej meandrach. Czcić ich pamięć razem z moją zaprzyjaźnioną młodzieżą, biorąc udział w ogólnopolskim biegu Tropem Wilczym. Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Namawiam do udziału w nim nie tylko ze względów historycznych i edukacyjnych (dać przykład własnym dzieciom), ale i zdrowotnych. Jego dystans to niecałe 2 km, a dokładnie 1963 m. To rok śmierci ostatniego żołnierza AK (został zastrzelony), Józefa Franczaka ps. „Lalek”. Każdy może wziąć w nim udział. Również dzieci pod opieką dorosłych. To bieg jak najbardziej rodzinny. Najpiękniejsze jest to, że każdy otrzymuje medal. Nawet ostatni zawodnik, który doszedł do mety. Wiem, co mówię, bo nim byłam, a medal mam!

To nie koniec dzisiejszego obcowania z historią bohaterów z dołów śmierci. Przede mną niezwykłe, popołudniowe spotkanie w Kołobrzegu z Andrzejem Pileckim. Synem nieodnalezionego do dzisiaj Witolda Pileckiego. Jadę na to spotkanie z ogromnym zaciekawieniem, ale i świadomością niezwykłości chwili.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Bohaterowie z dołów śmierci [Waldemar  Kowalski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 Tutaj zobaczyłam emocje, jakie towarzyszą wszystkim obecnym na Łączce – pracującym, rodzinom ofiar i Polakom.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Skucha – Jacek Hugo-Bader

Skucha – Jacek Hugo-Bader
Wydawnictwo Agora , Wydawnictwo Czarne , 2017 , 320 stron
Trylogia , część 2
Literatura polska

   Totalne zaskoczenie!

   Nie tematyką, bo wiem, że autor jest specjalistą od reportaży podróżnych, ale w ogóle, w szczególe i we wszystkim, bo to moja pierwsza przygoda z tym reportażystą. Obfitująca w skrajne w emocje i stawiająca w opozycji moje serce i rozum. Czytając ten reportaż historyczno-polityczno-społeczny, próbowałam je stale godzić.

   Bo z jednej strony temat bardzo poważny – Kolumbowie rocznik 50.

   Temat, według autora, niepodejmowany tak, jak dotyczący rocznika 20, któremu pokłoniła się i literatura, i film. Szybko przejrzałam w pamięci tytuły książek poświęconych tej tematyce i doszukałam się tylko jednej pozycji – W twoim kraju wojna! Małgorzaty Niezabitowskiej. Na pewno jest ich więcej, ale to i tak mało, jak na etos tego pokolenia. Autor postanowił to zmienić. Uznał, że ludziom opozycji z czasów socjalistycznego ustroju  należy się taka sama pamięć, jak tym walczącym w Powstaniu Warszawskim czy w strukturach AK. Podchodził do tego tematu kilkakrotnie. Pierwszy raz dwadzieścia jeden lat temu. Nie zmarnowała się ta przeszła praca, bo włączył poprzednio zgromadzone materiały do tej pozycji. Nazwał to żartobliwie reportażem z recyklingu. Poza tym mógł dołączyć informacje nowe, narosłe od pierwszej próby zmierzenia się z tematem, a nawet przypomnieć fakty swoim bohaterom, którzy o nich już zdążyli zapomnieć. Wykaz „osób dramatu”, jak nazwał listę swoich bohaterów, umieścił na początku książki, dołączając do każdego nazwiska krótki biogram. To ludzie, których znał osobiście. Rewolucjonistów, jak ich nazwał, znanych mu z imienia, nazwiska, wieku, zawodu i ksywy. Jak sam napisał – Chciałbym się zmierzyć z tym paradoksem, opowiedzieć, jak się żyje działaczom, bojownikom podziemia demokratycznego w Polsce, którą sobie wywalczyli. Co dzisiaj robią Kolumbowie rocznik 50, dzieci tamtych Kolumbów, jak się urządzili, jak się wiedzie moim kolegom z partyzantki w wolnym wreszcie kraju? Oddać sprawiedliwość tym, którzy nie walczyli z karabinem w dłoniach, nie przelewali krwi, ale kręcili korbami od powielaczy, roznosili bibułę, przechowywali nielegalne materiały, użyczali mieszkań do celów konspiracyjnych czy drukowali gazetę „Wola”.

   Było ich 15.

  Plus „chór konspiratorów” i „chór rodziny” – ważne osoby z kręgu bohaterów głównych. Nie wszyscy zgodzili się rozmawiać. Dwóch odmówiło, ale autor znalazł ciekawy sposób napisania o nich – przedrukował teksty umieszczone przez nich na stronach blogu, jasno i precyzyjnie opisujące ich postawy i losy współczesne. Żeby było ciekawiej, poszatkował te rozmowy i umieścił naprzemiennie w trzech rozdziałach. Pierwszy mówił skąd pochodzą, z jakich rodzin i środowisk i jakie wartości oraz postawy wynieśli z domów rodzinnych. Drugi akt dramatu – „Siedem lat w trumnie”, bo tak nazwał rozdział, opowiadał o siedmiu latach konspiracji, świadomie nawiązując do powieści Romana Bratnego „Rok w trumnie”. Akt trzeci dramatu – „Początek świata szwoleżerów” to kolejne nawiązanie literackie do „Końca świata szwoleżerów” Mariana Brandysa. Oba odniesienia inteligentnie przewrotne. W tych trzech aktach mogłam przyjrzeć się temu, co w człowieku szlachetne i przyzwoite i temu, co w nim ułomne i podłe. Ich dalsze losy, z których byli dumni lub żałowali, twierdząc, że nie o taką Polskę walczyli.

   Z drugiej strony sposób podania tematu – lekko niepoważny.

   Momentami frapujący, deprymujący, podszyty nutą kpiny, sarkazmu, a zwłaszcza czarnego humoru. Obnażający duszę i najbardziej intymne sprawy rozmówców. Wyciągające z ukrycia ich bardzo osobiste tajemnice i głęboko skrywane sekrety – homoseksualizm, transwestytyzm, zmiana płci, choroby psychiczne, alkoholizm, narkomania, uzależnienia emocjonalne, tragedie rodzinne i dramaty małżeńskie, trudne relacje z rodzicami, poważne problemy z dziećmi czy wreszcie współpraca z SB. I te ciągłe porównania bohaterów do psów z pełnym opisem ich cech idealnie przystających do postaci ludzkich. By docenić kunszt autora, przytoczę odniesienie do Michała Boniego jako najbardziej rozpoznawalnego polityka w tym reportażu – Wszędobylski typ. W wiecznym biegu jak pies rasy beagle. Mały, słodki, nadaktywny prymus, którego wszędzie pełno, więc paniuńcie go uwielbiają, a z każdym facetem ma raczej pod górkę, bo właściwie nie sposób nauczyć nygusa posłuszeństwa, ale który jest jednak cholernie przydatny, pomocny, pożyteczny, jak to pies gończy. Niewyrośnięty pointer jeden, mądraliński. No wypisz, wymaluj! Autor tak się zagalopował w tym psim podejściu, że poświęcił nawet cały rozdział… psim kupom. Scena z „Dnia świra” Marka Koterskiego na bis! Wprawił mnie tym w osłupienie. Sam autor miał wątpliwości, czy zasadnym było umieszczenie go w tej pozycji. Było!

   Wszystko w tym reportażu było zasadnym!

   Wprawdzie autor poprosił mnie – nie kombinuj, nie szukaj klucza do tej opowieści, nie baw się w archeologa, nie odsłaniaj tego, co ukryte, bo dowiem się, że jedna z bohaterek jest kompilacją trzech kobiet, które nie miały odwagi opowiedzieć o sobie zupełnie otwarcie, pod własnym nazwiskiem, które nie chcą się ujawnić, dać się rozpoznać, zdradzić wszystkich tajemnic. I jeśli w tym momencie nie ma nawet co gadać o obiektywnym reportażu, to nie miałam mu tego za złe, bo w zamian obiecał mi, że jeśli przez ten zabieg przestaje być reportażem, literaturą faktu, to nie jest fikcją, jest literaturą opartą na faktach, bo wszystkie opowieści, a nawet słowa bohaterki są prawdziwe.

   I bardzo dobrze, bo daje mi to jednak prawo do własnej interpretacji!

   Pokombinuję wbrew napomnieniom autora. Jemu wolno, jako autorowi, a mnie jako czytelniczce! I tak sobie wykombinowałam, że skoro o tych psach mowa, o ich cechach przypisywanych bohaterom i porównaniach, to piękna, ale i smutna, metafora powstaje z tych reportaży. Co tam szwoleżerowie, co tam więźniowie w trumnach! To zwykła, psia miłość, wierność i lojalność do swojej Pani Ojczyzny, która zapomniała o kochających ją obrońcach. Przywiązała te hasky, teriery, dobermany, jamniki i kundle włóczęgi do drzewa i zostawiła na upokorzenie, zapomnienie, chorobę i śmierć w odosobnieniu lub litość przechodniów. Dobrze oddaje tę myśl okładkowa grafika o poszerzonej przestrzeni rysunku o czarną wstążkę.

Sama książka wyróżnia się swoją pozłoconą siermiężnością idealnie oddającą jej zawartość.

Jasnobrązowy, pakowy papier ze szlachetnym złotem grzbietu, twardymi okładkami i wstążeczką, którą dodaje się raczej do ksiąg nobliwych to próba pogodzenia godności z ułomnością, ideałów z upadkiem moralnym, wiary z realizmem, sacrum z profanum. Optymizm pełen skuch!

   A dlaczego pozwoliłam sobie na taki bunt wobec autora?

   Dał mi do tego prawo pośrednio. „Język ciała” zaprzeczał temu, co mówił. Jego bezpośredniość, kierowanie słów wprost do mnie, brak zahamowań w przekazywaniu własnych obserwacji i faktów w zbliżeniu mikroskopowym, przedkładanie prawdy nad ból przez nią sprawiany, wszechobecna brzydota ciała i duszy bez zakłamań, łamały i usuwały barierę między reportażystą a czytelnikiem. Siedziałam bardzo blisko koło człowieka, który tłumaczył mi wnikliwie obserwowany świat. Rozmowa rwana, szatkowana, przeskakiwała z tematu na temat, z dygresjami bardzo ważnymi, a czasami mniej, jak to w rozmowie… o wszystkim i czasami o niczym. W ostateczności okazującą się pełną i ważną. Najprzyjemniejsze było wrażenie, że ten reportaż nie powstawał w trudzie tworzenia przez dwie dekady, ale spłynął z pióra w ciągu jednego spotkania ze mną.

   Mix majstersztyku powagi z nonszalancją niepowagi dający nominację do Literackiej Nagrody Nike 2017.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2018 roku.



Skucha [Jacek Hugo-Bader]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Z ciekawością wysłuchałam autora o kontynuacji tematu.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi: