Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Duchowe życie psów – Andrew Root

19 maja 2019

Duchowe życie psów – Andrew Root

Przełożyła Urszula Gardner

Wydawnictwo Kobiece , 2019 , 188 stron

Literatura amerykańska

   Wzruszyłam się!

   Pierwsza scena pokazująca odejście wieloletniego przyjaciela rodziny Rootów, czarnego labradora Kirby’ego, rozdarła mi serce. Szczególnie zachowanie Owena, syna autora, który pozostał przy psie z nosem przytkniętym do nosa przyjaciela i wpatrzonym w jego oczy, do ostatniego oddechu zwierzaka, by w chwili odejścia uczynić nad nim znak krzyża. Ten liturgiczny gest dziecka bardzo głęboko zapadł w serce i umysł autora. Pamięć o niej nie dawała spokoju przede wszystkim protestanckiemu teologowi chrześcijaństwa, jakim był z zawodu. Zwłaszcza że większość swojej kariery poświęcił na próbę przeniknięcia duchowości dzieci i młodzieży. Postanowił na chwilę porzucić prace nad publikacjami poważnymi i odpowiedzieć na jedno „niepoważne”, ale stale nurtujące go pytanie.

   Czy psy posiadają duszę?

   W publikacjach naukowych dotarł do jednego zdania sformułowanego przez zoologa i laureata Nagrody Nobla Konrada Lorenza – Cały urok psa (…) polega na głębi jego przyjaźni i sile więzi duchowych, które łączą go z człowiekiem. Autor szybko zdał sobie sprawę, że ta luźna uwaga na temat duchowych więzi między psem a człowiekiem, zupełnie niezgłębiona i nieuargumentowana, ale potwierdzająca jego hipotezę, miała wielu przeciwników. Filozof Kartezjusz, behawiorysta Burrhus Skinner, fizjolog Iwan Pawłow, włącznie z przełożonym autora, szefem katedry luterańskiego seminarium, jednogłośnie twierdzili – pies to napędzana żarciem żywa maszyna, kształtowana przez bodźce i reakcje. Z pomocą w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o duchowość psów przyszli mu współcześni badacze zwierząt, którzy zaczęli rozwijać etologię poznawczą. Powołując się na najnowsze wyniki ich badań, omówił psie pragnienie przebywania blisko człowieka. Opisał „zdumiewającą i szczególną zdolność psa do odczytywania intencji człowieka poprzez obserwację mimiki i gestów. Poruszył kwestie składowych relacji – empatii i dobroci, więzi i zabawy. Pokazał, że pies i człowiek są zarówno stroną dającą, jak i biorącą. Udowodnił, że psia obecność ma właściwości terapeutyczne dla człowieka. Prześledził również proces powstawania silnej więzi łączącej dwa gatunki – psa i człowieka.

   Wszystko przeniknięte osobistymi refleksjami wspomnieniowymi o Kirbym.

   Idąc tym tropem można tę teorię rozszerzyć na rośliny, bo wszak Sokrates również rzucił luźną uwagę, że duszę posiadają także i one. Z drugiej strony był czas, kiedy odmawiano jej kobietom. Nie potrafię zająć jednego, zdecydowanego stanowiska, pozostając sceptyczną i czekając na dalszy rozwój nauki, w której głos autora jest ważny. Mnie zainteresowała w tych rozważaniach inna kwestia.

   Istota dobra.

   Ta wartość, która stanowi podstawę narodzin miłości i więzi również międzygatunkowej. Przytaczane eksperymenty były dla mnie tylko potwierdzeniem teorii o niepodważalnej sile szerzenia miłości poprzez dobro właśnie, którego konieczność okazywania podkreślana jest jednogłośnie we wszystkich religiach. Może zamiast górnolotnego „kochaj bliźniego, jak siebie samego”, wystarczy mówić – bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy?

   Dużo łatwiejsze do zrealizowania na początek drogi ku miłości przez ułomną naturę człowieczą.        

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Internet jest pełen filmów pokazujących więź psa z człowiekiem.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: , , ,

Jeden Bóg – Katarzyna Mlek

21 marca 2019

Jeden Bóg – Katarzyna Mlek
Wydawca Rozpisani.pl , 2014 , 296 stron
Literatura polska

To fantastyka (na szczęście!), ale o bardzo silnym wydźwięku społecznym (na nieszczęście)!
A jak dobrze i uważnie pogrzebać w warstwach przekazu tej kasandrycznej wizji opowieści, to można dokopać się do pokładów metafizycznych z punktu widzenia ludzkości i egzystencjalnych z punktu widzenia człowieka.
Początek historii o powolnym, a przez to niezauważalnym, rozpadzie społeczeństwa (bo to opowieść o nas, gatunku ludzkim) zaczyna się w bliskiej przyszłości. Zaledwie kilka lat później od dzisiaj czyli od 2014 roku (dwa tysiące czternastego a nie dwutysięcznego czternastego), by zakończyć się u schyłku 2100 roku (dwa tysiące setnego a nie dwutysięcznego setnego). Musiałam dodać tę treść w nawiasach, ponieważ bardzo irytowała mnie nieprawidłowe odczytywanie i pisownia lat w treści. A ponieważ podawanie upływającego czasu było koniecznym, a przez to częstym, to i irytacja towarzyszyła mi przez cały czas.
Ale wracając do fabuły.
To co działo się w międzyczasie to jest to nieszczęście, o którym wspominałam na początku, a które rozgrywało się przed moimi oczami wyobraźni. Bo oto grupa ambitnych ludzi, dla których Bogiem stał się pieniądz, zaczęła grzebać w genach roślin, zwierząt i, o zgrozo!, ludzi, doprowadzając do zaburzenia równowagi szeroko pojętego ekosystemu Europy. Patrzyłam z przerażeniem na proroczy rozwój wypadków, procedury omijania lub wybiórczego zmieniania prawa w interesie wąskiej grupy społecznej, łatwy proces ogłupiania ludzi, kierujących się egoistyczną wygodą w zaspokajaniu potrzeb konsumpcji i bycia wartościowym poprzez wygląd i posiadanie, zaraźliwej korupcji sięgającej rządów, polityków i duchowieństwa, dla którego wiara nie była tu istotna, ważne były skuteczne rozwiązania biznesowe. Wiało grozą z każdej kartki, którą pogłębiało poczucie wysokiego prawdopodobieństwa spełnienia się takiego scenariusza, zbudowanego na dobrze mi znanej rzeczywistości z zalążkami zła. Ich rozbudowanie do świata przyszłego nie przekroczyło mojej granicy zwątpienia. Nie mogłam tej wizji odłożyć, zamknąć książkę po przeczytaniu i odłożyć między bajki z satysfakcją dobrej rozrywki. Ta książka zmusiła mnie do myślenia, do zastanowienia się, do wewnętrznych rozważań, prowokując do dyskusji w gronie bliskich i znajomych. Wszystko to, co podyktowała autorce wyobraźnia, miało swoje źródło w moim świecie i wszystko mogło rozwinąć się tak, jak zaproponowała autorka. No może poza jednym – nie mogłam uwierzyć, że Kościoły różnych wyznań chrześcijańskich połączą się w Jeden Kościół. Niemożliwym jest uwspólnienie dogmatów – myślałam dokładnie tak, jak jeden z bohaterów. Ale i tę wątpliwość rozwiano mi szybko tym dialogiem:
– Przesadzasz. Przecież jest jeden Bóg, czyż nie? – zauważył Morot.
– Fakt, wszyscy lubimy pieniądze – prychnął papież.

Autorka nic w tej powieści nie wykorzystała lub nie stworzyła ad hoc. Będąc uważną obserwatorką realnej rzeczywistości, w której żyje, natury ludzkiej skłonnej do egoizmu i łatwo ulegającej manipulacyjnym technikom socjotechnicznym, przewidywalnych procesów społecznych, psychologii tłumu, trendów technologicznych w nauce, brutalnej walki o pieniądz i wykorzystywanie do jego zdobycia handlu narkotykami, bronią czy ludźmi, dodała jeszcze jeden – genetykę. Niszę naukową do wykorzystania przez hieny biznesowe.
Pozwoliła człowiekowi zabawić się w Boga.
Pokazała to szaleństwo z wielu punktów widzenia – naukowców, genetyków, biznesmenów, duchowieństwa, polityków i zwykłych ludzi. O niejednolitej postawie – od pasjonata na psychopacie skończywszy. Wprowadzając do akcji kolejną postać reprezentującą określoną grupę społeczną i jej światopogląd, tak naprawdę prowokowała do dyskusji, do polemiki z ich argumentami za lub przeciw. Do ciągłych, trudnych wyborów moralnych. Nie pozwalała przy tym na przywiązywanie się do postaci, prędzej czy później uśmiercając je.
Do wielkich pieniędzy lub zaspokajania osobistych potrzeb szło się w tej historii po trupach.
Śmierć była cicha, dyskretna, a czasami niewidoczna. Począwszy od pojedynczego człowieka na ludzkości skończywszy. Rozpadał się moralnie człowiek i rozpadało oraz umierało społeczeństwo.
Na szczęście to tylko fantazja!
Na wielkie szczęście, o którym wspomniałam na początku, to tylko fantastyka o cechach sensacji i thrillera! Ale podsuwająca bardzo ważny temat do rozważań w ten świąteczny czas. Jak najbardziej odpowiedni do zadumania się w komercyjno-konsumpcyjnej gonitwie, w której coraz mniej Boga jednego, a coraz więcej bożków. To też czas, do którego chciała po latach powrócić jedna z bohaterek, współsprawczyni zagłady, ale nie miała już takiej możliwości. Było już za późno. Dla nas jeszcze nie jest. Stoimy na początki wizji opisanej w fabule. Jeszcze możemy wybrać między człowiekem-agresorem o egoistycznej, roszczeniowej postawie, stawiającym się w roli Boga i wyznającym religię pieniądza a człowiekiem rozumnym. Pracującym nad sobą w wierze lub bez niej, ale pracującym.
Każdy po tej powieści musi wybrać sam, a wybór będzie bardzo indywidualny. Inny u człowieka wierzącego, inny u ateisty, inny u bezpłodnej kobiety, a jeszcze inny u osoby śmiertelnie chorej. Zapewniam jedno łączące wszystkich – ból wyboru. Bo książki autorki bolą. I nieważny jest rodzaj powieści. Ważny jest temat, któremu podporządkowuje bardzo dobry warsztat pisarki, gatunek literacki oraz dokładnie pogłębioną wiedzę opisywanego problemu. Tak było w przypadku powieści psychologicznej Zapomnij patrząc na słońce, tak jest i w tym przypadku.
Nie zdziwię się, jeśli kolejny, bolesny problem autorka skieruje do młodzieży w postaci komiksu z równie dobrym skutkiem – przerażeniem zmuszającym do myślenia.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

 A tutaj wysłuchałam wywiadu z autorką na temat tej powieści.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fantastyka

Tagi:

Ewolucja dewolucja nauka – Maciej Giertych

Ewolucja dewolucja nauka – Maciej Giertych
Wydawnictwo Giertych , 2016 , 192 stron
Literatura polska

Spór o ewolucję trwa nadal, a poniższa recenzja tej pozycji, umieszczona w środku, przedstawia to tak:

Dewolucja to dla mnie nowe słowo i pojęcie. Chciałam wiedzieć więcej, więc z zaciekawieniem przyjęłam ją od mojej koleżanki, która uczy biologii w szkole. Dała mi ją bez komentarza, a ja, biorąc ją, byłam przekonana, że to podręcznik szkolny, bo do złudzenia go przypomina. Nawet odruchowo zaczęłam szukać numeru dopuszczenia MEN do użytku szkolnego.
A tu niespodzianka!
Nie znalazłam go. Według Wydawcy jest podręcznikiem, bo takiego określenie używa w opisie książki na swojej stronie, ale tak naprawdę to ujęte w tę przystępną formę przekazu pokłosie konferencji w Parlamencie Europejskim z dnia 11 października 2006 roku na temat nauczania teorii ewolucji w szkołach europejskich zorganizowanej z inicjatywy autora. Ówcześnie europosła, ale również profesora, naukowca, badacza i wykładowcy akademickiego mającego merytoryczne i naukowe podstawy do zaproszenia do dyskusji myślących podobnie, innych naukowców z różnych dziedzin nauki. Ich wystąpienia pozwoliły na sformułowanie jednego, ale za to rewolucyjnego wniosku – najwyższy już czas odrzucić teorię ewolucji w formie przedstawionej w europejskich szkołach. Uczy się nieudowodnionej teorii bardziej jako dogmatu czy przesądu zamiast prawdy naukowej. Czas, by spojrzeć na zagadnienie z czysto naukowego punktu widzenia i uwzględnić najnowsze odkrycia.
Ok – pomyślałam – z ochotą spojrzę z proponowanego punktu widzenia!
Charles Darwin też miał pod górkę ze swoimi poglądami, o czym przekonałam się, czytając biograficzną Opowieść o Darwinie Irvinga Stone’a. Jak widać, po ponad 150 latach, nadal ma. Dlaczego więc nie dać szansy wypowiedzenia się tym razem jego upartym przeciwnikom? Dałam taką szansę ateiście Richardowi Dawkinsowi i jego Najwspanialszemu widowisku świata, dam i przedstawicielowi dewolucjonizmu. Zwłaszcza że środowisko kreacjonistów, wbrew powszechnej opinii, to również obóz naukowców, badaczy i specjalistów znanych i uznanych w swoich dziedzinach.
Autor swój referat podzielił na sześć rozdziałów.
Pierwszy poświęcił teorii ewolucji, wskazując na słabe punkty w jej założeniach w powstawaniu ras, mutacjach, dowodach paleontologicznych, filogenezie, sedymentologii, stratygrafii i metodzie datowania. W każdej z tych dziedzin obala przyjętą za pewniki wiedzę, a cały rozdział podsumowuje jednym wnioskiem – to nie ewolucja, to dewolucja. W przeciwieństwie do ewolucji, widoczny proces w odwrotnym kierunku. Muszę przyznać, że kontrargumenty i dowody je popierające są bardzo rzeczowe i przynajmniej zmuszające do krytycznego myślenia. Powołuje się przy tym na nie byle jakie autorytety, bo na dwudziestu noblistów z różnych dziedzin nauki, którzy co najmniej sceptycznie, jeśli nie krytycznie, wypowiedzieli się na temat ewolucji. Najciekawszym dla mnie rozdziałem był ten poświęcony etyce wyrosłej na gruncie darwinizmu. Eugenika to jego pochodna.
Ale nie tylko!
Według autora darwinizm można używać i, jak historia pokazała, używano go do usprawiedliwiania ludobójstwa, eksperymentów medycznych czy komercjalizacji rozrodczości człowieka.
Swoją teorię wpisuje w kreacjonizm, który twierdzi, że życie to nie tylko chemia, a tajemnica życia jest niewątpliwie najtrwalszym problemem dla umysłu ludzkiego – jak powiedział noblista z fizyki z 1909 roku, Guglielmo Marconi. Stąd kolejny rozdział o stosunku religii świata do ewolucjonizmu, który waha się pomiędzy negacją a kompromisem.
Ostatni rozdział poświęca dewolucji, ukazując jej przejaw na konkretnych zjawiskach – wymieraniu gatunków i mutacjach genetycznych pod wpływem czynników mutagennych, by całość treści zakończyć mocnym zdaniem – Ewolucja to teoria, dewolucja to fakt. I coś w tym jest, kiedy przeczyta się cały wywód.
Ale, czy powinien być kierowany do uczniów?
Nawet jeśli pośrednio, bo autor rozdał książkę nieodpłatnie nauczycielom biologii w całej Polsce. Wyraźnie chciał swoją wiedzę i stanowisko ukazać środowisku chłonącym ją, ale najsłabiej do tego przygotowanym pod kątem merytorycznym, jak i krytycznego myślenia. To dlatego książka przybrała formę podręcznika. Tekst pisany dużymi literami zawiera podkreślone na kolorowo zdania ważne.

Myśli szczególne są wyrzucone na margines z wykrzyknikiem.

Ikonografia jest bardzo kolorowa i często dominująca nad tekstem.

Czasami stanowi wręcz tło dla treści.

Bardzo przyjemnie czyta się ją i ogląda. Zwłaszcza że jest wydana na elastycznym papierze, miękko układającym się w dłoniach.
Ale, czy powinna być wprowadzana do szkół kuchennymi drzwiami?
Uczeń nie jest partnerem w dyskusjach naukowych, a nauczyciel musi realizować podstawę programową. Moja koleżanka nawet jej nie przeczytała, odrzucając ją po zobaczeniu nazwiska autora. Sądząc po komentarzach i głosach obdarowanych nauczycieli (polecam artykuł – Biolog o książce prof. Macieja Giertycha: „To (pseudo)naukowy sabotaż”), środowisko jest raczej oburzone. Chociaż nie wykluczam, że znajdzie się wśród nich biolog, który mądrze zapozna uczniów z dewolucją w ramach koła biologicznego jako alternatywę teorii oficjalnej. Wolałabym jednak, aby spory naukowe toczyły się wśród naukowców na sympozjach, wśród równych sobie, a wypracowane wspólnie wnioski dopiero wtedy przenikały do obowiązującego programu nauczania młodzieży. Omijanie tej drogi i pójście na skróty nie jest najlepszym pomysłem.
Odbieram to jako akt rozpaczliwej desperacji.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Fragment książki

 Wysłuchałam również wykładu autora.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Dwanaście srok za ogon – Stanisław Łubieński

Dwanaście srok za ogon – Stanisław Łubieński
Wydawnictwo Czarne , 2016 , 208 stron

Seria Menażeria
Literatura polska

   Bardzo przewrotny, ale adekwatny tytuł!

   Bo cóż ja w tej opowieści nie miałam! Różnorodność ogromną! Od malarstwa, literatury, filmu, muzyki poprzez wątki polityczne na ekologii skończywszy! Spojrzenie szerokie, które ogarniałam niczym sowa, skoro już jesteśmy w ptasim świecie, wykręcając umysł i wyobraźnię dookoła tej przebogatej panoramy. Właściwie nie powinnam się temu dziwić, skoro autorem jest kulturoznawca ogarnięty ptasią pasją, a już z pewnością dotknięty syndromem Birding Compulsive Disorder w pozytywnym jego znaczeniu. Jednostki chorobowej wymyślonej z przymrożeniem oka przez językoznawcę Petera Cashwella, odpowiadającej za skupianie całej uwagi na ptakach w codziennym życiu „chorego”. To on odpowiada za gwałtowne hamowanie bez oglądania się w lusterku na ruchliwej drodze, kiedy na poboczu mignie coś ciekawego. To on sprawia, ze ptasiarz w środku dyskusji ucisza wszystkich syknięciem i unosi palec w kierunku, z którego dobiega interesujący dźwięk. To on zmusza do wielogodzinnego czuwania nawet w zimny, mroźny lub deszczowy dzień albo noc, by zobaczyć na przykład rzadką już kraskę. To on dawał siłę, by przetrwać i przeżyć koszmar obozu koncentracyjnego,bo i nawet takich wątków w niej nie zabrakło.

   Taki jest właśnie autor i jego opowieści!

   A może reportaże, które przybierały momentami formę dziennika z obserwacji albo esejów? W pierwszym zderzeniu ze słowem sprawiały wrażenie chaotycznych. Poszatkowanych nawet wewnątrz dwunastu rozdziałów. Sięgających do różnych źródeł  nauki i czerpiących z własnego doświadczenia. Ale to pozory wynikające z rozległej wiedzy autora, z którą dzielił się, przepuszczając ją przez fokus uwagi skupionej na jednym temacie – ptaków. A zaczął od swoistego listu polecającego, w którym powołał się na przyczynę swojej „choroby” rozwijającej się powoli od dzieciństwa. Nie boję się jej nazwać wprost – miłością do ptaków, chociaż autor w żadnym miejscu do tego się nie przyznał i nie nazwał. Nie musiał. Ja ją widziałam, słyszałam i czułam w każdym zdaniu. Tę miłość najpierw pozwolił mi usłyszeć poprzez dźwięki, które w moim życiu słyszę wyraźnie tylko, gdy jestem w lesie lub jakaś wrona niespodzianie zakracze nade mną, idącą chodnikiem, w miejskim zgiełku. A to przecież trele, świergot, ćwierkanie czyli śpiew, tak trudny do przełożenia na ludzką mowę i jeszcze trudniejszy do zapisania. By potem ukazać ich ptasich autorów w opisach, które mnie urzekły. Nie tylko własnym postrzeganiem, ale również interpretacją obrazów Józefa Chełmońskiego. Autor zachwycał się jego widzeniem ptasiego świata, a ja zachwycałam się jego zachwytem. Jego podążaniem śladami artysty, by skonfrontować obraz z rzeczywistością.

   Ale i bez tego typu wycieczek dużo podróżował.

   Zaglądał do obozu naukowców obrączkujących ptaki (podobnego do tego, jak  Akcja Carpatica), by im nie tylko pomagać, ale by przede wszystkim być bliżej ptaków, bo – jak sam napisał – Nigdzie nie będę bliżej ptaków. Nigdzie nie będzie miał takiej możliwości, by przekonać się, czy sosnówka rzeczywiście pachnie żywicą. Prezentował klasyfikację ludzi zajmujących się ptakami, podkreślając jej ogromne zróżnicowanie, gdzie obok naukowców ornitologów funkcjonują ptasiarze, obserwatorzy ptaków on-line i mniej szlachetni tłiterzy. Osobny rozdział poświęcił ptasim fotografom, których „bezkrwawe łowy” w dzisiejszych czasach nie są już takie bezkrwawe, bo z konsekwencjami zdziczałych obyczajów „polujących”. Na tle urokliwego życia ptaków na wsi, w lasach i bezludnych krainach i w ludnym mieście, w których ptaki przystosowały się do życia w nim, można uwierzyć, że ptasia rzeczywistość to sielanka. Z czasem jednak zrozumiałam, że tak pięknie rozpoczęta romantycznymi pejzażami malarskimi i nie mniej romantycznymi opisami natury widzianymi oczami autora, idylla, gdzie skowronek uderza skrzydłami płytko, praktycznie stoi w powietrzu i wyśpiewuje w wieczornej ciszy swoją przyśpieszającą melodię, była po to, by tu i ówdzie wrzucić zakłócające ją zdanie  – Kładę się na krótko skoszonej, śmierdzącej chemikaliami trawie.

   I tyle zostaje z opisu – smutek.

   Uczucie, które im bliżej ku końcowi, tym częściej się pojawiało. Jego silny akord szczególnie odczułam w rozdziale o bocianach. Wymieranie populacji mojego ulubionego ptaka, według autora, powodują środki owadobójcze, monokultury, melioracja i zalesianie nieużytków. Jeszcze trochę, a już nie zrobię zdjęcia takiego, jak to z ostatniej wiosny.

Pozostanie mi mój bociek w bibliotece

i wspomnienia z dzieciństwa, w których klekot budził mnie rano w babcinym gospodarstwie pałuckiej wsi, gdzie spędzałam w czasie wakacji najszczęśliwsze, beztroskie lata.

   Dwa ostatnie rozdziały to już bicie na alarm.

   Brutalnie ściągające mnie z podniebnych lotów migracyjnych tak pięknie pokazanych w filmie Makrokosmos, do którego obejrzenia zachęcił mnie autor, a który w zachwycie przeżywałam dwa razy i mam ochotę jeszcze raz. Na twardy grunt realiów, w których bezmyślność ludzi (na przykład strzelanie do ptaków jako sport, by pokazać siebie i swoje „trofea” na portalach społecznościowych) i brak ujednoliceń lub uregulowań prawnych na całym świecie, prowadzą do wymierania ptasich gatunków.

   Czułam się jak balonik, z którego powoli uchodziło powietrze…

   To jedna z tych pozycji, którą stawiam obok Sekretnego życia drzew i Duchowego życia zwierząt Petera Wohllebena. Książek, które wzbudzają zachwyt nad światem przyrody, by czynić wrażliwym na nią i uczyć, że przyroda jest wszędzie i potrzebuje naszej opieki.

   Książka była nominowana do Literackiej Nagrody Nike. Została finalistką i wybraną przez czytelników, ale nie przez kapitułę nagrody Nike. Ta tytuł laureata przyznała reportażowi Żeby nie było śladów Cezarego Łazarewicza. Według mnie obie zasługują na to miano. Trudność wyboru między nimi polega na ich diametralnym zróżnicowaniu tematyki, przy jednakowej jej ważności. Pierwsza mówi o przyszłości ludzkości poprzez pryzmat dramatu ptaków, a druga o przeszłości ludzkości poprzez pryzmat tragedii jednostki. Pierwsza odwołuje się przede wszystkim do emocji czytelnika, a druga do faktów pojmowanych rozumowo. Obie świetnie napisane, stylem narracji adekwatnym  do treści i do celu przekazu.

   Jak wybrać?

   Na szczęście uczyniła to za mnie kapituła nagrody, chociaż dla mnie każdy dokonany przez nią wybór byłby dobry.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuje na mój top czytanych w 2017 roku.

Dwanaście srok za ogon [Stanisław Łubieński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zachęcam do obejrzenia Le peuple migrateur, który w Polsce znany jest jako Makrokosmos. Przepiękny i wzruszający!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad

Tagi:

Wielka Księga Prawdziwych Tropicieli – Adam Wajrak

Wielka Księga Prawdziwych Tropicieli – Adam Wajrak
Wydawnictwo Agora , 2018 , 488 stron
Literatura polska
 

   Książek tego pasjonata i obrońcy natury nigdy za mało!

   Poznałam jego styl przekazu w Wilkach, którym zdobył mnie całą. W komiksie dla dzieci Umarły Las utwierdził mnie w przekonaniu, że potrafi mówić do każdego, bez względu na wiek. Właśnie pojawiła się na rynku wydawniczym kolejna jego publikacja skierowana do dzieci. Nowa, chociaż nie do końca. Właściwie to lifting czterech tomów Przewodników prawdziwych tropicieli – WiosnyLataJesieniZimy, które ukazały się siedem lat temu na przełomie 2011 i 2012 roku.

Kilka lat w przyrodzie to bardzo dużo – jak zauważył autor we wstępie – i doszedł do słusznego wniosku, że koniecznie trzeba uaktualnić wiedzę w nich zawartą. Postanowił więc wydać przewodniki w jednym tomie pod zmienionym tytułem. Zachował przy tym odrębność pór roku, wyraźnie oddzielając je kartami tytułowymi o zróżnicowanej kolorystyce.

Ten kolor dominował w tekście w poszczególnych porach roku, wyróżniając podtytuły oraz krótsze lub dłuższe, odrębne notki uzupełniające treść główną.

Ale to, co najbardziej mnie się spodobało, to rezygnacja z rysunków ilustrujących tekst na rzecz fotografii. Z nielicznymi wyjątkami wykonane przez autora. Przepiękne! Część z nich można obejrzeć w wywiadzie, jakiego autor udzielił w Dzień dobry TVN. Duże, takie do celebracji, medytacji, kontemplacji i zachwytu nad urodą i czarem świata przyrody. Te panoramiczne umieszczał jako otwierające kolejną porę roku.

Wszystkie mnie zauroczyły (może poza tymi z padliną), ale najbardziej to przedstawiające gila.

Realizm zdjęć usunął uczucie infantylizmu i nadał powagi nowemu wydaniu, a tym samym podniósł rangę obserwacji jako czynności poważnej i odpowiedzialnej, podczas której należy zachować wiele zasad bezpieczeństwa. Fotografie pomagały mi również widzieć to, o czym opowiadał autor. W sposób bezpośredni, komunikatywny, nawiązujący do moich potencjalnych pytań, które sam sobie zadawał, przechodząc momentami w dialog. Wiódł mnie przez łąki, lasy, puszczę, mokradła, rozlewiska, dorzecza, ujścia, plaże, rzeki, wydmy, a nawet nad niewielkie bajorka i kałuże. Od morza po góry. Od wschodu po zachód. Od wsi do miast. Zatrzymywał w miejscach niby mi znanych, ale ukazanych z jego punktu widzenia, zupełnie nowych. W każdym miejscu opowiadał o najbardziej charakterystycznych zwierzętach i roślinach oraz o sposobach i warunkach ich obserwacji. Zaskakiwał nowinkami i zjawiskami przyrodniczymi, z których najbardziej zdumiało mnie pojawienie się w Polsce… szakala! Podkreślał zmienność natury w zależności od pory roku, a tym samym najlepszy obiekt do tropienia i oglądania. Dzielił się marzeniami, namawiając do pomocy i współpracy w ich realizacji.

   Przeciekawie, z sercem i pasją!

   Wiedzę dodatkową, wartą poznania, umieszczał w odrębnych notatkach wyróżnionych kolorem pory roku. Pełniły one rolę ważnych informacji technicznych, które na pewno przydadzą się początkującym tropicielom podczas wypraw – jak ubrać się w zimie, wyciągnąć kalosz z błota, nie odmrozić sobie stóp, wyciągnąć kleszcza i wiele, wiele innych niezwykle przydatnych rad doświadczonego tropiciela. To również zbiór praktycznych instrukcji zawierających podstawowe zasady zachowania bezpieczeństwa w sytuacjach codziennych, ale i zagrożenia zdrowia lub życia. Hurraoptymizm, którym można zarazić się od autora, a po którym ma się ochotę natychmiast wstać z kanapy i  wyjść w plener, równoważył uwagami o odpowiedzialności za siebie i zwierzęta.

   Autor stworzył poruszający, ciekawy, praktyczny, empatyczny i mądry przewodnik dla dzieci (i nie tylko!), który rozbudza i rozwija zainteresowania, uczy wrażliwości i otwartości na świat roślin i zwierząt, a także odpowiedzialności za ich przyszłość.

   Ale najfajniejsze było uczucie, że miałam autora tylko dla siebie przez kilkaset stron.

Wielka księga prawdziwych tropicieli [Adam Wajrak]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Dla dzieci

Tagi: