Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Dzienniki: tom I 1911-1913 – Michał Römer

21 marca 2019

Dzienniki: tom I 1911-1013 – Michał Römer
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2017 , 708 stron + 40 stron zdjęć

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura polska

    Niezwykły dokument nieprzeciętnego człowieka!

   Po raz pierwszy z dziennikami Michała Piusa Paschalisa von Römera spotkałam się w kwartalniku Karta. Przedstawiono w nim tylko jeden, wyłuskany z zapisów, wątek – romans z Anną. Właściwie można go nazwać mezaliansem, a nawet skandalem. Oto prawnik, publicysta, redaktor i wydawca, wolnomularz, szlachcic ziemiański, jakim był w latach 1911-1913, pomaga młodziutkiej, dziewczynie, według ówczesnego prawa jeszcze niepełnoletniej i dekadę młodszej od siebie Łotyszce, wydostać się z domu publicznego, zakochuje się w niej, by z czasem uczynić z niej towarzyszkę życia, nazywając nawet żoną. Wszystko oczywiście w głębokiej konspiracji przed konserwatywną rodziną, co nie zmienia planów na sformalizowanie związku po śmierci rodziców. Te trzy lata opisane w pierwszym tomie to właściwie prawie cała historia życia z Anną, ponieważ niedługo potem dziewczyna umiera. O ile w kwartalniku dzieje ich miłości są tylko zarysowane i  raczej sprawiające wrażenie zauroczenia i przelotności, o tyle w dziennikach ich miłość nabiera cech dojrzałych dwojga ludzi stworzonych dla siebie. Przechodzi od zauroczenia i zakochania do przywiązania o podłożu psychologicznym, w którym fizyczna namiętność przestaje odgrywać dominującą rolę. Anna staje się dla niego powietrzem, inspiracją i cząstką jego samego, co szczerze wyznaje – W Annie mojej kocham właśnie człowieka, kocham to niepospolite bogactwo jej duszy tragicznej, która streszcza dla mnie świat cały i daje mi pełnię wizji kontemplacyjnej oraz doskonały wyraz rozwoju wszystkich władz ludzkich. Była dla niego mikroświatem, jego Anniń, a on mężczyzną, który wiedział, jak kochać kobietę i jak to wyrazić. Nawet z przeszłością prostytutki. Polecam zwłaszcza panom te wyznania, a jest ich sporo, do wzorowania się. Dokładnie tym kobiety chcą być dla mężczyzny, to dokładnie słyszeć i dokładnie w tak pięknych wyznaniach! Pisanie o tak intymnych sprawach, bo autor pozwala zajrzeć sobie do alkowy oraz do domu publicznego, z którego usług od czasu do czasu korzysta, przegrywając walkę z naturą, nad czym ze wstydem ubolewa, świadczy o bardzo osobistym charakterze dzienników.

   Szczerze i z serca pisanych.

   Czynił to właściwie od dziecka, ale wcześniejsze zapiski nie zachowały się, a swoją systematyczność i zwartość wątków osiągnęły dopiero, gdy autor był tuż po trzydziestce. W oryginale jego zapiski pisane po polsku liczą 39 woluminów z lat 1911-1945 przechowywanych w litewskich bibliotekach. Przez Ośrodek Karta wydanych w 6 obszernych tomach. Ostatni ukaże się w 2018 roku.  

   Tom I, w którego świat zatopiłam się na kilka dni, to czas życia w Wilnie z Anną i pomieszkującymi u niego członkami rodziny, których mogłam poznać na licznych fotografiach umieszczonych na 20 stronach wkładki, na końcu książki.

To również czas młodego prawnika, który rozwija się zawodowo, kocha i planuje, zapisując przez trzy lata, niemal codziennie, a na pewno systematycznie, jedną stronę (taki narzucił sobie limit), swoje wrażenia, obserwacje, spostrzeżenia, opinie i opisy zdarzeń osobistych lub wydarzeń społeczno-politycznych, będąc ich uczestnikiem lub świadkiem. Jest człowiekiem wykształconym, chłonnym intelektualnie, znającym wiele języków, więc jego narracja jest bogata, potoczysta, płynna, a przy tym bardzo wnikliwa, logiczna, spostrzegawcza, drobiazgowa, analityczna, krytyczna, rozważna i obiektywna, chociaż nadal subiektywna. Wyraźnie uwidocznia się to w jego poglądach, które na ówczesne czasy były bardzo postępowe, a przez to zaledwie jaśniejące malutką plamką humanizmu na tle ciemnej mapy gęstej od narastającego nacjonalizmu i antysemityzmu różnych frakcji politycznych ze wszystkich stron narodowościowych. Jego idea krajowości oparta na demokracji i wyrażająca się w jedności  łączącej różnorodność, wielokulturowość i wielowyznaniowość wszystkich narodów zamieszkujących obecną Litwę, nie miała zbyt wielu zwolenników.

    A mimo to walczył!

    Służyła temu również jego działalność publicystyczna i wydawnicza. Oddawał się swojej idei całym sercem ku rozpaczy ojca, który uważał go za niepoprawnego marzyciela, za wielkie stare dziecko i  ku zgorszeniu klerykalno-nacjonalistycznej rodziny. Jego szczegółowe relacje z procesów i wydarzeń politycznych rozgrywających się wokół niego, budowały obraz ostro ścierających się poglądów i narastających ideologii, które wkrótce miały zmienić tę część Europy w kraj totalitarny. I jak na „wyrodnego” syna szlachty ziemiańskiej przystało przyczyn tego stanu rzeczy upatrywał w obłudnej mentalności arystokracji i jeszcze bardziej obłudnym klerykalizmie duchownych. Za swój obowiązek uważał zwalczanie zarazków nacjonalizmu, klerykalizmu i antysemityzmu, który nazywał antysemityzmem szlachecko-klerykalnym. Ten wątek światopoglądowy to niezwykła okazja do prześledzenia ostrej walki poglądów ówczesnych Polaków przed odzyskaniem niepodległości.

   Nie napawają one dumą.

   Dla mnie to przede wszystkim potwierdzenie głęboko zakorzenionego antysemityzmu podsycanego przez Kościół katolicki, determinującego przyszły, tragiczny los Żydów i jego skutków odczuwanych jeszcze w XXI wieku. Jednak największym zaskoczeniem dla mnie (co świadczy o wnikliwości umysłu autora) była kwestia rosyjskości Krymu, który naświetlił przy okazji wątku podróżniczego. Autor czasami sam, czasami z Anną, podróżował do wielu miast – Rygi, Warszawy, Lublina, Kijowa, a nawet na Krym – malując przepiękne widokówki miast, które w takim wymiarze przeminęły. Był w tym tak szczegółowy, że czułam odór fekaliów z rynsztoka, zapach kurzu i nagrzanych ścian. To tutaj natrafiłam na bardzo prorocze zdanie – Krym może jeszcze w przyszłości stworzyć nie mniejsze niespodzianki i komplikacje w stosunkach międzynarodowych europejskich, niż te, jakie wciąż wybuchają na Bałkanach. Musiał minąć wiek, abym stała się świadkiem spełnienia jego przenikliwych zapowiedzi.

   Lubiłam te podróże również ze względu na malownicze opisy krajobrazów.

   Najpiękniej pisał o swoim kraju, bo z miłością. Zwłaszcza do rodowych Bohdaniszek, które często odwiedzał i których urok dostrzegał nawet w mgłach, odnotowując  – Bohdaniszki, położone na cyplu wysokiego płaskowzgórza nad rozległą przestrzenią dolin, bagien i jezior, mają mgły pod dostatkiem. Podnoszą się one i płyną tu na suche płaskowzgórza i pagórki – od strony południowej, to znaczy od niziny krewieńskiej, od błotnistych łąk i bagien pakieńskich, od bliskiego jeziora Sortys, tworzącego w naszej okolicy ogromny zbiornik wód. Ładne są mgły nastrojowe, a jeszcze ładniejsze misterne opary, płynące z miejsc mokrych i formujące stopniowo mgłę. W zmieniających się porach roku za każdym razem inne – śnieżne zimą, słoneczne latem, deszczowe jesienią i zielone wiosną, która dopełnia zwycięstwa nad szczątkami zimy. Resztki śniegu, zwiędłe i brudne, topnieją pod płotami, w cieniu zarośli, po rowach i na północ zwróconych zboczach pagórków. Zwinne raźne strumyki i ruczaje kończą pełnić swą misję wiosenną. Ziemia pachnie, odurza, ciepły wiatr upowszechnia wiosnę, trawka już skromnie kiełkuje, wynurzając zwycięskie młode pędy ponad jednolite szare tło wymarłej flory zeszłorocznej. Na łąkach błękitnieją wielkie tafle wód. Nad tęgim wiośnianym skupieniem natury, nad jej szlachetną powagą twórczą góruje krzykliwy zgiełk licznego ptactwa z melodyjnymi tonami poszczególnych gwizdań, rzeźbiących się na tle mieszanego chóru. Te opisy połączone z przekazem obyczajów i zwyczajów, często powiązane z praktykami religijnymi, tworzyły tętniące życiem sceny codzienności z pogrzebami, chorobami, procesami sądowymi, akcjami dobroczynnymi i kulturalnymi, zebraniami stowarzyszeniowymi, wiecami, dyskusjami, skandalami, spotkaniami z przyjaciółmi, współpracownikami i rodziną przy wielkanocnym lub wigilijnym stole, na których indyczka nadziewana, prosie nadziewane, szynka pieczona w chlebie, głowizna, dwa cietrzewie, dwie pieczenie wołowe, cielęcina i odgotowana wędzona szyneczka barania; z ciast dwie żółte babki drożdżowe, jedna babka chlebowa, tort orzechowy, tort wiedeński (z dwóch warstw ciasta biszkoptowego, wyłożony marcepanem i konfiturami z głogu), dwa mazurki cygańskie z bakalii, jeden z zaprawą czekoladową, a drugi bez takowej, dwie bułki szafranowe – jedna słodka, druga przaśna oraz kilka bułek białych. Poza tym jaja kolorowe, ser i rozmaite zaprawy. To opisy również pełne relacji opartych na zasadach i normach społecznych, konwenansów, zależności i koneksji, ale i kruchości zdrowia i życia w czasach, w których na suchoty nadal umierano powszechnie. Nie jestem w stanie opisać i przekazać bogactwa treści zawartych w tych dziennikach. Wielości i różnorodności wątków, tematów i zagadnień. Każdy, w zależności od zainteresowań, znajdzie coś dla siebie.

   Mnie zachwycało wszystko!

   Relacje nie tylko oddane w szczegółach, ale pozwalające spojrzeć mi na wspólną przeszłość Polski i Litwy z perspektywy człowieka XXI wieku na marzenia osoby chcącej zachować stan obecny kraju, który ukochała.

Która kształtnym, ale niezbyt czytelnym pismem (chylę czoła przed edytorami), przeniosła mnie w początki wieku XX, by pokazać wycinek historii mojego kraju, którego już nie ma, a który ożywa na stronach tego dziennika.

   Piękny byłby z tego serial!

   Zdania piane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dzienniki. 1911–1913. Tom 1 [Michał Römer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Dzienniki: tom II 1914-1915 – Michał Römer

Dzienniki: tom II 1914-1915 – Michał Römer
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2017 , 544 strony

Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura polska
  

   Czy będzie wojna europejska?

   To pytanie zadał sobie autor dzienników na początku 1914 roku i zaraz na nie odpowiedział – Niech będzie, niech nastąpi wybuch, aby znaleźć wyjście z tego, co jest, bo gorzej nie będzie. A jak było, że aż tak bardzo autor optował za najgorszym, najbardziej obrzydliwym, jak sam je określał, z możliwych wyjść? Na to pytanie również odpowiadał w swoich codziennych zapisach, będących kontynuacją pierwszego tomu dzienników zakończonych na roku 1913. Przede wszystkim skupił się na sytuacji politycznej ówczesnej Europy, z troską pochylając się nad wydarzeniami bałkańskimi i ich konsekwencjami dla Litwy i Polski. Jego kraju. Wnikliwie i rzeczowo analizował sytuację środowisk partyjnych, kładąc nacisk na wichrzycielską rolę endecji podtrzymującej nacjonalistyczne nastawienie metodami, które autor potępiał, bo przekreślały możliwość dialogu i porozumienia dla pokojowego współistnienia wielonarodowego. Dla jego idei krajowości. Dokładnie szkicował antagonizmy postaw austrofilskich i moskalofilskich dzielących Polaków. Ukazywał narastającą falę klerykalizmu, nacjonalizmu i antysemityzmu ze strony wszystkich nacji oraz odmiennych interesów różnicujących i tak już podzielone społeczeństwo. To ten coraz bardziej antagonizujący się tygiel ścierających się poglądów, brak wyjścia ze skomplikowanej sytuacji i nadziei na kompromis, tak zniechęcił autora.

   Jednak nie do aktywności.

   Czytał, obserwował, pisał, publikował, jeździł na zjazdy, organizował spotkania i zebrania, spotykał się z emisariuszami, wyjeżdżał do Warszawy na obserwację i chociaż świtała mu pierwsza myśl o zrobieniu czegoś więcej dla sprawy, to nie wyłożył jej szczerze, tylko enigmatycznie o niej wspomniał. Domyślałam się tylko jej istoty, bo wiedziałam, że jedyną przeszkodą na drodze do jej urzeczywistnienia stała miłość jego życia – Aninka. Była jego wszystkim. Na dobre i na złe. Zwłaszcza na złe, gdy Anna zachorowała na szybko postępującą i wyniszczającą gruźlicę. Umarła bez swojego Michasiulka u boku, który w tym przełomowym i tragicznym czasie przebywał na zjeździe w Warszawie, a czego nie mógł sobie wybaczyć po jej śmierci. I tak, jak o polityce zapominał przy Annie będącej jego światem i życiem, tak o bólu po jej stracie chciał zapomnieć, biorąc czynny  udział w wojnie. Był przekonany, że są chwile i sprawy, które wymagają karności szeregowej, nie zaś politykowania rozprzężonego.

   Byłam zaskoczona!

   Nie samą myślą o czynnym udziale autora w wojnie, bo tego już się wcześniej domyślałam, ale stanowczością w jej urzeczywistnianiu. Nie ja jedna. Jego znajomi również nie wyobrażali sobie korpulentnego, słusznych wymiarów adwokata na pierwszej linii frontu, który zdążył zmęczyć się i spocić podczas przymierzania spodni legionisty. Jego przyjaciele nie sądzili, aby poszedł do szeregów, nieposiadający żadnej szkoły wojskowej, żadnych kwalifikacji wojowniczych, którego jedynym dotąd orężem czynu było pióro i słowo. Niewielu z nich wiedziało, że oprócz ideałów niepodległościowych, drugą, nie mniej silną, przyczyną była Aninka. Chciał znaleźć się w ogniu walki, lekceważąc groźbę śmierci, o której pisał – Nie boję się tej śmierci, jeżeli ona ma przyjść, bo cóż mi po życiu bez Ciebie. Pozamykał i pozaszywał dotychczas prowadzone dzienniki, które od wybuchu wojny pisał w pustym już mieszkaniu ukochanej Anny. Tam czuł się bezpieczny, zwłaszcza że w marcu 1915 roku wyznał na jego kartach swoją tajemnicę.

   Był wolnomularzem.

   A niewielkie rysuneczki z ciągiem tajemniczych liczb, którymi opatrywał gdzieniegdzie daty wpisów, nie były tylko fantazją autora i ozdobą graficzną Wydawcy, za jakie je brałam, ale specyficznie odnotowanym znakiem posiedzeń masońskiej loży wileńskiej.

picasion.com_6abc18680e4c3caf4cc8d8b8ff08f1f9

Dlatego, wybierając się do Legionów Polskich i chcąc uniknąć kary, jako poddany cara, musiał zakończyć kompromitujący go poglądowo dziennik i zdeponować u siostry Elwiry. Nowy dziennik w połowie 1915 roku zaczął pisać pod legionowym pseudonimem – Mateusz Rzymski. Pod wpływem rozmowy z Józefem Piłsudskim wstąpił do piechoty i stał się żołnierzem – szeregowcem I Brygady Legionów Polskich 1 pułku I batalionu 1 kompanii II plutonu 2 sekcji pod dowództwem: Brygady – brygadier Piłsudski; pułku – podpułkownik Śmigły, nazwisko Rydz. Nie porzucił przy tym roli uważnego obserwatora. Nadal, niemal codziennie, notował swoje spostrzeżenia, w których cenił sobie wolność w doborze tematów, myśli i wrażeń. Dlatego opisy wojny widzianej z różnych perspektyw – cywila, żołnierza, uczestnika i rekonwalescenta są tak szerokie i bogate. Przy czym nie skupiał się tylko na walkach i bitwach, w których brał udział, ale również na codziennym życiu legionistów, często porównując ich morale z jednostkami austriackimi, rosyjskimi, a zwłaszcza ze słynącymi z okrucieństwa i bezwzględności oddziałami kozackimi i węgierskimi. Opisywał przemarsze, grabieże i plądrowanie wsi, aprowizację, werbunek ochotników, pochodzenie społeczne i nastroje polityczne współtowarzyszy w plutonie, talenty dowódcze lub ich brak u przełożonych, działania taktyczne, głód, choroby, wszy, opiekę lekarską i szpitalną nad rannymi, silny kult Józefa Piłsudskiego zwanym „Dziadkiem” lub „Dziadziem” przez legionistów wielbiących go i uważających za żywy, wcielony symbol ich idei, ich wiary. A także obóz jego wrogów, dla którego jednym z narzędzi cichej walki z Piłudskim jest rozbijanie i psucie środków, którymi rozporządza.

   Dzienniki przetrwały niebezpieczny okres aktywności autora tylko dlatego, że nosił je stale przy sobie w kieszeni płaszcza.

   We wszystkich swoich sądach, osądach i ocenach zachował charakterystyczną dla siebie chęć wszechstronnego zrozumienia zachodzącego zjawiska lub postępowania człowieka, ukazując zarówno ich zalety, jak i wady, plusy i minusy, korzyści i straty. Dzięki takiemu dążeniu do obiektywizmu w swoim świadkowaniu przedstawił w ciągu tych dwóch lat zapisów, obraz I wojny światowej z zewnątrz i od środka. Jego przekonania humanistyczne w służbie haseł wolności i ludzkości w jej wszelakich postaciach, społecznych, narodowych, krajowych oraz duchowych znalazły kompromis w sytuacji konieczności wojny. Ba! Wziął w niej czynny udział, chociaż zdania na temat jej obrzydliwości i potworności nie zmienił, pisząc – Ciężka i okropna jest wojna, pełna instynktu zniszczenia i gwałtu. Dzień w dzień się na niebie widzi łuny pożarów, dookoła spustoszenie i ruina, sprofanowanie, przewrócenie do góry wszystkiego, co społeczne, co z pracy i ładu, z prawa i zwyczaju powstało. Gdyby nie wolności kwiat, który z tej krwi i ruiny wykwitnąć może, gdy drogami postępu i reformy sprawiedliwości zdobyć i życiu dać ujścia naturalnego niepodobna, to gotów bym przekląć tę wojnę. Dzięki temu potrafił odróżnić piękną Legendę i brud Rzeczywistości, świetnie dostrzegając, że ludzie są w legendzie odarci ze swej nędzy, ze swych ułomności ludzkich i w blasku wielkiej sprawy, której z siebie ofiarę złożyli, świecą jak czyste gwiazdy. W rzeczywistości, z bliska, w szarzyźnie codziennej życia i męki na linii rzeczy wyglądają naturalnie inaczej. Obok przeczystych blasków jest brud, obok świetnych wyżyn i marność tysiąca szczegółów i w ludziach – świecznikach ofiary – plenią się wady, małostki i instynkty – zbrodnie. Wspaniałe nawet, sięgające samych szczytów ducha obrazy bohaterstwa, śmierci, momenty walk mają w sobie w praktyce dużo szpetnego, zgoła dalekiego od wielkości. Wszelkie gady podłe pełzają po żywych sercach ludzkości obok najszlachetniejszego kruszcu ducha. Kruszcu, który „świeci” pełnią, zasłużonego zresztą, blasku we współczesnych opracowaniach historycznych.

   Warto jednak zajrzeć do dzienników autora, by zobaczyć również koszty jego „wytopienia”.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dzienniki. 1914–1915. Tom 2 [Michał Römer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Dzienniki: tom III 1916-1919 – Michał Römer

Dzienniki: tom III  1916-1919 – Michał Römer
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2018 , 850 stron
Seria Świadectwa XX Wiek: Polska
Literatura  polska


   Kolejne cztery lata z życia Michała Römera!

   Jakże fascynujące! Nie tylko dlatego, że żył w ciekawych czasach, o ile można tak określić I wojnę światową i wir powojnia. W wielu miejscach Polski zaborowej i wyzwalanej, Rosji rewolucyjnej i bolszewickiej oraz Litwy domagającej się niepodległości. Wśród ludzi miękkich i spiżowych, których nazwiska zapisały się w polskiej historii. Ale przede wszystkim dlatego, że potrafił to opisać. Oddać ducha zawieruchy i niepewności tamtych czasów, w których rozpętały się jakieś siły ogromne ludzkiego żywiołu, masy ludzkie, jak może nigdy od czasów barbarzyństwa, od okresów wielkich wędrówek narodów, wyjarzmione z wszelkich pęt, wolne od karbów organizacyjnych ścisłego mechanizmu gospodarczego i politycznego, który się rozpada w gruzy.

   Pierwsze dwa lata mogłam nazwać legionowymi.

   Autor, szukając możliwości realizacji swojego pomysłu utworzenia kompani litewskiej w ramach brygad polskich, wstąpił do Legionów, do I Brygady Józefa Piłsudskiego. Nie dla awansu, kariery wojskowej i zaszczytów, ale dla pośrednich dróg dążenia do ambicji, której zarówno wiara jak i temperament, streszcza się do spraw Litwy. Ukochał ją ponad życie, przepięknie wyznając jej miłość – O, Litwo moja, jakże ciężko opłacam moją miłość ku Tobie! Każdy mój krok ku Tobie i dla Ciebie kosztuje mnie tragedię. Jest to ofiara cicha, ofiara zamknięta w sączących ranach serca, których nikt ne widzi… To czas, w którym jego wyważona i drobiazgowa analiza politycznej sytuacji Polski i Litwy oraz wnikliwy komentarz polityki prowadzonej przez J. Piłsudskiego zajmowały zdecydowanie najwięcej miejsca w dzienniku. Mogłam jednak prześledzić również losy legionistów, których autor był trochę nietypowym przedstawicielem wśród szeregowców ze względu na pochodzenie i wykształcenie, od walk frontowych, poprzez rekonwalescencję w szpitalu, po tragiczny pobyt w skrajnych warunkach w niemieckim obozie jenieckim, w którym z człowieka z nadwagą zamienił się w ciało ze skóry i kości. Autor wiele stron poświęcił samym Legionom. Stosunkom w nich panującym, zaopatrzeniu, hierarchii, warunkom bytowym, przekrojowi społecznemu, nastawieniom politycznym, a także wewnętrznym buntom i nieposłuszeństwom wobec Niemców włącznie z kryzysem przysięgowym. To także czas bardzo intensywnych poszukiwań kontaktów przez autora z każdym, kto miał potencjalny wpływ na losy Litwy. Docierał na szczyty. W tym do J. Piłsudskiego, z którym rozmowa nie była pierwszą, ani ostatnią. Ciekawym było wysłuchać osobistych spostrzeżeń na temat nie tylko Naczelnika, którego poważał, wielbił i szanował, ale i Władysława Sikorskiego, którego cenił trochę mniej, uważając go za karierowicza, intryganta i parweniusza. Posunął się nawet do porównania obu, pisząc – to jakby zestawienie pawia z orłem w głupocie natury ludzkiej.  

   Chociażby dla takich subiektywnych smaczków, odzierających ze złota ludzkie pomniki, uwielbiam dzienniki i wspomnienia świadków minionych lat.

   Te osobiste uwagi i opinie nie były tylko jednostronne czy tylko negatywne. Charakterystyczną cechą autora był jego obiektywizm w ocenianiu ludzi, zjawisk, idei czy wydarzań. Zawsze podawał zarówno plusy, jak i minusy, oddając całościowy ich obraz. Tak było również z uwielbianym przez niego J. Piłsudskim, w którym doceniał geniusz i umiejętność czynu, ale zarzucając mu wiele wad. Pozostałe dwa lata to praca sędziego w odradzającym się polskim sądownictwie. Najpierw w Kolnie, potem w Łomży, by zakończyć wędrówkę zawodową poszukiwaniem swojego miejsca w Kownie.

   Ta część autorskich relacji z codzienności demokraty i arystokraty kultury polskiej miłującego Ojczyznę Litwę o bardzo skomplikowanym pojęciu własnej tożsamości dla współczesnego odbiorcy, nie tylko przybliżyła mi obraz chaosu panującego w Polsce i Europie Wschodniej, nie tylko ukazała gigantyczny trud odradzania się państwowości polskiej i ustalania jej granic, ale także umowność daty odzyskania niepodległości przez Polskę. Tak naprawdę był to rozciągnięty w czasie okres burzliwych przemian, w których bezprawie, bandytyzm, głód, inflacja, bieda i walka polityczna o świadomość ludzi, dominowały nad początkowymi próbami wprowadzania ładu w nieustabilizowanej politycznie sytuacji. To także trudny czas dla samego autora rozdartego między własnymi poglądami określanymi jako krajową ideę obywatelskiego współżycia współnarodowościowego a pobytem w Polsce bez możliwości powrotu do Wilna na wyraźny zakaz ojca, uważającego go za socjalistę i litwofila. Ten tom, jak żaden z dwóch początkowych (tom I i tom II), wytłumaczył mi to, czego nie rozumiał jego ojciec oraz mój dysonans emocjonalny i rozumowy, który pojawia się za każdym razem, kiedy zaczynam mówić słowami Adama Mickiewicza – Litwo, Ojczyzno moja… To skomplikowanie tożsamościowe widniejące w inwokacji Pana Tadeusza bardzo pięknie wytłumaczył autor, mając świadomość, że jego głos jest odosobniony w zalewającej go fali nacjonalizmu z każdej strony. Zamieniając z czasem czyn na rolę tylko obserwatora i analityka społecznego, jak sam siebie określił, precyzyjnie i obszernie tłumaczył ideę, która nie miała szansy się ziścić. Nie w tym czasie i nie wśród takiej burzy politycznej  w każdym z państw walczących o niepodległość. Autor myślą przerósł epokę. Chciał czegoś na kształt Unii Europejskiej. To nie miało szansy spełnienia się!

   Nakreślił za to obraz człowieka czynu i myśli.

   Szlachetnego, prawego, tolerancyjnego, któremu zarówno bliski był Litwin, Białorusin, Polak litewski i każdy inny mający problem z określeniem swojej narodowości, o dowolnym wyznaniu i poglądach politycznych. Chcący żyć i współistnieć z nimi w jednym kraju – Litwie. Ta jego wędrówka po Europie Wschodniej w poszukiwaniu możliwości urzeczywistnienia swojej idei była okazją do przyjrzenia się społecznościom ją zamieszkującym. Ich postawom politycznym, poziomem życia, głębokim podziałom, rozbieżnościom interesów mieszczan i chłopów, skutkom wojny, a przede wszystkim skali zróżnicowania pod każdym względem.

   Ten chaos autor potrafił uładzić.

   Przedstawić, sklasyfikować, wytłumaczyć, ukazać z każdej strony, przeanalizować, wybiegając myślą ponad podziały, a nawet czas, skomentować każde zjawisko społeczne, uzasadniając jego źródło, przyczyny i skutki. Był wszechstronny, bo interesował się wszystkim. Przeciekawe były jego wzmianki na przykład na temat pochodzenia nazwisk Kurpiów, wulgaryzmów i wyrażeń  używanych przez legionistów czy gwary chłopskiej. Te krótkie wywody śmiało mogłabym nazwać językoznawczymi. Przy okazji dowiedziałam się, skąd pochodzi słowo, które słyszałam tylko u moich dziadków – nasermater. Teraz wiem, że to wulgaryzm łacińsko-polskiego mariażu. Dzisiaj już niesłyszany, w przeciwieństwie do zajebistego, który obecnie robi szaloną karierę. Nie zabrakło również zwierzeń intymnych z przygód z prostytutkami, wobec których zmienił idealistyczną postawę z opiekuńczej i braterskiej na zdystansowaną. No cóż, autor dobiega czterdziestki! A wszystko to przekazane jak zwykle przepiękną polszczyzną człowieka elokwentnego, którego długie zdania, wielokrotnie złożone, wprawiały mnie w zachwyt, ale i wymagały uważności, by nie zatracić w nich rozwijanego wątku.

   Uwielbiam ten czas spędzany z Michałem Rōmerem, a każdy następny tom utwierdza mnie w przekonaniu o jego niezwykłości, nietuzinkowości i niepospolitości pod każdym względem.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Dzienniki: tom IV 1920-1930 – Michał Römer

Dzienniki: tom IV  1920-1930 – Michał Römer
Wydawnictwo Ośrodek Karta ,
2018 , 668 stron
Seria Świadectwa XX Wiek:
Polska
Literatura polska

   Oj, Panie Michale, co u Pana słychać, bo ja stęskniłam się za Panem bardzo!

   Z takim westchnieniem, które brzmi, jak początek listu z przeszłości, powitałam czwarty tom dzienników człowieka wyjątkowego, o którym wielka historia milczy, a który życie poświęcił dla dobra kraju i jego ludu. Po kilkunastu latach towarzyszenia autorowi w jego życiu (tom 1, tom 2 i tom 3), można zacząć traktować go, jak dobrego znajomego. Może nawet więcej – kogoś bardzo bliskiego. Myśli w nich zawarte są tak bardzo intymne, że czynią ze mnie zaufanego powiernika emocji, wrażeń, myśli, dylematów, rozterek i uczuć. W tym tomie również odebrałam ich mnóstwo, dlatego autor wyraźnie zastrzegł sobie czas ich publikacji po śmierci jego i współczesnych mu osób. Miał świadomość przemijania, upływu czasu, odchodzenia na zawsze ludzi mu bliskich ze świata polityki i rodziny. Od czasu do czasu wspomina swoją Aninkę, którą nazywa miłością życia. Po jej śmierci do 1930 roku nie pokochał innej, chociaż związał się z Jadwigą. O dwadzieścia lat młodszą służącą. Odnowił również stosunki z  żoną Reginą, mającą nadzieję na jego powrót, która nie widziała, że uczynił to tylko ze względu na stosunki ojcowskie ze swoim jedynym dzieckiem – córką Celiną. Nie bardzo zachwycony jej urodą, widząc ją pierwszy raz po kilkunastu latach nieobecności w jej życiu. Był estetą i przywiązywał wagę do urody otoczenia i ludzi, pięknie oddając ich rysy, fizjonomię, styl ubierania się, a nawet sposób poruszania się. Najbardziej ubawiłam się przy charakterystyce stylu chodzenia Litwinów, który przypominał mi sceny z Monty Pythona. Natomiast opisy krajobrazów, pór roku, przyrody czytałam sobie po kilka razy, ciesząc zmysły ich plastycznością i pięknem wsi dawnej, obrzędów, strojów, ale i emocji oddanych w pomrukach toczących się walk wojsk idących na Warszawę z nutą refleksji nad śmiercią i bezsensem przemocy  zapisanych  16 czerwca 1920 roku – Powietrze ciche, tylko brzęk owadów, to znów głos ptaszka, od dworu – wołanie dzieci parobczanych i ciągłe głuche odgłosy dalekiej kanonady, przytłumione, ledwie dosłyszalne, jak huk podziemny gdzieś bardzo daleko. Echo strzałów jest jednak zupełnie wyraźne i kierunek, skąd ono idzie, również wyraźny – het, na Jeziorosy i między Jeziorosy a Dusiaty. Gdy się wsłuchać w ciszę łagodną pól, słychać co pewien czas głos złowrogi, który dziś przez cały dzień nie ustawał. To ludzie się tam mordują, to wojna się znów sroży w nieszczęsnym kraju o jakąś może setkę wiorst od nas albo i bliżej. W ten słoneczny, pogodny dzień huczy tak nienawiść ludzka, żniwo swoje krwawe zbiera śmierć, namiętności plemienne i społeczne, przetopione na język spiżowy granatów i szrapneli, szydząc z kultury, z uczuć ludzkich, z zasad twórczych pracy i miłości, rozstrzygają swój spór – wojną!

    Jednak sprawy życia prywatnego były w mniejszości.

   Autor skupił się w tej dekadzie dzienników przede wszystkim na polityce. Czynnie w niej uczestniczył, jak mawiał – dla kraju i jego ludu. Publikował broszury, książki i artykuły. Przeniósł się z Łomży do Kowna, przyjmując posadę sędziego Sądu Najwyższego oraz wykładowcy na Uniwersytecie Litewskim, obejmując z czasem stanowisko rektora. Był dumny z własnych osiągnięć i z pracy na rzecz Litwy, chociaż nie czuł się tylko Litwinem. Wiele jego wpisów poświecił bólowi i cierpieniu rozdarcia między Polską a Litwą, odnotowując 3 lipca 1921 roku – A jednak zawsze jestem w duszy dwoisty, zawsze jestem Polako-Litwinem czy Litwino-Polakiem, płodem formacji dwóch pierwiastków – litewskiego i polskiego – i zawsze nie tylko że nie potrafię, jak większość rdzennych Litwinów narodowców z inteligencji, nienawidzić Polski, ale ją kocham mimo wszelkich zatargów polsko-litewskich, jak drugą ojczyznę. Przez całe moje życie oscyluję między Litwą a Polską i bywam czasami bardziej Litwinem, to znów bardziej Polakiem. Te wstawki tłumaczące jego uczucia, wybory i postawy  wobec obu równoważnych ojczyzn, pozwoliły mi zrozumieć swoistość ludzi pochodzących z Wilna. Politykę Józefa Piłsudskiego, który wydarł Wilno Litwie. Obraz samego Marszałka u schyłku życia, który tracił w moich oczach na swojej charyzmatyczności i legendzie. Autor potwierdził odczucia i spostrzeżenia ambasadora USA Hugh Gibson spisane w dzienniku Amerykanin w Warszawie, notując z goryczą 14 sierpnia 1928 roku – Wrażenie było przykre. Ten człowiek, zakochany w sobie, widocznie się starzeje. Zapełnia też wszystko własną osobą, pracując nad własną legendą, mówił li tylko o swojej wielkości. Ma się wrażenie, jakby dla Piłsudskiego nie było ani Polski, ani Litwy, tylko on, Piłsudski, przez którego i dla którego działo się i stało się wszystko to, co jest Legionami, Polską, Wilnem itd. „Ja”, „moje”,  „mnie” itd. – oto co napełniało całą mowę.

   To bardzo ciekawe doświadczenie!

   Trochę uczłowieczające wadami legendę, a trochę uświadamiające źródło motywów i decyzji politycznych Naczelnika Państwa kryjace się w dzieciństwie i młodości. Rysujące również istotę pojęcia Kresowiaków wyrosłych w Wilnie, do których zaliczał się również autor, uważający siebie za ostatniego tej Litwy Mohikanina krajowości. Nazywając siebie epigonem Litwy Mickiewiczowskiej, tej, która ojczyzną swą nazywała Litwę, choćby sama była kultury polskiej. Zupełnie niezrozumiały dla pozostałych dzielących ludzi na tylko Litwinów i tylko Polaków. Zwłaszcza w gorącym okresie odzyskiwania niepodległości przez Polskę oraz Litwę i ich walki o Wilno.

   To stały motyw tematyczny wpisów.

   Drugim były przemiany gospodarczo-polityczne na Litwie. Początkowo nie rozumiałam, dlaczego ten człowiek, który tak ukochał Wilno i zdawałoby się, że poprzez jego aneksję do Polski, ziścił swoje marzenia, ostatecznie osiadł w Kownie. Nie dawało mi to spostrzeżenie spokoju, aż do wpisu z 5 października 1926 roku – …świadomie z dwóch części kraju – wileńskiej i kowieńskiej – wybrałem drugą, nie tylko dlatego, że tu są położone moje Bohdaniszki, które kocham, ale także dlatego, że bądź co bądź tu, a nie w Wileńszczyźnie zakłada się fundamenty niepodległości politycznej i kultury oryginalnej kraju. Autor był ziemianinem, ale bardzo nietypowym, charakteryzując siebie – Ja zaś związkami rodzinnymi, krwią, wielu przeżytkami psychologii nie zdołałem się oderwać radykalnie od świata ziemiańsko-szlacheckiego, natomiast ideałami moimi, pracą moją dawną, ukochaniem – ciążyłem i ciążę zawsze do sprawy ludowej, która młoda Litwa realizuje. Cierpiał z powodu reformy agrarnej, ale jednocześnie ją rozumiał, oddając postawy i reakcje ziemiaństwa na zmiany, które były początkiem ich końca, a którego historię poznałam w opracowaniu Anny Richter Czas ziemiaństwa. Mając świadomość nadchodzących sowieckich czasów, ze smutkiem przyglądałam się radości budowania nowego, oddzielnego gospodarstwa w Bohdaniszkach. Ziszczaniu się marzenia człowieka planującego z nadzieją na spokojną starość we własnym domu, na ziemi ojców. W tych momentach doceniałam błogosławieństwo nieświadomości nadchodzącego okrucieństwa faszyzmu i komunizmu.

   Z ogromną niecierpliwością oczekuję dalszych wspomnień w tomie piątym.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Dzienniki. 19201930. Tom 4 [Michał Römer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Akan – Paweł Goźliński

20 października 2019

Akan: powieść o Bronisławie Piłsudskim – Paweł Goźliński

Wydawnictwo Agora , 2019 , 664 strony

Literatura polska

   Jak potraktowała Piłsudskiego Polska? Po łajdacku. Gorzej nie mogła.

   Te gorzkie słowa podsumowujące stan wiedzy Polaków na temat Bronisława Piłsudskiego, starszego brata wielbionego dla odmiany przez rodaków, Józefa, wypowiedział niebezpodstawnie znawca jego etnograficznej działalności prof. Alferd F. Majewicz z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, w filmie dokumentalnym Orzeł i Chryzantema. Japonia potraktowała go po cesarsku, stawiając pomnik i umieszczając go w podręczniku szkolnym. Rosja powołała instytut jego imienia, wydając permanentnie literaturę podmiotu i przedmiotu oraz bezkarnie przywłaszczając go sobie jako Rosjanina. W Polsce, poza wąskim gronem badaczy i kilkoma znaczkami oraz monetami, nie doczekał się adekwatnego uznania do zasług, jakie pozostawił ludzkości.

   Właściwie w ogóle jest nieznany.

   Wpisywałam się w tę niewiedzę. Bliższy był mi kolejny, młodszy brat Piłsudski – Jan, którego sylwetka przewijała się w Dziennikach Michała Römera. Dlatego ta powieść była dla mnie niczym objawienie.

   I to jakie!

   Życiorys Bronisława Piłsudskiego to gotowy materiał na film i książkę. Przy jego tragizmie, nietaktem byłoby powiedzieć – przygodowo-sensacyjno-romantyczny. Trudno mi użyć jednak innych określeń, które oddawałyby precyzyjniej jego wymiar. Dostrzegł to również autor. Wykorzystał informacje z różnych źródeł – dzienników, publikacji i artykułów napisanych przez Bronisława, korespondencję, wspomnienia świadków jemu współczesnych, opracowania naukowe i stworzył nie powieść o jednym z najbardziej zapomnianych Polaków, jak sugeruje podtytuł, bo to byłoby mocno okaleczające i nieadekwatne określenie, ale powieść, którą delektowałam się przez kilka wieczorów.

Jej narratorem zewnętrznym, który czasami oddawał głos Bronisławowi w pierwszej osobie, był bezimienny mężczyzna, rozpoczynający i zamykający snutą historię, tworząc klamrę spinającą ten okrutny i przepiękny świat przeszły. Nazwisko pierwowzoru tej postaci autor podaje w posłowiu, ale nie podam go tutaj tak, jak nie rozszyfruję tytułowego słowa akan pochodzącego z języka Ajnów. Nie chcę odbierać przyjemności samodzielnego odkrywania znaczeń ukrytych w tej opowieści innym czytelnikom. Zwłaszcza że jej tajemniczość nadaje smaku odczytywania, a sam narrator zostaje mimowolnie uwikłany w życie Bronisława. Daleka od linearności opowieść przyjęła formę rozdziałów-modułów opatrzonych tytułem-imieniem osób powiązanych i znaczących dla obu bohaterów fabuły. Pod nimi widniały cezury czasowe datujące opisywane wydarzenia, niezachowujące jednak chronologii. Pozornie wyrwane z linii życia obu, ostatecznie tworzyły jeden, spójny i pełny obraz losów człowieka, który przez przypadek zamieszany w zamach na cara trafił do obozu na wyspie Sachalin, której mapkę znalazłam na okładkowej wyklejce.

Wyrok śmierci, zamieniony na piętnaście lat zesłania, tak naprawdę zamienił się w osiemnaście lat wygnania, ale i kilkanaście lat pionierskich, rzetelnych, bogatych w materiały i jedynych badań etnograficznych nad ludem Ajnów i ich „uśmiechniętych” kobiet. Nikt i nigdy nie zrobi tego ponownie, jak podkreślił prof. A.F. Majewicz, bo tych ludzi już nie ma.

   W tej opowieści zaskoczyło mnie to, że autor z rozproszonego po świecie morza suchych faktów i informacji dokonał zmartwychwstania pięknej choć surowej rzeczywistości dawno umarłej, przepojonej przede wszystkim emocjami i wrażeniami zmysłowymi wzmacnianymi przez ludowe przekazy i metafory. Trudno było mi uwierzyć, że ta książka to efekt fascynacji (bo kto przekopuje się przez góry materiału w większości w języku rosyjskim oraz angielskim i udaje się za nimi w świat!?), a nie przekazu osobistego, bezpośrednio wchodzącego w świat intymny duszy i myśli. Do powstania takiej opowieści potrzebna jest nie tylko wiedza, zaciekawienie i dobry warsztat pisarski, ale przede wszystkim wysoki poziom inteligencji emocjonalnej, by z jego pułapu móc empatycznie emocje nie tylko zrekonstruować, ale i przekazać dalej.

   Czułam je tutaj wszystkie!

   Ból, rozpacz, żal, nadzieję, miłość, nienawiść, bezradność, zachwyt, tęsknotę – całe spektrum. Ale także ich skutki działania, gdzie śmierć rodziła życie, a życie przywoływało śmierć. Łzy bólu i cierpienia rozstania mieszały się ze szczęściem połączenia. Krew mogła zwiastować radość wyzwolenia, ale i początek nieszczęścia. Złudzenie zastępowano faktem, a to ostatnie okazywało się ułudą.

   To świat totalnie odmiennego spojrzenia na życie.

   Czułam go, widziałam, słyszałam i przeżywałam. Każdy ruch i gest niósł ze sobą informację wplecioną w obraz tego, co działo się dookoła. Otoczenie, przedmioty, ubiór, jedzenie, pejzaże i sama natura żywo przypominały te, które odbierałam bezpośrednio od katorżników ze wspomnieniowej literatury łagrowej. Język i dialogi z wtrącanymi słowami z języków Ajnów i Rosjan tylko potęgowały to poczucie bycia tam i wtedy. Autor uchwycił i gorączkę rozpolitykowanych spiskowców, dom rodzinny Piłsudskich w Zułowie, dzieciństwo i młodość braci Ziuka i Bronisia, dramat zabójczych warunków zesłańców na Sachalinie, których brutalność podsumował jeden z bohaterów – Ta wyspa cała jest bluźnierstwem. Jeśli stworzył ją jakiś Bóg, to strach się do niego modlić. Również tajemnicę obyczajów i mitologii Ajnów oraz wewnętrzny świat głównych bohaterów rzuconych w wir wydarzeń historycznych, które wymuszały na nich bolesne wybory, decyzje i zachowania, gdzie altruizm często brał górę nad potrzebami i pragnieniami osobistymi. Świat brutalnego, bezwzględnego, głodnego, chorobliwego życia, za którym snuł się smród fizjologii ludzkiego ciała, odór gnijącego mięsa i wymiocin, ale i zapach wiatru znad morza, zauroczenia innością i najpiękniejszy – wolności! Rzeczywistość, w której seks, poród, umieranie były takimi samymi czynnościami, jak oddychanie i jedzenie. A w to wszystko dodatkowo wpleciony wątek osobisty narratora i Bolesława, który śledziłam od początku niczym zagadkę, cierpliwie czekając na jego wyjaśnienie.

   Tragiczne, niestety.

   Jestem przepełniona tą opowieścią. Tkwi we mnie niczym drzazga niepozwalająca o sobie zapomnieć do tego stopnia, że musiałam wiedzieć więcej, niż odkryła przede mną powieść i tych parę zdań wyjaśnienia autora w posłowiu. W efekcie poznałam losy potomków Bronisława żyjących w Japonii. Zastanawiam się kiedy i który z reżyserów poczuje to samo, co autor i stworzy ekranizację powieści. Myślę, że nawet w kilku odcinkach.

   Czekam z niecierpliwością.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

Tutaj zobaczyłam miejsca, ludzi i Bronisława oczami jego wnuka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , ,