Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Kociarz – Kristen Roupenian

6 maja 2019

Kociarz – Kristen Roupenian

Przełożyła Magdalena Sommer

Wydawnictwo Muza , 2019 , 320 stron

Literatura amerykańska

   Zaskoczył mnie ten zbiór opowiadań!

Swoją różnorodnością w gatunkach i suspensem w każdej historii. Tytułowe opowiadanie Kociarz tego nie zapowiadało. Czytałam je wcześniej. Wyjęte z kontekstu antologii pozostałych było, jak się okazało, zaledwie przedsmakiem tego, co zastałam w tym zbiorze. Można je czytać osobno, ale to tak, jak oglądać osobno piękne perły, których pełną urodę widać dopiero w naszyjniku. Różniły się, ale niezmienną cechą wspólną była tematyka – patologiczna psychika człowiecza wpływająca na jakość kontaktów z innymi ludźmi. Każde opowiadanie tłumaczyło źródło tych odchyleń, warunki je kształtujące i ponoszone skutki przez współczesne, młode pokolenia wychowane przez Internet. Od tych najmłodszych, jeszcze dzieci poprzez nastolatków na trzydziestolatkach skończywszy.

   Zmieniał się tylko sposób ukazania tego zjawiska.

   Poprzez historie kreślone wprost tłumaczące psychologiczne mechanizmy komunikacji międzyludzkiej rozgrywane w świecie rzeczywistym, jak właśnie w Kociarzu czy Miłym facecie. Próbujące również wyjaśnić siłę pragnień i emocji silniejszych od nakazów, zakazów i norm społecznych, jak w Fatalnym nawyku. Ukazujące także próbę przeciwstawienia się im, czerpiąc przyjemność z ocierania się o zło, które pulsuje pod cienką warstwą społecznego gorsetu moralności, jak w Look at Your Game, Girl.

   Ale również poprzez opowieści na pograniczu fikcji i realności.

   W niektórych opowiadaniach granica ta była bardzo cienka i delikatna, tworząca napięcie rozładowywane w ostatniej scenie albo niemalże w ostatnim zdaniu, jak W niedobrym chłopcu czy Sardynkach. W innych śmiało sięgała po elementy fantasy – Szramy czy baśni – Lustro, wiadro i stara kość. W minimalistyczny sposób, często posługując się metaforą czy suspensem, przekazywała przesłanie kierowane do nas, ludzi współczesnych, o stanie naszej nie najlepszej kondycji psychicznej. Zmuszając tym samym do zastanowienia się nad sobą, nad naszymi słabościami, patologiami i mrocznymi zakamarkami duszy, po to, by zacząć rozumieć przede wszystkim siebie, a potem innych.

   Autorka w krótkim wywiadzie umieszczonym poniżej przyznała, że jej autorytetem jest Stephen King. Czułam ten wpływ w jej opowiadaniach. Nie zdziwiłabym się, gdyby do tej listy dodała jeszcze Edgara Allana Poego i Howarda Phillipsa Lovecrafta.

   Opowiadania autorki to kompilacja charakterystycznych cech ich twórczości we współczesnym wydaniu.

Krótki wywiad z autorką.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi: ,

Winna – Alicja Sinicka

6 kwietnia 2019

Winna – Alicja Sinicka

Wydawnictwo Kobiece , 2019 , 414 stron

Literatura polska

   Czy prawda to słabość? Siła? A może słabość przeznaczona wyłącznie dla silnych?

   Odpowiedzi na te pytania, które zadała sobie Wendy, główna bohaterka powieści, znalazłam w jej historii. Pozornie lekkiej, bo o dwudziestopięcioletniej dziewczynie wahającej się uczuciowo między właśnie porzuconym chłopakiem Warrenem a nowo poznanym Jimem. Walka emocji z rozumem, która jej towarzyszyła i niejednoznaczne wybory, których dokonywała pod wpływem chwili, a czasem w wyniku logicznego rozumowania, stwarzały atmosferę napięcia do końca historii tej trójki. W tym sensie powieść obyczajowo-psychologiczna z czasem zaczęła nabierać cech thrillera.

   Ale to nie koniec!

   Pod maską ułożonej, poukładanej dziewczyny chowało się od kilku lat permanentne poczucie winy, które miało decydujący wpływ na jej wszystkie wybory, a tym samym na kierunki rozwoju fabuły powieści. Nieprzewidywalne tak, jak nieprzewidywalne bywają emocje. Wendy winiła siebie za brak akceptacji ze strony ojca, za śmierć brata, a nawet za zdradę ze strony Warrena. Dźwigała wielkie, przytłaczające ją poczucie winy, w którym tkwiła jak w mentalnej trumnie. To ono głównie spowodowało, że została psychologiem, a w chwili rozpoczęcia opowieści doktoryzowała się w Instytucie Psychologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Francisco. Wybrała psychologię kliniczną człowieka dorosłego po to, by pomóc przede wszystkim sobie. Dzięki temu powieść momentami zamieniała się w kryptoporadnik życiowy z nutą dydaktyzmu dobrze ukrytego w pouczających zdaniach – Najlepszym sposobem na radzenie sobie ze stresem jest skuteczne rozwiązywanie problemów, które nas do niego doprowadziły. Rady te nie raziły, ponieważ były umiejętnie wkomponowane w treść i dobrze uzasadnione sytuacyjnie. Ten ciekawy zabieg autorki, by bohaterkę uczynić profesjonalistką w zakresie psychologii, sprawił, że osobowości postaci i wątki emocjonalne mogłam przyłożyć do siebie. Porównać i skonfrontować z własnymi uczuciami i decyzjami w podobnych sytuacjach.

   Uczynić opowieść interaktywną emocjonalnie.

   W efekcie trudniej było mi oceniać Wendy. Trudniej ferować wyroki i krytykować za „złe” wybory, bo tak naprawdę ich tutaj nie było, nawet jeśli przynosiły negatywne skutki. Jakżeż ja ją dobrze rozumiałam! Właśnie o wzbudzenie takiej we mnie postawy chodziło autorce, która wykorzystała przesłanie w znanym powiedzeniu – szewc bez butów chodzi. Bo nawet jeśli masz głowę pełną wiedzy i teoretycznie wiesz, jak radzić sobie w życiu, to w zderzeniu z własnymi emocjami może ona przegrać. Być totalnie bezużyteczna w danej chwili i w danym kontekście sytuacji życiowej. Wendy świetnie sobie z tego zdawała sprawę, mówiąc – Uwierz mi. Są momenty, w których cała moja wiedza psychologiczna wydaje się jakimś bełkotem, a cholerna reakcja emocjonalna… Nie chcę jej, ale ona nic sobie nie robi z moich pragnień. To ona tu teraz rządzi, śmiejąc się ze wszystkich psychologicznych zabiegów, jakie poznałam. Ten brak dystansu, trauma z okresu dorastania, dezaprobata ze strony ojca i stale towarzyszące jej poczucie winy, stworzyły w niej mieszankę toksycznych emocji, które uniemożliwiły jej świadome i racjonalne korzystanie z wiedzy do rozwiązywania własnych problemów. A skoro takie zjawiska przydarzają się specjalistom, to tym bardziej my, zwykli ludzie, możemy czuć się rozgrzeszeni z własnych błędów. Pomyłek, które ciążą na nas i zatruwają nam życie. Terapeutyczna rola powieści zdejmująca ten ciężar z czytelnika, który wielokrotnie może utożsamiać się z jej bohaterami, ma cudowną moc „uzdrawiającego” głosu udzielanego Wendy – Granica poczucia winy leży we mnie, to ja ją wyznaczam. Mogę wpaść bardzo głęboko w te niebezpieczne wody, mogę dryfować po ich powierzchni, mogę w ogóle do nich nie wchodzić, choćbym stała za najgorszymi zbrodniami świata. Wszystko zależy od wewnętrznej siły, od tego, jak bardzo sobie ufam. Jak bardzo wierzę w to, że jestem dobrym człowiekiem. Niedoskonałym, dobrym człowiekiem.

   Mamy prawo do tej niedoskonałości!

   Opowieść można potraktować jako świetnie przedstawione studium psychologiczne uwikłania kobiety z traumą w związek z mężczyzną-manipulantem. Można również skorzystać z niej, jak z poradnika psychologicznego, który tłumaczy meandry zawiłości kontaktów międzyludzkich warunkowanych emocjami i wpływ innych na nasze postrzeganie świata, przywracając wiarę w siebie i w dobro w nas tkwiące. A można po prostu przeżyć historię zagubionej emocjonalnie dziewczyny, która czasami tak bardzo przypomina nas samych.

   Dobrze skonstruowana, mądra i emocjonalna historia dla czytelnika, który od powieści wymaga więcej niż tylko rozrywki.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Winna [Alicja Sinicka]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Zwiastun powieści, w którym bohaterka zaprasza do swojego skomplikowanego świata emocji.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi: , ,

Hańba – John Maxwell Coetzee

21 marca 2019

Hańba – John Maxwell Coetzee
Przełożył Michał Kłobukowski
Wydawnictwo Znak , 2003 , 250 stron
Seria Proza
Literatura południowoafrykańska (RPA)

   Istnieją ludzie, którzy dla mnie w pewnym sensie są emocjonalnymi kalekami, a to za sprawą niskiego stopnia empatii. Nie potrafią wczuć się w położenie drugiej osoby i tym samym jej zrozumieć, jeśli sami nie przeżyli identycznych lub podobnych doświadczeń.
   Taki jest właśnie David Lurie, główny bohater powieści, profesor akademicki, którego zdecydowanie i od początku nie polubiłam. Antypatyczny, cyniczny, sceptyczny, logicznie chłodny egoista, krzywdzący innych i nie widzący w tym swojej hańby. Żyjący sobie w miarę szczęśliwie w granicach wytyczonych przez zarobki, temperament, możliwości emocjonalne, które nie są imponujące.
   Miałam więc wręcz dziką satysfakcję (taki ze mnie zimny obserwator!), gdy los postawił go po drugiej stronie, stronie ofiary, doświadczył, w łaskawości i dobrodziejstwie, okrucieństwem ze strony innych ludzi. To wystarczyło, by w nim powoli zaczęło budzić się sumienie, pozwalające na zrozumienie i skruchę, na budzenie się nowych emocji, walkę z naturą człowieczą, pokonywanie własnych emocjonalnych ograniczeń i wreszcie na zbudowanie nowego spojrzenia na swoje postępowanie, w którym wcześniej nie widział niczego złego. Ba, obudziło się w nim nawet współczucie (a może miłość?) dla zwierząt, które wcześniej lubił o tyle o ile były jadalne i smaczne.
   Ludzi z takim ukrytym kalectwem obserwuję dookoła siebie. Żal mi ich, bo wiem, że tłumaczenie, wyjaśnianie żadnej struny w ich sercach nie poruszy i w rozumach żadnych drzwi nie otworzy. Jedynie doświadczenia z ich udziałem wyposaża te osoby we wrażliwość tak bardzo potrzebną w kontaktach międzyludzkich. Żal mi ich też dlatego, że nie potrafią się uczyć na doświadczeniach innych, zwłaszcza tych bolesnych, że życie z nimi jest bardzo trudne, ale i życie samo w sobie jest dla nich przez to dużo boleśniejsze, bo musi stać się najpierw ich namacalnym udziałem, by mogło być przez nich zrozumiane, odczute.
Zrozumienie tej przypadłości bardzo ułatwia mi życie z nimi, a jednocześnie daje okazję obserwowania fascynujących zmian psychicznych i emocjonalnych w człowieku.
   Autor ten proces pokazał w mistrzowski sposób.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Zaopiekuj się mną… – Dorothy Koomson

Zaopiekuj się mną… – Dorothy Koomson
Przełożyła Elżbieta Piotrowska
Wydawnictwo Albatros , 2008 , 430 stron
Literatura angielska

Od czasu do czasu lubię poczytać coś słodkiego i koniecznie zakończonego szczęśliwie. Informacja na tylnej okładce dała mi taką nadzieję. Troje przyjaciół. Dwie kobiety i mężczyzna, który zdradza swoją narzeczoną z jej najlepszą i jedyną przyjaciółką.
O tak! Coś dla mnie, na ten czas, na tę chwilę.
Po kilkudziesięciu stronach zdążyłam sobie polubić i znielubić bohaterów. Potępić i pochwalić za postawę. Obwinić i rozgrzeszyć za postępowanie. Przyklasnąć jakże słusznym argumentom Kamryn, głównej bohaterki, za podjęciem jedynej, słusznej i prawidłowej decyzji. Jednym słowem, świat jest czarny i biały, i bardzo prosty. Powieść-miód na lęki całego świata.
Do czasu. Do momentu. Do tego jednego wydarzenia, które wszystko, to co było stałe, rusza z posad i jak lawina błotna zmiata z powierzchni wszystko, łącznie z najtrwalszymi punktami odniesienia. Obraca życie o 180 stopni, by między bielą i czernią pojawiło się mnóstwo odcieni szarości. I nic już nie jest stałe, przewidywalne i bezpieczne. A wszystko przez jedną, małą, niepozorną i rzadko opisywaną człowieczą cechę – zmienność pod wpływem chwili, niczym nie usprawiedliwioną, niczym nie umotywowaną. Maleństwo, które powoduje apokaliptyczne katastrofy w życiu człowieka. Które zamienia miejscami skrzywdzonego z krzywdzącym.
Do tego niesamowity dar pisarki do takiego manipulowania faktami, dawkowania informacji, wnikliwego analizowania psychiki bohaterów, że zaczęłam podejrzewać ją o złośliwość wobec mnie jako czytelnika. O sadystyczne zadawanie ciosów poniżej pasa, wyciskających łzy. O chęć ukarania mnie za wszystkie moje czarno-białe oceny, poukładany świat, zaszufladkowane poglądy, ponaklejane etykiety słuszne-niesłuszne, moralne-niemoralne. O zmuszanie mnie do zadania sobie pytania: czy zawsze w moim życiu był taki porządek? Czy zawsze byłam pewna czego pragnę? Czy zawsze znałam jasno motywy swojego postępowania?
Autorka powieścią jak palcem wskazującym kłuje sumienie, pytając: czy jest na świecie taki człowiek, który w stu procentach wie, i to bez cienia wątpliwości, czego w danym momencie chce, który nie ulega żadnej pokusie ani przejściowym wahaniom nastroju?
Jeśli taki by się znalazł, byłby jedynym człowiekiem z prawem do rzucania kamieniami w czarno-białym świecie moralności.
Ja nim nie jestem.

 

text

 

Na oficjalnej stronie autorki, po zarejestrowaniu, można poczytać jej pamiętnik i nie tylko.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Samotność liczb pierwszych – Paolo Giordano

Samotność liczb pierwszych – Paolo Giordano
Przełożyła Alina Pawłowska-Zampino
Wydawnictwo W.A.B. , 2010 , 331 stron
Literatura włoska

Moja polonistka toczyła nieświadomie wojnę z matematyczką o moje serce i umysł. Pierwsza chciała, żebym na milion zamordowanych ludzi patrzyła jak na jednego człowieka, jeszcze jednego człowieka i jeszcze jednego człowieka aż do końca tej liczby, za którymi stała rodzina, osobista historia, uczucia, potencjalne plany na przyszłość. Natomiast matematyczka milion przedstawiała jako zbiór liczb pokazanych dokładnie tak, jak na tej okładce pod obwolutą, kusząc najwyższą oceną za właśnie takie rozpisanie calutkiego miliona.

 

 

 

Bardziej chciałam patrzeć na ogrom katastrofy miliona ludzi zaglądając im do serc niż podziwiać jego abstrakcyjną wielkość uwięzioną w statystyce. Wolałam jednego człowieka z jego fascynującym światem psychiki od miliona bezimiennych, suchych, bezdusznych liczb. Polonistka nie tylko wygrała bitwę, ale całą wojnę.
Kiedy więc zobaczyłam ten tytuł, pokiwałam głową myśląc: liczby są zawsze smutne. A ponieważ ta oczywistość była dla mnie jasna jak słońce i niepodważalna jak pewnik, więc zaraz pojawiło się podejrzenie: pisarz musi mieć coś wspólnego z naukami ścisłymi. Nie myliłam się. Na skrzydełku obwoluty wpatrywał się we mnie czystej wody fizyk!

 

 

 

Już z góry wiedziałam, że nie zaskoczy mnie treścią, przesłaniem, bo znam to spojrzenie, znam sposób chłodnego myślenia takiego umysłu, pryzmat rozumowania nieobarczonego emocjami, sposób relacjonowania przez naukowca obserwowanych zachowań, postępowania, zdarzeń, relacji. Nowością dla mnie były tylko transkrypcje moich przepojonych uczuciami obrazów zachodu słońca, przyspieszonych oddechów, zdenerwowanych rąk czy nawet piękna drżących światłocieni na język liczb pierwszych, kinetyki, równoważnych sił, prawa zachowania energii, momentu pędu, stosunków długości. Przełożenie mojej wizji pierwszego pocałunku dwojga zakochanych i całej jej towarzyszącej burzy emocjonalnej na mechanikę, banalne następstwo wektorów ruchu, jednego po drugim, dzięki któremu jego usta zetkną się z jej ustami. Brrr… Powiało zimnem ze świata cyborga w epoce lodowcowej!
Poza tymi zimowymi obrazkami otrzymałam dokładnie to czego się spodziewałam. Historię przyjaźni, a potem masochistycznie mordowanej miłości kobiety i mężczyzny, zmagających się z traumami wyniesionymi z dzieciństwa. Oboje z powiększającą się wraz z dorastaniem skazą kalectwa emocjonalno-społecznego. Bez umiejętności mówienia o własnych uczuciach, ale z umiejętnością ich tłumienia i wypierania. Bez chęci walki o swoje poczucie szczęścia, o człowieka, na którym im zależy, którego kochają. Myliłam się jednak, że taki obraz nie wywoła we mnie żadnych emocji. Były. Wszystkie niedobre: wściekłości, złości, irytacji, niechęci. Dokładnie takie, jakie zawsze towarzyszyły mi przy ocenianiu faktów, bez możliwości ich zrozumienia, wniknięcia w przyczyny, motywy, powody. Bez zanalizowania psychologicznego.
Książka żywcem zdjęta z fotograficzną dokładnością, z pozytywistycznym realizmem i naturalizmem z otaczającej mnie rzeczywistości. Z coraz bardziej aktualnym problemem we współczesnych społeczeństwach tak zwanych krajów rozwiniętych cywilizacyjnie, w których single zaczynają być znaczącym odsetkiem populacji. Opowieść-przestroga, próba zrozumienia społecznych outsiderów i smutny koniec pozostawiania ich samych sobie.
Zawsze popierałam pogląd Elliota Aronsona, że człowiek to istota społeczna. Niech się nazywają singlami, eremitami, pustelnikami, zakonnikami i co tam jeszcze sobie ci samotnicy wymyślili w nomenklaturze na swój wybór i sposób życia, to jednak zawsze w mniejszym lub większym stopniu, pośrednio lub bezpośrednio byli, są i będą uzależnieni od społeczeństwa.
Chyba, że jest się samobójcą…
Opowieść udowadnia to w sadystyczny, chłodny i wysublimowany sposób. Ale co najciekawsze, operując tylko faktami, potrafiła wywołać we mnie burzę emocji.
To też trzeba potrafić, nawet jeśli są negatywne.

 

Samotność liczb pierwszych [Paolo Giordano]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Zawstydzeni – Antonina Kostrzewa

Zawstydzeni czyli skazani na.. samotność – Antonina Kostrzewa
Wydawnictwo Astrum , 2010 , 152 stron
Seria Beletrystyka
Literatura polska

Zdarzało mi się użyć określenia „sierota boża” wobec osób nieprzedsiębiorczych, słabo komunikatywnych, niezdecydowanych wprowadzając ich w zakłopotanie, zawstydzenie. Dla mnie jedną z pokojowych reakcji ludzkich, a dla osób nieśmiałych jedyną możliwą reakcję, nawet w przypadku agresywnie atakujących ich ludzi. Stąd bagatelizowaną, nieszkodliwą, błahą, niegroźną, a nawet śmieszną.
Ale dla kogo?
To pytanie zadałam sobie po przeczytaniu jednego zdania we wstępie, które wprowadziło mnie w osłupienie: W świecie, gdzie Bóg już nie istnieje, a Nasz własny nas nie rozumie, nie można odnaleźć własnego Ja. W tym momencie uświadomiłam sobie, że moje słowa były jak pociski dobijające rannych.

 

 

 

W mroźnym, samotnym świecie widniejącym na okładce, stojąca samotnie postać wśród przytłaczających, szarych pni drzew, ledwo widoczna na ich tle, jak nieśmiali na tle społeczeństwa, dostawali ode mnie śnieżkami prosto w twarz. A ja myślałam, że to zabawa. Ja. Oni walczyli naprawdę, na serio, o siebie. Za nieśmiałym uśmiechem, delikatnym wycofaniem, umilknięciem (o ile w ogóle się odezwali), chłodnym dystansem, szklaną barierą nieprzystępności, niezrozumiałym zachowaniem, niewspółmierną reakcją do czynnika ją wywołującą, krył się świat, o którym nie wiedziałam nic. Nie wiedziałam, że w ogóle istnieje taki świat. Bardzo niebezpieczny dla jego właścicieli, w którym schizofreniczny sposób balansowania między własnym wnętrzem, a rzeczywistością zewnętrzną to sposób na życie. Na funkcjonowanie w społeczeństwie na miarę własnych możliwości i sił psychicznych. Teraz wiem, że im tego nie ułatwiałam, że postaci klinicznych nieśmiałości może być tyle ile osób nią dotkniętych, że przyczyn ją wywołujących jest wiele i tyleż samo stopni jej natężenia, że jej objawy i charakterystyczne zachowania tylko dla mnie mogą być „dziwne” (jak ja nie lubię tego określenia), a dla nich są wynikiem wewnętrznej walki z samym sobą i całym otoczeniem. Walki o istnienie, o prawo do kawałka łóżka, w którym czuli się najbezpieczniej i z którego tylko z konieczności wychodzili do społecznej dżungli, w której każdy dzień był dla nich lekcją przeżycia. Byli tacy, którzy nie wracali. Nie wytrzymując presji otoczenia, wybierali śmierć. Boję się myśleć ilu takich było, gdzie moje słowa mogły być tą kroplą w przelanym kielichu…
O tym właśnie są dwa kolejne opowiadania, umieszczone zaraz po wstępie. Bardzo potrzebnym, którego tytuł Wstęp, czyli kim jesteśmy? sugerował bardzo dobry pomysł na oddanie głosu bohaterom tej książki – ludziom nieśmiałym. Ta bezpośrednia forma sprawiała wrażenie wyjątkowej, kameralnej chwili, bliskiego spotkania, ufnej atmosfery, bezpośredniej relacji, by ku mojemu rozczarowaniu, w miarę opowiadania „o sobie” przejść do narracji „o nich” , gubiąc intymny nastrój na rzecz dystansu, relacji, chłodu, pośredniości, wtórności i poczucia słuchania prelekcji na temat. Niemniej same informacje zawarte we wstępie były niezbędne, by zrozumieć, dlaczego oba opowiadania w dalszej części książki, mimo że jednorodne tematycznie, są tak różne.
Zacznę od końca, od historii Sławka opowiedzianej w Samotnym w wielkim bólu , dla mnie częściej spotykanej, bardziej prawdopodobnej, obserwowanej na co dzień. Mężczyzny samotnie wychowującego córkę. Jak to możliwe, że nieśmiały, skryty w sobie życiowy nieudacznik znajduje sobie piękną kobietę, która go akceptuje i rodzi mu dziecko? Możliwe, jeśli to ona była tą zdobywającą , odważną, komunikatywną, biorącą sobie za punkt honoru przełamanie aspołeczności obiektu pożądania. Zdobywając go, w konsekwencji obarczyła obowiązkiem, który dla Sławka stał się życiowym wyzwaniem. Sposób pokonywania pojawiających się problemów, radzenia sobie z nową sytuacją, rozwiązywanie zadań stawianych przez życie z chorą (jak się później okazało) Kasią, z punktu widzenia osoby, która sama ma problemy z osiąganiem równowagi psychicznej, odkrywało przede mną nie tylko nieznaną dotąd wiedzę na temat funkcjonowania takich osób w rodzinie, w pracy, wśród znajomych, ale i ich punkt widzenia, postrzegania. Niestety emocje (bardzo silne zresztą), towarzyszące walce z chorobą nowotworową Kasi w czasie ciąży i walce o urodzenie dziecka, pochłonęły prawie całkowicie moją uwagę. Zgubiłam w tych traumatycznych wydarzeniach osobę Sławka, odsuniętego w cień, zepchniętego na dalszy plan, będącą przecież w zamierzeniach główną postacią tej opowieści.
Druga historia (w książce jako pierwsza) Samotna w wielkim mieście opowiada o kobiecie i mężczyźnie, których nieśmiałość to ciężkie zaburzenie psychiczne, mające swoje podłoże w uszkodzonym DNA. Kiedy nieśmiałość nie jest taką zwykłą nieśmiałością, nieutrudniającą normalnego życia, ale posiadającą wiele cech Syndromu Aspergera, a tym samym autyzmu. Dwa skrajne przypadki prowadzące do depresji i samobójstwa.
Moje poczucie nieprawdopodobności istnienia takich ludzi autorka zneutralizowała nadaniem bohaterom azjatyckich imion i nazwisk, które wespół z niestandardowością zachowań, rozchwianymi myślami, niezdecydowaniem bohaterów, zaskakującymi decyzjami, nieprzewidywalnością reakcji, wprowadziła mnie w nastrój tak dobrze znany mi z książek Haruki Murakamiego, mimo braku elementów metafizycznych. Wszystko było twardą, ostrą, racjonalną, bolesną rzeczywistością. Czułam bezsilność i psychiczne cierpienie przede wszystkim bohaterki Yoshiko, opowiedziane w formie narracji obserwatora jej zachowań, przerywanej wtrąceniami bezpośredniego głosu dziewczyny wyróżnionego kursywą. Przeplatanie się mojego widzenia (utożsamiałam się z narratorem), osoby przyglądającej się z boku, ze światem dziewczyny bezpośrednio wyjaśniającej lub opisującej własne emocje, pozwalało mi na konfrontację obu naszych tak różnych światów emocji, poglądów, spojrzeń i pryzmatów. Niestety również i tutaj autorka nie była konsekwentna w pierwotnych założeniach. Z czasem pozwoliła na całkowite oddanie głosu bohaterce, zamieniając naprzemienność wypowiedzi w monolog, w którym każde zdanie było bardzo ważne, a wyróżnianie niektórych kursywą stało się zbędne. Niczego nie wnosiło ani w treść, ani w formę. Stało się całkowicie niepotrzebne.
Te trzy różne spojrzenia na tak powszechną cechę ludzkiego charakteru – nieśmiałość, a jednocześnie, jak się przekonałam, najmniej mi znaną, uświadomiły mi jedno: są wokół mnie osoby zniewolone nieśmiałością, która dla mnie była do tej pory niewinną, człowieczą cechą, a dla ich posiadacza oprawcą budującym klatkę samotności dla swojej ofiary, a czasem katem wykonującym wyrok.
To ja się teraz wstydzę za słowa, do których przyznałam się na początku, ale tą nieśmiałością konstruktywną, zmieniającą moje o niej pojęcie, ale nie będącą dla mnie problemem.
Na szczęście.

 

 

 

Autorka w tematycznej konsekwencji ukryła nawet własną twarz widniejącą na tylnej okładce. Prowadzi również blog o osobach samotnych z powodu swojej nieśmiałości Samotna w wielkim mieście oraz pisze felietony w portalu Czytadełko.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Brak złudzeń – Marcin Pietraszek

Brak złudzeń – Marcin Pietraszek
Wydawnictwo COMM , 2010 , 175 stron
Literatura polska

To niesamowite, jak ta książka rozbudowała, ujęła w słowa i podsumowała myśl dojrzewającą we mnie od dawna. Zwłaszcza w sytuacjach czyjejś śmierci. Nie bez powodu jej umowna premiera miała miejsce 1 listopada, w dniu zadumy i refleksji nad życiem i końcem ludzkiej egzystencji. Wiele razy obserwowałam skrajnie rozpaczających po stracie matki, syna, żony czy przyjaciela. Popadających po tej traumie w stan depresji, uzależnienia od alkoholu czy wyrzekających się wiary w Boga. Obrażeni, winiący, mający pretensje i żal właściwie do kogo i o co? Przecież wiedzieli, że śmierć to jedyny pewny i nieunikniony stan. Przecież uczyli się na lekcjach religii różnych wyznań, że śmierć jest bliższa ciału niż koszula. Więc skąd to całkowite zaskoczenie? Skąd te skrajne reakcje, często łamiące psychikę i światopogląd rozpaczającego? Co jest tego przyczyną?
Ta powieść jest odpowiedzią na te pytania. Powieść , w którą musiałam wchodzić powoli, często irytując się przerostem wiedzy naukowej, przebijającej się momentami w sposób sztuczny przez fabułę. Łapiąc się na kojarzeniu teorii psychologicznych i rozsmakowując się w przytaczanych danych, z hukiem lądowałam w smutnym życiu bohaterów, przypominając sobie gwałtowanie, że to opowieść, a nie esej. Historia z gorzkimi odpowiedziami na zadane sobie wcześniej pytania, odzierająca ze złudzeń, na którą nie każdy będzie miał ochotę. Nie każdy będzie miał odwagę zagłębić się w mroczny, ale PRAWDZIWY świat dwóch mężczyzn, których spotkanie po latach rozpoczyna bezlitosne obnażanie człowieczego istnienia z kolorowego papierka.
Zygmunt nomen omen Frońd, psychoterapeuta, który właśnie stracił licencję na wykonywanie zawodu i Walenty, były pacjent rozpoczynający nowe życie po kuracji z nadzieją na szczęśliwe. Ich wzajemna opowieść o swoich losach, a potem dalsze dzieje, są ilustracją poglądów jakie przekazuje ta powieść, nie bez powodu umieszczająca kreślone wydarzenia w środowisku psychoterapeutów i ich pacjentów. Poglądów trudnych, bo wypartych z podświadomości wielu ludzi, a może nawet w ogóle nieświadomych, że żyją w epoce NEO-egzystencjalnej – epoce, w której ludzka egzystencja opiera się na Narcyzmie, Egocentryzmie i Onanizmie, tworząc wokół siebie świat blichtru, ułudy, pozorów wiecznego życia w permanentnym szczęściu i powodzeniu, dający poczucie bezpieczeństwa i zapomnienia o nieuchronności śmierci. Świat bajki dopominający się pochwał, sprawiedliwości, zadośćuczynienia wszystkim krzywdom i niepowodzeniom, przyjmujący postawę roszczeniową, konsumpcyjną, szczodrze obdarzający łaską błogiego zapomnienia, że jedyną sprawiedliwą jest śmierć, a sama bajka ułudą. Świat hura-optymizmu, w którym prym wiodą atrakcyjni, wyłącznie pozytywnie nastawieni, kreatorzy fikcji, karmiący się nadzieją, wypierający skutecznie z jego obszaru nieprzystających i niedopasowanych – brzydkich, kalekich, samotnych, chorych, o odmiennych poglądach. W ostateczności ani jedni, ani drudzy nie są szczęśliwi. Pierwsi w zderzeniu z realnym życiem od którego uciekali, drudzy z niemożności dopasowania się do obowiązujących, lukrowanych norm. Zwycięzcami zostają tylko ostrożni, sceptyczni, czujni realiści, dla których przygotowanie na twarde lądowanie może być ratunkiem, podczas gdy oczekiwanie miękkiego może zabić. I zabija. Psychicznie i fizycznie.
Optymizm nie popłaca czyniąc z ludzi łatwe ofiary , nadzieja to złudzenia, które zawsze, prędzej lub później, pryskają, a pesymizm daje szanse na przetrwanie nawet w najtrudniejszych warunkach.
Odważna teza i bardzo niepopularna. Jest jak kij włożony w mrowisko ludzkiej społeczności, zbudowane z takim oddaniem i pietyzmem, by chronić w jego wnętrzu witalność życia, a tym samym poczucie bezpieczeństwa.
Nie mam odwagi o tym mówić głośno, będąc świadomą ewentualnej agresji ze strony uświadamianych osób. Każdy kocha wnętrze swojej bańki mydlanej i nienawidzi osób ze szpilkami. Tym bardziej podziwiam autora za odwagę, by o tym pisać. Dlatego prorokuję książce losy podobne do Przebudzenia Anthoniego de Mello – rzucanie o ścianę w bezsilnej wściekłości, gdy czytający zacznie dostrzegać prawdziwe życie i nie zgadzać się na jego istnienie.
Oczywiście, do czasu.
I jeszcze jedno.
Wbrew pozorom książka nie jest depresyjna. Tak mogą odebrać ją osoby, dla których umiar, złoty środek, punkt odniesienia dawno stracili z oczu. I to z obu stron biegunów spojrzenia na życie – optymizmu i pesymizmu.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Mistrz – Andy Andrews

Mistrz – Andy Andrews
Przełożyła Adriana Sokołowska-Ostapko
Wydawnictwo Otwarte , 2010 , 186 stron
Literatura amerykańska

Zgodziłam się na udział w bardzo ciekawej akcji, której ideą jest dzielenie się otrzymanymi książkami. Bardzo chętnie przystałam na to, bo lubię otrzymywać, a jeszcze bardziej dawać innym. Nawet książki! Chociaż częściej je pożyczam niż daję. Poza tytułem nie wiedziałam o wyczekiwanych pozycjach nic. Nie przeszkadzało mi to, bo równie chętnie zgodziłabym się, gdyby tytuł brzmiał Silniki czterosuwowe wczoraj i dziś, ale tytuł Mistrz wiele obiecywał. Kiedy wiec otworzyłam kopertę, niespodzianką były dla mnie nie tyle dwa identyczne egzemplarze w treści, co różnorodna kolorystycznie obwoluta: czerwona i niebieska. Dodatkowo z dołączoną, odręcznie zapisaną karteczką z taką oto myślą:

 

 

 

Mądre, mądre – pomyślałam i zabrałam się do czytania, cały czas zastanawiając się, komu mogłabym sprezentować drugą. Na początek wiedziałam tylko, że na pewno musi to być osoba czytająca, która nie odłoży cennego daru serca z jej jeszcze cenniejszym przesłaniem na pastwę kurzu i roztoczy.
Sama książka okazała się być ukrytym poradnikiem psychologicznym pod postacią opowieści, której głównym bohaterem był nastolatek Andy, a potem dorosły już mężczyzna oraz Jones. Tajemniczy staruszek, którego wygląd było bardzo trudno opisać, scharakteryzować. Każdy widział w nim to, co chciał zobaczyć, nadając mu odmienne imię od tego znanego Andiemu. Pojawiający się w życiu wielu mieszkańców miasteczka nagle, niespodziewanie, z nieodłączną walizką, zawsze w sytuacji bez wyjścia, kryzysowej, trudnej, by w trakcie przyjacielskiej rozmowy, za pomocą prostych rad ukazujących inną perspektywę przeżywanego, na pozór nierozwiązywalnego problemu, zmienić kierunek myślenia rozmówcy, a tym samym jego nastawienie i w konsekwencji dalsze, odmienne już postępowanie. Same rady, bardzo proste, znane mi już. Czytając o nich przypominałam sobie ludzi, tytuły książek, obejrzane filmy, szkolenia i wreszcie własne i cudze doświadczenia, lekcje życia, dzięki którym tę wiedzę zdobyłam. Nic nowego – myślałam czytając tę książkę – ale dla mnie. Rozglądając się dookoła widziałam jednak bardzo dużo osób, dla których ten poradnik mógłby być odkrywczy z różnych względów. Nieumiejętności uczenia się na własnych lub błędach innych, braku przewodników wśród najbliższych po krętych ścieżkach życia, niechęć do czerpania wiedzy z książek i wiele, wiele innych. Na dodatek wyposażony w zestaw pytań przyporządkowanych każdemu rozdziałowi, ułatwiających rozmyślanie, medytację, poznawanie siebie, swoich słabych i mocnych stron. Do nauczenia się patrzenia na życie z odmiennej perspektywy, która to myśl jest ideą przewodnią tej książki.
I nagle mnie olśniło!
Nie bez powodu otrzymałam drugą książkę, by się nią podzielić, przekazać jej poniższe przesłanie:

 

 

 

Skoro ja już wiem, to najwyższy czas, aby zacząć się tą wiedzą dzielić z innymi. To jedna z niewielu rzeczy, którą dzieląc mnożymy. Ta moja dotychczasowa postawa nie wynikała jednak z egoizmu, ale raczej z nieświadomości jej posiadania (myślenie, że każdy ją gromadzi ucząc się wyciągać wnioski, okazało się błędne) i niepewności czy jestem do tego gotowa w odpowiedzialny sposób. Ale jeśli mogę to robić podsuwając takim zagubionym osobom odpowiednie książki? Dopiero teraz dotarł do mnie sens końcowych słów z dołączonej do książki karteczki – wiedzą też można się dzielić, również w postaci książki, jeśli nie potrafię inaczej. Nie posiadam daru Jonesa otwierającego serce i umysł KAŻDEGO człowieka, zwłaszcza na życiowym zakręcie. Wiedziałam jednak komu podaruję tę drugą, niebieską wersję:

 

 

 

Zaprzyjaźnionemu osiemnastolatkowi, by poczuć się zupełnie jak Jones podsuwający książki Andiemu, w których znalazł mnóstwo odpowiedzi na pytania zadawane w wieku dorastania. Mam nadzieję, że i on znajdzie odpowiedzi na nurtującego go pytania i postawi na swojej półce obok Josepha Gaardera, Anthoniego de Mello czy Paulo Coelho, mając nadzieję, że przekaże zdobytą wiedzę dalej.
P.S.
Przyjął ją z zaskoczeniem, ale i z zachłannością w oczach, którą widzę u pożeraczy książek. Uwielbiam ten widok. Jest tak piękny i nieuchwytny, że bardzo trudno ogarnąć go słowami. To trzeba widzieć i podzielać pasję, by poczuć. Czekam teraz cierpliwie na moment, w którym mi o niej opowie.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi: