Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Okruchy lustra – Agnieszka Pyzel

22 czerwca 2019

Okruchy lustra – Agnieszka Pyzel

Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2019 , 478 stron

Literatura polska

   Moje życie było spaprane, jakkolwiek, patrząc z boku, mogło się wydawać doskonałe.

   Historia tej jednej, jedynej, wyjątkowej miłości opowiedziana z perspektywy lat przez spełnioną żonę i matkę dwóch córek, która tak podsumowała swoje życie, przypominała sklejanie roztrzaskanego lustra z ostrych kawałków. Każdy brany delikatnie między palce ranił boleśnie do krwi, a ich układanie w jedną całość było trudne i wyczerpujące emocjonalnie.

   Wręcz depresyjne.

   Bo to jest opowieść o miłości popapranej, bolesnej, trudnej, skomplikowanej, która, mając ku spełnieniu się wszystkie warunki, nie mogła wybrzmieć, rozkwitnąć i trwać.

   Przyczyn było wiele.

   Brak odwagi mówienia o uczuciach czy odmienność w oczekiwaniach od związku, ale najważniejszą była profesja bohaterów. On, Allan Wysocki, ceniony, znany i popularny pisarz. Skupiony na swojej twórczości i poszukiwaniu materiałów oraz inspiracji do swoich powieści kosztem najbliższych. Również kobiety, którą kochał w specyficzny sposób. Ona, Michalina, aktorka, wrażliwa dziewczyna, której życie kręciło się wokół teatru i sztuki, a serce wokół miłości ulokowanej w dwóch mężczyznach. Szukającej jej ideału. Dzieje jej poszukiwań, które opowiedziała z własnej perspektywy, to próba odpowiedzi na najważniejsze pytanie – Kocha się raz i na całe życie, a później szuka się tej utraconej miłości? Jej poszukiwania nie były łatwe. Prowadziły przez przepojony emocjami burzliwy związek, o którym sama powiedziała – Niszczyło mnie to okrutnie, rozdzierało mi serce, jednego dnia byłam na szczycie tylko po to, żeby następnego spaść w dół i koszmarnie się potłuc.

   A ja, świadek tych zmagań, razem z nią.

   To opowieść o pięknie miłości przeklętej ukrytej w tragizmie. Miłości beznadziejnej i obolałej w równie obolałych i szarych czasach PRL.

   Miłości silniejszej niż śmierć.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Okruchy lustra [Agnieszka Pyzel]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi: ,

Odrodzona – Tucker Malarkey

21 marca 2019

Odrodzona – Tucker Malarkey
Przełożyła Elżbieta Łęcka
Wydawnictwo Amber , 2007 , 328 stron
Literatura amerykańska

   Jakiś czas temu ksiądz profesor Tomasz Węcławski najpierw zrezygnował z kapłaństwa, a potem odszedł z Kościoła wyrzekając się wiary katolickiej. Decyzję swojej apostazji uzasadnił w tej deklaracji, nie podając jednak konkretnych powodów. „Tygodnik Powszechny” zasugerował, że miało to związek z odkryciem nowego spojrzenia na obraz Jezusa i jego roli w wierze, z odrzuceniem jego boskiej natury. Ponieważ uczynił to tuz polskiej myśli katolickiej, uznany teolog, nauczyciel akademicki, autor około 30 publikacji naukowych, a nie szeregowy kapłan, Kościół suspendując go, na wszelki wypadek zasugerował chorobę psychiczną. Nie zdziwiła mnie ta sytuacja, bo metody radzenia sobie Kościoła z rozwiązywaniem problemów niestandardowych pozostały niezmienne (no, może poza paleniem na stosie), ale bardzo zaciekawił mnie ten nowy obraz Jezusa.
   Książka w dużej mierze nasyciła mój głód wiedzy na ten temat. Jej fabuła (podróż głównej bohaterki do Egiptu i jej irytujący mnie brak umiejętności wyboru między dwoma mężczyznami) osnuta jest na fakcie odnalezienia w 1945 roku, w Egipcie, w pobliżu starożytnego miasta Chenoboskia, ewangelii, które nie weszły w skład obecnego Nowego Testamentu. W świecie archeologów i historyków znane jako ewangelie z Nag Hammadi.
   Do końca II wieku, wszystkie istniejące ówcześnie ewangelie były przez teologów i Ojców Kościoła kolekcjonowane, redagowane, kompilowane, a co najważniejsze, uznawane za równie autentyczne i wartościowe, dopóki biskup Ireneusz z Lyonu po raz pierwszy nie oznajmił, że tylko cztery z nich są dogmatem wiary chrześcijańskiej, ponieważ wszechświat ma cztery strony, ponieważ są cztery główne wiatry, dlatego prawdziwe mogą być tylko cztery ewangelie. Na bazie takiego argumentu dał chrześcijaństwu kodeks, a sobie władzę nad nowo powstałym Kościołem. Reszta ewangelii to herezja, a ich wyznawcy to heretycy.
   To na początek, bo każda następna strona to dawkowanie faktów, które sypią się jak pustynny piasek. Powoli, kartka po kartce, ziarnko po ziarnku, jak w klepsydrze, tak aby na koniec pozostawić mnie z wiedzą, z którą nie wiadomo co zrobić?
Zapomnieć się nie da, bo będzie uwierać jak piasek w butach. Zbagatelizować też nie, bo jak patrzeć z piaskiem w oczach, który przeszkadza widzieć tak czysto jak dotychczas? Zanegować też nie, bo jak zaprzeczyć faktom archeologicznym, obficie przytaczanym i cytowanym w powieści? Uznać i przyjąć za pewnik? Wymagałoby to napisania historii na nowo, a przecież przeciętny katolik tego nie chce. On nie chce czytać i słuchać o tym, a co dopiero burzyć i budować. Nikt nie lubi uczucia usuwania się gruntu spod nóg. Dobry katolik nie pyta, lecz przyjmuje to co mu dają. Nieważne, czy coś rozumie. Tym bardziej Kościół. On też tego nie chce. Wręcz zrobi wszystko, żeby temu zapobiec. Ma w tym 2000 lat tradycji i doświadczenia.
Książka-dylemat, książka jak piasek, rozsiany w świadomości i trudny do wytrzepania z umysłu. Pozostał mi tylko jeden pewnik – cytat z Ewangelii Filipa, który jest świetną odpowiedzią na permanentnie zadawane mi pytanie – „Po co ty w ogóle czytasz?” Teraz będę mogła cytować: bo

Niewiedza jest źródłem wszelkiego zła.
Niewiedza prowadzi do śmierci.

text

 Zdjęcie pochodzi z artykułu Apokryf – cóż to takiego?, w którym Kościół ustosunkowuje się do problematyki zawartej w powieści.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi:

Dziewczyna komendanta – Pam Jenoff

Dziewczyna komendanta: powieść – Pam Jenoff
Przełożyła Monika Łesyszak
Wydawnictwo Arlekin , 2008 , 430 stron
Literatura amerykańska

Gdybym była Amerykanką, byłabym zachwycona tą powieścią. Poleciłabym ją swojej amerykańskiej przyjaciółce mówiąc: Och, Jodie, musisz ją przeczytać! Musisz zobaczyć jak ci biedni Polacy i Żydzi byli męczeni przez Niemców w czasie drugiej wojny światowej. Jak nie poddawali się terrorowi, walcząc w ruchu oporu. A kiedy było im bardzo źle, wiesz kogo cytowali? Nigdy nie zgadniesz! Naszego wielkiego prezydenta Stanów Zjednoczonych Abrahama Lincolna! Czyż to nie wspaniałe jak oni nas kochają i są nam wdzięczni za uratowanie? Ale najcudowniejsze jest to, że ich kobiety, w imię wolności ojczyzny, poświęcały swoją wierność małżeńską, oddając się wrogowi ciałem, bo najpiękniejsza w tej książce jest historia miłości między Żydówką a wysoko postawionym Niemcem, taka zakazana, niecodzienna, nieprawdopodobna, cudowna! Ile bym dała, żeby coś takiego przeżyć! Może Spielberg nakręci o tym film?
Ale jestem Polką i nie przemawia do mnie mocno naciągana we wstępie ideologia Miry Weber, abym potraktowała ją jak przypowieść o Żydówce Esterze XX wieku, bo sama historia nie jest powieścią paradokumentalną, ani osadzoną w skrupulatnie zbadanych realiach fikcją literacką.
Historię mojej ojczyzny poznawałam wręcz podskórnie, wsączała się przez całe moje życie. Siódmym zmysłem wyczuwam wszelki fałsz, kłamstwo i odchylenie. Autorka poznała ją rozumowo i mimo, że dobrze operuje faktami to jednak skażone są spojrzeniem człowieka z zewnątrz. Zniekształcanie wydarzeń historycznych dla dobra fabuły książki, naiwność w rysie logistycznym zasad konspiracji i te wyjścia do sklepu okupowanego Krakowa po pomarańcze, wszystko to i wiele innych, o których, aż przykro pisać, wytrąciły mnie z równowagi. Przywołało wspomnienie i przykre uczucia jemu towarzyszące sprzed kilku lat. Będąc w Afryce szlag mnie trafił, kiedy dowiedziałam się od uniwersyteckiego profesora, że w podręcznikach szkolnych uczy się dzieci o tym jak to nasi przyjaciele Anglicy, w dniu wybuchu wojny, popędzili natychmiast i ochoczo Polsce na ratunek. A drugi raz mnie trafił, że moje tłumaczenia, o fałszowaniu historii przez Anglików, są niewiarygodne. Słowo Polki, za którym stała krew moich rodaków, było niczym! Poczułam się zdradzona po raz kolejny. Ta bezsilność, wściekłość na Anglików, którzy wybielają dla siebie historię naszym kosztem, tyle lat po wojnie, odżyła na nowo. Tym razem w wersji amerykańskiej, dla pieniędzy.
Mam świadomość tego, że Polska nie leży w centrum świata, że cudzoziemcy mylą Poland z Holland, że nadal w odległych rejonach świata uważani jesteśmy za kolejną republikę Rosji i że nie mają zielonego pojęcia o hitlerowskich zbrodniach, bo sama kupiłam, wspomnianemu profesorowi, film o zagładzie Żydów w ośwęcimskim, przyobozowym sklepiku jako dowód rzeczowy. I to właśnie ta świadomość i ta bezsilna wściekłość, nie pozwala mi przejść obojętnie koło takich książek. Są ludzie, którzy swoją wiedzę historyczną znają właśnie z takich pozycji.
To druga książka w moim życiu, którą wyrzuciłabym do kosza i to bez bólu w sercu. Niestety, musiałam oddać ją do biblioteki i tutaj serce bolało mnie bardzo, bo ilu czytelników zobaczy i poczuje to co ja? Może lepiej było udać, że ją zgubiłam? Może byłoby to korzystniejsze? A co z innymi egzemplarzami w całym kraju?
Może przestanę o tym myśleć, bo mnie szlag trafi po raz trzeci.

   W 2009 roku ukazała się, jak wynika z opisu okładkowego, kontynuacja dalszych losów bohaterów bestsellerowej (!?) powieści, tym razem pod tytułem Żona dyplomaty, a jej recenzję przeczytałam u izusr, a której tytuł mówi wszystko: Dwie pomyłki ostatnich dni.

Dziewczyna komendanta [Pam Jenoff]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi:

Przedostatnie marzenie – Angela Becerra

Przedostatnie marzenie – Angela Becerra
Przełożyła Elżbieta Komarnicka
Wydawnictwo Świat Książki , 2008 , 492 strony
Literatura hiszpańska

   Magia, czułość i namiętność – kusił napis na książce.
    Obiecanki, cacanki, a czytelnikowi radość! – odpowiadam. A zaczęło się tak tajemniczo i zachęcająco. Zaryzykowałabym nawet określenie romantycznie i arcyciekawie, o ile scena podwójnego samobójstwa sędziwych kochanków splecionych w miłosnych objęciach i z wyrazami szczęścia na twarzy , w strojach weselnych, gdzie welon panny już nie takiej młodej ścielił się po wszystkich pomieszczeniach mieszkania, od razu na pierwszej stronie może taką być. Raczej przyczyny i dochodzenie do nich, zbadanie, co tak bardzo łączyło dwoje starych ludzi, że zdobyli się na taki krok.(…) Jaki rodzaj miłości można przeżywać w wieku osiemdziesięciu lat, żeby tak umrzeć? Razem z inspektorem Ulladą uwielbiającym oglądać i płakać na filmie Co się zdarzyło w Madison County i szukać romantyzmu w protokole sekcji zwłok (tutaj zapaliła mi się pierwsza lampka ostrzegawcza!), zaczęłam grzebać w przeszłości kochanków. Węszyłam jak pies tropiący, śledziłam losy głównych bohaterów, aż zgubiłam ślad i inspektora, zatrzymując się myślami w lodówce i przegrzebując jej zawartość w poszukiwaniu dobrego żarełka, dopóki słowo „ślub” nie ściągnęło mnie z powrotem do Barcelony, miejsca akcji. Ślub? Jaki? Gdzie?! Przecież było samobójstwo, prawie seryjne! I co ja robię na 10. stronie? Zaczęłam czytać jeszcze raz. Jednak ślub. W trumnach! Może jakiś hardcorowy, oryginalny – pomyślałam tolerancyjnie – państwo młodzi w trumnach, a weselnicy w strojach żałobnych? Czytam jeszcze raz. Nie. Najprawdziwszy, poważny ślub nekrofilski. Nieboszczycy (wspomniani wcześniej samobójcy) w trumnach, a welon „panny młodej” tym razem ścielił się przez cały kościół. Brwi uniosły mi się w zadziwieniu pod nasadę grzywki i gdyby nie włosy, zjechałyby mi na potylicę. A potem czytam, że po ceremonii ślubnej odbył się pogrzeb tego wesela! Szybko zamknęłam książkę, bojąc się, że brwi zostaną mi z tyłu na wieczność, nie mogąc w zadziwieniu znaleźć drogi powrotnej nad oczy i będę napięta jak po liftingu. Odłożyłam przestraszona książkę, przez cały dzień tłumacząc sobie, że może powinnam dać się powoli wprowadzić w treść, w atmosferę, przyzwyczaić do stylu (egzaltowanego!), języka (elfów!), do wyobraźni pisarki. Zwłaszcza wyobraźni – skwapliwie skwitowało to ostatnie moje drugie, sceptyczne i zniechęcone ja. Uzbroiłam się więc w cierpliwość, stoicki spokój i opanowanie. Zwiększyłam sobie pojemność wyobraźni wirtualnej (realnej mi zabrakło) i zajrzałam ponownie do książki, która zdążyła po 10 stronach stać się moim prywatnym wyzwaniem czytelniczym.
    Nic z tego!
    Już po chwili w zaskoczeniu lewa brew uniosła mi się ku górze, że ta wielka, ponadczasowa, obiecywana miłość to zadurzenie czternastolatki i dwa lata starszego od niej chłopca. Prawy kącik ust uniósł mi się w półuśmiechu, kiedy zapewniana magia była objawieniami ukochanej pod postacią Matki Boskiej sunącej w powietrzu, utkanej z powietrza. Chłopak daaaawno musiał nie być u okulisty. W sceptycznym grymasie rozjechały mi się zaciśnięte usta, kiedy czytałam o namiętności jednego pocałunku przez całą noc, rozkrwawiającego wargi kochanków. Nie wiem czy to ostatnie słowo nie jest nadużyciem sądząc po ich miłosnych dokonaniach.
    Skrajności w opisywaniu skali zdarzeń i cech bohaterów w tym dwutorowo rozgrywającym się czasie powieści (współcześnie oraz w latach 30. i późniejszych) były zawsze rażąco kontrastowe. Nic nie było dobre, piękne czy znane, ale najlepsze, najpiękniejsze i najsłynniejsze. Przedrostek „naj” robił w powieści oszałamiającą, cudowną, najwspanialszą i niespotykaną w całym wszechświecie karierę, używając ulubionych określeń narratora. Kontrast między dobrem a złem był porażający, abym przez przypadek nie pomyliła jednego z drugim. Prawdopodobieństwo zdarzeń i zachowań bohaterów niemożliwa do zaistnienia lub spełnienia. Moja wyobraźnia nie dorównywała autorce, chociaż bardzo się starałam zobaczyć napiętą i młodą skórę na szyi osiemdziesięcioletniej staruszki, akt miłosny w pozycji leżącej na klawiszach fortepianu wygrywający muzykę (może jakaś niestandardowa szerokość klawiszy?), serdeczną sól na policzkach, dozgonną miłość barwiącą siatkówkę oczu, trzydziestodwuletniego prawie chłopaka (nie mężczyznę), samostrojący się fortepian czy wskrzeszenie umarłego w śpiączce człowieka. Naprawdę bardzo się starałam, ale przy natłoku takich scen, dalsze napinanie mózgu groziło udarem. Czytanie powieści przeszło w czytanie bajki.
    Pożyczyłam tę książkę od mojej zaprzyjaźnionej młodzieży, która opowiadała mi o niej ze wzruszeniem w głosie i łzami w oczach. To mój drugi romans w ostatnim roku. O pierwszym napisałam frapująco, jak określiła to bsmietanka, a drugi sarkastycznie, jak sama to określam. Muszę prawdzie spojrzeć w oczy i wysnuć bolesny wniosek – wapnieję! Postarałam się więc wyłuskać chociaż jedną myśl godną zapamiętania i znalazłam ją: Czas jest jak sęp, który wydziobuje nam życie. Ale zaraz odezwało się we mnie to drugie, złośliwe ja i sparafrazowało: Są książki jak sępy, które wydziobują mi czas. Potrzebuję romansu-antidotum na potwierdzenie, że nadal żyje we mnie dusza romantyczna. Jest taki, który przywróci mi tę pewność?

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi:

Kontrakt panny Brandt – Mija Kabat

Kontrakt panny Brandt – Mija Kabat
Wydawnictwo Świat Książki , 2010 , 222 strony
Literatura polska

Z ogromną nieufnością podeszłam do tej książki. Do tego stopnia, że gdybym miała pod ręką rękawiczki lateksowe, nie zawahałabym się ich użyć. Tak restrykcyjne myśli, towarzyszące mi podczas wstępnego oswajania się z nią, zawdzięczałam rozczarowaniu i przykremu doświadczeniu jakie zapamiętałam z lektury Dziewczyna komendanta napisanej przez Amerykankę. Tym razem to właśnie autorka była tym czynnikiem, który ostatecznie przekonał mnie do jej przeczytania. Bo temat wprawdzie ten sam – zakazana miłość w okupowanej Polsce między kobietą a mężczyzną z walczących ze sobą wrogich stron konfliktu , ale tym razem napisana przez Polkę.
Czyżbym usłyszała, że to nie ma znaczenia?
Ma i to ogromne!
Mija Kabat nie popełniła błędów Amerykanki. Nie stworzyła prostego, naiwnego romansu, na tle historii, której nie rozumiała, nie znała, a przede wszystkim nie czuła, ale pozwoliła na pojawienie się uczucia, przy całym spektrum różnic dzielących zakochanych, kładąc jednak nacisk na podkreślenie koniecznych warunków prawdopodobieństwa jego zaistnienia oraz na złożoność procesów psychicznych mu towarzyszących. Tym razem między niemieckim oficerem a Polką. On komendant obozu jenieckiego w Gross Born, ona konspiracyjna działaczka w szeregach AK. On uważający wojnę za idiotyzm i wariactwo szaleńców, którą najlepiej przetrwać w zaciszu obozu przyjmując dowództwo z najwyższym obrzydzeniem, ona widząca w nim wroga, z którym trzeba walczyć. On zblazowany, rozkapryszony potomek znaczącego rodu Steinbergów, ona wykształcona panna z dobrego domu ziemiańskiej rodziny Lubienieckich. Różniło ich wszystko, a najbardziej czas wojny, podczas którego oficjalne kontakty seksualne Niemców z ludnością krajów okupowanych były zhańbieniem rasy nadludzi, a dla Polaków godności i honoru oraz zdradą ojczyzny.
A jednak kontrakt między nimi został zawarty.
Nieoficjalnie – życie najbliższych, siostry i jej synka, bohaterki opowieści za dotrzymywanie towarzystwa w nudnym, urzędniczym życiu kierującego pracą obozu – swoisty kompromis kaprysu Franza i przymusu Anny. Oficjalnie – posada panny Brandt jako sekretarki komendanta obozu. To co wydarzyło się później nie miało prawa zaistnieć.
A jednak…
Czas tworzył nowe, coraz bardziej skomplikowane relacje, aż ona złapała się na tym, że minęło ledwie kilka miesięcy i już jej pierwszą myślą nie jest to, jak unicestwić swego wroga, ale jak zdobyć jego względy, a on odpychał od siebie myśl – Masz kobietę na każde zawołanie, a jednocześnie każdego dnia musisz o nią walczyć, żebrać o dobre słowo czy przychylny gest. Jak jakiś Syzyf.
Chciałam uwierzyć w to uczucie. W powolny proces zmiany wyrachowanej, wymuszonej umowy w bezinteresowną miłość. A właściwie w możliwość jej prawdopodobieństwa, którą autorka uwiarygodniła liberalnymi poglądami Franza na temat wojny, polityki Hitlera i ryzykownymi zachowaniami, narażającymi go nie tyle na degradację w hierarchii wojskowej, co na pewną śmierć. Wewnętrzną walką Anny z rodzącym się, niechcianym uczuciem, do którego nie przyznawała się nawet przed samą sobą, ale której podszeptów do zachowań potwierdzających jej istnienie, opanować już nie potrafiła. Początkowy jasny, łatwy do osądzenia obraz, jaki naszkicowała autorka, przestał być jednoznaczny, godny jedynie potępienia. Uzupełniony o łagodzące okoliczności mu towarzyszące, pozytywne fakty go rozbudowujące, szlachetne motywy postępowania go wyjaśniające stał się przyczyną podziału otoczenia pary na dwa obozy. Zwolennicy pierwszego golili Polkom głowy lub wydawali wyroki śmierci za zdradę i kolaborację, a Niemcy wysyłali zdrajców rasy na front wschodni. Natomiast zwolennicy drugiego usprawiedliwiali korzyściami politycznymi w ramach pracy szpiegowskiej. Żaden obóz nie uwzględniał w tych rozważaniach człowieczych emocji. W warunkach wojennych nie było miejsca na miłość, bo nie miało prawa jej być. To był czas nienawiści walczących ze sobą stron. Bez wyjątków.
Ale ona była!
Wbrew wszystkiemu i na przekór wszystkim rodziła się, nie zważając na morderczy dla niej czas, polityczne, rasowe i narodowościowe podziały, wojenne fronty i ludzi ją zabijających. Również przez tych, których dotknęła.
Ta książka to prowokacyjna manifestacja jej niezniszczalnej potęgi.
Mam jednak jedno ale, które krzyczało przez cały czas trwania opowieści, a które podważało mi moją wiarę w tak misternie podawane powody prawdopodobieństwa wypadków. Nigdy nie uczyniłabym bohatera komendantem obozu. Możliwość ucieczki i uniknięcia kary natychmiastowej lub odroczonej w czasie, tak wysoko postawionego oficera w hierarchii obozowej, była skrajnie prawdopodobna. Zbyt skrajnie bym mogła uwierzyć w zakończenie tej opowieści.
A przecież tak bardzo chciałam uwierzyć w tę miłość…

 

 

Autorka to bardzo tajemnicza osoba. Na stronie wydawnictwa dowiedziałam się tylko, że pod pseudonimem Mija Kabat ukrywa się znana dziennikarka i że właśnie w styczniu miała premierę jej druga książka Gąszcz. Podejrzewam, że powieść na pewno nie będzie jednoznaczna w ocenie postaw jej bohaterów, zawierając tytułowy gąszcz wątków psychologicznych. Ciekawe w jakim stopniu się mylę?

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi:

Pocałunek o północy – Lara Adrian

Pocałunek o północy – Lara Adrian
Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska
Wydawnictwo Amber , 2010 , 351 stron
Cykl Rasa Środka Nocy ; Tom 1
Literatura amerykańska

Zaprzyjaźnione ze mną nastolatki, w ramach rewanżu za polecanie i podsuwanie im ciekawych książek dla młodzieży, przyniosły mi tę oto pozycję. Wewnętrznie skrzywiłam się, bo ten „pocałuuuunek” i jeszcze „o półnoooocy” skojarzył mi się z wampirzą falą o średniej normie zdolności porwania i zatracenia się czytelniczego, bo wszystko już było, ale wzięłam. Jakżeż mogłabym odrzucić dar serca i zaufania w dzieleniu się swoim intymnym światem wyobraźni?! Jak się potem okazało bardzo i dosłownie intymnym.
Historia, tak jak przypuszczałam, zaczęła się jak dobry w swoim schemacie thriller z tajemniczymi wampirami w roli głównej i nie taką zwykłą śmiertelniczką Gabrielle, bo będącą Dawczynią Życia. Kobietą wyjątkową, bo zdolną urodzić wampirowi dziecko, która oczywiście poczuła przyciągający, mroczny, a przez to nieodparty urok jednego z nich, Lucana. I tak sobie powolutku wkraczałam w nocną porę ichniego „dnia”, w której mogli funkcjonować i w początek wzajemnego zafascynowania, aż do strony 46. I dokładnie w tym miejscu, w tym momencie fabuły wróciłam gwałtownie do mojej jasnej rzeczywistości. Zrobiło się nagle oślepiająco widno, tekst druku ujrzałam wręcz zogniskowany w świetle reflektora, ogarniającego i podkreślającego opis… seksu oralnego! Baaaardzo szczegółowego – dodam dla ścisłości wytłumaczenia mojego zaskoczenia.
Byłam zdruzgotana!!!
Nie! Nie treścią, ale po pierwsze swoim archaicznym wyobrażeniem na temat tego, co czytają i o czym chcą czytać dziewczyny. Dotarło do mnie, że przecież one już skończyły 18 lat i takie cykle jak Błękitnokrwiści czy Szeptem czytają na deser, a danie główne to rasowy romans erotyczny. A po drugie błyskawiczną akcją konsumpcji znajomości głównych bohaterów już na początku powieści. Zaczęłam się poważnie zastanawiać czy nie zakończyć tej przygody, bo czym jeszcze autorka mogłaby przykuć moją uwagę przez następne 300 stron (to lepiej poczytać Kamasutrę), skoro tajemniczość wampirów i ich przyciągającą moc zdemaskowali i zdeprecjonowali mi autorzy Zmierzchu i filozofii, a erotyczne „ między ustami a brzegiem pucharu” skurczyło się spazmatycznie (dosłownie w wykonaniu Gabrielle i w przenośni) do pierwszych, kilkudziesięciu stron?
A jednak!
Jak się okazało, pożądanie fizyczne to nie wszystko, co może zaoferować dobra opowieść. Było jeszcze pożądanie psychiczne i uczucia do uwiedzenia. Sprawić, by dziewczyna oddała się fizycznie nie było dla wampira sztuką, wszak miał ich za każdym rogiem na chętne pęczki, ale sprawić, by Gabrielle go pokochała stanowiło wyzwanie ogromne, na miarę jego uroku, jej oporu, jego niezdecydowania, jej notorycznych wahań i w tym rozhuśtaniu bardzo erotyczne. Zakocha się czy nie, zostanie jego partnerką na całe życie czy nie, posiądzie jej duszę czy nie i wreszcie skonsumują swój związek według ceremonii nocy z wampirem czy nie?
Oto są pytania na miarę wampirzej literatury i jego czytelniczek! Hamlet i jego rozterki chowają się! I śmiejąc się sama z siebie dodam – wśród nich i mnie!
To co mnie spodobało się w tej historii najbardziej to stworzenie charakterystycznych postaci głównych bohaterów – Lucana, Rio, Nicolai, Dantego, Conlana, Gideona i Tegana. Każdy z nich wspólnie tworzących rodzinę wojowników walczących ze Szkarłatnymi, wampirami ogarniętymi przez nałóg ludzkiej krwi, a w rezultacie zabijających ludzi, miał nie tylko charakterystyczny (nie muszę dodawać, że nieziemski, mięśniowy efekt jak po pięciu latach pracy w kamieniołomie lub na siłowni i w esy floresy naturalny tatuaż na skórze) wygląd, ale i wyróżniającą się osobowość, jakiś talent oraz własne, prześladujące go demony. Choć żaden nie był specjalnie wrażliwy. Takie zimne dranie, które kobiety uwielbiają tylko na początku znajomości, a o co mają później pretensję do mężczyzny przez resztę wspólnego życia. Ale to już taki drobny, nieistotny szczegół w doborze naturalnym. Najważniejsze, że Lucan spodobał się Gabrielle ze wzajemnością. Mnie natomiast zaciekawił małomówny, skryty, wiecznie nieobecny, cyniczny, nieprzewidywalny, irytujący towarzyszy i nienawidzący Lucana, Tegan. I tutaj ci od Zmierzchu i filozofii mieliby dużo niepochlebnych uwag pod moim (i mnie podobnych czytelniczek) adresem, ale wara im do mnie i moich książek! To ja będę sobie kiedyś żyć z nienormalnie ciekawym wampirem, a oni z normalnie nudnym mężczyzną! Niestety, ku mojej rozpaczy, więcej dowiem się o tym najbardziej nieuchwytnym wampirze dopiero w czwartym tomie cyklu, ponieważ każda z kolejnych jego części jest opowiadana z punktu widzenia historii (oczywiście miłosnej, jak to ona chce a boi się, a on nie boi się i udaje nieczułego brutala) jednego wampira wchodzącego w skład rodziny.
Kiedy więc już przeczytałam ten paranormal romance dla dorosłych, ochłonęłam z zaskoczeń i zadziwień nad treścią i nad sobą, przemyślałam sobie wszystko i poukładałam, zatęskniłam za Teganem (heh!), wtedy… kupiłam kolejne trzy tomy!

 

 

Oddając książkę dziewczynom, pochwaliłam się tak od niechcenia i mimochodem (specjalnie zarzuciłam haczyk), że kupiłam kolejne części. Dwa razy powtarzać nie musiałam, ale za to musiałam się naczekać na ich powrót i mojego Tegana, oj musiałam, umilając sobie upływający czas gorączkowymi dyskusjami na ich temat w nieformalnym klubie miłośniczek cyklu Rasy Środka Nocy.
Ale za to… teraz ja!

 

 

A tutaj obejrzałam sobie amerykański klip promujący cykl. Mogli bardziej się postarać.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi:

Szkarłat północy – Lara Adrian

Szkarłat północy – Lara Adrian
Przełożyła Monika Wyrwas-Wiśniewska
Wydawnictwo Amber , 2010 , 343 stron
Cykl Rasa Środka Nocy ; Tom 2
Literatura amerykańska

Wtopiłam się w mroczny czas północy dopiero po raz drugi, a już się martwię, dokąd będę chadzać ciemną porą, kiedy cykl Rasy Środka Nocy zakończy się? Wprawdzie do końca jeszcze kilka tomów, a w sierpniu w księgarniach pojawi się już tom szósty, na który bardzo się cieszę, to zastanawiam się, co będę później pochłaniać na deser czytelniczy? Bo tak traktuję te paranormalne romanse. Właśnie jak desery, które wprawdzie witamin (wiedzy poważnej) nie mają, ale za to ile przyjemności dostarczają! I właśnie dla tej czystej, zwykłej rozrywki co kilka treściwych, a czasami ciężkostrawnych, ale pożywnych książek, wchodzę w świat wyobraźni tej autorki.
W noc, pod osłoną której współistnieje z ludźmi pasożytnicza rasa wampirów. Tych złych zwanych Szkarłatnymi, ogarniętych krwistym nałogiem, niepohamowanym pragnieniem krwi oraz tych dobrych, tworzących Zakon wojowników do walki z tymi pierwszymi. Ale to ci drudzy są tą wisienką na moim deserze. W każdym tomie inną tak, jak inny jest bohater prowadzący fabułę w kolejnej historii. W części pierwszej (Pocałunek o północy) był nim Lucan. W tej – Dante. Nie muszę dodawać, że jedyną jego wadą w wyglądzie był lekko skrzywiony nos, chociaż dla mnie to wcale, absolutnie i niekoniecznie było wadą. I żeby nie było, że skupiałam się tylko na atutach fizycznych (a było na czym, zwłaszcza, gdy nie dopiął koszuli i przypominał robotnika z piłą z reklamy Husqvarny), to wspomnę, że zalety osobowościowe też posiadał. Ale o nich nie opowiem, bo one u mężczyzn bardzo szybko ewoluują w wady, pozostawiając po sobie tylko piękne wspomnienia. Szkoda więc czasu, ołówka i prądu na szkice in blanco. Ważne że podobał się Tess (mnie się ona mniej podobała, no ale co ja mogę), która pracowała jako weterynarz w klinice dla zwierząt. Dodam – na swoje nieszczęście lubiła pracować tam do bardzo późnej nocy. Nie wiedziała, że wokół toczy się wojna na śmierć i życie między Szkarłatnymi i Zakonem wojowników. Ta niewiedza kosztowała ją kilka mililitrów krwi, które musiał, w stanie agonalnym, wyssać z niej śmiertelnie ranny Dante, trafiający przez przypadek do rozświetlonej w nocnym mroku, kliniki.
Tak się kończy nadgorliwość w pracy, zwłaszcza w nocy!
Na również swoje nieszczęście Dante nie zauważył, że pożywił się krwią Dawczyni Życia, oddając nieświadomie swój niezależny i kawalerski styl bycia w kruche, kobiece ręce. Nie muszę dodawać co, jak i gdzie takie ręce z nim robiły i ostatecznie zrobiły. Zdradzę tylko, że było słodko, bardzo słodko i przebrzydle słodko, aż do zemdlenia i dyskoteki endorfin w mózgu czyli tak jak lubię – on chce, ona również, ale mówi „nie”, w dowolnej kolejności i konfiguracji, żeby był powód do narzekania na złożoność psychiki kobiety.
Ale to nie jedyny atut tej powieści.
Drugim była bogata w wydarzenia fabuła pełna napięcia, zwrotów akcji, zaskakujących rozwiązań, w których śmierć zbierała swoje żniwo, a krew lała się litrami, trzymająca do końca moją uwagę na granicy wytrzymałości. A trzecim był tworzony przez bohaterów męski świat prostych, czytelnych zasad, w którym lojalność, odwaga, poświęcenie, zaufanie i solidarność w dążeniu do wspólnego, oczywiście szlachetnego celu dzieliła świat na dwie proste wartości – dobra i zła.
I za to uwielbiam ten cykl.
To ten prosty świat pozwala mi na oddech od niuansów szarości świata rzeczywistego, w którym czasami się gubię. Przynosi ulgę i odrobinę odpoczynku od stałej analizy zawiłości moralnych, wśród których żyję. Przywraca pierwotne, podstawowe, ogólne spojrzenie na skomplikowanie ludzkiej psychiki. Po takiej dawce relaksu mogę dalej brać się za bary z życiem lub chwytać szczęście za rogi i dusić jak cytrynę.
Oczywiście do następnej części, w której główną rolę przejmie mój ulubiony Tegan.

 A tutaj obejrzałam zwiastun tej powieści, ale im bardziej się im przyglądam, bo każdy tom ma swój filmik, to dostrzegam z rozczarowaniem, że są to składanki filmów już istniejących.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi:

Obiecaj mi – Richard Paul Evans

Obiecaj mi – Richard Paul Evans
Przełożyła Hanna de Broekere
Wydawnictwo Znak Literanova , 2011 , 292 strony
Literatura amerykańska

Dawno nie płakałam!
Oj daaawno! Na pozór wcale to nie jest takie dobre, przynajmniej dla fizjologii oczu, które czasami z paprochów i mętów na ciele szklistym przemyć koniecznie trzeba. Powitałam więc kolejną powieść tego autora niczym oazę na pustyni z otwartymi ramionami i myślą – Chodź tu do mnie, ty mój wyciskaczu łez i obmyj moje zakurzone oczy! Nauczona doświadczeniem zdobytym podczas czytania jego poprzednich powieści: Stokrotki w śniegu, a zwłaszcza Szukając Noel, przygotowałam sobie zapobiegliwie magapakę chusteczek jednorazowych.
Byłam gotowa!
Początek niesamowity! Jak to u Evansa. Wymarzony na czas przedświąteczny, bo akcja zaczyna się i kończy w Wigilię Bożego Narodzenia. W powietrzu wirują płatki śniegu, pachnie igliwiem, w ozdobach choinkowych odbija się kominkowy ogień, w kuchni króluje aromat przyrządzanych potraw i grzanego wina, cały dom tonie w ciepłym świetle lampek, a nastroju dopełniają śpiewane w tle kolędy.
Czułam nadchodzące święta, a Beth, główna bohaterka i narratorka oprawionej w taką świąteczną ramę opowieści, czekała na bardzo ważny moment w jej życiu, do którego przygotowywała się długie, osiemnaście lat, skrywając dla mnie tajemnicę niezwykłą, a dla niej bardzo bolesną. Sekret, który symbolizowały dwa, nigdy nienoszone, ukryte w szkatułkach piękne naszyjniki, o których mówiła – Są podarunkami od dwóch mężczyzn. Oba są piękne i oba są cenne, nie noszę jednak żadnego z nich – jednego z powodu złamanej obietnicy, drugiego z powodu obietnicy dotrzymanej. Wydarzenia kryjące się za tym enigmatycznym, rozbudzającym moją ciekawość i wyobraźnię, opisem niezwykłego, bo emocjonalnego skarbu, poznałam w czasie, który upłynął od pierwszej Wigilii w 1989 roku do tej, na którą czekała kilkanaście lat i od której zaczyna się i kończy opowieść. To czas, w którym los hojnie ją obdarzał i równie hojnie zabierał. W jednej chwili była szczęśliwą mężatką i matką (jak opowiada w pierwszym rozdziale powieści), a w drugiej zdradzoną żoną z chorym dzieckiem, by zaraz potem poznać Matthew i odzyskać zaufanie po to, by je natychmiast stracić. Huśtawka emocji niegwarantująca pewności, w którym kierunku potoczy się fabuła tej opowieści. Historia znajomości tajemniczego mężczyzny, który nie tylko pomógł jej odzyskać wiarę w siebie i w mężczyzn, ale i stał się bolesnym sprawdzianem miłości matki do córki. To, kim okazał się ostatecznie Matthew, było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo jednocześnie całkowicie nowym elementem w twórczości pisarza, trochę trudnym do uwierzenia (chociaż w magiczny czas świąt wszystko może się zdarzyć!), ale również dającym ogromne możliwości (z których autor skwapliwie korzystał!) skomplikowania relacji między głównymi bohaterami, stawiających ich przed wyborami miedzy trzema rodzajami miłości. O rezygnacji z któregokolwiek z uczuć Beth mówiła – To tak, jakby amputowano mi serce i kazano dalej żyć.
A jednak musiała wybierać…
Takich scen szarpiących za koniuszek serca napotkałam kilka, wzruszając się przy tym, ale oczekiwane łzy nie polały się! Trochę się sobie dziwiłam. Przecież było w tej powieści wszystko to, w czym pisarz jest taki dobry – atmosfera, tajemnica, miłość, rozdzierające sumienie wybory, mnóstwo mądrych sentencji życiowych wplecionych w fabułę, ale i wyeksponowanych w nagłówkach rozdziałów:

 

 

albo

 

 

Powinnam mieć już dawno zapuchnięte (i przemyte!) oczy, czerwony i siąpiący nos i do połowy zużyty zapas chusteczek.
A tu nic!
Poza wzruszeniem wywołującym lekką (zbyt lekką, jak na możliwości pisarza!) arytmię serca. Zaczęłam się zastanawiać nad tą moją nietypową reakcją. Czego mi zabrakło, skoro początek i rozwinięcie opowieści były takie magiczne i obiecujące? Doszłam do wniosku, że łzy zostały powstrzymane przez zakończenie. Trochę rozczarowujące i wzbudzające we mnie niedosyt, bo bardziej przypominające przewodnik turystyczny niż romantyczną (taka miała być z założenia) podróż Matthew i Beth po europejskich miastach. Autor nie wykorzystał szansy i niezwykłej okazji do ukazania na pierwszym planie walki miedzy pożądaniem a rozsądkiem, między miłością a powinnością, między egoizmem a szczęściem najbliższych osób. Zaburzenie proporcji dawkującej emocje podczas ich wspólnej podróży, zostały odwrócone, a przez to gaszące tak dobrze rozpalony początkowy ogień.
Ale pomimo tego lekkiego niedosytu, autor nie zawiódł w sferze przekazu o rzeczach ważnych, które zawsze wplata w fabułę. Może nawet ważniejszych niż miłość między kobietą a mężczyzną. Tym razem mistrzowsko ukazał siłę matczynej miłości, stawiającej wyżej dobro i przyszłość córki ponad własne. Podstawę szczęścia rodzinnego, które czasami wymaga częściowej rezygnacji z samej siebie i własnych marzeń na rzecz spójności rodziny, by móc raz w roku usiąść do wigilijnego stołu i być szczęśliwą szczęściem najbliższych.
Beth może być z siebie dumna, chociaż kosztowało ją to okaleczenie własnego serca.
A na końcu książki ujrzałam niespodziankę, która brzmiała:

 

 

A pod nią informacja, że wszystkie potrawy przygotowywane przez bohaterów powieści, mogę wypróbować sama! Ich przepisy są dostępne za darmo zarówno na stronie autora (w oryginale), jak i wydawnictwa Znak (po polsku). Najbardziej zaintrygowały mnie babeczki uwielbiane przez córeczkę Beth – bożonarodzeniowe muffinki jagodowo-maślankowe. I wiem już, komu przepis na nie sprytnie podsunę, bo ja tylko potrafię o nich czytać i je zjadać.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 


Tutaj obejrzałam amerykański trailer powieści, potrafiący wprowadzić w atmosferę czekających mnie świąt. A ta melodia w tle…święta!, święta!, idą święta! i Mikołaj z workiem książek! Taką mam nadzieję!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi: