Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Wyprawa do Chiwy – Frederick Burnaby

21 marca 2019

Wyprawa do Chiwy: podróże i przygody w Azji Środkowej – Frederick Burnaby
Tłumaczył Tomasz Bieroń
Wydawnictwo Zysk i S-ka , 2010 , 345 stron
Seria Podróże Retro
Literatura angielska

Przyznaję się!
Biję się w piersi ze skruchą, że wybrałam tę książkę z czystej perfidii „ponabijania się” z autora i jego podróży. Pośmiania się z dawnych czasów kojarzących mi się z infantylnością starych filmów, ze sztywnymi pozami na zdjęciach z przeszłości czy z przedwojennymi piosenkami z charakterystyczną, przedniojęzykową wymową głoski ł. Ze stylem retro wywołującym na mojej twarzy prawostronny uśmieszek tylko jednego kącika ust mądrzejszego człowieka z XXI wieku od człowieka dziewiętnastowiecznego.
I pośmiałam się, ale nie z autora, tylko z autorem. Ten pan z oficjalnej fotografii:

 

 

 

Frederick Burnaby, który zupełnie nie przypomina zarośniętego podróżnika o gabarytach z siłą niedźwiedzia (niemal dwumetrowy wzrost) i prawie stukilową wagą, miał nieprzeciętne poczucie humoru i autoironii. Począwszy od samozdziwienia, że wybrał się w tak daleką podróż z Londynu do Chiwy, miasta leżącego w pobliżu rzeki Amu-darii, w sąsiedztwie niedalekich Indii, a na terenach dzisiejszego Uzbekistanu, w grudniu! W najbardziej niekorzystnym terminie na podróże, a jak potem komentowali tubylcy, w jedną z najcięższych zim jaką pamiętali. Po samokrytykę wyboru dnia, o którym napisał: 30 listopada 1875 roku (…) w jeden z tych przygnębiających dni, kiedy barometr ludzkiego ducha opada do poziomu bliskiego abnegacji.
A wszystko dlatego, że autor musiał koniecznie, ale to koniecznie, dowiedzieć się i zbadać naocznie, dlaczego Rosja zamknęła dostęp cudzoziemcom do tych terenów?
To się nazywa desperacja, dociekliwość i zacięcie w pasji, dodam, na koszt własny!
Wyruszył ubrany „na cebulkę” (nie było cudownych kombinezonów z materiałów kosmicznych) we wszystko co miał i mógł na siebie włożyć (co stanowiło nie lada wyzwanie i przeszkodę w razie nagłej potrzeby fizjologicznej), początkowo pociągiem, z wagonami opalanymi piecykami, tak daleko, jak daleko tory poniosły i się nagle skończyły czyli do Samary. Potem saniami w kształcie trumny, w której ledwo się z tobołami niezbędnymi w podróży mieścił. Po zamarzniętej Wołdze szerokiej jak gościniec królewski i niebezpiecznej jak poligon z saperami ćwiczącymi na niej wysadzanie lodu, przeskakując rozpadliny na tyczce w postaci okutanego tobołka z autorem wspomnień w środku, co było wesołą atrakcją dla okolicznych mieszkańców (dla mnie też!). Dla autora już mniej, ale we wszystkim widział dobre strony – posuwał się do przodu! Potem po skutej lodem i przysypanej metrowym śniegiem ziemi, ciągniętymi saniami raz przez konie, a raz przez wielbłądy (myślałam, że chodzą tylko po pustyni), by potem przesiąść się na karawanę i spać na wielbłądzim grzbiecie przywiązanym do niego czym się dało.
A wszystko to przy blisko minus 38 stopniach Celsujsza trzaskającego mrozu, przeliczając ze skali Réaumura.
Z uporem graniczącym z naiwnością pokonywał niechęć urzędników wydających pozwolenia na przejazd. Spryt wynajmowanych ludzi do pomocy ze skłonnością do oszustwa i wykorzystania niezorientowanego obcokrajowca. Lenistwo zatrudnionych pomocników, w którym najefektywniejsze okazywało się nakopanie im w tylną część ciała, skutkującym natychmiastowo z zapewnieniem poprawy na przyszłość. Odmrożenia obu dłoni, które „leczone” nacieranym śniegiem wywołało u mnie złapanie się za głowę. Niemoc językową i bezradność wpływu na tłumacza, który przekładając komplementy dla kobiet z języka rosyjskiego w poetyce tatarskiej brzmiały: Piękniejsza jesteś niźli owca z grubym ogonem. i Oblicze twe jest najkrąglejsze w całym stadzie, oddech zaś słodszy niźli zapach mięsa baraniego pieczonego na węgłach. I jak tu było mu zdobyć jakąkolwiek kobietę! A przecież mógł. Stan kawalerski mu na to mu pozwalał. Niestety, żadna ze wschodnich piękności pieczeni z serca mu nie zrobiła, jak brzmiało jedno z powiedzeń z okolic Orska. Pokonując trudy rozmrażania prowiantu zamienianego w lity lód, a czasami głód, doceniał gościnność tatarskich gospodarzy częstujących herbatą z solą i tłuszczem, tak ohydnej w smaku, że hamując odruch wymiotny , jednocześnie zachwalał jej wyśmienitość. Walcząc z brudem człowieka wiecznego tułacza i podróżnika na przekór tradycji Rosjan, którzy jemu akurat hołdowali w myśl zasady: człowiek często się myjący to dopiero musi być brudny, skoro chce kąpać się codziennie! Walcząc z lękiem przed balwierzem, który mógł jemu, niewiernemu poderżnąć gardło podczas golenia brody ku uciesze zgromadzonemu wokół nich tłumu mieszkańców Urgencza, z ogromnym zdziwieniem rozprawiających nad zaskakującym obyczajem golenia brody, a nie głowy! Próbując bezskutecznie sprostać wielkiej namiętności Rosjan do wódki, która według jednego z oficerów rosyjskich była jedyną rzeczą, dla której warto było żyć! By na koniec, po około trzech miesiącach, dotrzeć do celu podróży – Chiwy.

 

 

 

Miasta w chanacie chiwańskim w Środkowej Azji i do samego jego chana. Władcy-wasala podbitych ziem przez Rosjan, którzy poprzez grabieżczą politykę, ekspansywną religię i zakłamaną dyplomację z użyciem wojska w sytuacjach oporu, wcielali do swojego imperium ziemie w czasach, kiedy w tych rejonach na mapach nie było ustalonych granic przez rosyjskich geografów.
Tak. To była dla mnie dobra lekcja. A właściwie kilka.
Historii, z której dowiedziałam się w jaki sposób Rosja powiększała swoje terytoria na południu. Na zachodzie w podobnej sytuacji był mój ukochany kraj, z tą różnicą, że Polska jest, a chana i chiwańskiej krainy już nie ma. Także lekcja dżentelmeńskiego zachowania, w którym dystans, autoironia i szacunek wobec innych ludzi jest podstawą w kontaktach z inną kulturą, odmiennymi obyczajami i tradycją. I lekcja wytrwałości w dążeniu do celu i w pokonywaniu pojawiających się trudności, w którym humor jest podstawą optymizmu.
A wszystko to ujęte w przepięknej szacie graficznej, nawiązującej w swojej stylistyce do nazwy serii, w której tę podróżniczą opowieść wydano – Podróże Retro – logowanej takim znakiem:

 

 

 

W twardej oprawie z grzbietem obitym czerwoną tkaniną, z wyklejką przedstawiającą fragment starej mapy Imperium Rosyjskiego:

 

 

 

Ze stronicami z kredowego papieru bogato ilustrowanymi fotografiami i rycinami w kolorze sepii takiej jak ta autorstwa R.A. Bridgmana:

 

 

 

I tylko żal, że autor tak nagle zakończył wspomnienia nie opisując podróży powrotnej, żegnając się ze mną, jak na angielskiego dżentelmena przystało, kilkoma dziękczynnymi zdaniami: Był środek marca. Podróż saniami dobiegła końca. Serdecznie uścisnąłem dłoń mojemu małemu Tatarowi. To jest również moment, bym pożegnał czytelnika, dziękując mu, że towarzyszył mi w tej podróży.
Ja również dziękuję panu, panie Burnaby, za to że uwiodłeś mnie swoim humorem oraz słowem i żeś uczynił z mego serca pieczeń. Cała przyjemność po mojej stronie.

 

Książkę otrzymałam od portalu Czytadełko.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Podróżnicze

Tagi:

Podróże po Azji Środkowej – Bronisław Grąbczewski

Podróże po Azji Środkowej: 1885-1890 – Bronisław Grąbczewski
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2010 , 711 stron
Seria Odkrywanie Świata
Literatura polska

Gdzież ja nie byłam! Czegóż nie widziałam! A najważniejsze z kim to wszystko przeżyłam! Panie i Panowie… oto Bronisław Grąbczewski !

 

 

Że kto to taki? Też nie wiedziałam i również zadałam sobie to pytanie patrząc na okładkę książki, a którego wstydzić się będę do dni mych ostatnich. Odkąd jednak czytam serię Odkrywanie Świata, niezwykłe osobowości z minionych stuleci, a zwłaszcza ich dokonania, stają mi się nie tyle bliskie, co ważne dla wiedzy o dokonaniach Polaków.
Bronisław Grąbczewski, jak pisze we wstępie Andrzej Grzeszczuk, to osobowość, która ze wszech miar zasługuje na miano postaci niezwykłej. Generał rosyjski, gubernator Astrachania, hetman kozacki, wielki podróżnik, zarazem polski szlachcic, syn powstańca styczniowego. Być może dlatego spotkałam się również z określeniem zdrajca i szpieg w tej informacji o książce.
A co sam mówi o sobie?
Pomny przysięgi na wierność ojczyźnie złożonej ojcu i w obawie by nie użyto przeciwko mym rodakom, natychmiast wszcząłem starania o translokację na Wschód. W Turkiestanie, na Dalekim Wschodzie i w Astrachaniu spędziłem 35 lat i wróciłem do Warszawy dopiero w roku 1910, jako emerytowany generał dywizji i były hetman kozacki. To umiłowanie do wędrówek myśliwskich, żądza nowych wrażeń i odkryć, a przede wszystkim miłość własna, którą błędnie umysłem współczesnego człowieka skojarzyłam z egoizmem, a która w ówczesnych czasach przybierała postać dumy, honoru lub ambicji w zależności od okoliczności wydarzeń, pchały go w liczne trasy wypraw naukowych. W tej książce opisał tylko 5 lat ze swojego długoletniego pobytu na Wschodzie, w tym przypadku spędzonego w Azji Środkowej dzisiejszych terenów Zachodnich Chin, Afganistanu i Tadżykistanu.

 

 

To właśnie tam zabrał mnie na trzy wyprawy do Kaszgarii, Pamiru, Hindukuszu, do źródeł rzeki Indus oraz w pustynie Raskemu i Tybetu. A każdą inną, z mapą geograficzną usianą białymi plamami, uzupełnianymi na bieżąco w trakcie wędrówki przez autora wspomnień. Bo dla niego, obeznanego już z obyczajami i kulturą tych stron, najważniejsze były badania naukowe – mierzenie położenia i wysokości n.p.m. napotykanych gór, szczytów, przełęczy, kotlin, wyżyn, dolin, rzek, nadawanie bezimiennym nazw, sporządzanie kilka razy dziennie notatek z danymi meteorologicznymi, zbieranie minerałów i owadów, łowienie drobnych zwierząt, polowanie na duże ssaki, zdejmowanie zdjęć, jak to zapożyczając z rosyjskiego mawiał o fotografowaniu okolic i miejscowej ludności. Jego cenne materiały naukowe służyły potem Polskiemu oraz Rosyjskiemu Towarzystwu Geograficznemu do naukowych opracowań. Doczekał się nawet nazw zwierząt swojego imienia lub nazwiska, nie wspominając już o reszcie splendorów.
Dla mnie natomiast była to przede wszystkim magiczna przygoda. Wyprawa niemal baśniowa do świata, z którego do czasów obecnych niewiele zostało. Do miast rządzonych karą chłosty lub śmierci, w których funkcjonowała izba tortur rodem ze średniowiecza, a zakuci w szale (rodzaj dybów) snujący się po ulicach, byli częstym widokiem na jego ulicach. Krain, w których można było kupić, posiadać lub sprzedać człowieka w niewolę. Ludzi, dla których widok rozpuszczającej się sody w szklance wody był wystarczającym powodem do podejrzeń o magię i sprowadzaniem złej pogody. Czczących grób praojca Adama i tolerujących wyznawców sekty Kalender, mieszkających na cmentarzach. Zatkniętych głów, ściętych wrogom, na żerdziach wrót i murach miasta. Żebraków i bogaczy liczących majątek tylko w tysiącach koni i bydła, ale ubiorem i sposobem życia nieróżniących się niczym. Władców zabijających własnych ojców, by samemu objąć tron. Wystawnych przyjęć towarzyszących wizytom i rewizytom najznamienitszym członkom wspólnoty, na których obfitość, różnorodność jak i sposób przyrządzania dań wprawiała w zdumienie, a pijawki smażone w cukrze czy kołduny z psiego mięsa były poważnym wyzwaniem dla polskiego podniebienia. Świat emirów, wezyrów, chanów, wędrownych bardów, książąt, ale niestety bez księżniczek. Kontakt z kobietami był bardzo utrudniony, a przez to sporadyczny i tylko przypadkowy. Ich rola była ściśle wyznaczona przez patriarchalne normy społeczne, dając podróżnikowi podstawę do takiego wniosku: Były one mniej lub więcej powabnemi samicami, zupełnie pogodzonemi ze swem poddańczem położeniem. Ten cytat to również próbka języka jakim posługiwał się autor, o którego pozostawienie w oryginalnej pisowni postarał się wydawca. Od siebie dodam – na szczęście!
A każda z tych wypraw bardzo niebezpieczna. W rejonie, w których ścierały się wpływy trzech ówczesnych mocarstw: Rosji, Chin i Anglii, walczących o dominację na tych dziewiczych terenach, z narodami oddającymi się pod opiekę jednego bądź drugiego państwa, w zależności od prowadzonej polityki wobec ludności, wszczynającymi wojny o tereny, w których zwyciężonych mordowano do ostatniego człowieka, trzeba było kunsztownej dyplomacji, którą posługiwał się podróżnik, by nie stracić cennych zbiorów, koni, przyrządów naukowych, a nawet życia przechodząc przez takie mosty:

 

 

lub wąskie ścieżki u podnóża gór, o ile w ogóle istniały:

 

 

By nie poddać się skrajnie trudnym warunkom wysokich gór, znieść bardzo niskie lub bardzo wysokie temperatury, przetrzymać nawałnice śniegu, deszczu (nieznane mi wcześniej zjawisko silu) i ataki dzikich zwierząt, nie umrzeć z pragnienia, wychłodzenia lub z powodu chorób. O rozmiarze wypraw świadczy dołączona do książki mapka, na której grubszymi liniami zaznaczono szlak karawany, a która była mi bardzo pomocna, wręcz niezbędna w śledzeniu kolejnych etapów wędrówki.

 

 

I jeszcze jedno wrażenie, a właściwie obraz, jaki pozostał w mojej pamięci. Portret nieprzeciętnego człowieka, który niewiele opowiedział o sobie, ale to o czym pisał i jak to napisał, pozwoliło mi na ujrzenie osobowości nietuzinkowej. Człowieka honoru, subtelnego dyplomaty, potrafiącego pozyskać sympatię cara i jego syna, a tym samym fundusze na badania, miłość i wierność poddanych mu kozaków, podziw i przyjaźń herszta bandy. Dla którego szacunek wobec drugiego człowieka cenił sobie bardzo wysoko. Sprawiedliwy w traktowaniu współtowarzyszy podróży. Odważny w podejmowaniu trudnych decyzji w sytuacjach zaskoczenia. Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, więc westchnę tylko mówiąc – gdzie ci mężczyźni z tamtych lat? Z takim obeszłabym świat dookoła kilkakrotnie, ufając bezgranicznie, że moje życie przedkładałby nad swoje. I tylko siwka żal… Wiernego konia, który uratował życie swemu panu. Musiałam mocno zżyć się z karawaną, skoro żal mi konia nieżyjącego od ponad 120 lat!
Tak to jest, jak się człowiek zatopi w siedmiuset stronach innego świata z taaaakim Mężczyzną…

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Podróżnicze

Tagi:

Tatami kontra krzesła – Rafał Tomański

Tatami kontra krzesła: o Japończykach i Japonii – Rafał Tomański
Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza , 2011 , 285 stron
Seria Spectrum Poleca
Literatura polska

Niewielkie rozmiary tej książeczki z góry sugerowały mi, że nie będzie to wnikliwa i obszerna analiza kulturalno-historyczno-gospodarczo-polityczna narodu japońskiego. Co autor we wstępie do niej moje przypuszczenia potwierdził, wyraźnie zaznaczając – Ta książka to coś w rodzaju minirozmówek przydatnych w podróży. Nie aspiruje do kategorii wyczerpująca monografia, nie ma na celu naukowego dowodzenia poruszanych teorii.
I bardzo dobrze!
Takiej właśnie formy przekazu szukałam, bo stykam się z tą kulturą na co dzień a to poprzez filmy, a to czytając książki albo oglądając mangi czy ostatnio cykl anime powstałych w Studio Ghibli i emitowanych w TVP Kultura. Mając taką wybiórczą i rozproszoną wiedzę, bardzo potrzebowałam podsumowania, wyjaśnienia, a przede wszystkim zrozumienia niektórych zjawisk istniejących w kulturze japońskiej – karoshi (śmierć z przepracowania), yakuza (japońska mafia), tetris (rodzaj rozrywki), cosplayer (prezentowanie przebrań na ulicy):

 

 

czy hikikomori (całkowita izolacja społeczna). Chociaż to ostatnie zaczyna dotykać również kraje europejskie, w tym i Polskę. Jak przeczytałam w artykule Bunt zamkniętego pokoju zamieszonym w marcowym Newsweeku, pierwszy zgłoszony przypadek hikikomori w naszym kraju zanotowano w 2001 roku w Katowicach. Ostatecznie trochę gubiłam się w tym zalewie japońskości, zwłaszcza współczesnej. Potrzebowałam pomocy. Nie naukowej, poważnej, monumentalnej, naszpikowanej skomplikowanymi niuansami z historii Japonii, ale takiej po ludzku zwykłej.
I muszę przyznać, że autor skutecznie przyszedł mi z długo oczekiwaną odsieczą.
Nie tylko uporządkował zgromadzone przeze mnie informację, usystematyzował, poukładał, nazwał i uzupełnił, ale przede wszystkim pomógł zrozumieć. I mimo, że podkreślał użytkową rolę tej książki, to dla mnie była ona przede wszystkim przewodnikiem wnikania w logikę mentalności Japończyków po to, by zrozumieć ich zachowania i wynikające stąd charakterystyczne zjawiska społeczne. Zwroty typu by zrozumieć ich jak najlepiej, żeby jak najlepiej zrozumieć japoński sposób myślenia, aby jak najdokładniej zrozumieć sposób myślenia Japończyków, były bardzo często używanymi sformułowaniami. Ten nacisk na zrozumienie był bardzo potrzebny z dwóch powodów. Po pierwsze, jak zaznacza autor, Japończycy są niezwykle skomplikowanymi i fascynująco złożonymi ludźmi, a po drugie jeszcze funkcjonująca bariera nieufności Polaków, którzy są narodem dopiero otwierającym się na inność, zaczynającym masowo zwiedzać świat i poznawać osobiście ludzi i ich odmienną kulturę z pozostałych kontynentów. Stąd autor znając mentalność obu narodów wiedział, w których momentach opowieści mogło mnie coś zdziwić, by, za swoim pośrednictwem, nawiązać ze mną dialog. Wtedy natychmiast dodawał wyjaśnienie, przywoływał nawiązania do znanych mi odnośników, porównań i doświadczeń, by w ostateczności słowo „dziwny” zastąpić pojęciem „inny”. W moim przypadku udało mu się. Nie twierdzę, że Japończycy, czy jakikolwiek inny naród, są dziwni, tylko inni ode mnie. Powiem więcej. Ja tę inność bardzo dobrze rozumiem. I w tym sensie ta książka spełniła swoje zadanie. Dlatego cieszę się, że jest dostępna na polskim rynku wydawniczym i każdy wyjeżdżający może po nią sięgnąć, przygotować się, nie narażając się na szok kulturowy. Czego niestety nie mogę powiedzieć o programie Martyny Wojciechowskiej o Japonii oglądanym w TVN Meteo kilka dni temu, który pokazywał jacy to Japończycy są dziwni i nienormalni w swoich odchyleniach na tle Polaków. A szkoda, bo widzów jest zdecydowanie więcej niż czytających. I nad tym pozostaje mi tylko ubolewać.
Zaskoczyła mnie natomiast postawa autora, a właściwie jedno zdanie, konkluzja kończąca opowieść – Nie widzę dla Japonii na razie możliwości ucieczki z tej niestety pochyłej – nieznacznie, ale jednak prowadzącej w dół – równi.
I tu muszę na autora trochę „nakrzyczeć”.
Skąd tak poważny i odważny wniosek? Tak krzywdzący Japończyków? Przecież to zbiór pobieżnej, powszechnej i przystępnej wiedzy dla przeciętnego odbiorcy, a nie traktat naukowy z tezą do udowodnienia popartą badaniami naukowymi. Nie tłumaczy tak śmiałych wniosków ani to, że autor jest japonistą i wieloletnim bywalcem wyspy, ani to że jest znawcą kultury japońskiej. Mimo wszystko jest gaijin, że pozwolę sobie użyć tego pejoratywnego określenia cudzoziemców. To ja uwierzyłam w ich ducha i siłę, w potencjał, nauczyłam się ich rozumieć, by na koniec ten, który o to walczył i co udało mu się osiągnąć, skazał naród japoński na samozagładę? Gdyby o mnie i o moim narodzie napisał w ten sposób jakikolwiek cudzoziemiec, byłabym oburzona i śmiertelnie obrażona, bez względu na to, z jak bardzo pochyłej równi zjeżdżalibyśmy.
I to jest dopiero szok po przeczytaniu tej książki!

 

 Najbardziej zainteresował mnie sposób powiększania sobie oczu przez Japonki. W Polsce kupuje się kolorowe soczewki z powiększoną tęczówką, a w Japonii skleja się fałd nad okiem. Musiałam to zobaczyć i znalazłam powyższy film instruktażowy. Fascynujące, a jakie to proste i efektowne!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Podróżnicze

Tagi:

Z Miśkiem w Norwegii – Aldona Urbankiewicz

Z Miśkiem w Norwegii – Aldona Urbankiewicz
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2011 , 270 stron
Cykl Jak Łatwo i Tanio Podróżować z Dzieckiem Po Świecie
Literatura polska

Ostrożnie z czytaniem tej książki, kiedy do urlopu bardzo daleko. Ale jeśli blisko tak, jak teraz, kiedy wiosna w pełni, a lato tuż za rogiem, to przeczytać ją nawet należy! Bez jakichkolwiek zabezpieczeń i uprzedzeń. Zwłaszcza kiedy się ma malutkie dzieci.
To wulkan emocji zarażający energią i chęcią natychmiastowego ruszenia w świat!
Wprawiła mnie w ekscytację podróżniczymi planami, zmuszając do odkurzenia z zapomnianych zakamarków pamięci podkreślonych kiedyś miejsc do odwiedzenia (Legnica, Złotoryja i jeszcze raz Malbork) i przelała chęć pójścia przed siebie. Dokądkolwiek! Byle iść, patrzeć, podziwiać, zdobywać, obcować z naturą, odkrywać świat dla siebie, by być przepełnioną obrazem świata i jego potęgą przestrzeni. Mieć w tym bliskim, bezpośrednim obcowaniu z naturą również swój udział i serce przepełnione szczęściem zdobywania i poznawania nowych miejsc.
Tak jak autorka tej książki.
Jak sama zaznacza, absolutnie nie przewodnika, ale wspomnień z osiemnastodniowej podróży przez 7 krajów do wytęsknionej Norwegii, pokonując kamperem 6900 km z… czternastomiesięcznym synkiem, Mikołajem. Dla niej po prostu Miśkiem. I jego ojcem, Marcinem.
Jak to możliwe?
Wszystko jest możliwe, jeśli tylko się bardzo chce, posiada się spontaniczną, energetyczną osobowość jak pies – dobiegam w pięć sekund do furtki. Nigdy na chłodno, zawsze zbyt emocjonalnie – jak pisze sama o sobie autorka, a poza tym ma się dużo cierpliwości, miłości i czasu. To wystarczy, żeby nie wykorzystywać alibi posiadania małego dziecka do zaprzepaszczania realizacji własnych marzeń, do odsuwania własnych potrzeb, tłumienia pasji i ograniczania samorozwoju na rzecz innych członków rodziny.
Bo nie ma nic gorszego od nieszczęśliwej mamy wychowującej dziecko.
Ta myśl, jak i wiele innych zasad wychowania, autorka nie tylko sugeruje, przemyca w konkretnych sytuacjach, nie tylko je zna, cytuje, chociażby umieszczając w roli komentarza pod zatrzymanymi chwilami szczęścia w kadrze:

 

 

ale również praktycznie wciela w życie. Działa, realizuje i obserwuje efekty, zresztą rewelacyjne, w czasie podróży, w którą tak dobrze wpasowała świat Miśka, a właściwie odwrotnie. To wyprawę rodzinną dopasowała do świata synka. Do jego trybu dnia, poczucia bezpieczeństwa, małych nóżek, dziecięcych możliwości, pór karmienia piersią, chwil snu, pozwalając na to, by przepiękne widoki norweskiego kraju, który sobie ukochała, takie jak ten:

 

 

bez żalu, przysłaniała jej druga miłość, drugie szczęście, nawet jeśli na razie ma dwa zęby:

 

 

I tylko od czasu do czasu, jak każda zmęczona mama, ma ochotę na pobycie samej ze sobą, gdzieś na skalistej ambonie zawieszonej nad przepaścią, na popatrzenie naturze w… przestrzeń:

 

 

Ta opowieść o zaprzyjaźnianiu się z własnym dzieckiem, o pielęgnowaniu wzajemnego zaufania z jego ojcem, o mocowaniu się z własnymi słabościami i lękami, które jej w podróży nie omijają, jest pełna emocji, zachwytów i zadziwień. Pisana językiem przyjaciółki opowiadającej o wyprawie marzeń w czasie teraźniejszym, naszpikowanym kolokwializmami, emocjonalnymi skrótami myślowymi w obliczu potęgi piękna, ogromu wrażeń czy rozbrajającej miłości do Miśka, nie zawsze poprawnie gramatycznie czy stylistycznie, ale za to żywym, namacalnym, bliskim , od serca, dającym pewność, że świat należy do mnie, do każdego, na wyciągniecie ręki, nawet jeśli jest się karmiącą mamą malutkiego dziecka. Zarażającym energią, dającym wiarę w możliwości i sprawiającym, że ma się ochotę planować, wyznaczać cele, robić postanowienia, a w najgorszym przypadku zacząć zastanawiać się nad własnymi marzeniami, zwłaszcza tymi odsuniętymi na bok, lekko przykurzonymi patyną czasu. Nad drogami, których się jeszcze nie przeszło, miejscami jeszcze nieodwiedzonymi, nad własnym życiem i ograniczeniami, które się sobie samemu nałożyło, zmuszając do dreptania po okręgu, dającego złudzenie działania, ruchu, podróży, ale donikąd. Wyprawy nieodbytej, niezapisanej w pamięci. Zmarnowanego czasu?
Podróż Aldony i Miśka już jest zapisana. W pamięci, w sercach i w książce. A dla Miśka, dzięki jego mamie, to dopiero początek podróży jego życia. Kolejna będzie do Portugalii, jak przeczytałam na wewnętrznej stornie tytułowej okładki:

 

 

I mimo, że autorka wypiera się przewodnikowego charakteru tej książki, to ja jednak widzę w niej tę rolę. W sensie psychologicznym. Wystarczy zacząć czytać, by dać się poprowadzić autorce za rękę do progu domu i zrobić ten pierwszy, najtrudniejszy krok i… wyjść! Ruszyć w świat razem z dziećmi!

 

Z Miśkiem w Norwegii [Aldona Urbankiewicz]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Podróżnicze

Tagi:

Gaumardżos! – Anna Dziewit-Meller , Marcin Meller

Gaumardżos!: opowieści z Gruzji – Anna Dziewit-Meller , Marcin Meller
Wydawnictwo Świat Książki , 2011 , 392 strony
Literatura polska

Biorąc tę książkę do ręki, przepięknie wydaną, z mnóstwem fotografii, z mapami (geograficzną i polityczną) Gruzji na wewnętrznych stronach okładek:

 

 

zadałam sobie takie samo pytanie, jak znajomi autorów, ciekawi jej charakteru – To będzie przewodnik, książka podróżnicza czy zbiór reportaży? I już we wstępie otrzymałam odpowiedź – żadne z nich. I jak na książkę o Gruzji przystało, która sztuką biesiadowania i jedzeniem stoi, autorzy porównali ją do szaszłyka. To był też pierwotny zamysł nadania właśnie takiego tytułu. Całkiem zresztą uzasadnionego. Bo ta książka to faktycznie taki literacki szaszłyk. Wszystkiego w niej po małym kawałku: polityki, miłości, krajobrazów, sztuki, folkloru, historii, wojny, a między nimi mnóstwo gruzińskich przyjaciół i znajomych autorskiej pary. To poprzez losy zwykłych ludzi, poprzez ich historie, opowiadane są dzieje Gruzji. Te dawne i te współczesne. To dzięki nim Gruzja nabrała dla mnie cech szczególnych, charakterystycznych, indywidualnych, bliskich, gdzie tragedia narodowa dzieląca naród w osądach czynu (porwanie rosyjskiego samolotu) była przede wszystkim tragedią samych porywaczy i ich rodzin. Gdzie konflikty zbrojne między nacjami zamieszkującymi Gruzję były tłem politycznych podziałów rodzin, stawiające mnie w bezradnym rozdarciu między obu racjami prawa do swojej ziemi. Gdzie stół, ten w domu:

 

 

i ten zorganizowany z niczego na stoku góry:

 

 

a na nim jedzenie z nieodłączną czaczą (rodzaj alkoholu) i chinkali (rodzaj pierogów z nadzieniem mięsnym), z rytuałem biesiadowania i długimi toastami kończonymi obowiązkowo zawołaniem „Gaumardżos!”, urastał do sceny teatralnej z wiodącą rolą tamady, prowadzącym całą te suprę-spektakl. Gdzie jednym z charakterystycznych symboli kraju jest obraz nie ze sceną bitewną chwalącą mężność i waleczność narodu, ale Uczta w pergoli:

 

 

z jakże mądrym komentarzem autorki – Przyznajmy uczciwie, że wspaniała jest kultura, która na swoich najważniejszych obrazach umieszcza nie pola bitew, nie zwłoki rycerskie i połamane chorągwie, ale ucztę, ludzi, którzy są szczęśliwi. Gdzie rozdzierająca mi serce historia Gruzina i Polki, nie miała prawa do przyszłości w czasach komunizmu i ustrojowych przemian obu państw. Do tej pory słyszę rozpaczliwy krzyk KATARINA!!! za odjeżdżającą miłością z lat młodości, ukochaną małą Poljanką, którą po kilkunastu latach od rozstania, Mamuka kochał tak samo, jak w dniu poznania Katarzyny:

 

 

I mimo, że w opowieści nie padło ani razu jej nazwisko (znalazłam jego potwierdzenie dopiero na końcu, w odautorskich podziękowaniach), od razu rozpoznałam tę przesympatyczną twarz znanej w Polsce artystki.
A wielość tego zgromadzonego materiału z niejednego życia, z niejednej historii, z niejednego losu, przyrządzona i przyprawiona miłością do tego kraju, do drugiej ojczyzny, w której Państwo Meller wzięli ślub i wyprawili wesele, zaowocowała również różnorodnością opowieści przebogatych w emocje. Te żywe, rozedrgane, ryzykanckie, bezpruderyjne w mocnych słowach, z rozmachem i wicem, ze strachem i szaleństwem, na granicy zdrowego rozsądku, a może nawet z jej przekroczeniem, Marcina Mellera, po których on zapijał ich skrajność z ucieczki spod snajperskich kul lub z tonącego statku, padając z wyczerpania z nóg, a ja kończyłam czytać rozdział z rozbawieniem lub całkowitym stuporem uwagi. Wtedy z pomocą złapania chwili oddechu przychodziła Anna, jego żona i jej kobiece, łagodne, rozsądne podejście do życia. Skupiająca się na kobiecym świecie Gruzinki i jej roli w historii, w społeczeństwie, rodzinie i małżeństwie. Na radościach i problemach, na których zobaczenie i opisanie mężczyźni nie mają szansy. Gdzie nadmiar alkoholu, gruzińska fantazja, brak pośpiechu, radość życia i trwanie według własnego, niezależnego zegara, mógł irytować lub wprawiać w popłoch i lęk o własne życie. Zwłaszcza prowadzenie samochodu pod wpływem czaczy po stromej, górskiej drodze. Zresztą oboje uprzedzili we wstępie, że ich opowieści nie będą tylko słodkie, że podczas jedzenia tego szaszłyku może boleśnie zaszczypać w język, zapiec do żywego, zaboleć wytknięta wada. Starali się być obiektywni w swoich opowieściach. To prawda, ale… zaraz usprawiedliwiali swoich przyjaciół powszechnie przyjętymi wśród Gruzinów powiedzeniami: To jest Gruzja! i Georgia Maybe Time. Trzeba być nią bezgranicznie zauroczonym, zakochanym całym sercem, żeby aż tak patrzeć na przybrany kraj przez różowe okulary.
Ale to dobrze. Tak ma być. Pokazywanie innych narodów z ich najlepszej strony to bardzo dobry sposób na zachęcenie do wyjazdu, do podróży, do poznawania inności, do zdobywania przyjaciół poza granicami Polski, a przede wszystkim do zrozumienia. Bo my w Gruzinach już ich mamy, dzięki Lechowi Kaczyńskiemu. I nie jest to z ich strony ślepa miłość, ale docenienie gestu poparcia niewielkiego kraju samotnie walczącego o niezależność, o każdy skrawek ziemi z potężną Rosją. Jakże oni wydawali mi się w wielu momentach podobni do nas, Polaków. Te biesiady, ta gościnność, rola kobiety, fantazja, miłość do nadmiernego jedzenia i picia (w tym obowiązkowo alkoholu w ogromnych ilościach), duma narodowa, walka o niepodległość, religijność, podobieństwo postaci historycznych (królowa Tamara – królowa Jadwiga), czy ze świata sztuki (Pirosmani – Nikifor). Tylko, że u Gruzinów z podwójną dawką energii, z fantazją podniesioną do kwadratu i dwa razy większym rozmachem, graniczących niemalże ze zdrowym rozsądkiem i logiką.
Czy chciałabym tam pojechać?
Z jednej strony tak, bardzo. Wiem, że nie zginęłabym z głodu, pragnienia czy dachu nad głową. Ale z drugiej strony mogłabym ponieść śmierć z przejedzenia i przepicia, z groźbą utknięcia w jednym miejscu na czas bliżej nieokreślony.
Z podjęciem ostatecznej decyzji trzeba się śpieszyć. Ten świat zaczyna odchodzić. Wprawdzie powoli, ale wielu rzeczy, zjawisk, zdarzeń, emocji można będzie już nie doświadczyć.
Zupełnie jak w u nas, jak w Polsce.

 

Gaumardżos [Marcin Dziewit-Meller]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

 

A tutaj obejrzałam trailer książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Podróżnicze

Tagi:

Chorwacja. Przewodnik historyczny – Sławomir Koper

Chorwacja: przewodnik historyczny: o fascynującej historii, jedzeniu i piciu – Sławomir Koper
Wydawnictwo Bellona , 2011 , 267 stron
Literatura polska

Od dawna wiem, że w kuchni najlepiej rozmawia mi się nie z sąsiadką, a z kucharzem, w bibliotece nie z pisarzem czy bibliotekarzem, a z krytykiem literackim, a w podróży…
Do tej pory, do tej książki sądziłam, że z włóczykijem, globtroterem czy pasjonatem poznawania świata i przemieszczania się po nim. Od dzisiaj wiem, że z… historykiem. Wcześniej nie widziałam różnicy między książką podróżniczą napisaną przez pasjonata drogi, a profesjonalistą z pasją podróżowania. A różnica jest i to ogromna. Wystarczyło, że sięgnęłam po ten przewodnik historyczny, bym poczuła efekt opowieści dyktowanej sercem człowieka od kilkunastu lat zafascynowanego Chorwacją i rozumem historyka, mającego na jej temat wiedzę rozległą niczym morze i przepastną niczym studnia bez dna. Z mroków której wyłaniały się konteksty sięgające dziejów Odyseusza i te rozgrywane we współczesnych mi czasach, o których w latach dziewięćdziesiątych XX wieku donosiły media. A ponieważ lubię widzieć o czym mowa i wodzić palcem po mapie, skoro nie mogę być fizycznie w omawianych miejscach, z braku mapki w książce, przytaszczyłam swój dyżurny, wielki jak stół, atlas geograficzny świata pod moją gawrę czytelniczą, otwierając go na stronie z Chorwacją:

 

 

Tak przygotowana, zabrałam się do czytania rozdziałów po kolei. Chociaż nie musiałam. Autor w przedmowie uprzedził mnie, że nie są one poukładane chronologicznie. Wręcz nie posiadają żadnego logicznego porządku, a ich tematyka podyktowana jest przypadkowym, luźnym tematem głównym z burzliwych dziejów Chorwacji, wokół którego budowana jest opowieść, kojarzone konteksty z mnóstwem dygresji, a raczej kolejnymi, ważnymi i ciekawymi szczegółami. Były więc to osoby znane i ważne w chorwackiej historii jak Josip Broz-Tito czy Dioklecjan, którym autor poświęcił osobne rozdziały, nie zapominając umieścić pod ich tytułami nazw miejscowości, o których będzie przy okazji mowa, w taki oto sposób:

 

 

Czasami tematem głównym było zjawisko społeczne (nacjonalizm lub rozpad Jugosławii) czy grupa społeczna (Kozacy Adriatyku) mające wpływ na kształtowanie się świadomości miejscowej i napływowej ludności, a tym samym na kierunki rozwoju historii miejsca, w którym przyszło im mieszkać i żyć. Nie były to jednak wykłady historyczne, a raczej eseje gęste od własnych, prywatnych przemyśleń, wniosków, gdybań, uwag wzbogacone rozmowami z przyjaciółmi czy komentarzami poznanych w podróży ludźmi. A przy okazji Polaka wyczulonego na każdy przejaw polskości, pozostawiony przez naszych rodaków prawie w każdej epoce historycznej. Tam gdzie przypuszczał, że będzie mi trudno zrozumieć omawiane zagadnienie, a było ich trochę, odwoływał się do moich doświadczeń, posiadanej wiedzy i znanych mi porównań. Opowiadając o pradziejach zwiedzanej krainy, wyspy czy miasta, czasami przywoływał obrazy ze znanych filmów (Gladiator w rozdziale Gladiatorzy i żywe torpedy) czy tytuły powieści uznanych pisarzy. Również polskich. Autorów takich, jak Zofia Nałkowska czy Melchior Wańkowicz, którzy uwiecznili Chorwację w swoich wspomnieniach, a malarz i architekt Stanisław Witkiewicz, w gwaszach. I mimo że podtytuł książki zawiera pojęcie „przewodnik historyczny”, to spoza tego chłodnego, logicznego umysłu historyka wyłania się człowiek urzeczony pejzażami i cudami natury przede wszystkim Dalmacji i Istrii, polecający miejsca niewymieniane w oficjalnych przewodnikach turystycznych, namawiający do zboczenia z powszechnie znanej trasy turystycznej dla miejsca mało odwiedzanego, a godnego uwagi, wskazujący czas o najmniejszym natężeniu ruchu turystycznego, by w spokoju móc kontemplować ciszę zwiedzanej świątyni czy bez tłoku poruszać się po wąskich uliczkach miast i miasteczek, polecający specjały miejscowej kuchni, najlepsze wina i piwa, pomagając przy okazji uniknąć pułapki cenowej.
Całość utrzymana w brązowym kolorze przydawała opowieściom patyny przeszłości.

 

 

Nie zaszkodziło to drukowi, ale zamieszczonym fotografiom niestety, tak. Często były nieczytelne i niewyraźne, z efektem ujęcia „pod słońce”. Trochę żałowałam, że nie mogłam zobaczyć uroku tak ciekawie opisywanych miejsc, zwłaszcza, że nie mam gwarancji zawitania kiedykolwiek na Bałkany. Ale jeśli nawet nigdy nie wybiorę się w te strony, to spotkanie z autorem pomogło mi zrozumieć i poukładać poplątaną i wybiórczą wiedzę na temat bardzo trudnej historii tego regionu, nie bez powodu określanym „kotłem bałkańskim”. Bo żeby zrozumieć jakim kosztem (czystki etniczne) i jak doszło do ustanowienia obecnych granic państw na terenie byłej Jugosławii, trzeba usiąść wieczorem z autorem i jego przyjaciółmi do wieczerzy, gdzieś ponad dachami Dubrownika, uraczyć się miejscowym winem i spoglądając na Adriatyk, przysłuchać się toczonej rozmowie, chwilami bardzo emocjonalnej ze strony gospodarzy, o czasach dawnych i tych współczesnych, po których na ścianach domu widać jeszcze ślady pocisków i kul, a na okolicznych dachach jaśniejsze łaty dachówek kryjących dziury po bombach. Może dlatego ten podtytuł umieszczony na okładce:

 

 

zamieniłabym na taki – O bardzo trudnej historii przy jedzeniu i piciu.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Podróżnicze

Tagi:

Cuda natury – Ludmiła Sojka , Jacek Bronowski

Cuda natury: najpiękniejsze miejsca świata – Ludmiła Sojka , Jacek Bronowski
Wydawnictwo Dragon , 2010 , 111 stron
Literatura polska

Moja zaprzyjaźniona młodzież przyszła pochwalić się nagrodą książkową, jaką otrzymała na zakończenie nauki szkolnej na poziomie ponadgimnazjalnym. Spodziewałam się radosnej, uśmiechniętej twarzy, ale już z daleka dostrzegłam naburmuszoną minę. Nie była zadowolona z nagrody, bo dostała „głupią książkę”. Byłam bardzo ciekawa, jak wygląda takie kuriozum, bo jeszcze, jak długo żyję i czytam, nie widziałam głupiej książki, więc pożyczyłam sobie ją na jeden wieczór i… odpłynęłam! W najpiękniejsze miejsca Ziemi ukształtowane, wyrzeźbione, wypiętrzone, stworzone siłami natury przez wiatr, wodę, wulkan, a nawet meteoryt. Pokazane, po rozłożeniu albumu, w formacie zbliżonym do A3, dzięki czemu zdjęcie główne nadawało krajobrazowi wrażenie bezkresu przestrzeni i głębi, a towarzyszące mu zdjęcia mniejsze przybliżały szczegóły, ukazywały kontekst geograficzny lub zmienność kolorystyki uzależnionej od pory dnia i położenia słońca.

 

 

Kolejność prezentacji tych przepięknych miejsc wyznaczały kontynenty, anonsowane takimi krajobrazami:

 

 

W rogu każdego przedstawianego cudu natury umieszczono krótką, zwięzłą, ale wyczerpującą informację o położeniu geograficznym zjawiska, lokalizacji, pochodzeniu, a nawet możliwości zwiedzania.
Siedziałam w wieczornej ciszy i chłonęłam te krajobrazy niczym obrazy z innej planety, a język je opisujący (kaldera, fumarole, mogoty, erozja eoliczna, zjawiska krasowe i wiele, wiele innych) pogłębiał to wrażenie świata spoza Ziemi.

 

 

Aż trudno było mi uwierzyć, gdyby nie namacalny dowód w dłoniach, że tak można ujrzeć miejsce dla innych zwykłe i powszednie. Dostrzec unikatowość tego, co istnieje codziennie.
Ale nie na stałe, nie od zawsze i na zawsze.
Ukazane zakątki naszej planety ulegają ciągłym zmianom. Znikają powoli jak Archipelag Malediwów pod wodami podnoszącego się poziomu oceanów. Przesuwają swoje położenie jak próg wodospadu Niagara pod wpływem erozji wodnej. Zmieniają kształty jak meandry rzeki Amazonki. Ulegają niszczeniu przez człowieka jak Pammukkale w Turcji:

 

 

Ta zmienność ponagla, by wybrać się i ujrzeć to, co za jakiś czas będzie wyglądało trochę inaczej lub zniknie zupełnie. Niestety, nie wszystkie te przepiękne miejsca można zobaczyć osobiście. Wejść tak, jak do amerykańskiego Krateru Barringera, wykąpać się w rosyjskim Bajkale, popłynąć statkiem wzdłuż norweskich fiordów, wspiąć się na szwajcarski Matterhorn, zamieszkać z mnichami w greckim masywie Meteora czy zejść do chińskich jaskiń w pobliżu Guilin. Niektóre z tych cudów są tak kruche i wyjątkowe, jak system jaskiń w Carlsbad Caverns w USA, że zadecydowano o wyłączeniu ich z ruchu turystycznego. Można tego typu miejsca podziwiać tylko miedzy innymi w takich albumach jak ten:

 

 

Piękna w treści i wyglądzie, mądra, ekscytująca i inspirująca do wypraw książka, dostarczająca nie tylko podstawowej wiedzy o najpiękniejszych miejscach naszej planety, ale rozbudzająca również emocje zachwytu, przyjemności obcowania i kontemplowania piękna, dostarczając przede wszystkim wrażeń estetycznych.
Dlaczego zatem moja zaprzyjaźniona młodzież nie dostrzegła tego wszystkiego, co ja i podsumowała ją mianem głupiej?
Przyczyna nie leży ani w książce, co udowodniłam, ani w młodzieży, która użyła wobec niej skrótu myślowego, ale w świadomości, a raczej jego braku, nauczyciela , który ją wybrał i wręczył, że tego typu albumy nie zachwycą młodzieży. Nie ten czas rozwoju człowieka, w którym młodzież siada nad albumem i medytuje, kontempluje, zachwyca się. Młodzież się dzieje, wspina na te szczyty, pływa w tej wodzie i schodzi do tych jaskiń, zbierając doświadczenia. Medytacje i kontemplacje przychodzą z czasem, z bagażem doświadczeń i wiedzy. W okresie dorastania ten efekt można osiągnąć tylko poprzez intensywne wychowanie estetyczne, które w polskich szkołach istnieje wyłącznie na papierze. Wręczenie albumu nastolatkowi w tym kontekście jest groteską.
Jakiś czas temu czytałam artykuł Jacka Dukaja 10 sposobów na zgnojenie książki oraz Wojciecha Orlińskiego Nauczyciele, wy zabójcy przyjemności czytania. Mój przykład, który nie jest odosobnionym przypadkiem zaobserwowanym przeze mnie w ciągu ostatnich kilkunastu lat, pokazuje jak skrzywdzić książkę i ucznia za jednym zamachem. Jednym nieprzemyślanym działaniem, które obnaża zupełny brak wiedzy nauczyciela na temat rozwoju czytelniczego dzieci i młodzieży jako jednego z elementów procesu dydaktyczno-wychowawczego. W największe osłupienie z nagród książkowych wręczanych przez nauczycieli wprowadził mnie słownik polsko-niemiecki niepodający przy rzeczownikach rodzajników, a największą trwogą wręczenie siedemnastolatce Jedenastu minut Paulo Coelho. Dziewczyna była wprawdzie wniebowzięta, ale lepiej byłoby, żeby książkę o prostytutce z krzyczącym tytułem czasu, jaki musi upłynąć, by mężczyzna osiągnął satysfakcje seksualną, kupiła jej koleżanka na urodziny lub bezpruderyjna ciocia, niż przedstawiciel instytucji reprezentującej i stojącej na straży uznanych wartości moralnych. Sprawdziłam czy nauczyciel wiedział, jaką książkę podarował uczennicy – nie wiedział, nie czytał, pani w księgarni powiedziała, że dobrze „schodzi z półki”. Tylko fakt, że 56% społeczeństwa nie czyta, a jeszcze więcej nie zagląda do treści nagród swoich pociech, chroni nauczycieli przed falą krytycznych uwag ze strony rodziców. A tak, od czasu do czasu, wraz z końcem roku szkolnego, pojawi się kolejna informacja w mediach o niezręcznej pomyłce nauczyciela. A to nie pomyłka, ale nagminna praktyka, wskaźnik braku profesjonalizmu i wierzchołek góry lodowej większego problemu.
Zbliża się koniec roku szkolnego na wszystkich szczeblach nauczania. Proszę każdego, kto będzie z racji pełnionej funkcji, miał zaszczyt wyboru książki dla ucznia, nagrody wyjątkowej dla wyjątkowej, młodej osoby, na którą pracowała cały rok lub kilka lat, o chwilę zastanowienia się nad decyzją, co i komu podaruje. Zapytajcie wprost o marzenia książkowe ucznia lub poproście profesjonalistę – szkolnego bibliotekarza, który od tego między innymi jest. Postarajcie się w tym ferworze natłoku spraw i zajęć, jaki niesie koniec roku szkolnego, aby wasz uczeń nie wrócił z naburmuszoną miną i określeniem „głupia książka”, która spocznie w szarej strefie książek zbierających kurz. Nie życzę nikomu takiego żałosnego i bolesnego widoku.
Żadne z nich na to nie zasługuje.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Podróżnicze

Tagi:

Dobra krew – Magdalena Skopek

Dobra krew: w krainie reniferów, bogów i ludzi – Magdalena Skopek
Wydawnictwo Naukowe PWN , 2012 , 349 stron
Literatura polska

Tundra! Co za pomysł! Co za pomysł! – dziwiła się Nina, którą autorka tych relacji z podróży spotkała w drodze na półwysep Jamał:

 

Wikipedia

 

Którego nazwa oznacza dosłownie – koniec Ziemi, wyglądający z góry tak:

 

 

Nic dziwnego, że dziwili się napotykani ludzie, kiedy dowiadywali się o celu jej podróży. Witia poznany w pociągu kręcił z uznaniem głową dla jej odwagi. Górnik z Workuty wcisnął jej do ręki papier ze słowami – Jak już wrócisz, napisz, że żyjesz. Inaczej będziemy się martwić, że coś ci się stało. Z kolei Nina pytała się o osoby jej towarzyszące, bo jak to tak? Sama?! Nie bardzo wiedziała, co odpowiadać. Samej sobie się dziwiła. Nie udawała bohaterki. Obnażała swoje obawy pisząc – Mój strach powoli przeradza się w panikę i zaczynam zadawać sobie pytanie, czy na pewno wiem, po co wyruszyłam w drogę. (…) …być może w moim wypadku to nie jest nadmiar męstwa, ale brak rozumu. Aż w końcu gadatliwa Asja przyszła w sukurs, ucinając wszelkie spekulacje, dyskusje i dziwowanie się – Musi to musi. Koniec. I nie ma co się zastanawiać!
Bo jak pojąć, wyjaśnić i ująć w proste słowa to, co Ryszard Kapuściński w Podróżach z Herodotem napisał, a którymi autorka świadomie zakończyła swoją podróżniczą opowieść – Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej. Autorka złapała po prostu bakcyla i MUSIAŁA poznać świat Nieńców żyjących na najdalej wysuniętych na północ obszarach syberyjskiej tundry. Ich koczownicze życie nomadów, które przetrwało czasy ZSRR w zbliżonej do tradycyjnej formie tylko dlatego, że hodowane przez nich renifery nie mogły i nie potrafiły na rozkaz Stalina, zmienić wędrowniczego stylu życia na osiadły. Renifer od zawsze był i nadal jest najważniejszy dla Nieńców. On ich żywi, ubiera, wyposaża w podstawowy materiał gospodarstwo domowe, nadaje rytm i sens życiu ludzi i pozwala nadal wędrować po tundrze. To dlatego w tej relacji mnóstwo nie tylko żywych reniferów:

 

 

Ale i wszechobecnego ich mięsa, skór, kości, ścięgien, pantów:

 

 

A przeszczęśliwe dziecko na okładce nie jest umazane farbą, jak mnie się w pierwszym momencie wydawało, ale krwią:

 

 

Krwisty tytuł jest ukoronowaniem treści. Jest istotą życia zwierząt i ludzi oraz ich przyszłości.
Autorka przyzwyczaiła się do wszystkiego. I do tej krwi, którą piła niczym wino:

 

 

I do mięsa oraz podrobów jedzonych również na surowo, i do uciążliwych komarów latających chmarami, i do obcinania pantów tryskających krwią, i do częstych przenosin czum z miejsca na miejsce, wilgoci i przenikliwego zimna, z którymi dzielnie sobie radziła, ubioru ze skóry utrudniającego poruszanie się i heroicznych sposobów na utrzymanie higieny ciała. Nawet do bezwzględnych praw natury (uśmiercanie za późno urodzonych cielaków) i nakazów oraz zakazów obyczajowych i religijnych goszczących ją gospodarzy. A wszystko po to, by przyjmując ich styl życia, zbliżyć się do nich, zdobyć zaufanie i poznać koczowanie od wewnątrz. Teraźniejszość i przeszłość Nieńców. Dzień po dniu przez dwa miesiące. A kiedy już się wtopiła w społeczność, stając się członkinią rodziny zamieszkującej jeden z czumów, posiadającą swoje obowiązki, mogła opowiedzieć, co czują współcześni Nieńcy, jak wspominają trudną przeszłość ograniczania ich wolności, z jakimi problemami mierzą się dzisiaj, jak widzą swoją przyszłość i przyszłość swoich dzieci, uciekających z tundry do miast. Miałam wrażenie, że autorka jest ostatnią kronikarką społeczności, której może kiedyś zabraknąć w tundrze, bo nie będzie spadkobierców trudu koczowania. Bardzo uważną obserwatorką, która biorąc udział w codziennym życiu Nieńców, rejestrowała wszystko, co zobaczyła, zaglądając, ponaglana ciekawością, w miejsca, do których Nieńcy rzadko chodzą, zachwycając się uniezależnieniem od cywilizacji, ale i dostrzegając piękno otaczającej ją surowej natury. Widziane obrazy nie podpiera filozofią, jest raczej rejestratorką świata oglądanego, a tam, gdzie brakowało jej słów, oddawała głos swoim polskim i rosyjskim poprzednikom. Znanym znawcom i podróżnikom po Syberii.
Całość relacji, która brzmi niczym opowieść o jamalskiej krainie i jej mieszkańcach z innej epoki, ilustrowana jest ogromną ilością zdjęć zrobionych również przez autorkę. Są prawie na każdej stronie, wypełniając czasami sobą całość miejsca. Może jedne z ostatnich, jeśli w ogóle nie ostatnie, pokazujące widok czum na tle syberyjskiego zachodu słońca.

 

 

Chociaż kto wie? W wywiadzie podczas przyznania jej nagrody Kolosów 2010 w kategorii Podróże, przyznała się, że myśli o ponownym odwiedzeniu Nieńców, tym razem w zimie.
Taaaak.
W tej sytuacji pozostaje mi tylko ponownie przytoczyć słowa Ryszarda Kapuścińskiego, którymi autorka otwiera swoje wspomnienia – Tyle że chęć takiego poznania mają tylko nieliczni, jest to przygoda uprawiana przez niewielu, która rzadko pojawia się w człowieku.
Autorka jest jedną z nich.

 

Premiera książki 19.09.2012 roku.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

 

Z ogromną ciekawością wysłuchałam wywiadu z autorką książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Podróżnicze

Tagi: