Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Czas Czerwonych Gór – Petra Hůlová

21 marca 2019

Czas Czerwonych Gór – Petra Hůlová
Przełożyła Dorota Dobrew
Wydawnictwo W.A.B. , 2007 , 322 strony
Seria z Miotłą
Literatura czeska

   Znałam Mongolię z obejrzanych filmów dokumentalnych, jak się okazuje, jednostronnie. Może taka była ich rola. Pokazać to, co w niej najcenniejsze: ludzi opornych na wpływy cywilizacji, tworzoną przez nich kulturę, kultywowaną tradycję, piękno środowiska, które szanują i kochają, dumę z genu swojego pradziada Czyngis-chana, wierząc, że każdy Mongoł go posiada, a jak pokazują badania genetyczne, nie jest to takie bezpodstawne.
   Drugą stronę zobaczyłam w tej książce. Opowiadaną przez pięć kobiet z trzech pokoleń: matkę, jej trzy córki i wnuczkę.   Stronę, w której walka o zachowanie tradycji ponosi klęskę w zderzeniu z cywilizacją stolicy Ułan Bator, do której uciekają młodzi. Gdzie wszechobecna niemożność odnalezienia się ludzi ze wsi w warunkach miejskiego życia, zmusza do topienia marzeń w alkoholu lub do walki o materialne przetrwanie w domu publicznym. Gdzie brak jakiejkolwiek możliwości nawiązania porozumienia między najmłodszymi, wychowanymi w mieście, a dziadkami, żyjącymi w krainie Czerwonych Gór, zrywa bezpowrotnie, tkaną przez pokolenia, delikatną sieć powiązań rodowych.
   Zobaczyłam smutną stronę poszarpanych więzi rodzinnych, porozrywanych nici tradycji, których nie można już powiązać, bezdomnych obyczajów bez swojego spadkobiercy, umierających umiejętności i wiedzy, której nie ma komu przekazać, bezradności wobec wynaradawiającej polityki Chin. Stronę Mongolii opisaną bardzo emocjonalnie, analitycznie, z dużą znajomością tego kraju, jego historii i warunków życia w nim, językiem przeplecionym słowami z mongolskiego i rosyjskiego.
   Ale czy tak naprawdę jest?
   Wierzyłabym bezgranicznie, gdyby to były wrażenia z podróży. Opis kraju widziany oczami cudzoziemca. Ale wnikliwa analiza psychologiczna każdej postaci, jej motywacji, przyczyn postępowania, wewnętrznych myśli budziły we mnie nieufność.
Czy Czeszka, która wprawdzie ukończyła mongolistykę i kulturoznawstwo, mogła obiektywnie oddać rys psychologiczny kreowanych przez nią postaci?
   Ile w tym prawdy, a ile jej własnych domysłów i dopowiedzeń przefiltrowanych jednak przez pryzmat Europejki?
   Piękna historia, sugestywnie opowiedziana, ale… wewnętrzne przemyślenia jednak wolałabym napisane przez Mongołkę tam urodzoną, tam wychowaną i tam żyjącą.

 Ta książka uświadomiła mi, że współczesna Mongolia to również ta pokazana w tych wiadomościach.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Lista pana Rosenbluma – Natasha Solomons

Lista pana Rosenbluma – Natasha Solomons
Przełożyła Aleksandra Górska
Wydawnictwo Rebis , 2010 , 375 stron
Literatura angielska

   Przerażająco smutna książka w większej części swojej objętości, a moje przerażenie nie wynika ze scen rozdzierających serce i duszę, ale z bardzo irytującego zachowania głównego bohatera Jacka Rosenbluma. Ja rozumiem, że w ucieczce przed prześladowaniami nacjonalizmu hitlerowskiego w Niemczech, można chcieć się wtopić w nowe, angielskie otoczenie niczym ławka w parku, użyteczna, jeśli się o niej myślało, ale nieodcinająca się od tła, o czym marzył Jack. Zasymilować się ze społeczeństwem przyjmując jego normy, zasady, reguły i co tam jeszcze Anglicy nie wymyślili przyjmując cudzoziemców pod swoje opiekuńcze skrzydła. Ba! Dając im nawet gotowy spis takich punktów pokazujących jak zostać prawdziwym Anglikiem. Ale jak Jack mógł, w swojej bojaźni o przyszłość swojej rodziny, przyjąć tę informację w ulotce dosłownie i bezkrytycznie?! Chciał zostać dżentelmenem angielskiej klasy średniej skrupulatnie spełniając, wypełniając, dostosowując się, modyfikując i uzupełniając otrzymany wykaz pożądanych zachowań o nowe punkty, całkowicie wyrzekając się dotychczasowej tożsamości. Będąc przy tym pełen optymizmu, radości, pozytywnego nastawienia, uporu, konsekwencji i niezłomności ducha w dążeniu do ich pełnej realizacji, do osiągnięcia postawionego sobie celu. Radością zarażał wokół siebie wszystkie napotkane osoby, ale nie mnie.
    Byłam po stronie jego żony.
    Patrzyłam z żalem na tego miotającego się człowieka, skamlącego o odrobinę akceptacji i uznania w oczach innych jak ona, ze smutkiem i świadomością, że stał się ofiarą społecznego uzależnienia. Nieprzyjmujący do wiadomości, że nie można odciąć się od żydowskiej tradycji rodziny, a zmiana nazwiska na brzmiące bardziej z angielska, niczego nie zmieni. Że obsesja jaka ogarnęła Jacka niszczy dobrze prosperujące źródło utrzymania i co najważniejsze, więź małżeńską. Że imponowanie i dorównywanie innym zabija w nim własną duszę i ogranicza jej wolność. I wreszcie całkowite przyjęcie obcych obyczajów, każe zrezygnować z własnych. Wyrwać siebie z korzeniami sięgającymi do religii, licznej rodziny zamordowanej w Niemczech i przeszłości. Sadie o tym wiedziała i trwając przy mężu dzieliła czas na przedtem i potem, zapiekając swój smutek w ciastach, przechodzący na częstowanych nimi szczodrze gości. Czułam się tak, jakbym zjadła nie jeden kawałek, a całą blaszkę upieczonego smutku.
A kiedy już się najadłam go do przerażenia, kiedy żal wypełnił mi serce po brzegi, autorka w końcówce opowieści uraczyła mnie taką ilością przesłodkiego miodu, szczęśliwego zakończenia, cudownie rozwiązujących się problemów, korzystnych zwrotów akcji, deszczu pouczających wniosków i morałów, że nie dziwiłam się informacji wyczytanej z notki na tylnej okładce: autorka razem z mężem pracuje nad scenariuszem Listy pana Rosenbluma. Tak, to będzie typowo hollywoodzki film z popularnych schematem fabuły: gorzko-smutny początek i środek z mdlącą od nadmiaru szczęścia końcówką, po której widz doznaje katharsis po traumatycznych przeżyciach. Kto wie, może nawet niektórym poleją się łzy.
    Pytanie tylko ile tych łez będzie nad sobą samym? Ile takich uzależnionych Jacków będzie siedziało na widowni i to przesłanie zrozumie? Ilu jest takich w naszym społeczeństwie? Może lepiej z takiej listy zasad zrobić całkiem przyzwoitą zakładkę do książki?
    Mam ich dosyć sporo, ładne są i użyteczne, zwłaszcza te z konwenansami. 

Bardzo dobrze problem Jacka, potrzebę akceptacji i przejścia jej w uzależnienie, wyjaśnia Anthony de Mello.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Świadek – Ilja Mitrofanow

Świadek – Ilja Mitrofanow
Przełożył Aleksander Horodecki
Wydawnictwo Claroscuro , 2011 , 158 stron
Seria Ścieżki Życia
Literatura rosyjska

Besarabia.
Nazwa krainy jak z Baśni tysiąca i jednej nocy. I po części taka jest, a właściwie była, bo nie ma jej już na żadnej mapie geopolitycznej świata. Jej dawne granice nakładają się na tereny obecnej Mołdawii i Ukrainy, a co sprawdziłam w Wikipedii.

 

 

Jej piękno zachowało się tylko na mapie mentalnej kiedyś mieszkających tam ludzi, tworzących swoistą mieszankę tradycji, kultur, języków i narodowości: bułgarskiej, rumuńskiej, rosyjskiej, mołdawskiej, ukraińskiej i żydowskiej. Naród besarabski, uparty i wredny, ale żyjący, pracujący i współistniejący w pokojowej harmonii dostrajania się do każdej duszy po omacku.
Tak jak wspominał to Fiodor Pietrowicz Pokora.
Fryzjer w Kotłowinie nad Dunajem, miejscowości położonej niedaleko Izmaiłu. Jeden ze świadków końca Besarabii i początków budowania nowego, socjalistycznego porządku i świetlanej przyszłości wraz z wielkim narodem radzieckim. A kiedy Fiodor otworzył usta i zaczął opowiadać tym swoim rosyjskim zaśpiewam, z mnóstwem gwarowych słów, naleciałości z języka rumuńskiego, wtrącanych całych zdań z innych języków, z humorem ujawniającym mądrość zwykłego, prostego człowieka w przewrotnej logice podpieranej powiedzeniami i przysłowiami, zwolniłam czytanie. Smakowałam powoli każde zdanie, opisujące gwarne życie w miasteczku, ruch kupców na ulicy, chłopów z darami natury przywożonymi na handel w dzień targowy, ruch w zakładzie fryzjerskim i dzień, w którym zaczął się socjalizm o twarzy lejtnanta w sapogach i gimnastiorce. Wiekiem – smarkacz. Za to mundurem – naczalnik, jak określił go Fiodor Pietrowicz.
Początkowo śmiałam się z nowych, nielogicznych zasad wywracających do góry nogami dotychczasowy porządek ustanowiony z dziada pradziada, a opisywanych i analizowanych z przymrużeniem oka przez mojego Fiodora. Z jałowej walki słusznej ideologii komunistycznej z mentalnością i tradycją miejscowej ludności, może niegramotnej, ale swój rozum mającej. Jednak obraz kreślony przez opowiadającego zaczął powoli nabierać cech karykatury dawnego życia. Groteski przeszłej, zniszczonej rzeczywistości i sztucznie stworzonej farsy, w której przyszło mu żyć.
Egzystencji na granicy wegetacji.
Nie wiem kiedy przestałam się śmiać. Fiodor długo mnie mamił żartem, odwracał uwagę przysłowiem, bagatelizował niepokojące sygnały narastającej grozy beznadziejnego położenia besarabskiego społeczeństwa, zanim przypomniałam sobie o okresie wielkiego głodu w Rosji, o którym tak niedawno czytałam w Wyspie Kanibali Nicolasa Wertha, a który w latach 40. dotknął również Besarabię. Może zauważyłam to dopiero kiedy poczuł się słabo, a w uszach odezwały się dzwony? A może kiedy, jak zwykle w żartach, stwierdził – na dietę przeszedłem: wody dunajskiej skosztuję, wodą popiję? A może kiedy pojawiło się pierwsze, publiczne, natarczywe wołanie w różnych językach o chleb, chlib, pyne, chliab besarabskiego narodu na placu przed głównym gmachem władzy Rad? A może wtedy, gdy opowiedział mi o byciu świadkiem skrajnego zachowania ludzi ogarniętego szałem głodu? O wydarzeniach, o których nie wolno było mówić jeszcze wiele lat po tym, co się wydarzyło w Kotłowinie. I o ludziach rozstrzelanych przez władze sowieckie za zdziczenie, zezwierzęcenie, a co Fiodor podsumował myślą, że władza najprostszej rzeczy nie rozumiała – głodnego sytym jutrem nie nakarmisz…
Mój bohater dożył czasów rozpadu ZSRR będąc znowu i tego wydarzenia świadkiem, ale nowy świat już nie był takim, jakim pamiętał go sprzed socjalizmu. I Besarabii też już nie było, mimo, że znowu był u siebie, znowu był gospodarzem we własnym, kotłowińskim zakładzie fryzjerskim.
Pozostały po nim wspomnienia.

 

 

Te wspomnienia, których szata graficzna z licznymi śladami poniewierki, tak dobrze nawiązuje do czasów, o których chciał zapomnieć. To jedyne miejsce, w którym mógł zapisać to, z czym sercu ciężko było żyć, od czego posiwiał w jeden wieczór, a od czego dobra, ale niełaskawa pamięć nie chciała go uwolnić.

 

 

Niebieski zeszyt w linię, świadek świetności Besarabii, niszczących ją rządów Stalina i okrutnych czasów upodlenia ludzi.
I nawet jeśli to tylko książka udająca autentyczne zapiski w szkolnym zeszycie, a narrator jest postacią fikcyjną, to przekazane w niej fakty przez autora tej powieści, urodzonego w Besarabii już po wojnie, ale znającego ją z opowiadań członków rodziny, z rozmów z jej mieszkańcami popartych materiałami dokumentalnymi znalezionymi w moskiewskich bibliotekach, są już jak najbardziej prawdziwe.
I przerażające.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Przerwane śledztwo – Jacek Krakowski

Przerwane śledztwo – Jacek Krakowski
Wydawnictwo Pi , 2012 , 189 stron
Seria Superkryminał , tom 7
Literatura polska

Ten kryminał to bardzo podstępny test na wyobraźnię przestrzenną.
Zdradliwy dla mnie – kobiety, bo podobno mam ją mniejszą niż mężczyźni i żebym nie wiem jak broniła kobiecego umysłu, to rzeczywistość zakrakała wronim głosem i mi to udowodniła. Żeby połapać się w koneksjach rodzinnych trzech spokrewnionych ze sobą mężczyzn i ich rodzin, które zmieniały się w miarę rozwoju śledztwa w zastraszającym tempie, musiałam naszkicować je sobie niebieskim na białym,

 

 

by móc aktywnie uczestniczyć w dochodzeniu prowadzonym przez… Laurę Sawicką! Tę samą absolwentkę Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie, której kilka książek wcześniej towarzyszyłam w poszukiwaniach mordercy w Złym śnie.
Ma dziewczyna pecha!
Poprzednio tylko odwiedzała swoją ciocię w czas Wielkanocy, a uwikłała się w pracę detektywa. Teraz przyjechała do wujka na letni wypoczynek i… trafiła jej się zagadka morderstwa sprzed czterdziestu trzech lat. Przyjaciel wujka, Rudolf Kornatowicz, dyrektor awansujący w branży bankowej, chcąc oczyścić swoją przeszłość z niedomówień szkodzących karierze, poprosił dawnego przyjaciela o nieformalne śledztwo w sprawie zabójstwa członka jego rodziny, Leszka Brzeskiego i samobójstwa domniemanego sprawcy, Stanisława Kornatowicza. Ojca Rudolfa, który potrzebował dowodów go uniewinniających i dających podstawy do ubiegania się o jego rehabilitację.
Laurę nie trzeba było o to dwa razy prosić (kiedy ta dziewczyna odpoczywa!?) i z zapewnienia, że najpierw się zorientuje, czy gra jest warta świeczki, rozwinęło się dochodzenie na szeroką skalę wywiadowczą, przeprowadzone wśród żyjących uczestników i świadków owego feralnego, sierpniowego dnia w 1967 roku, w Skamielinie. Odtworzenie wypadków z przeszłości nie było łatwe tak, jak nie były łatwe rozmowy z poszczególnymi członkami rodzin, którzy mieli swoje powody (każdy inny) do ukrycia nie tylko sprawcy tragicznego wydarzenia, ale i tajemnic rodzinnych, mających wpływ na to nieszczęście. Autor komplikował sprawę niemiłosiernie niczym w telenoweli brazylijskiej, gdzie matka okazywała się ciocią, syn kukułczym jajem, a mąż bratem. Ja zawzięcie gryzmoliłam na kartce, poprawiając strzałki zależności między bohaterami powieści, coraz bardziej zaciemniając obraz sytuacji. Laura natomiast, ambitna dziewczyna, inteligentnie radziła sobie z tą zagadką, mimo że niebezpieczeństwo z lat przeszłych zaczęło dotyczyć i jej. Ktoś z żyjących świadków śmierci Leszka Brzeskiego nie chciał, by odkryła skrywaną prawdę.
Dwutorowość czasu akcji ( w teraźniejszości i przeszłości) pozwoliła mi na cofnięcie się do trudnych początków nowej, powojennej Polski, w której wiele rzeczy trzeba było ukrywać, o wielu milczeć, a koneksje rodzinne, w wyniku zawieruchy wojennej, komplikowały i tak trudne życie w czasach komuny do tego stopnia, że ich siła oddziaływania burzyła spokój sumienia, komplikowała losy i wpływała na kariery zawodowe kolejnych potomków, żyjących już w wolnej Polsce.
Jest też w tej historii kryminalnej akcent z naszej przemilczanej, niechlubnej historii. Autor nie bał się opisać powojennego, bardzo powszechnego i uchodzącego za normę postępowania wobec Niemców, ówczesnego procederu szabrownictwa, utrzymującego się do 1949 roku, a opartego na nieformalnym prawie zwycięzcy do odwetu i zemsty ofiary za poniesione krzywdy, o którym jedna z bohaterek mówi – Mój mąż, Franciszek, przywiózł broń z Berlina. Zaraz po wojnie, tak jak inni, jeździł na szaber. Na Śląsk i za Odrę. Wtedy można było się obłowić i nie było to naganne. Żadne prawo nie działało. Wszyscy tam jeździli. Pociągi były przeładowane. O tym się teraz nie mówi, ale był kiedyś film „Dwie godziny”, zdaje się, że długi czas przetrzymywany przez cenzurę, bo zawierał o tamtych dniach jakiś ślad prawdy.
Zaciekawił mnie ten film.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Swoje wrażenia spisałam dla portalu Zbrodnia w Bibliotece.

 

Przerwane śledztwo [Jacek Krakowski]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Rodzina na pokaz – Kevin Wilson

Rodzina na pokaz – Kevin Wilson
Przełożył Jakub Małecki
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2012 , 416 stron
Literatura amerykańska

Jest taki zakazany gaz bojowy, nielegalnie testowany przez Irak, o którym czytałam bodajże w Komandosie Richarda Marcinki (ale głowy nie dam sobie uciąć za to skojarzenie), a który przepięknie pachnie fiołkami. Im bardziej i głębiej człowiek nim oddycha (a wdycha go z przyjemnością), tym szybciej wprowadza truciznę do organizmu. Zanim się zorientuje – umiera.
Ta książka ma jego właściwości, odbierając podstępnie chęć życia.
Proces obumierania zaczyna się już od okładki. Przepięknej kolorystycznie, tajemniczej samotnością wyeksponowanych rekwizytów, zapowiadających niespodziankę oczekiwanego show. Byłam już wstępnie pozytywnie nastawiona, by po zajrzeniu za okładkę wpaść w zauroczenie obrazem rodziny nieprzeciętnej, wyjątkowej, fascynującej, wolnej wolnością nieograniczoną, jaką obdarzała ją tworzona przez nich sztuka.
Byłam wniebowzięta, a tekst podstępnie wciągał i kazał się zachłystywać kolejnymi zdaniami!
Bo robili to, co ja uwielbiam robić, skrępowana gorsetem norm społecznych, na mniejszą skalę – obserwować reakcję ludzi w sytuacjach niecodziennych, niestandardowych, zaskakujących i wybiegających poza utarte tory dziania się. Rodzina Fangów, w której prym wiodło małżeństwo Caleba i Camille, posiadające dwójkę dzieci – Annie i Bustera, posunęła się o krok dalej, a może nawet o całą milę – wymyślali, przygotowywali, aranżowali i realizowali „sztukę publicznych wystąpień”, „choreografię spontaniczności” czy „potęgowanie prawdziwego życia”, jak je nazywali sami. Dla mnie po prostu organizowali prowokacyjne happeningi, bulwersujące opinię publiczną, która wbrew własnej woli była włączana w przedstawienia. A mimo to, wiele osób chciało należeć do tej ekscentrycznej rodziny. Chociażby Bonnie, która została zatrudniona do opieki nad rodzeństwem Fangów, mająca nadzieję na zostanie jej kolejnym członkiem i na mnóstwo dobrej zabawy, jak mawiała pani Fang. Na wiele emocji podczas publicznych oświadczyn w samolocie, trzydziestego któregoś z kolei ślubu, kazirodczego pocałunku rodzeństwa Fang w szkolnym przedstawieniu, pozorowanej kradzieży słodyczy w supermarkecie, udziału przebranego Bustera w wyborach Małej Miss i podczas wielu, wielu innych przedstawień zapadających w pamięć. Nieprzewidywalnych i nieskrępowanych pomysłów realizowanych z pasją przez ich autorów, wywołujących skrajne emocje, częściej negatywne niż pozytywne, u przypadkowych obserwatorów, z opresji których rodzina zawsze wychodziła cało, śpiewając na koniec wspólnie z dziećmi – To smutny świat, chce cię pogrzebać. Zabij rodziców, wiesz, że tak trzeba.
Omg – przełknęłam ślinę i po raz pierwszy poczułam, że przyjemnie się czyta, aż za bardzo przyjemnie, ale czy, aby na pewno, po takim tekście i komunikacie automatycznej sekretarki w telefonie – Umarliśmy. Po sygnale zostaw wiadomość, a nasze duchy oddzwonią. – nadal byłam bezkrytycznie zafascynowana tą rodziną? Toż to głośne przyzwolenie na brak barier nie tylko w sztuce, ale i w wychowaniu. Jednocześnie dowód na to, że posiadanie dzieci nie zabija sztuki, że można ją tworzyć czyniąc z nich element A i B, jak nazywano rodzeństwo, że to świetne uzupełnienie całości o następne składowe wywołujące kolejne, nowe, ciekawe, a przede wszystkim szokujące interakcje w tłumie. Przecież można przywiązać Bustera do latarni, uwięzić w pułapce na niedźwiedzie, postawić naprzeciw wielkiego psa i jest fun! Już nie chciałam mieć rodzica, dla którego sztuka była najważniejsza, warta każdego poświecenia i bólu. Jeśli trzeba skrzywdzić kogoś w jej imię, nie należy się wahać. Jeśli tylko efekt okaże się wystarczająco piękny, dziwny i zapadający w pamięć, poświecenie się nie liczy. Sztuka jest tego warta.
Sztuka, którą może i dzieci nie zabijają, ale ona zabija dzieci.
To wtedy zaczęłam zauważać i bliżej przyglądać się symptomom jej szkodliwego wpływu na Annie i Bustera. Na brak u nich poczucia bezpieczeństwa, wieczny chaos, niepokój wywołany niemożnością przewidzenia zdarzeń, stres przed konsekwencjami publicznych wystąpień, brak możliwości odmowy udziału, płynną tożsamość w odgrywanych rolach i poczucie, że dorastanie w rodzinie Fangów i bycie marionetką swoich rodziców to jest największe życiowe doświadczenie.
Powoli ten ekstremalny tryb myślenia i działania tej wyjątkowej rodziny zaczął mnie dusić, obezwładniać, wpychać w niepewność, kruszyć skałę moich filozoficznych fundamentów, przenosząc brak stałości w jego przeżywaniu na mój realny świat. Zaczęło się robić niebezpiecznie, skoro przyczepiły się do mnie ostrzegawcze słowa znanego utworu Edwarda Stachury – „życie to nie teatr”, a my nie jesteśmy w nim bezwolnymi pacynkami. Dokładnie tak musieli się w końcu poczuć Annie i Buster, skoro w ostatnim akcie rozpaczy ratowania siebie od zagubienia w rzeczywistości, uciekli od rodziców, próbując już indywidualnie zbudować własną tożsamość od podstaw. To ich zmagania z psychicznym dziedzictwem domu rodzinnego, opowiadane naprzemiennie, z licznymi retrospekcjami opisującymi artystyczne dokonania rodziny, były kanwą fabuły powieści.
Historią podstępnie sączącą w mój umysł, niczym wspomniany wcześniej gaz bojowy, truciznę bezsensu życia. Okładka przestała już mnie zachwycać kolorystyką. Poczułam jej psychodeliczne zimno z trupim odcieniem i niepewność przeznaczenia widniejących na niej przedmiotów z oczekiwaniem na przedstawienie podszytym delikatnie lękiem. Bo tak naprawdę sztuka i pasja jej realizacji była tylko pretekstem do opowiedzenia mi o poszukiwaniu sensu życia, który jest bardzo indywidualny, osobny dla każdego z ludzi. Nie można żyć bez niego lub żyć sensem cudzym. Wśród bohaterów powieści miał go tylko Caleb, który niczym tajfun wciągał w swój chaos innych.
To dlatego tę książkę można odebrać w dwojaki sposób – pogrążyć się w jeszcze większej beznadziei życia lub, wprost przeciwnie, zobaczyć wskazówkę do odszukania drogi wyjścia z niej. Wszystko zależy od tego, w jakim stanie ducha będzie czytelnik. Dla mnie to przykład książki, która w bardzo ciekawy i udany sposób pokazała literacką kompilację trzech dziedzin – sztuki, pedagogiki i filozofii egzystencjalizmu na deskach teatru życia.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

A tę piosenkę trzeba koniecznie sobie po tej opowieści posłuchać kilka razy na odtrutkę. Polecam zwłaszcza tym, którzy ukończą ją z poczuciem ciężkości na duszy i nieokreślonego zamieszania w umyśle.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Lebensborn – Jo Ann Bender

Lebensborn: życie i miłość w III Rzeszy – Jo Ann Bender
Przełożyła Maria Jaszczurowska
Wydawnictwo Bellona , 2013 , 384 strony
Literatura amerykańska

Czuję po lekturze tej książki podwójny niedosyt. W merytorycznej warstwie jej treści – pozytywny, ale w warsztatowym jej opracowaniu – rozczarowujący.
Po Sprawczyniach Kathrin Kompisch idea eugeniki i założenia polityki rasowej w III Rzeszy były mi znane, więc czułam się przygotowana do przeczytania tej powieści. Byłam ciekawa, jak autorka przybliży ideologię tworzenia nadludzi w faszystowskich Niemczech w formie beletrystycznej, człowiekowi współczesnemu, który historię często poznaje właśnie poprzez takie opowieści obudowane wokół faktów historycznych. Wyszła z założenia, i słusznie, że ukazanie ośrodka Lebensbornu od wewnątrz i poprzez los konkretnej kobiety będzie najlepszą metodą poznania mechanizmu tego ciekawego zjawiska społeczno-politycznego w niemieckim społeczeństwie. Pierwszą połowę akcji umieściła w okupowanej Francji, tuż po wkroczeniu do niej Niemców, w malutkim miasteczku Vilapente, leżącym siedemdziesiąt pięć kilometrów na południowy wschód od Paryża, a drugą w Niemczech. Główną bohaterką historii uczyniła Francuzkę Antoinette. Członkinię francuskiego ruchu oporu, która dla dobra ojczyzny, została agentką wywiadu, podejmując się współpracy z kwaterującymi w jej mieszkaniu oficerami SS, powtarzającymi niezmiennie – Naszym patriotycznym obowiązkiem wobec Rzeszy Niemieckiej jest spłodzenie co najmniej czworga lub sześciorga potomków. Kobiety nas potrzebują. Musimy zadbać o to, by populacja Rzeszy osiągnęła liczebność i jakość, jakiej żąda Hitler. Zachęcamy czyste rasowo, niezamężne kobiety, by miały z nami dzieci. Dziewczyna, czy to pod wpływem osobistego uroku przystojnego majora Hursta, czy z obawy przed konsekwencjami odmowy, uległa i w efekcie zaszła w ciążę, trafiając do jednego z ośrodków dla samotnych, przyszłych matek, by tam urodzić dziecko Fűhrerowi jako Hanna Hurst.
Ten motyw fabuły autorka uczyniła głównym, by pokazać na czym polegała polityka czystości rasowej w Niemczech, ukazać bezgraniczne i bezkrytyczne zaufanie Niemców do Hitlera w tym zakresie, zapoznać z zasadami obowiązującymi przyszłe matki już w ośrodku i panującymi w nim obyczajami łącznie z ideologicznym szkoleniem, przemycającym w subtelny sposób propozycje eutanazji, zasłaniając się oficjalną polityką zezwalającą na usankcjonowane zabójstwa. Aż tak daleko w szczegółach moja ogólna wiedza nie sięgała, więc miałam problemy z rozróżnieniem fikcji od faktów. Ta niedogodność zmusiła mnie do poszukania książki popularnonaukowej, która jednoznacznie rozwiałaby moje wątpliwości.

 

Zaspokoiła niedosyt, uzupełniając i poszerzając moją dotychczasową wiedzę. Lubię takie pozycje, którą okazują się zaczątkiem dalszych poszukiwań czytelniczych.
Ale pozostał niedosyt rozczarowujący warsztatem literackim.
Przede wszystkim uderzył mnie silnie odczuwany dydaktyzm opowieści. Wstawki wyjaśniające lub tłumaczące realia okupacji, przeznaczone, w moim odczuciu, dla osób niezorientowanych w tematyce, raziły mnie encyklopedycznością. Fabuła przypominała bardzo dobrze wykreowane obrazy konkretnych wydarzeń, z wartką akcją, ale bez zachowania płynności w przejściach między nimi, ze stylem narracji pełniącym rolę fastrygi. Tam gdzie zabrakło chęci, wyobraźni do tworzenia opisów, pojawiało się jedno pojemne zdanie. To właśnie z tego powodu zakończenie wręcz mnie sfrustrowało, ponieważ przypominało szybkie, podsumowujące zakończenie z bajki dla małych dzieci. Tak, jakby autorce nie chciało się już dalej opowiadać. Ale sprawiedliwie przyznaję, że najważniejsze wątki dokończyła w epilogu. Do tego dochodziły sztucznie brzmiące dialogi z nadmiarem słów „ach” i „och”, kojarzących mi się z dziewiętnastowiecznymi powieściami o wyższych sferach. Miałam również wrażenie nierealności niektórych sytuacji, jak przechowywanie angielskiego lotnika przez Antoinette w piwnicach budynku Lebensbornu, obok tajemniczej siedziby spotkań dla wybranych, niemieckich oficerów z Himmlerem, tworzących jego tajny zakon SS albo sprowadzenie ludzkiego strachu przed akcją do podniecenia seksualnego wywołującego u mężczyzn erekcję z komentarzem jednego z nich, który wprowadził mnie w osłupienie – Zdecydowanie powinienem się częściej bać. Jest w strachu coś podniecającego…
Być może taka forma przekazu, szybka, skondensowana, informacyjna, zaledwie zarysowująca w tle rzeczywistość wojenną, ale z rozbudowanymi najważniejszymi scenami, trafi do czytelnika amerykańskiego lub do odbiorców z młodszych pokoleń, ale do mnie, czytelniczki mającej za sobą wiele doskonałych „piór” i autentyczne wspomnienia świadków wojennych czasów, to za mało.
Niedosyt głównego wątku mogę z łatwością uzupełnić, ale niedosyt estetyczny i emocjonalny przekazu, już nie.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Ludzie Julya – Nadine Gordimer

Ludzie Julya – Nadine Gordimer
Przełożył Dariusz Żukowski
Wydawnictwo M , 2013 , 208 stron
Literatura południowoafrykańska

Tak dobrze znany rytuał.
Codzienny. Wyznaczający początek i rytm dnia. Niemalże odwieczny. Zwyczaj podawania herbaty na tacy w czarnych rękach pachnących mydłem Lifebuoy, prosto w białe ręce, nagle przeniósł się z rezydencji w Johannesburgu państwa Maureen i Bama Smilesów z trojgiem dzieci, pod strzechę chaty Julya.
Ich długoletniego służącego.
Wybrańca, którego nagłe przemiany nastałe w mieście, zamieniły w zbawiciela. W czasie, który ich zaskoczył, a który tak trafnie oddało motto poprzedzające tę powieść:

Ten okres niepewności, destabilizacji i niepokoju małżeństwo chciało przeczekać w rodzinnej wiosce Julya. W końcu to nie pierwsze i nie ostatnie zamieszki wywołane przez czarnych – myśleli. Świadomość, że tym razem fala strajków, która nadeszła w 1980 roku, przeciągała się, wywołując powstanie w całym kraju i niszcząc odwieczny porządek stosunków między białą a czarną ludnością na zawsze, docierała do nich bardzo, bardzo powoli. Dostrzegane symptomy, jak bardzo kruche były ich wzajemne relacje, jak sztuczną warstwą cywilizacji białych pokryte, początkowo próbowali racjonalizować. Najpierw odkrywane w wiosce, a należące wcześniej do nich, przedmioty, których zaginięcia w ich domu nigdy by nie zauważyli. Potem kluczyki do samochodu, którym uciekali z miasta. W ich życie zaczął powoli wkradać się lęk przed Julyem, który okazał się zupełnie nieznaną im osobą, jaką znali od piętnastu lat, i jedna myśl – To, czy ktoś jest uczciwy, zależy po prostu od tego, ile o nim wiemy.
Zaczęło okazywać się, że nie wiedzieli o nim tak naprawdę nic.
Nie znali jego prawdziwego imienia. Jego układów rodzinnych i stosunków zależności w jego wioskowej społeczności. Nawet język, którym się do tej pory porozumiewali, okazał się bezużyteczny w nowych warunkach. Oparty dotychczas na rozkazach i reakcjach, nie zawierał pojęć abstrakcyjnych, uniemożliwiając wymianę idei i uczuć, które nagle się pojawiły. Utrudniał im tak potrzebny dialog, wymianę myśli i, w ostateczności, zrozumienie oraz porozumienie. Napięcie osiągnęło apogeum, kiedy ukradziono im strzelbę. Wtedy pojawił się lęk najsilniejszy.
Strach o życie i groza przekonania, że byli stworzeniami tych ludzi tak jak bydło i świnie.
Czytałam z rosnącym zaciekawieniem i fascynacją, jak autorka przewartościowuje świat białych zbudowany na nierówności rasowej, nie dopuszczając przez większość opowieści do otwartej konfrontacji między stronami. Jak nowe stosunki między bohaterami tworzy w otoczce dyplomacji narzuconej przez Julya, szokując takim obrotem wydarzeń małżeństwo. Jak normy, zasady i wartości moralne „starego świata” zastępuje logiką rozumowania i postępowania czarnych gospodarzy. Jak na ich i moich oczach zamienia służącego w pana teraźniejszości, zmieniającego przeszłość na były czas widziany jego oczami, a którego takiej odmiennej wersji, Maureen i Bam, nawet nie podejrzewali. Jak buduje im świat od podstaw, dla nich nowy, ale który tak naprawdę istniał od zawsze, głęboko ukryty pod warstwą cywilizacji białych, przypisujących sobie boskie prawo określania moralności po stopniu skręcenia włosów, a zdolności myślenia abstrakcyjnego po relatywnej grubości warg.
Jak nieubłaganie cofa ich do początków ludzkości nie tylko w wymiarze społeczno-politycznym, ale również czysto ludzkim.
Maureen odkrywa prawdziwą fizjologię swojego ciała. Intymny zapach i naturalny wygląd, dotychczas likwidowany, korygowany lub ukrywany przez zabiegi higieniczne, z których w wiosce musiała zrezygnować lub ograniczyć do minimum. Bam natomiast poznaje silną więź człowieka z naturą. Kruchość człowieczego losu w przyrodzie i jednocześnie zależność od niej. I wreszcie oboje uzmysławiają sobie siebie na nowo, dostrzegając pojawienie się między nimi obcości wywołanej odmiennymi warunkami bytu na poziomie fizjologicznym, psychologicznym i społecznym. A wszystko to na tle powtarzalnej codzienności w wiosce ukazanej niemal z detaliczną drobiazgowością. Jej mieszkańców, niemających problemu z akceptacją rzeczywistości, która budzi lęk w ludziach nienawykłych do życia tak blisko cyklu natury, a przyzwyczajonych do wielkich wstrząsów i stanów przejściowych, takich jak „nowe życie”, na które każdy pracuje, czy zmiany polityczne.
Wybierając czas radykalnych przemian i umieszczając ludzi białych w środowisku czarnych, autorka doprowadza do konfrontacji dwóch, obcych sobie rzeczywistości. Poddaje ocenie sztuczność funkcjonowania apartheidu w RPA, opartym na zniewoleniu. Obnaża pozorność myślenia przeciętnego białego zadowolonego z bycia „dobrym” wobec czarnych, które nie ma nic wspólnego z obiektywnymi realiami. Burzy bariery między nimi, ukazując prawdziwy świat rdzennych mieszkańców Afryki, do którego nigdy nie zaglądali, a którego niedoceniana siła zmieniła oblicze RPA.
Świat, dla którego Nelson Mandela spędził w więzieniu 27 lat.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ludzie Julya [Nadine Gordimer]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń! – Nick Vujicic

Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń! – Nick Vujicic
Przełożył Piotr Kwiatkowski
Wydawnictwo Aetos , 2012 , 288 stron
Literatura amerykańska

Odrzuciłam tę książkę podczas pierwszego spotkania z nią.
Nie miałam ochoty czytać o ludzkim nieszczęściu, bo tak mi się mimowolnie skojarzyła, pomimo pozytywnej grafiki i tytułu. Ale książka nie odpuściła. Uparła się na mnie. Czasami tak mi się zdarza i wtedy wiem, że jest w tym jakiś sens. Kiedy więc trafiła do mnie ponownie, za sprawą mojej koleżanki, wzięłam ją, chociaż nadal bez entuzjazmu. Posłuchałam się raczej głosu rozsądku, który podpowiadał mi, że tych drugich razów podejścia potem nie żałowałam.
I ponownie nie zawiodłam się!
Po jej przeczytaniu sceptycyzm znikł, a ja byłam pełna entuzjazmu. I co ciekawe, na początku, nie przekonało mnie do niej to, że Nick, pomimo swojej wysokiej niepełnosprawności fizycznej, bywał aktorem (namawiam do obejrzenia Cyrku motyli z jego główną rolą), jest obecnie przedsiębiorcą, działaczem charytatywnym i ewangelizacyjnym, ale przede wszystkim mistrzem motywacji z dewizą – kolejny dzień, kolejna szansa, który na swoje spotkania, organizowane na całym świecie, przyciąga tłumy. Nie przekonało mnie też jego imponująco aktywne życie, biorąc pod uwagę, że urodził się z fokomelią czyli wrodzoną wadą zdeformowanych lub niewykształconych kończyn. To, co zaimponowało mi w Nicku i uczyniło go w moich oczach wiarygodnym, była bardzo prozaiczna dla wielu umiejętność widoczna na zdjęciu umieszczonym na okładkowym skrzydełku:

 

Dla wielu, ale nie dla mnie. Człowiek bez rąk i nóg potrafi surfować! Ja, która mam zdrowe i sprawne ciało, urodzona, wychowana i mieszkająca nad morzem, po roku czasu nauki pływania pod okiem instruktora, nie umiem nawet pływać! Dla mnie to żenująca porażka, bo, przy tym niesamowitym człowieku, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Nic! Wyjątkowość Nicka polega na wszechstronności jego działalności i różnorodności przeżyć oraz spektrum pozytywnych postaw, dzięki czemu prawie każdy może znaleźć w nim punkt odniesienia do siebie i wysnuć tylko jeden wniosek – skoro on to potrafi, to tym bardziej mogę ja!
Ta zgodność słów z czynami jest największym atutem Nicka.
Ale z tą pozytywną energią i optymizmem, które bardzo obficie wylewały się z każdej strony książki, czasami mnie podtapiając, nie zawsze było mu po drodze. I właśnie o tej drodze usilnego poszukiwania sensu swojego istnienia, celu życia, przechodzenia przez fazy zwątpienia i poczucie osamotnienia, depresję i próbę samobójczą, opowiada w swojej książce. Mówił przy tym o bardzo ważnej rzeczy – pracy nad sobą. Ciężkiej, codziennej, konsekwentnej i ustawicznej. A ponieważ bardzo dobrze wiedział, jakie to trudne, postanowił podzielić się swoimi doświadczeniami w tej publikacji. Stąd to nie tylko opowieść autobiograficzna, ale również poradnik dla wszystkich potrzebujących wsparcia z różnego powodu. Dlatego styl narracji, jakim posługiwał się autor, był bezpośredni i zwracający się wprost do czytelnika, pełen sformułowań trafiających prosto do umysłu i serca. Już we wstępie nie miałam złudzeń, że to będzie bardzo osobista rozmowa, kiedy mówił do mnie w taki sposób – W Twoim życiu mogą przyjść trudne dni. Możesz się załamać i poczuć, że nie masz już siły, by wstać. Znam to uczucie, Przyjacielu. Wszyscy je znamy.
Dzięki takiemu zabiegowi nie miałam wrażenia, że dzielą nas kilometry, czas i papier. Miałam złudzenie, że łączą nas słowa, których słucham, czując jego obecność przy mnie i chłonąc z minuty na minutę optymizm, niczym gąbka wodę. Swoją zdobytą wiedzę podzielił na konieczne czynniki mające decydujący wpływ na życie bez ograniczeń. To one były głównymi tematami kolejnych rozdziałów. Jak sam napisał we wstępie – Każdy rozdział tej książki poświęciłem jednemu z tych czynników, starając się opisać go w taki sposób, aby ułatwić skorzystanie z przedstawionych wskazówek w Twej własnej podróży do spełnionego, owocnego życia.
Piękna osobowość Nicka to też dla mnie dowód prawdziwości tez postawionych w poradniku Twój umysł na detoksie. Wręcz idealny przykład teorii w pełni wykorzystanej w praktyce. Nick jest tego przykładem, że postępując tak, jak naucza psychologia poznawcza, można osiągnąć cel – pełnię radości życia, w którym pojawiające się ograniczenia generują nowe możliwości. Podkreśla przy tym bardzo ważną rzecz – W książce, którą trzymasz w ręku, opowiadam o swoich przeżyciach, o tym, jak radzę sobie z różnymi wyzwaniami. Niektóre z nich muszę podejmować ze względu na swoją niepełnosprawność, ale większość ma uniwersalny charakter – z podobnymi problemami zmagamy się wszyscy. Zgodnie z psychologią poznawczą, na której zasady Nick często się powołuje (nie wiem, czy świadomie), uczy dostrzegać szklankę do połowy pełną. Przy czym, z wielu proponowanych przez psychologię dróg dochodzenia do tego, wybrał wiarę. To ona jest fundamentem, na której zbudował swój światopogląd i styl życia. Dla chrześcijan to atut, dla ateistów i ludzi innych wyznań – niedogodność lub przeszkoda. Nie zmienia to jednak faktu, że psychologia poznawcza to nie tylko teoria, to samo życie. Potrzeba tylko jednego – pracy nad sobą. I to właśnie podkreśla Nick, mówiąc – Jeśli widziałeś jedno z moich wystąpień w Internecie, wiedz, że radość promieniująca z tych filmów to efekt długiej podróży, którą odbyłem. Nie od razu miałem wszystko, czego potrzebowałem – kilku ważnych rzeczy musiałem nauczyć się po drodze.
I do tej wspólnej drogi poprzez książkę zachęca każdego – Możemy razem przezwyciężyć nasze ograniczenia i przeżyć niesamowitą przygodę! Co Ty na to? Spróbujemy?
Od siebie dodam – warto dać się namówić i warto przyjść na spotkanie z tym mega pozytywnie nakręconym człowiekiem 30 kwietnia organizowane w Poznaniu!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi: