Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Duchowe życie psów – Andrew Root

19 maja 2019

Duchowe życie psów – Andrew Root

Przełożyła Urszula Gardner

Wydawnictwo Kobiece , 2019 , 188 stron

Literatura amerykańska

   Wzruszyłam się!

   Pierwsza scena pokazująca odejście wieloletniego przyjaciela rodziny Rootów, czarnego labradora Kirby’ego, rozdarła mi serce. Szczególnie zachowanie Owena, syna autora, który pozostał przy psie z nosem przytkniętym do nosa przyjaciela i wpatrzonym w jego oczy, do ostatniego oddechu zwierzaka, by w chwili odejścia uczynić nad nim znak krzyża. Ten liturgiczny gest dziecka bardzo głęboko zapadł w serce i umysł autora. Pamięć o niej nie dawała spokoju przede wszystkim protestanckiemu teologowi chrześcijaństwa, jakim był z zawodu. Zwłaszcza że większość swojej kariery poświęcił na próbę przeniknięcia duchowości dzieci i młodzieży. Postanowił na chwilę porzucić prace nad publikacjami poważnymi i odpowiedzieć na jedno „niepoważne”, ale stale nurtujące go pytanie.

   Czy psy posiadają duszę?

   W publikacjach naukowych dotarł do jednego zdania sformułowanego przez zoologa i laureata Nagrody Nobla Konrada Lorenza – Cały urok psa (…) polega na głębi jego przyjaźni i sile więzi duchowych, które łączą go z człowiekiem. Autor szybko zdał sobie sprawę, że ta luźna uwaga na temat duchowych więzi między psem a człowiekiem, zupełnie niezgłębiona i nieuargumentowana, ale potwierdzająca jego hipotezę, miała wielu przeciwników. Filozof Kartezjusz, behawiorysta Burrhus Skinner, fizjolog Iwan Pawłow, włącznie z przełożonym autora, szefem katedry luterańskiego seminarium, jednogłośnie twierdzili – pies to napędzana żarciem żywa maszyna, kształtowana przez bodźce i reakcje. Z pomocą w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o duchowość psów przyszli mu współcześni badacze zwierząt, którzy zaczęli rozwijać etologię poznawczą. Powołując się na najnowsze wyniki ich badań, omówił psie pragnienie przebywania blisko człowieka. Opisał „zdumiewającą i szczególną zdolność psa do odczytywania intencji człowieka poprzez obserwację mimiki i gestów. Poruszył kwestie składowych relacji – empatii i dobroci, więzi i zabawy. Pokazał, że pies i człowiek są zarówno stroną dającą, jak i biorącą. Udowodnił, że psia obecność ma właściwości terapeutyczne dla człowieka. Prześledził również proces powstawania silnej więzi łączącej dwa gatunki – psa i człowieka.

   Wszystko przeniknięte osobistymi refleksjami wspomnieniowymi o Kirbym.

   Idąc tym tropem można tę teorię rozszerzyć na rośliny, bo wszak Sokrates również rzucił luźną uwagę, że duszę posiadają także i one. Z drugiej strony był czas, kiedy odmawiano jej kobietom. Nie potrafię zająć jednego, zdecydowanego stanowiska, pozostając sceptyczną i czekając na dalszy rozwój nauki, w której głos autora jest ważny. Mnie zainteresowała w tych rozważaniach inna kwestia.

   Istota dobra.

   Ta wartość, która stanowi podstawę narodzin miłości i więzi również międzygatunkowej. Przytaczane eksperymenty były dla mnie tylko potwierdzeniem teorii o niepodważalnej sile szerzenia miłości poprzez dobro właśnie, którego konieczność okazywania podkreślana jest jednogłośnie we wszystkich religiach. Może zamiast górnolotnego „kochaj bliźniego, jak siebie samego”, wystarczy mówić – bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy?

   Dużo łatwiejsze do zrealizowania na początek drogi ku miłości przez ułomną naturę człowieczą.        

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Internet jest pełen filmów pokazujących więź psa z człowiekiem.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: , , ,

Włam się do mózgu – Radek Kotarski

18 maja 2019

Włam się do mózgu – Radek Kotarski

Wydawnictwo Altenberg , 2019 , 302 strony

Literatura polska

   Książka obnażająca, dołująca i inspirująca!

W efekcie wylewająca kubeł zimnej wody tak, jak uczynił to autor na zdjęciu poprzedzającym wstęp.

   Obnażająca przede wszystkim nieefektywność, nieskuteczność i przestarzałość polskiego systemu edukacji. Używając metafory autora, proces nauczania w polskiej szkole przypomina naukę jazdy na rowerze. Nauczyciel wyposażony w metody nauczania stara się przekazać uczniowi wiedzę, jak pedałować najefektywniej, by dojechać do celu. Uczeń stara się tę wiedzę przyswoić i chociaż nauczył się szybko i sprawnie pedałować, do wyznaczonego celu jazdy jednak nie dojeżdża. Obaj zrażeni brakiem rezultatu i obwiniani za brak sukcesu, uczeń zniechęca się, a nauczyciel wypala zawodowo. Nikt nie widzi, że obaj trenują na rowerze stacjonarnym!

   To ten element efektywnego nauczania, a raczej jego brak, obnaża autor.

   Pod rowerem stacjonarnym kryje się nieobecność metodyki pracy umysłowej w nauczaniu czyli metod uczenia się, jak się uczyć, żeby się nauczyć. Bez nich rower stacjonarny nigdy nie ruszy z miejsca, mimo że mamy wrażenie, że uczeń potrafi jechać na rowerze. Wniosek jest przygnębiający – dopóki będziemy tkwili w pruskim modelu szkoły, a tkwimy w nim od 200 lat, dopóty nauczanie będzie pracą syzyfową.

   Jest jednak nadzieja!

   Autor w inspirujący sposób postanowił uświadomić Polaków, że można to zmienić, nie czekając na odgórne decyzje systemowe w nauczaniu formalnym. Skoro zmian nie dokonują decydenci, to można dokonać tego samemu. Postanowił wypróbować znane sposoby uczenia się na sobie w dwóch cyklach nauczania teoretycznego i praktycznego. W tym celu wylosował spośród 24 języków obcych jeden do nauczenia się w 6 miesięcy (padło na szwedzki) oraz wybrał do zdobycia tytuł certyfikowanego piwnego sędziego i profesjonalnego cervesario czyli eksperta w zakresie degustacji piwa.

   Z pełnym sukcesem!

   Jak tego dokonał, opowiedział podczas omawiania 13 metod skutecznego uczenia się. W sposób zabawny, lekki, pełny metafor i z ogromnym poczuciem humoru, mimo przekazywania poważnych treści popartych naukowo z przytaczanymi eksperymentami z zakresu psychologii, których źródła umieścił w obszernej bibliografii. Każdy rozdział ilustrował zdjęciami, wykresami, tabelkami i rysunkami

z wyróżnianym na żółto tekstem poszerzającym w roli przypisu.

Każdy zakończony niebieskim podsumowaniem.

   W ten sposób książkę uczynił przystępną dla każdego bez względu na wiek, kto, tak, jak autor, zmęczył się natłokiem informacji, a mechaniczne powtarzanie i pamięciowe wkuwanie, przynosiły mierne i krótkotrwałe efekty. Przewodnik z wiedzą praktyczną i przetestowaną, którą można elastycznie dostosowywać do indywidualnych potrzeb i predyspozycji.

   A ja zastanawiam się, co zrobić, aby ta pozycja dotarła do profesorów z instytutów badawczych pedagogiki, którzy ignorują jeden z najważniejszych elementów nauczania? Autor posunął się dalej we wskazywaniu winnego zastoju w polskiej dydaktyce – „Zdecydowanie należałoby tu dodać jeszcze jednego winnego, bo jak rzucać kamieniami, to na całego. Nie można zapomnieć o politykach wszelkich narodowości i ugrupowań, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, jak ogromny wpływ na życie ludzi i całego państwa ma dobrze działający system edukacji”. W kontekście ostatnich strajków nauczycieli oscylujących głównie wokół pieniędzy, to rzeczowy głos w tej dyskusji patrzący dużo dalej i szerzej na katastrofalny stan systemu polskiej edukacji, w którym podwyżki pensji są tylko jednym z elementów koniecznej wręcz rewolucji.

   Póki co, nauczyciele niczego nie wywalczyli, a nam pozostało uczyć się samemu, nadrabiając braki formalnej edukacji z wykorzystaniem narzędzia, który właśnie wręczył nam do rąk autor.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzacymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

Warto obejrzeć jako podsumowanie i uzupełnienie treści książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe, Poradnik

Tagi: ,

Leningrad – Alexis Peri

24 marca 2019

Leningrad: dzienniki z oblężonego miasta – Alexis Peri
Przełożył Grzegorz Siwek
Wydawnictwo Znak Horyzont , 2019 , 446 stron +16 stron fotografii
Literatura amerykańska


Czytając te słowa, pojmiecie mój jakże głęboki niepokój o człowieka, ludzkość i humanizm.

Można było nie tylko zaniepokoić się, ale również zwątpić we wszystko, a zwłaszcza w sens życia tak, jak autor powyższych słów. Jeden z uczestników 29 miesięcy, 872 dni oblężenia Leningradu, które trwało od sierpnia 1941 roku do stycznia 1944 roku. Blokady śmiertelnej walki o życie, którą przegrało od 1,6 do 2 milionów jego mieszkańców. Jednego z najstraszliwszych wydarzeń w dziejach II wojny światowej, które zapisało się mrocznymi stronami dzienników oblężonych. Krytycznych, niepoprawnych politycznie i światopoglądowo dla władz ZSRR, które uczyniły z ich zapisków nieodpowiednie dokumentalne źródła pompatycznej historii oblężenia, propagowanej przez sowieckie władze w latach powojennych. Autorka, opierając się na 125 niepublikowanych diariuszach, przedstawiła blokadę taką, jaką widzieli i przeżywali jej uczestnicy. Daleką od kreowanej przez sowietów podkreślających, że to nienawiść do wroga, w połączeniu z patriotyzmem i poczuciem solidarności społecznej, dała leningradczykom siły, dzięki którym zwyciężyli. Za to bliższej prawdzie, odzwierciedlającej zupełnie inną historię, w której skrajne doświadczenia nie wzmacniały ich patriotyzmu i walki dla idei, lecz wywołały gwałtowną falę przemian, które doprowadziły do osobistych i intelektualnych kryzysów, a fizycznie – chorób i śmierci. A mimo to pisali je nawet wtedy, gdy sprawiało im to ból i odbierało resztki sił. Przeznaczali na to cenne zasoby – pieniądze, czas i energię – konieczne do zdobywania żywności i kontynuowali pisanie przez całe miesiące nieustannego głodowania i silnego nieprzyjacielskiego ostrzału. Były metodą tworzenia znaczenia w bezsensownym świecie, a tym samym zachowania subiektywizmu w obliczu jego katastrofy. Ich autorzy pochodzili z piętnastu dzielnic Leningradu, nie wiedząc o sobie nawzajem. Ich rozmieszczenie mogłam sprawdzić na dołączonej mapie wraz ze spisem nazwisk, miejsca nauki, zamieszkania lub zatrudnienia.

Prowadziły je zarówno kobiety, jak i mężczyźni, dziewczęta i chłopcy, studenci, uczniowie, jak jedenastoletni Dima,

robotnicy, artyści, nauczyciele, pielęgniarki, lekarze, artyści, literaci i działacze partyjni. Autorka, poddając je drobiazgowej analizie, nie odtwarzała historii samego oblężenia. Skupiała się przede wszystkim na przeżyciach, emocjach i osobistych interpretacjach otaczającej ich rzeczywistości. Układ tematyczny publikacji dostosowała do powtarzających się w nich zagadnień i najczęściej przewijających się myśli w treści większości dzienników. Pierwszym, najczęstszym tematem były sprawy osobiste, a dopiero potem problematyka szersza dotycząca społeczeństwa błokadników i polityki. Dlatego podzieliła swoją analizę na dwie, główne części. Pierwsza dotyczyła zapisów osobistych skupionych na własnej tożsamości – wyglądzie, cielesności, świadomości i rodzinie. Druga zawierała analizę przemyśleń i refleksji na temat upiorności miasta, jego dystroficznych mieszkańców, hierarchii społecznej i powszechnego głodu, który był głównym tematem wszystkich diariuszy i wyznacznikiem skali tragedii mieszkańców, z których 40% nie przeżyło blokady. Jeśli wydawało mi się, że wiem, co można jeść z głodu, bo przeczytałam na ten temat wiele wspomnień obozowych, wojennych i o Hołodomorze na Ukrainie z kanibalizmem włącznie, a nawet publikację poświęconą tylko kuchni wojennej – Okupacja od kuchni, to tutaj zabrakło mi wyobraźni. Nie potrafiłam przedstawić sobie, jak można jeść zupę z kleju czy „masło orzechowe” z farby olejnej? Jak bardzo trzeba być głodnym, by to coś zjeść? Nic dziwnego, że w Leningradzie pojawił się specyficzny dla tego miasta kanibalizm – „trupożerstwo” czyli zjadanie ludzkich zwłok oraz „ludożerstwo” czyli zabijaniem ludzi dla mięsa. Degradacja wartości, zmiana światopoglądu i osobowości, rozpad norm moralnych i społecznych, a tym samym więzi międzyludzkich wraz z kryzysem rodziny, gdzie największą wartością był chleb i opał, najmniejszą życie, a najtrudniejszą do spotkania współczucie, była tak duża, że najczęściej kanibalizm spotykano między bliskimi krewnymi. Często ofiarami padały najbardziej bezbronne dzieci. W tym kontekście kanibalizm symbolizował najbardziej skrajną formę upodlenia i wzajemnej nienawiści pośród ludzi, które zapanowały w domostwach w mieście zamkniętym w pierścieniu oblężenia.

Autorka przyjrzała się również specyficznemu językowi, który w warunkach blokady uległ zmianom znaczeniowym, by móc oddać ówczesne wypaczenie rzeczywistości, kiedy to „lekarstwem” było pożywienie, „wypis ze szpitala” często oznaczał śmierć pacjenta, a „klinika” pokrywała się znaczeniowo z „jadłodajnią” lub „kostnicą”. Wśród chorób pojawiły się nowe – dystrofia niedożywienia, dystrofia głodowa i dystrofia moralna, a jedynym pacjentem był „dystrofik”. Najbardziej zaskoczyła mnie w historii oblężenia postawa komunistów, którzy nie przestali agitować i dbać o prawomyślność mieszkańców, poprzez wprowadzanie nakazów (często absurdalnych, jak odgórny nakaz zmniejszenia ilości zgonów), zakazów, eufemizmów językowych, a nawet plakatów widocznych na zdjęciach miasta. Specyfika oblężenia, która polegała na nalotach, ostrzale i trwaniu Niemców wokół Leningradu bez wchodzenia do miasta, powodowała, że dzieci wyobrażały sobie wroga dokładnie tak, jak był przedstawiany w plakatowej propagandzie – jako potworów.

Najbardziej wstrząsnął mną pamiętnik, a właściwie jego jedna strona z datami, które były jednocześnie datami zgonów bliskich jego autorki.

Przeżyłam koszmar doświadczenia niszczącej działalności głodu wśród ludzi w specyficznym „laboratorium”, jakim był ówcześnie Leningrad, bardzo szczegółowo opracowany przez autorkę z punktu widzenia historii, psychologii i socjologii. Chciałabym jednak przeczytać te dzienniki bez pośredników. Może kiedyś zostaną wydane w jednym tomie, by oddać bezpośrednio głos świadkom ówczesnych wydarzeń, którzy zdobyli się na tytaniczne wysiłki, nie tylko by przetrwać oblężenie, ale także zinterpretować sens swoich przeżyć – z myślą o sobie i całym społeczeństwie sowieckim.

Również o całej ludzkości ku przestrodze.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: , , ,

Kwantechizm – Andrzej Dragan

Kwantechizm: czyli klatka na ludzi – Andrzej Dragan
Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 280 stron
Literatura polska

To nie jest typowa książka popularno-naukowa. To jest zupa-śmietnik zawierająca moje prywatne i niezbyt ortodoksyjne spojrzenie na najciekawsze aspekty mechaniki kwantowej, teorii względności oraz współczesnej fizyki, którymi się zajmuję. Czasem jest smacznie, czego mi życzy autor na stronie tytułowej,

czasem pięknie, a czasem niebezpiecznie, ale zawsze nomen omen piekielnie przeciekawie, co ja jeszcze z tej zupy wyłowię i śmietnika wygrzebię. Wynika to z przyjętego przez autora podziału metod badawczych naszej rzeczywistości, którą nazywa klatką dla ludzi na wzór behawioralnej klatki Skinnera. Pierwsze z nich są metodami religijnymi opartymi na tezach trafiających w oczekiwania ludzi, gdzie dogmat, według Ludwiga Feuerbacha, to nic innego jak zakaz myślenia i polega ona na bezkrytycznym przyjmowaniu prawd objawionych, opisujących bez uzasadnienia, w jaki sposób konstruowana jest nasza rzeczywistość. Drugie są metodami naukowymi, które nakazują poddawać w wątpliwość wszystko, nawet te najbardziej prozaiczne i oczywiste oczywistości. Obserwować nie tylko człowieka w owej klatce, a przede wszystkim rozgryzać mechanizmy, w oparciu o które zbudowana jest nasza własna klatka Skinnera, dla niepoznaki nazywana „rzeczywistością”. Owoce tych pierwszych koją lęk ludzi przed nieznanym, zapewniając poczucie bezpieczeństwa kosztem wolności myślenia. Wyniki tych drugich dają wolność myślenia, ale zabierają poczucie bezpieczeństwa. Nieustanny człowieczy balans między wolnością a bezpieczeństwem wyznaczanym przez nasze wybory nie jest niczym nowym, bo wspominał o nim Zygmunt Bauman w zbiorze rozmów Miłość jest warta starania, ale w kontekście poglądów autora, wręcz rewolucją w myśleniu.

Autor wybrał naukę i jej metody.

Trzeba się mocno trzymać drabiny własnego, wypracowanego światopoglądu zarówno religijnego, jak i ateistycznego, opartego na podręcznikowej wiedzy czyli na kłamstwie wyssanym niemalże z mlekiem matki, jak twierdzi autor, by nie spaść, ponieważ autor metodycznie, po kolei usuwa z niej szczeble, pozostawiając człowieka w kwantowym zawieszeniu i udowadniając, że nie da się uprawiać myślenia z dala od mózgu. Wydaje się tobie, że znasz naturę czasu? Otóż nie! Bach! – nie ma szczebla. Wydaje się tobie, że znasz prawa rzeczywistości? Otóż nie ma ich! I bach! – brak drugiego szczebla. Wydaje się tobie, że można udowodniać naukowo? Bzdura! Kolejny szczebel usunięty. Wydaje się tobie, że znasz prawa fizyki – bach!, bach!, bach! Nie ma kolejnych szczebli. Wszystko się tylko wydaje, więc spadasz. Chociaż nie.

Właściwie unosisz się w kwantowej rzeczywistości.

Nie ma żadnych praw, dogmatów, zasad, norm, a zwłaszcza geometrii euklidesowej i innych kłamstw. Jest teoria względności , teoria kwantowa i ich implikacje oraz jedyna pewność, to brak tej pewności w odniesieniu do wszystkich znanych człowiekowi wyznaczników ocen i opisów otoczenia – czasu, przestrzeni, ruchu i procesów zachodzących w czasoprzestrzeni.

Istnieją tylko względność, nieprzewidywalność i prawdopodobieństwo.

Na pozór tworzące chaos wywołany pojawiającą się niepewnością, a za nią lękiem przed nieznanym. Ale jeśli z tej nieprzewidywalności i nieokreśloności stworzy sę pewnik, dogmat, aksjomat, zasadę czy normę, to świat stoi przed nami otworem. Nic, tylko eksplorować do bólu mózgu.

Dokładnie to robi autor!

Jak udowadnia, to nie boli. Będąc fizykiem-teoretykiem, należy do jednego promila populacji posiadającego receptę na ciągłe wątpienie i niebranie niczego sobie do serca.

Jego praca, jak sam mówi w powyższych Kultowych rozmowach z Tomaszem Raczkiem, polega na położeniu nóg na biurku, myśleniu, zapisywaniu kartek i wyrzucaniu ich do kosza. Ten ostatni jest tak samo ważnym narzędziem pracy, jak mózg, kartka i długopis. Laptopa nie polecam, bo idzie w koszty, a podobno myślenie ma nie kosztować. Dyplomatycznie rzecz ujmując, wydaje się to trochę niekonwencjonalne, a już na pewno niepowszechne.

Ale pamiętajmy – cały czas łamiemy schematy.

Jeśli jednak ktoś bardzo się upiera w domaganiu się dowodów na wysoką jakość efektywność i efektowności produktów tego myślenia, to jest nią nie tylko ta publikacja. Wydawałoby się, że jej treść, układ, potoczny i przystępny język, humor i mieszanie faktów naukowych z anegdotami z życia własnego podana w formie gawędy, może sprawiać wrażenie egalitarnej, by każdy, nawet nielubiący i nieznający fizyki, zrozumiał bez bólu głowy anihilację, dylatację czasu, czarne dziury i inne „tajemnicze” pojęcia zgodnie z zasadą autora – czego nie umiałbym wytłumaczyć własnej babci, tego po prostu nie rozumiem, a przy okazji poczuł lekkie trzęsienie ziemi podstaw swojego światopoglądu. Jednak tak dydaktycznie, przemyślnie i przemyślanie podana, by osiągnąć efekt zrozumienia, pokory, a nawet bardzo wskazanego niedowierzania, że z punktu widzenia teorii kwantowej jesteśmy tylko nagą małpą (tej z rozprawy o naturze ludzkiej Desmonda Johna Morrisa) w klatce na ludzi. To ten samodzielnie wysnuty wniosek jest najwartościowszy w tej publikacji. A w konsekwencji pokonanie lęku przed nieznanym na rzecz myślenia. To co mnie urzekło, oprócz inteligentnie podanej treści przypominające karmienie ostrym nożem, to jej odzwierciedlenie w grafice okładkowej. Właściwie mogę ją traktować jak esencjonalną prezentację. Każdy element jest celowy, symboliczny i kompatybilny z pozostałymi, tworząc harmonijny i logiczny przekaz o jej zawartości. Włącznie z „konfliktem” metod religii i nauki. Wykorzystanie symbolu sprzężenia hermitowskiego, który niewtajemniczonym kojarzy się tylko z krzyżem – to strzał w dziesiątkę!

To nie wszystko!

Autor nie tylko uważa, że…, ale również tak żyje. Realizuje kilka żyć równocześnie niczym nieprzewidywalny foton, odpowiadając sobie, kim byłby, gdyby nie był fizykiem. Byłby fotografem i robił doskonałe zdjęcia, o czym mówi w swoim wykładzie. Warto posłuchać, jak to robi i dlaczego tak mało, skoro jest w tym świetny.

Byłby również reżyserem i robił doskonałe filmy, z których ten poniżej hipnotyzuje mnie najbardziej, ale polecam obejrzeć wszystkie na stronie autora.

Jedno jest pewne – zawdzięcza to mechanice kwantowej i wolności myślenia. Można je przełożyć na pozostałe nauki. Jest tego nawet pewien, pisząc – Z praw mechaniki kwantowej można wyprowadzić własności chemiczne całej tablicy Mendelejewa. Z niej zaś wynika cała chemia. A z chemii – podobno nawet biologia. Również socjologia, o czym mówił wspomniany wcześniej Zygmunt Bauman. Od siebie dodam, że na pewno pedagogika, która ma od zawsze charakter probabilistyczny, bo nie można być pewnym osiągnięcia pożądanego efektu kształcenie. Może dlatego poglądy autora nie wstrząsnęły mną, ale zachwyciły.

Powiem więcej!

Utwierdziły mnie, że wspinam się po stabilnej drabinie opartej na metodach religijnych. Im bardziej autor szedł z pokorą w niepewność, nieprzewidywalność i prawdopodobieństwo, tym bardziej się odnajdywałam w tej rzeczywistości, obserwując daremne wysiłki autora (i wszystkich tęgich głów nauki) w dążeniu do pojęcia niepojętego. Dokładnie ten efekt stawiał pod ścianą ewolucjonistę Richarda Dawkinsa w Najwspanialszym widowisku świata i dokładnie do tej granicy dochodził autor, twierdząc, że poznanie klatki na ludzi przez nagą małpę nigdy nie skończy się, a ci którzy tak twierdzą (a byli tacy!) – mylą się.

I w tym punkcie, pod tą ścianą stoimy zgodnie i zgodni.

Chociaż z dwóch, różnych i bardzo odległych punktów widzenia. Autora można nienawidzić za bezczelność, arogancję, burzenie schematów, trzęsienie gruntu, zabieraniu drabiny w dążeniu do… i robienie przeciągów w klatce na ludzi.Tym autor daje radę, cytując Richarda Feynmana – Jak ci się nie podoba rzeczywistość, to sobie idź gdzie indziej. Można go też pokochać za szczerość i autentyczność, a w moim przypadku za inteligencję ostrą jak skalpel. Jedno jest pewne – nie można przejść obok jego osobowości, światopoglądu i twórczości obojętnie. Dlaczego tak się dzieje?

Bo każe nagiej małpie przestać żuć gumę arogancji i nieco zmarszczyć czoło.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2019 roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: , ,

Najwspanialsze widowisko świata – Richard Dawkins

21 marca 2019

Najwspanialsze widowisko świata: świadectwa ewolucji – Richard Dawkins
Przełożył Piotr J. Szwajcer
Wydawnictwo CiS , 2010 , 551 stron
Literatura angielska

Autor znany w Polsce z wielu publikacji popularnonaukowych, a przede wszystkim z „Boga urojonego”, napisał kolejną książkę, poświęconą tym razem ewolucjonizmowi, z czterech powodów.
Po pierwsze (i w pełni to rozumiem) dla uczczenia dwóch rocznic: 200 lat urodzin ojca ewolucjonizmu Karola Darwina oraz 150 lat ukazania się jego dzieła „O powstawaniu gatunków”.
Po drugie (tutaj jestem zaskoczona statystykami) w celu wypełnienia luki w wiedzy u niemal 40% Amerykanów i niewiele mniej Europejczyków (w Polsce 33%) przyjmujących, że my (a również całe życie na Ziemi) zostaliśmy stworzeni przez Boga z grubsza dziesięć tysięcy lat temu (…), a ludzie spacerowali sobie wśród dinozaurów. To nie żart. Jak podaje autor, w Ameryce istnieją muzea z osiodłanymi dinozaurami!
Po trzecie do walki z różnymi, konserwatywnymi ruchami religijnymi, chcącymi (to dla mnie szok) wyrzucić naukę o ewolucjonizmie ze szkolnych programów nauczania. Polska nie jest w tym odosobniona, o czym przeczytałam w artykule Element przypadku.
I po czwarte, i najważniejsze (a dla mnie najciekawsze i najniebezpieczniejsze dla mojego światopoglądu) dla ateistów by ich utwierdzić w swoich przekonaniach, dla czytelników wahających się lub poszukujących, by ich wyprowadzić z tego stanu i dla wierzących, by poważnie zachwiać ich światopoglądem. By, obrazowo rzecz ujmując, do człowieka szykującego się do skoku z parapetu wieżowca, głęboko wierzącego, że wyrosną mu skrzydła i pofrunie, powiedzieć, a przede wszystkim udowodnić mu, że spadnie zabijając się. Bo o tym jest ta książka i taki był też zamysł autora – o faktach empirycznych, świadectwach, dowodach ewolucji, które potwierdzają, że teoria ewolucji jest faktem, faktem równie niezaprzeczalnym, jak inne naukowe fakty.
A wszystko napisane przystępnym, wręcz przyjaznym stylem, bez nadmiernej naukowości językowej, ale z zachowaniem podstawowych pojęć oraz zjawisk i teorii, zawsze wyjaśnionymi i wytłumaczonymi przez autora lub tłumacza. Czułam, że autorowi zależy na zrozumieniu jego wywodów, a tym samym na mnie, czytelniku, odwołując się do mojej wiedzy z biologii, geografii, historii i chemii wyniesionej ze szkoły średniej. Ubarwionych fascynującymi przykładami z otaczającego mnie świata, ilustrowanych rysunkami i kolorowymi fotografiami, z odrobiną humoru, bezpośredniego zwracania się do mnie, dającymi złudzenie uczestnictwa w wykładach wielkiego pasjonata ewolucjonizmu, a których fragment można poczytać w artykule Piekielna drabina.
Treść tej książki nie tyle przekonała mnie do ewolucjonizmu, bo byłam go pewna również przed jej czytaniem (dała mi ją nauka w biologiczno-chemicznej klasie o rozszerzonym programie nauczania z biologii i chemii)), ile postawiła mnie przed dylematem żaby ze znanego kawału, rozdartej niemocą bycia jednocześnie w osobnych grupach: mądrych i pięknych. Boleśnie uświadomiła mi, że wbrew logice, jestem jednocześnie ewolucjonistką jak i kreacjonistką, nie posiadając żadnego wypracowanego punktu styczności między tymi wykluczającymi się poglądami! Jak mogłam przez tyle lat mojego życia być pewną, że świat ulega ewolucji od miliardów lat, a jednocześnie wierzyć, że Bóg stworzył go w kilka dni przed kilkunastoma tysiącami lat i nie widzieć tej rozbieżności?!
No jak?!?
Dałam sobie z tym radę po kilku dniach intensywnych poszukiwań (prawie wpadłam pod samochód w tym zamyśleniu), wykorzystując jedno bardzo szczere zdanie autora: Ta książka mówi o świadectwach ewolucji i dlatego od razu muszę przyznać, że nie dysponuję żadnymi świadectwami zdarzenia, które zapoczątkowały ewolucję na naszej planecie.
Koniec, kropka, a konkretnie ta poniżej, w środku (no, może kwadracik).

 

text

 

 

Na tym kołowym „drzewie ewolucji” Hillisa (zaglądając pod ten link ujrzałam go w formie tatuażu i nie tylko) zaznaczyłam w środku punkt (oj, nie byłby zadowolony autor z takiej profanacji jego drzewa), w którym kończy się logika naukowa, a zaczyna się wiara. Punkt styczności obu poglądów. Mogę powiedzieć, że weszłam na wspomniany wcześniej parapet wieżowca i pomyślałam: wiem, że skacząc w dół się zabiję (ewolucjonizm) i wierzę, że pofrunę (kreacjonizm), może niekoniecznie wyrosną mi skrzydła, ale wbrew prawom fizyki – po prostu lewitując! Przecież to „cud”, którego istnienie jest faktem! Udokumentowanym i udowodnionym!
Jak „przełożyć” to na punkt styczności?
Najlepiej ujął to współpracujący wcześniej z autorem teolog lord Harris: Dziś nie ma już nad czym „debatować”. Ewolucjonizm jest faktem i z chrześcijańskiej perspektywy jest jednym z najwspanialszych dzieł bożych.
I chciałoby się powtórzyć za Adamem Mickiewiczem: „czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko”, a zaraz potem za Williamem Szekspirem: „są dziwy w niebie i na ziemi, o których ani śniło się waszym filozofom”.
I tutaj pojawia się kolejne pytanie, a właściwie lawina pytań. Skoro ja, przeciętny czytelnik potrafiłam wypracować sobie kompromis miedzy dwoma skrajnymi i pozornie wykluczającymi się poglądami, to dlaczego nie potrafią tego dużo mądrzejsi i bardziej uczeni ode mnie? A może nie o kompromis im chodzi? Może go wręcz nie chcą? Dlaczego skrajnym kreacjonistom i historycznym negacjonistom zależy na wychowywaniu społeczeństwa w wiedzy z okresu średniowiecza? Czy łatwiej nim manipulować dla własnych celów?
Pozostawiam te pytania retorycznymi.
To ważna książka dla mnie, ale i dla wszystkich ludzi bez względu na wyznawany światopogląd, dla naszego dobra, dla pokojowego współistnienia.
Dla mnie, w moim topie pięciu najlepszych, czytanych w tym roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Ateusza portret własny – Andrzej Koraszewski

Ateusza portret własny – Andrzej Koraszewski
Wydawnictwo Racjonalista.pl , 2010 , 308 stron
Literatura polska

Jestem wierząca.
Dosyć nietypowe wyznanie, ale i książka, która trafiła przed moje oczy, taką się okazała. Zmylił mnie jej tytuł sugerujący starożytne imię. Okazało się, że nic z tych czasów. Ateusz to synonim słowa ateista. Uuuu, zawył we mnie instynkt samozachowawczy, znalazłam się w obozie przeciwnika. I co teraz!? Podważy moją wiarę w istnienia Boga? Wsączy jad zwątpienia? Zareagowałam tak, jak większość ludzi wierzących: lepiej nie zagłębić się na teren wroga, bo jeszcze przeciągnie na swoją stronę! Ale ponieważ mam już za sobą Najwspanialsze widowisko świata Richarda Dawkinsa, które nawet nie drasnęło mojego genu wiary, poszłam za wewnętrznym głosem: chcesz pokonać wroga, poznaj go!

 

 

 

Przyjrzałam się autorowi na tym zdjęciu (faktycznie łagodny i pogodny ateusz jak się określił w pierwszym tytułowym artykule), który obłaskawił mnie jednym zdaniem: Ta książka jest próbą odpowiedzi na pytanie, jak mój ateizm rzutuje na mój światopogląd. Jest dialogiem i zaproszeniem do dialogu.
Zaczęłam wiec powoli wręcz studiować poszczególne artykuły, węsząc nieufnie ewentualne pułapki, w których mój przewodnik poprowadził mnie przez świat widziany oczami ateisty. Zaczął od podstaw tłumacząc czym jest ateizm i ateista, obalił najczęściej spotykane uprzedzenia i mity, pokazał swój pryzmat patrzenia na politykę, gospodarkę, oświatę, religię, swój stosunek do demokracji i instytucji państwa, postawę wobec antysemityzmu i problemu islamu w świecie. Czytałam z rosnącym zaciekawieniem, nie czując absolutnie żadnego nacisku, forsowania poglądów na siłę czy wręcz agresywnych ataków na moje poglądy, cały czas prowadząc z autorem wewnętrzny dialog, nie zgadzając się lub przyznając mu rację połowiczną. Nigdy nie miałam takiego pióropusza w książce z papierowych znaczników. Nawet książka Richarda Dawkinsa miała ich tylko kilka.

 

 

 

Ale co najciekawsze, doczytawszy ostatni artykuł, ze zdziwieniem i zaskoczeniem odkryłam, że w dużej ( a może nawet w ogromnej) części tych poglądów zgadzałam się z autorem. Nie, nie! Nie stałam się ateistką, ale zrozumiałam jedno: nigdy wiara i ateizm nie będą posiadać wspólnego punktu styczności. To niemożliwe! A drugie, i chyba najważniejsze, że istnieje płaszczyzna, na której te dwa światopoglądy mogą obok siebie pokojowo współistnieć dla dobra kraju, świata i nas samych.
Tą płaszczyzną jest racjonalizm.
Zdrowy rozsądek, logiczne myślenie, rozum – narzędzia i umiejętności dostępne zarówno wierzącemu jak i ateiście. Pytanie tylko w jakim stopniu człowiek chce z tego korzystać? Nie potrzebuję argumentów autora z historii naszego państwa czy socjologii, żeby stwierdzić, że stopień ich wykorzystania był i jest niski. Wystarczy, że się rozejrzę dookoła siebie, tu i teraz. Jeśli pomyślę samodzielnie i nie zgodzę się na rządy Dyrektora Ojca Tadeusza Rydzyka, nie poprę poglądów prałata Henryka Jankowskiego, nie pochwalę postępowania arcybiskupa Juliusza Paetza, potępię antysemityzm. Czy to ateizm? Nie, to racjonalizm, bo można być wierzącym racjonalistą. Ba! Byłam nim cały czas, tyle że tego tak nie nazywałam.
No i teraz mi wstyd, że rzuciłam się na tę książkę z taką agresją i butą. Zupełnie niepotrzebnie. Tolerancja, współistnienie, dialog na płaszczyźnie racjonalizmu – to jej przesłanie.
Więcej niebezpieczeństw dostrzegam we własnym obozie. Jeszcze trochę, a wyginiemy śmiercią naturalną, wyeliminowani niechęcią do samodzielnego myślenia, oddając jego stery pseudoautorytetom.
Nie potrzeba do tego żadnego ateisty.

 

Większość artykułów zawartych w książce można przeczytać w portalu

Racjonalista.

 

Książkę otrzymałam od portalu Czytadełko.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Blizny po ewolucji – Elaine Morgan

Blizny po ewolucji: co nasze ciała mówią nam o pochodzeniu człowieka – Elaine Morgan
Przekład Małgorzata Danicka-Kosut
Wydawnictwo Anadiomene , 2010 , 210 stron
Literatura angielska

Z dowodem na niedoskonałość natury spotkałam się po raz pierwszy w szkole podstawowej, gdy nauczycielka biologii nie potrafiła wytłumaczyć celowości istnienia wyrostka robaczkowego, sprawiającego organizmowi właściwie tylko kłopot, a czasami wręcz stwarzającego sytuację zagrożenia życia. A potem, o nie do końca idealnych czy wręcz chybionych rozwiązaniach ewolucyjnych, wspomniał Richard Dawkins w swojej książce Najwspanialsze widowisko świata. Kiedy więc zobaczyłam ten tytuł wiedziałam, że trafiłam na rozwinięcie tylko zarysowanego przez niego zagadnienia. Nie spodziewałam się jednak, że otrzymam do rozważań (i tu miłe zaskoczenie) dużo więcej niż chciałam.
Autorka bowiem nie ograniczyła się tylko do wymienienia niedoskonałości jakie poczyniła ewolucja w ludzkim organizmie, pozwalające mi na zawieszenie sobie na szyi tabliczkę z napisem: „Organizm ludzki w przebudowie. Przepraszamy za niedogodności”, ale podała również przyczynę tego permanentnego remontu.
A wszystko dlatego, że na etapie ewolucji, kiedy antropoidalni przodkowie człowieka oddzielili się od małp w drodze do człowieczeństwa, przeszli przez etap wodny. Mokre, podmokłe, zalewowe środowisko, w którym musieli żyć, wymusiło przystosowanie się ich organizmów do narzuconych warunków. To wtedy wykształciły się wyjątkowe, swoiste i charakterystyczne tylko dla człowieka cechy takie jak: dwunożność, nagość (szczątkowe owłosienie ciała), podskórna warstwa tłuszczu, łzy, gruczoły łojowe, opuszczona krtań z możliwością wstrzymywania oddechu (możliwość mowy) i wiele innych, które po opuszczeniu środowiska wodnego i ponownym życiu na suchym lądzie, okazały się nieść ze sobą również uciążliwości, jako wynik nieprzystosowania do ponownie zmienionych warunków egzystencji. 20% wszystkich chorób, na jakie cierpi ludzkość i typowe tylko dla człowieka, począwszy od żylaków kończyn i trądziku, poprzez przerost migdałków, śmierć łóżeczkową, poparzenia słoneczne, bezdech senny, problemy ginekologiczne i seksualne, łupież, przepuklinę pachwinową, na hemoroidach skończywszy, są tłumaczone teorią wodnej małpy nazywanej w skrócie AAT od Aquatic Ape Theory.
I tutaj musiałam się zatrzymać, bo była to dla mnie zaskakująca informacja. Nowa teoria, którą sama autorka nazywa, z przymrużeniem oka, heretyckim poglądem na ewolucję człowieka. Heretyckim głównie w opinii zwolenników teorii sawannowej, którzy do tej pory posiadali monopol na ten wycinek wiedzy, a o której i tylko tej uczyłam się w szkole średniej. Fascynującym było dla mnie to z jaką precyzyjną logiką i konsekwencją w rozumowaniu autorka przedstawiała fakty oraz trudne do podważenia argumenty i wynikające z nich wnioski, dodatkowo poparte szeroką wiedzą z różnych dziedzin nauki. Teoria sawannowa i jej kontrargumenty wydawały mi się w tym kontekście wręcz naiwne, wątpliwe, łatwe do obalenia i mocno naditerpretowane.
Ta książka uzmysłowiła mi coś jeszcze, a może przede wszystkim. Na polach nauk wyjaśniających pochodzenie człowieka trwa walka umysłów nie tylko między kreacjonistami i ewolucjonistami, ale również w samym obozie tych ostatnich. I to walka ostra, wręcz zażarta w wyścigu do odkrycia brakującego ogniwa między człowiekiem, a wspólnym przodkiem z małpami oraz drogi jaką przeszedł nasz „pradziad” ewoluując do człowieczeństwa.
Po której stronie jestem?
Gdy będę narzekać na ból kręgosłupa, odezwie się we mnie racjonalista i na pewno wspomnę etap wodny mojego przodka, który obdarzył mnie dziedzictwem wyjątkowo ludzkim, ale niestety wraz z dolegliwościami jako skutek transakcji wiązanej, również wyjątkowo uciążliwym.
Być człowiekiem brzmi dumnie, ale i zarazem męczeńsko.

 

 

Z informacji umieszczonych na skrzydełkach książki dowiedziałam się, że autorka nie jest naukowcem z wykształcenia, a stopień naukowy Doctor of Letters Uniwersytetu Glamorgan przyznano jej honorowo.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Herezja – Leszek Kołakowski

Herezja – Leszek Kołakowski
Wydawnictwo Znak , 2010 , 92 strony
Literatura polska

Edukowana na trzytomowej Historii filozofii Władysława Tatarkiewicza, wykłady telewizyjne Leszka Kołakowskiego odebrałam niemalże jak objawienie innego sposobu przekazywania skomplikowanej w odbiorze wiedzy filozoficznej. Na tyle przyjemnego, że potem przeczytałam te „Mini wykładu o maxi sprawach” jeszcze raz w formie książkowej. Traktowałam je jak bajki na dobranoc z zadatkiem do rozmyślań tuż przed snem. Kiedy więc zobaczyłam tę książkę, wiedziałam, że muszę do niej zajrzeć. Zwłaszcza, że zawarte w niej teksty są drukowanym zapisem 14 wykładów radiowych prowadzonych przez autora w polskiej rozgłośni radiowej Wolna Europa na przełomie lat 1982-1983. Odnalezione i nieznacznie zredagowane już po jego śmierci.
Ta monografia herezji, nie jest jednak, jak sam autor zastrzega w pierwszym tekście, jej historią, a rozważaniem nad jej zjawiskiem w całej ogólności, w czym historyczne wzmianki będą służyły jako ilustracje. Zaczyna więc od samego pojęcia herezji oraz pojęć jej podobnym – schizma lub pochodnym – apostazja, sekta, a także równoznacznym – rewizjonizm. To uporządkowanie pojęć niezbędne do dalszych rozważań uzmysłowiło mi ich dwuznaczność, dwoistość, płynność i względność w określaniu mianem herezji w zależności od tego, kto się nim posługuje. Dotychczas to pojęcie kojarzyło mi się ściśle z Kościołem rzymskim i jak przyznaje autor, jest on w tym przypadku uprzywilejowany, ale tylko historycznie. Jego funkcjonowanie w świadomości ludzkiej wybiega daleko poza te granice, mając swoje konsekwencje nie tylko w sferze religii, ale i w sferze świeckiej w zależności od ich sensu społecznego: politycznego, intelektualnego czy ludowego. To co mnie najbardziej zainteresowało, to ewolucja tolerancji Kościoła w kontekście herezji na przestrzeni dziejów. Od sporów myślicieli o przymus nawracania ludzi na wiarę chrześcijańską po współczesną ideę ekumenizmu.
A wszystko to przekazane w sposób jasny, logiczny, z charakterystycznym szykiem wyrazów, gdzie często czasownik kończył zdanie, myśl. Z pojęciami poszerzającymi moją wiedzę (jak ja to lubię!), które mobilizowały mnie do zajrzenia do słownika (szybolet, konwektyl), do dalszych poszukiwań. Nie przeszkadzały mi nawet łacińskie wtrącenia, mimo że nie znam łaciny. Czułam, że autor mając świadomość i chęć dotarcia do jak najszerszej grupy ludzi, dbał o podanie ich polskich, równoznacznych znaczeń lub zrozumiały kontekst zagadnienia.
To książka wielokrotnego użytku, z ponadczasową treścią. Nadal do niej zaglądam. Czytam urywkami, czasami wybiórczo, tradycyjnie tuż przed snem, podziwiając piękno umysłu autora, który potrafił w tak syntetyczny sposób wyłuskać z ogromu nie tylko myśli filozoficznej, ale i historycznej wiedzę podporządkowaną jednemu zagadnieniu, unikając przy tym subiektywizmu, a tym samym czyniąc książkę przystępną każdemu. Bez względu na preferowaną ideologię. Po to tylko, aby zakończyć zdaniem jak przesłaniem, tak potrzebnym we współcześnie niespokojnych czasach ludzi wykorzystujących religię do własnych celów: wystarczy, aby własnej swojej pewności wiary nie używać jako uzasadnienie fanatyzmu i przemocy.
Tylko tyle i aż tyle.

 Tutaj wysłuchałam co o książce sądzi profesjonalista Zbigniew Mentzel.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: