Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Facebook Instagram YouTube Lubimy Czytać Pinterest

Mała Norymberga – Agnieszka Dobkiewicz

14 lutego 2021

Bardzo potrzebowałam tych informacji!

   Do tej chwili chodziło za mną pytanie, które nie dawało mi spokoju, odkąd zaczęłam czytać literaturę obozową, czyli od lat licealnych. Byłam przekonana, że przed sądem postawiono tylko najwyższych rangą nazistów odpowiedzialnych za Holocaust. Na pewno sprawił to znany proces w Norymberdze i brak powszechnej  informacji dla przeciętnego człowieka na temat odpowiedzialności karnej załóg obozów koncentracyjnych – wachmanów, żołnierzy SS czy kapo.

   Sugestywny tytuł tej pozycji natychmiast przyciągnął moją uwagę!

   To tutaj dowiedziałam się, że sprawiedliwość dosięgała prawie wszystkich. Że takich procesów w różnych regionach Polski było bardzo dużo. Że nie były one proste, nawet jeśli sędzią był były więzień obozu koncentracyjnego jak wspominany w książce Franciszek Korzeń. Moja wdzięczność dla autorki za to, że podjęła się tak trudnego i wymagającego mrówczej pracy tematu, co widać po załączonej bibliografii i wzmiankowaniach o technice, sposobach i metodach dochodzenia do prawdy, rosła we mnie ze strony na stronę. A zaczęło się od jednej notatki prasowej w Wiadomościach Świdnickich z 1946 roku informującej o postawieniu przed świdnickim sądem obozowego lekarza z największego lagru na Dolnym Śląsku – Gross-Rosen. Ta  niepozorna dla innych informacja obudziła w autorce dziennikarską ciekawość i pytanie, które ja zadawałam sobie przez lata – …co się stało z zatrzymanym i opisanym w niej mężczyzną? Za zaciekawieniem poszły działania – zaczęła sprawdzać jego losy w archiwach Muzeum Gross-Rosen i w Instytucie Pamięci Narodowej. Z wnikliwego śledztwa dziennikarskiego i pasji historycznej odkrywania dziejów własnego regionu oraz miasta Świdnicy powstała ta książka na temat świdnickich procesów sądowych, których w momencie pisania odkryła 55, a w momencie wydania pozycji było już ich około stu, o czym wspomina w poniższym wywiadzie.

   Autorce zależało na dotarciu z zapomnianą wiedzą do jak najszerszej grupy odbiorców, by wydobyć z niepamięci ważne i istotne fakty, o których mało kto wiedział lub nie wiedział nic. Tak jak ja. Zebrane informacje oparte na źródłach, jakimi były powojenna prasa oraz dokumenty sądowe z procesów, ubrała w formę reportażu śledczego. Nie chciała pokazywać tylko chłodnych statystyk i wiedzy encyklopedycznej. Pragnęła tę przerażającą metaforycznie ciszę i dosłownie wypełniającą obecnie obóz Gross-Rosen, zapełnić prawdziwymi ludźmi i opowiedzieć ich historie, bo to one pomogą zrozumieć, gdzie jesteśmy i jaka tragedia się tutaj wydarzyła. Niech z tej przerażającej ciszy dotrze do Was skarga tych, którzy tutaj zakończyli życie. I jeśli choć jedna z osób, które przeczytają tę książkę, przystanie na terenie byłego obozu, dosłyszy ten krzyk niewolonych i mordowanych ludzi, poczuje ten charakterystyczny zapach palonych ciał, zobaczy, jak w pasiakach piątkami niewolnicy noga za nogą idą w stronę kamieniołomu, bez pewności, czy jeszcze wrócą do obozu, będę miała poczucie, że ten reportaż był potrzebny.

   Był.

   Bardzo. Świadczą o tym liczne spotkania nie tylko z czytelnikami zorganizowane w ciągu roku od momentu premiery książki na rynku wydawniczym, ale również wykład autorki i dyskusja online o publikacji z zawodowymi historykami, którą obejrzałam w poniższym filmie.

W książce zrelacjonowała tylko (a może aż?) 11 procesów w świdnickim sądzie o wręcz sensacyjnym i kryminalnym, pełnym napięcia przebiegu od momentu oskarżenia w wyniku donosu, informacji lub rozpoznania kata przez ofiarę do zapadnięcia wyroku. Zilustrowała je archiwalnymi fotografiami, z których część można zobaczyć w poniższym filmie.

Same procesy uzupełniane cytatami z zeznań i wspomnień więźniów, bardzo przeżywałam, ponieważ wyrok nie zawsze orzekał winę, a czasami był nieadekwatny do popełnionych zbrodni, które trudno było udowodnić z wielu powodów. Skalę trudności z ustaleniem prawdy wyraźnie pokazała w ostatniej historii Ericha Günthera, od którego zaczęło się całe dochodzenie autorki, a który w ciągu kilku miesięcy z prowincjonalnego duńskiego lekarza zmienił się w lekarza obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, by następnie stać się więźniem, inżynierem i w końcu przyjacielem i obrońcą Polaków.

   Ostatecznie uniewinnionym!

   Nie jestem w stanie określić, co poczułam w tym momencie, tak wiele emocji kłębiło się we mnie. Ich temperaturę podnosiła dodatkowo teza postawiona przez autorkę, że być może był to nigdy nieujęty i nieosądzony sam Anioł Śmierci doktor Joseph Mengele.

   Absurd?

   Dokładnie! Takich surrealistycznych zdarzeń i sytuacji było w tym reportażu zgromadzonych dużo. To one najbardziej utwierdzały mnie w przekonaniu, że ten reportaż był wręcz konieczny. Również po to, by zasygnalizować zawodowym historykom kierunki badań, które do dzisiaj są białymi plamami w historii Polski i po to, by współsprawcy zbrodni nie stawali się ulubieńcami popkultury z powodu niepamięci tak, jak stało się z Manfredem von Richthofen, o którym więcej w książce. Jednak największym chichotem historii, jak autorka nazywała te absurdy, okazały się dzieje świdnickiego sądu, które budowały klamrę tego reportażu. Otwierał ją w 1929 roku zwycięski proces sądowy bojówkarzy NSDAP bronionych osobiście przez Adolfa Hitlera i adwokata Hansa Franka, a kończyły procesy sądowe nazistowskich zbrodniarzy, których partię po wojnie uznano za zbrodniczą, a przynależność do niej za przestępstwo. Niestety dużo wyroków skazujących zapadało właśnie z tego artykułu, a nie z powodu popełnionych zbrodni w obozach koncentracyjnych. Ich jedynym, niezmiennym świadkiem od czasów przedwojnia, pozostający w niezmienionej formie do dzisiaj, był sądowy sufit pokryty regularnymi… swastykami (sic!). To pod nimi wybrzmiał dialog między sędzią a Adolfem Hitlerem, który jest przykładem ciekawostki, jakich wiele odkrywała autorka, a który przytoczę w całości, ponieważ rozłożył mnie na łopatki.

Sędzia spytał go: »Zawód świadka? «

Hitler odpowiedział: »Działacz polityczny.«

Sędzia: »Pytam o zawód wyuczony .«

Hitler: »Artysta malarz «.

Sędzia: »Gdzie świadek ukończył studia malarskie? «

Hitler: »O ile sobie przypominam, żaden z prawdziwych artystów nie zniekształcał talentu studiami…«

   Do zniekształcania świata według własnej wizji również nie potrzebował zawodu i wykształcenia.

   Wystarczył mu „talent”.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2021 roku.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Mała Norymberga – Agnieszka Dobkiewicz, Wydawnictwo Znak Horyzont, 2020, 416 stron, literatura polska.

Zwiastun książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Fakty reportaż wywiad, Historia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *