Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Dom Lalek – KA-TZETNIK 135633

18 stycznia 2020

Dom Lalek – KA-TZETNIK 135633

Przełożył Andrzej Horodeński

Wydawnictwo Orbita , 1992 , 288 stron

Literatura izraelska

   …nierealności życia nie da się ująć w słowa.

   Do takiego wniosku doszedł Harry, kiedy znalazł się w rzeczywistości nie do uwierzenia, nie do pojęcia i nie do opisania. Do fantasmagorii, jaką zgotowali mu niemieccy naziści w 1939 roku w getcie, w którym wszyscy stali się równi wiekiem. W którym nie istniały dzieci tylko podobni do siebie duzi Żydzi i mali Żydzi, a ofertą sezonu był cyjanek potasu. Tylko on potrafił zdjąć z człowieka strach, przywrócić równy oddech poczucia bezpieczeństwa i dać siłę do dalszego życia. W tym labiryncie śmierci próbował przetrwać główny bohater Harry Preleśnik i jego czternastoletnia siostra Daniela. Rozdzieleni przez brutalne okoliczności ostatecznie oboje trafili do obozu koncentracyjnego, w którym spotkali się w szokujących dla obojga warunkach. To wtedy do rąk Harry’ego trafił dziennik pisany przez Danielę, w którym opisała swój koszmar pobytu w obozie, a potem w domu publicznym dla niemieckich żołnierzy. W tytułowym Domu Lalek. Na jego podstawie i własnych doświadczeniach Harry napisał dwugłosową opowieść o świecie tak realnym, że aż nierzeczywistym. W którym fatamorgana mieszała się z jawą. W którym wszystko było snem śnionym w pełnej świadomości otoczenia. Sennym koszmarem nie bardziej mrocznym niż obraz dnia po przebudzeniu. W którym nawet śmierć maluje iluzje, jak mróz kwiaty na szybach okien.

   Byłam zaskoczona sposobem przekazu!

   Przyzwyczajona do wspomnień więźniów oddających szczegółowo i z pedantyczną dokładnością szczegóły obozowej rzeczywistości, świadków odtwarzających przeżyte realia, obserwatorów oddających z detalami przeżyty koszmar, nie spodziewałam się wykorzystania, i to tuż po wojnie (premiera książki miała miejsce w 1956 roku), formy, którą uznawałam za najmniej adekwatną do treści i jej wagi przekazu.

Autor Yehiel De-Nur, urodzony w Sosnowcu jako Yehiel  Feiner, ukrywający swoją tożsamość pod pseudonimem KA-TZETNIK 135633 (to jego osobisty numer więźnia obozu koncentracyjnego), ujawniając się dopiero podczas procesu Adolfa Eichmanna w 1961 roku, doszedł do wniosku, że koszmar osobistych przeżyć może oddać tylko za pomocą absurdu, bo w pełnym absurdzie, czyli w prawdziwej rzeczywistości, wszystko jest możliwe – dzięki szaleństwu. Obłędowi tak przerażającemu, że aż nie do uwierzenia.

   Nadał swojej opowieści również wymiar uniwersalny.

   Operował pojęciami uogólniającymi rzeczy, zjawiska, funkcje, procesy i zależności obozowego piekła. Będąc więźniem w Auschwitz, w opowieści miejscu kaźni nadał nazwę fikcyjną, sugerując dowolność położenia geograficznego w Europie oraz istnienie sieci takich lagrów. Znane pojęcia tworzące wewnętrzny język obozowy, zastąpił adekwatnymi neologizmami i wyrażeniami, narzucając wrażenie czytania powieści fantastycznej. Nawet bohaterowie przyjmowali bezimienne nazwy. Dzięki tym zabiegom można było pod treść podpiąć każdy obóz koncentracyjny i każdy los więźnia. Dodatkowo tę nierealność i groteskę podkreślały zdania dalekie od realizmu. Bliższe upiornej urodzie, w których mieszały się zachwyt nad pięknem metafory z horrorem zawartości i brzemieniem ciężaru zbrodni przeciwko ludzkości. Ich wymowa trafiała nie do rozumu jako informacja, a prosto do serca jako uczucie, wzbudzając skrajne emocje takimi zdaniami – O piątej wieczorem smutek getta znowu zniknie za bramami domów. Schorowany i ponury stłoczy się w czterech ścianach, pochyli nad człowiekiem i poda mu wyszczerbioną filiżankę goryczy do ust. Jeśli w takich momentach narracji nie mogłam pojąć rozumem informacji, czym był wieczór w getcie, to na pewno chłonęłam emocjami grozę jego atmosfery, w której tylko śmierć miała prawo pukać do bramy i nigdy nie wiadomo z góry, po czyją duszę przyszła tym razem.

   Tę książkę powinno czytać się z dużym bagażem wiedzy na temat Holokaustu.

   Żeby nie zakochać się w pięknie przekazu, zapominając czemu miał on służyć. Utonąć w oniryzmie narracji, zamiast odkodowywać w metaforach fakty. Ugrząźć w emocjach, nie mając siły na analizę przesłania. Chociaż może autorowi dokładnie o to chodziło – trafić do serca, a potem do umysłu. Nic dziwnego, że tak silne przesłanie emocjonalne uczyniło książkę bestsellerem przetłumaczonym na kilkanaście języków, a opinie na tylnej okładce książki uważam za w pełni uzasadnione.

   Odklejona rzeczywistość, ale jakże mocno zakotwiczona w prawdzie.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

   Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2020 roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Blask – Marek Stelar

12 stycznia 2020

Blask – Marek Stelar

Wydawnictwo Videograf , 2019 , 400 stron

Literatura polska

   Tylu ludzi zginęło za coś, czego nikt tak w zasadzie nie widział na własne oczy. Coś nieprawdopodobnego…

   Chociaż nie do końca zgodziłabym się z tą niewidocznością. Aurę skarbu von Kaminskiego, mieszkańca przedwojennego Szczecina słynącego z kolekcji drogich kamieni, trudno było przyćmić, ukryć czy zgasić. Po wojnie wielu chciało go odnaleźć i przejąć. Począwszy od władz PRL po zwykłych ludzi. Tu i ówdzie zamigotał na krótką chwilę, na mgnienie oka, w okruchu informacji, w chciwości ludzkiej. Zaiskrzył w fasetach sporego brylantu w zaciśniętej, martwej dłoni żydowskiego chłopca. Jawił się w sprawdzonej informacji przekazywanej z ojca na syna. Mamił słowami świadka dobrze znającego rodzinę von Kaminskich. Każdy, kto zainteresował się nim, omotany wizją bogatej przyszłości, robił wszystko, by go odnaleźć. Wszystko, by wejść w jego posiadanie.

   Po trupach.

   Dosłownie. To dlatego akcja tego kryminału dzieje się w trzech, naprzemiennie opowiadanych, płaszczyznach czasowych, odzwierciedlających dzieje skarbu von Kaminskiego. Tuż po wojnie w 1946 roku, w latach komuny w 1978 roku i współcześnie w 2019 roku. Opowiadane przez bohaterów zaplątanych świadomie lub bez ich woli w bardzo skomplikowaną intrygę kryminalną, tworzyły obraz jednej rodziny: Krugłych i Prażmowskich. Ludzi spokrewnionych, których, poza więzami krwi, łączyły mroczne sekrety rodzinne wyłaniające się z czarnej otchłani przeszłości. Wiele wyjaśniających skomplikowane i naganne, wręcz patologiczne, postawy członków obu rodzin, mające wpływ na to, kim stało się najmłodsze pokolenie. A przy okazji, jaka przeszłość stoi za znaną postacią kryminalnego cyklu Krugły i Michalczyk, który powstały dużo wcześniej. To gratka dla fanów tego śledczego tandemu. To tutaj można dowiedzieć się, z jakimi obciążeniami Robert Krugły borykał się prywatnie.

   Autor stworzył kryminał z zagadką na miarę enigmatycznego „złotego pociągu” i Bursztynowej Komnaty. To skarb przyciągał moją uwagę. To na nim skupiałam się w trakcie poszukiwań sprawców kolejnych morderstw. To o nim myślałam, wsłuchując się w wyznania kolejnych bohaterów. To o niego pytałam, kiedy pojawiały się nic niewyjaśniające odpowiedzi. To jego chciałam ujrzeć w kolejno dynamicznie zawiązujących się wątkach. Autor omamił mnie nim tak, jak blask skarbu omamił wszystkich bohaterów zapętlonych w meandry jego historii. Ludzi, którzy gotowi byli podpalić stóg siana, by wyjąć z popiołów poszukiwaną „igłę”. Skupieni na jego aurze zapominali o dużo bardziej wartościowych „skarbach” życia codziennego. Oślepieni jego blaskiem przestali zauważać to, co najcenniejsze mieli tuż przed oczami.

   Drugiego człowieka.

   Autor w ostatnich słowach od siebie posunął się nawet dalej w tym przesłaniu, twierdząc, że właśnie takie nieistotne mity i miraże inicjowały coś tak potwornego, jak wojny, a w powieści, w życiu jej bohaterów, mnóstwo niszczącego, destrukcyjnego zła. To dlatego śmiało mogę powiedzieć, że w dużej mierze to również powieść społeczno-obyczajowa. Jej przesłanie jest ponadczasowe, bo przecież to miraż, który wiedzie na manowce nas nieustannie.

   Na naszą własną zgubę.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Blask [Marek Stelar]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autor o swojej książce i nie tylko.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Kryminał sensacja thriller

Tagi: ,

Anatomia zdrowia – Agnieszka Leszczyńska

5 stycznia 2020

Anatomia zdrowia: jak kompleksowo zadbać o ciało, umysł i duszę – Agnieszka Leszczyńska

Wydawnictwo Kobiece , 2019 , 224 strony

Literatura polska

   „…zdrowie; ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił…”

   Znamy, znamy bardzo dobrze ten fragment inwokacji z Pana Tadeusza Adama Mickiewicza. Dokładnie to nieszczęście przydarzyło się autorce tej publikacji. Dopadła ją choroba, która stała się impulsem do działania, do poszukiwań dróg wyjścia, a w konsekwencji do profilaktycznego podejścia do zdrowia  – W związku ze swoimi dolegliwościami, poznaniem oferty naszej służby zdrowia, oferowanym mi leczeniem wyłącznie objawowym i groźba operacji (która niosła spore ryzyko) zostałam zmuszona do zainteresowania się na poważnie terapiami naturalnymi. Znalazła też pozytywną stronę kilkutygodniowego unieruchomienia w łóżku – czas. Wykorzystała go, by podzielić się swoimi refleksjami, przemyśleniami, wnioskami, bogatą wiedzą i doświadczeniem w tej dosyć mocno skondensowanej treściowo publikacji.

   Można powiedzieć – kolejnej na polskim rynku wydawniczym.

   Ale, ale! Mnie zachęciło holistyczne brzmienie podtytułu – Jak kompleksowo zadbać o ciało, umysł i duszę. To komplementarne podejście do tematu zdrowia wymusiło podział treści na trzy główne rozdziały, które nazwała poziomami – ciała, umysłu i duszy. O tym, że jest zawodową naturopatką, dowiedziałam się ze wstępu. Swoją wiedzę teoretyczną, popartą zielarsko-rolniczymi tradycjami rodzinnymi, a także zdobytą w trakcie kilkunastoletnich poszukiwań poprzez edukację, od początku starała się integrować z działaniem. Dlatego obok teorii znalazłam tutaj mnóstwo sprawdzonych rad, ostrzeżeń, praktycznych wskazówek, a przede wszystkim przykładów i przepisów ilustrujących omawiane zagadnienia. Otrzymałam też mnóstwo linków do obszarów poszerzających temat, wśród których utonęłam w Internecie. Spośród wielu najbardziej zaciekawiło mnie pozyskiwanie jadalnych roślin z otoczenia promowane przez Łukasza Łuczaja.

Otworzenie przede mną ogromnych możliwości w poszukiwaniu własnych ścieżek do zdrowia, to zasługa przyjaznej, przychylnej, ciepłej i mądrej narracji autorki. W swoim przekazie niczego mi nie narzucała, ale podpowiadała, kładąc nacisk na mój indywidualizm i prawo do elastycznej postawy.

   Ogromną zaletą tego wydania była jego polskość.

   To tutaj, jak w żadnej zagranicznej pozycji, autorka wypunktowała nasze polskie przywary, nawyki, przyzwyczajenia, schematy na poziomie ciała i umysłu, a na poziomie ducha, jedną z największych przeszkód do samodzielnego poszerzania wiedzy, a zwłaszcza świadomości – religii. Kiedy czytałam we wstępie jej ostrzeżenie – Niektórym ta książka może wydać się nieco kontrowersyjna, heretycka, niepoparta badaniami naukowymi. Mogą ja uznać nawet za publikację z gatunku fantastyki. – myślałam, że chodzi o brak tej naukowości. Jednak szybko zorientowałam się, że również o krytykę nauk Kościoła katolickiego, który swoimi nakazami i zakazami uważa za grzech nawet rozwój osobisty, nie wspominając o duchowym. Obrywało się też rodzicom jako pierwszym sprawcom „zniewolenia” umysłów dzieci. Również nauczycielom i systemowi edukacji, pod czym akurat tutaj mogłam podpisać się nogami i rękoma, jako trybik machiny na co dzień obserwujący tak celnie wymienione bolączki polskiej szkoły. Także mediom i kilku innym destrukcyjnym czynnikom generowanym przez normy kulturowe. Trafnie zauważa, że na przeciwstawienie się im dla własnego dobra czyli zdrowia, potrzeba dużej odwagi i jeszcze większej uważności połączonej z ostrożnością. Bo jak pogodzić chęć uprawiania jogi z jej katolickim zakazem? Może dlatego większość odpuszcza i woli wcielać w życie myśl Sofoklesa – Ludzie nie umierają, tylko popełniają powolne samobójstwo.

   Autorka pokazuje, jak się temu przeciwstawić.

   Jak zawalczyć o siebie. Uczciwie jednak uprzedza, że droga  do zdrowia przeważnie nie jest ani jednokierunkowa, ani prosta. Często wymaga zmiany myślenia i nawyków, bywa też, że przewartościowania całego życia. Nie jest jednak przeciwniczką medycyny konwencjonalnej. Raczej zwolenniczką połączenia sił medycyny akademickiej z niekonwencjonalną w imię dobra pacjenta. Namawia do czerpania z obu tego, co w nich najwartościowsze, najcenniejsze i najkorzystniejsze dla zdrowia konkretnego czlowieka, którego największą tajemnicą jest profilaktyka.

   Dla każdego indywidualna.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Książkę wybrałam spośród nowości księgarni Tania Książka.

Anatomia zdrowia. Jak kompleksowo zadbać o ciało, umysł i duszę [Agnieszka Leszczyńska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Po takim wykładzie zastanawiam się, co jeść!?

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe, Poradnik

Tagi: ,

Czerwone noce – Henryk Cybulski

3 stycznia 2020

Czerwone noce – Henryk Cybulski

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej , 1977 , 396 stron , wydanie 4

Literatura polska

   Jest to pierwsza publikacja o powstaniu i przetrwaniu organizacji samoobrony ludności polskiej we wsi Przebraże na Wołyniu w latach 1943-1944.

   Autor wstępu Stanisław Wroński napisał to zdanie z myślą o pierwszym wydaniu, ponieważ w moje ręce trafiło czwarte z kolei. Narrator wspomnień był komendantem wsi Przebraże, w której urodził się i dorastał. Licząca przed wojną około 2 tysięcy społeczność, skupiła polską ludność z okolicy, tworząc twierdzę obronną, która jako jedyna przetrwała do czasu wkroczenia wojsk sowieckich.

Ponad 25 tysięcy ludzi koczujących pod gołym niebem lub w szałasach wymagała nie tylko ochrony, ale również wyżywienia i leczenia. Losy tej niezwykłej społeczności, która stworzyła własne wojsko (cztery kompanie) zależała nie tylko od samych przebrażan, ale również od współpracy z partyzantami Armii Krajowej i sowieckimi, a także od umiejętnej dyplomacji z niemieckim okupantem, który musiał uwierzyć, że są tylko i wyłącznie formacją obronną przed napadami Ukraińskiej Powstańczej Armii, daleką od kontaktów z formacjami polityczno-wojskowymi.

Ta niezwykła wieś tworzyła małe państewko polskości z własnym wymiarem sprawiedliwości, administracji i systemem obronnym z umocnieniami i zasiekami długości 20 kilometrów, wśród upowców, Niemców, schutzmanów czy wreszcie volksdeutschów, zdrajców i kolaborantów.

   Nie było łatwo.

   Największą trudność komendantowi sprawiali sami mieszkańcy, którzy łatwo poddawali się panice oraz ludzie przenikający do społeczności w roli szpiegów. Również ci, którzy wykorzystywali sytuację do własnych celów, by przy odrobinie sprytu, odwagi i ryzyka (…) się nieźle „urządzić”. Obrona przed wrogiem nie ograniczała się tylko do biernego czekania na ataki. Oddziały często robiły wypady zwiadowcze lub w celu przejęcia ludności polskiej z zagrożonych pogromem terenów Wołynia. Czasami odbijały zagrabiony inwentarz przez UPA, a także ochraniały pracujących chłopów podczas żniw.

   Stąd wiele w tych wspomnieniach scen bitew i walk.

   Bardzo plastycznie i logistycznie ukazanych wraz z mapką obrazującą szkic obrony Przebraża podczas generalnego szturmu bulbowców. Odbierałam te wspomnienia jako nie tyle piękną historię odwagi i poświęcenia, ale przede wszystkim desperację ludzi skazanych tylko na siebie. Ludzi zwykłych, w większości chłopów, często bardzo młodych, których śmierć tonęła w tej zawierusze jak kropla w morzu.

Być może to jedyne miejsce ich upamiętnienia wraz z ich fotografiami.

   Wiele w tych wspomnieniach również indywidualnych tragedii.

   Żydów kryjących się po lasach, przygarnianych do Przebraża. Ukraińców pomagających Polakom, o których komendant wspominał – Mieliśmy liczne dowody przyjaźni, pomocy i współczucia ze strony wielu Ukraińców, trzeźwo i po ludzku patrzących na toczące się wydarzenia. Znaliśmy całe wioski ukraińskie, zdecydowanie odcinające się od ruchu nacjonalistycznego. Mieliśmy wiele przykładów ratowania ludzi, całych rodzin polskich, przez rodziny ukraińskie, które później ginęły z rąk mściwych morderców. Również Żydówki Irenki ukrywanej przez komendanta we własnym domu, a potem wśród partyzantów AK. Uciekinierów z innych wsi, wśród których odnalazłam mieszkańców Huty Stepańskiej, o pogromie której czytałam w Krwawych żniwach Czesława Piotrowskiego. Także szpiega sowieckiego, który po zamordowaniu niemieckiego generała trafił do Przebraża jako punktu przerzutowego do partyzantów Armii Czerwonej. Czytałam jednak te wspomnienia z ogromną ostrożnością.

   Ze względu na silnie odczuwaną cenzurę.

   Sam wstęp Stanisława Wrońskiego wprowadzający do treści był bardzo jednostronny i przesiąknięty propagandą jedynej, prawdziwej historii kreowanej przez komunistów. Bardzo raziło obwinianie przedwojennego rządu polskiego i AK jako twórców nacjonalizmu ukraińskiego w takich sformułowaniach – Gdyby nie było w owym czasie programu i działań AK, zmierzających do ponownego wcielenia tych ziem do Polski, sama pamięć o ucisku narodowościowym i obszarniczym z okresu międzywojennego, nawet przy wysiłkach polityki hitlerowskiej, nie byłaby w stanie  wywołać tak masowych rzezi ludności polskiej, dokonywanych przez sfanatyzowany żywioł nacjonalistyczny, I ten język! Bardzo charakterystyczny dla ówcześnie powszechnie używanej nomenklatury, który obecnie brzmi kuriozalnie – państwowość ukraińska typu radzieckiego. Irytowało również podkreślanie roli partyzantki sowieckiej w pomocy samoobronie i nacisk na współpracę, braterstwo i przyjaźń poprzez wspólną walkę. Bardzo jestem ciekawa, co naprawdę czuł i myślał autor relacji, kiedy pisał według wytycznych płynących z góry. Poddaję w wątpliwość jego lojalnościowe zapewnienie – Nie łączyłem własnych przeżyć ze stosunkiem do Kraju Rad. Jeżeli miałem uprzedzenia, to nie do władzy, nie do ustroju, który nas, chłopów, mógł tylko dźwignąć w górę, lecz do konkretnych metod.

   Przecież  był więźniem łagrów i żołnierzem AK!

   Uciekinierem z dalekiej Syberii, który, na miarę Długiego marszu Sławomira Rawicza i Tak daleko jak nogi poniosą Josefa Martina Bauera, pokonał tysiące kilometrów w 8 tygodni do rodzinnej wsi, nie za wiele pisząc o tym okresie życia. Mogłam się tylko domyślać, co kryło się za tymi enigmatycznie podanymi faktami. Po powrocie długo ukrywającym się po wsiach i miasteczkach przed ponownym aresztowaniem. Ofiarą stalinowskich czystek, którym padł tylko dlatego, że był leśniczym. Czy po tych przeżyciach można było napisać, jako prawdę? – Nikt z nas nie orientował się jeszcze wtedy w istocie beriowszczyzny i jej symptomach. Nie wiedzieliśmy, że jej ofiarą padali również i radzieccy uczciwi ludzie.

   Jakże smutny kompromis.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , ,

Jak kochać dziecko – Janusz Korczak

1 stycznia 2020

Jak kochać dziecko – Janusz Korczak

Agencja Wydawnicza Jacek Santorski  & CO , brak roku wydania , 136 stron

Literatura polska

   Mój guru zawodowy.

   I nie tylko. Swoje poglądy na wychowanie dziecka zawarł w tym eseju pisanym na froncie I wojny światowej, w lazarecie polowym, wśród huku armat. W 116 króciutkich rozdzialikach, w których rozwijał jedną myśl, nakreślił chronologiczny obraz rozwoju dziecka z jego najbardziej charakterystycznymi cechami od narodzin do okresu dojrzewania. Od poczęcia dziecko jawiło mu się jako cud z własną iskrą, która może rozpalać ogniska szczęścia i prawdy. Oddał mu wręcz hołd wyrażony w pytaniach – O, ja całuję te dzieci wzrokiem, myślą, pytaniem: czym jesteście cudowna tajemnico, co niesiecie? Całuję wysiłkiem woli: czym mogę wam pomóc? Całuję je tak, jak astronom całuje gwiazdę, która była, jest, będzie. Ten pocałunek winien zajmować równe miejsce między ekstazą uczonego i korną modlitwą, ale nie dozna jego czaru, kto poszukując wolności zagubił w tłoku Boga.

   Do takiej też postawy namawiał dorosłych.

   Czynił ich odpowiedzialnymi we wspieraniu rozwoju dzieci, a swoją rolę ograniczał do budzenia w opiekunach czujności. Podsuwał zatem rady dotyczące podejścia do dziecka, jak indywidualizm, bo sądzić o dziecku z dwóch biegunowo różnych typów dzieci to na zasadzie właściwości wrzątku i lodu mówić o wodzie. Proponował metody wychowawcze, z których najważniejszą była obserwacja stosowana przez niego samego z powodzeniem. Podkreślał rolę rozumu, a nie gotowych recept podawanych przez naukę. Nie z książek, a z siebie – zatytułował ostatnią myśl eseju, bo nierozumną miłością można katować dzieci. Dlatego matki przede wszystkim należałoby wyposażyć nie w wykształcenie, ale rozum, bez którego dobrze dziecka nie wychowa. Jako lekarz z wykształcenia stworzył własną metodykę wychowania.

   Pedagogikę małego człowieka.

   Zaproponował zamienić zamierzenie dominującego i autorytatywnego dorosłego – Ja z ciebie zrobię człowieka. – na podejście wspierające – Czym być możesz człowiecze? Swoje poglądy budował samodzielnie, dochodząc do wniosków rozwijanych przez psychologię i pedagogikę w kolejnych latach. Zwłaszcza że miał świadomość ich niedostatecznego rozwoju, chociażby dotyczącego roli zabawy w kształtowaniu ról społecznych. Swoją teorię nazwał procesem tworzenia, zasłuchaniem się we własne nie ustalone, nie dowiedzione, nagle wyłaniające się myśli. Myśli, które do dzisiaj powielają inni, o czym czytałam w Jak przeżyć w szkole? Reinholda Millera. Nie spotkałam w tym eseju języka naukowego czy terminów, którymi posługują się psychologia, socjologia czy pedagogika, ale z punktu widzenia tych dziedzin można opisywane zjawiska i procesy naukowo nazwać. I co najważniejsze stały się dla mnie bazą, korzeniami, do których odwołuję się za każdym razem, gdy pogubię się w gąszczu nowych teorii (zwłaszcza tych niesprawdzonych jak niesławne wychowanie bezstresowe), poglądów czy nowinek w metodyce wychowania albo gdy początkujący nauczyciele pytają mnie o „receptę”.

   Zawsze odpowiadam – człowieczeństwo.

   Przede wszystkim człowiek, mały, niedojrzały, ale człowiek. To się nie zmienia, ewoluują jedynie metody jego wspierania w rozwoju. Biorąc pod uwagę współczesną rzeczywistość – to konieczność wynikająca ze zmieniających się warunków wychowania, wśród których technologia wiedzie prym. Jedynie to, ale baza pozostaje niezmienna.

   Esej autora nie wyczerpał tematu.

   Jak sam zauważył – Ostatnia myśli książki nie jest zakończeniem całości.Nie przypuszczał, że jego rozważania staną się dla współczesnych mi ludzi źródłem rozważań nad istotą powołania. Nad jego granicami, których nie wyznaczył sobie, idąc ze swoimi dziećmi do komory gazowej.

   Był z nimi do końca.

Po Sile empatii Helen Riess, która jest dla mnie zwieńczeniem jego eseju,, spuścizną jego myśli i pięknym kołem powrotu do źródła, wiem dlaczego, a po wspomnieniach autora Pamiętnik i inne pisma z getta wiem, co myślał i czuł przed wymarszem na Umschlagplatz w drodze do Treblinki.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Warto przypomnieć sobie sylwetkę człowieka, który całe swoje życie poświęcił dzieciom.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: ,