Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Przeżyłam Oświęcim – Krystyna Żywulska

30 grudnia 2019

Przeżyłam Oświęcim – Krystyna Żywulska

Wydawnictwo Książka i Wiedza , 1958 , 340 stron , wydanie 3

Literatura polska

   Uświadomiłam sobie rzeczowo: „Jestem w obozie. Tu jest Oświęcim. Vernichtungslager – stąd nie ma powrotu”.

   Po takim wniosku automatycznie przestawia się pryzmat patrzenia. Zmienia się ocena sytuacji, w której dialog między więźniarkami przestaje razić absurdem:

– No cóż, przecież nie na śmierć.

– Myślisz?… tak, nie na śmierć, ale na męczarnię, a to gorsze.

Tę przemianę autorka (właściwie Zofia Landau) ujęła w scenie tatuowania numeru – Od tej chwili przestałam być człowiekiem. Przestałam odczuwać, pamiętać. Umarła wolność, mama, przyjaciele, domy, drzewa. Nie miałam już nazwiska, adresu. Byłam Häftling nr 55908. I w tej minucie za każdym ukłuciem odpadał jakiś okres życia, a zaczynało się otępienie, w którym miałam żyć… jako numer. I jako numer rozpoczęła je w przeświadczeniu, że ono tu się musi skończyć, że to tylko sprawa kolejności. Wśród wszy, szczurów, chorób, głodu, sadystów, trupów, krematoryjnego dymu, tortur, bicia, powszechnej śmierci i z brakiem umiejętności płaczu. Jak sama napisała – Przyzwyczaiłam się do widoku paczek gnijących wśród setek głodnych, przyzwyczaiłam się do smrodu durchfalu, do łysych, świerzbowatych, nagich ludzi-zwierząt. Przyzwyczaiłam się nawet do szczurów, które zadomowiły się i stały się tak bezczelne, że właziły na trzecie piętro prycz i odgryzały trupom kawały ciała.

   A jednak!

   Gdzieś w głębi zachowała w sobie człowieczeństwo. Budziło się w niej w rzadkich sytuacjach, do których w obozie nie można było się przyzwyczaić. Które pojawiały się tak sporadycznie, że nie miały możliwości spowszednieć. Rozczulała ją zwykła ludzka dobroć. Dokładnie o tym również wspominali więźniowie łagrów w Niezarekwirowanych. Moralność spoza drutów objawiała się również w zderzeniu z absurdem – lekarz zabijający ludzi, karetka z Czerwonym Krzyżem uśmiercająca więźniów, kolejka żywych trupów do krematorium, seks w latrynie w obecności defekujących i w smrodzie kału oraz wiele, wiele innych.

   Autorka przeżyła jako jedna z ośmiu kobiet z transportu z Pawiaka liczącego 800 osób, który dotarł do Oświęcimia w sierpniu  1943 roku. Do stycznia 1945 roku przeszła taką samą drogę męki, jak pozostali – ciężka praca, choroby, by trafić do biura ewidencji więźniów. Tych przybywających i tych nanoszonych na listy śmierci. Charakter pracy w pobliżu krematorium umożliwił jej obserwację mechanizmu zagłady, który porównywała do dobrze prosperującego przedsiębiorstwa na masową skalę – Była to jakaś fantastycznie zorganizowana grabież wszystkiego, co mogło w jakikolwiek sposób przydać się do dźwigania potężnej machiny wojennej. Grabież złota, brylantów, odzieży, naczyń, obuwia, futer, walizek, grabież pracy ludzkiej do ostatniego tchu, grabież zębów, włosów, grabież całego ciała ludzkiego.

   Była bardzo dobrą obserwatorką.

   Swoje położenie traktowała, jako „szkołę”, w której nigdzie nie widzi się tak dobrze nagiego człowieka. Dosłownie i w przenośni. Widziała nie tylko nagie stosy trupów, ale również nagą duszę zarówno wśród Niemców, kapo, jak i więźniów. Od tych, co som z gówna zrobione poprzez złamanych chorobą psychiczną aż do tych nielicznych, dzielących się okruchem chleba. Zauważała wymowne, niemalże symboliczne szczegóły głęboko zapadające w pamięć – dziecko ssące palec trupa, śnieg do picia wygarniany spomiędzy nieboszczyków, nierealność zdjęcia z wolności czy zabawy w palenie Żydów przez cygańskie dzieci i… miłość.

   Tak, była miłość w obozie.

   Tak, jak I była miłość w getcie opisana przez Marka Edelmana. Autorka równiez ją dostrzegała wokół siebie, przejawianą w najróżniejszych konfiguracjach obozowej drabiny społecznej, zakazaną lub dozwoloną w obozowym burdelu. Czuła jej atmosferę naładowaną erotyzmem. Właśnie dlatego, że nie było wolno, właśnie dlatego, że wokoło panowała wszechwładnie śmierć, na przekór wszystkiemu, wbrew rozsądkowi, bez zastanowienia, bez przewidywań – ludzie padali sobie w ramiona, sprzęgali się ze sobą na krótką, króciutką chwilę, żeby zachłysnąć się życiem, żeby zaczerpnąć rozkoszy, póki jeszcze można, póki jeszcze trwają, bo za minutę może być za późno. Bo ci tam, tak blisko, już cuchną, już się dopalają.

   Wstrząsające?

   Autorka z góry założyła, że kto tego nie przeżył, nie zrozumie, tak jak nie odczuje naszej udręki mimo najwierniejszej relacji. A jednak następne pokolenia czytają. Próbują poznać, zrozumieć, przeanalizować skoro od pierwszego wydania w 1946 roku pojawiły się kolejne, systematycznie wznawiane, a w latach 1949-1965 ustanowiono ją lekturą szkolną. Współczesne wydania to wersje wolne od cenzury, wzbogacone zdjęciami. W moim księgozbiorze posiadam stareńkie i zaczytane wydanie trzecie z 1958 roku.

   Może ludzie nie pojmą mimo najszczerszych chęci, ale jedno jest pewne – docenią to, co posiadają. Nie rzeczy wielkie, ale te, o których pisała autorka – Szczęściem będzie dla ciebie fakt, że masz czyste ciało, szczęściem będzie, jeśli będziesz mogła się najeść, szczęściem będzie las, tramwaj, spacer w jakimś mieście. Te wspomnienia przywracają środek ciężkości życia we współczesnym świecie i w tym sensie są ponadczasowe.

   Jestem szczęściarą.

   Zdania pisane kursywa są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi: , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *