Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Warszawa Jarosława Iwaszkiewicza – Tomasz M. Lerski

6 października 2019

Warszawa Jarosława Iwaszkiewicza: portret miasta w zwierciadle literatury – Tomasz M. Lerski

Wydawnictwo Fabuła Fraza , 2019 , 472 strony

Literatura polska

   Warto posłuchać Jarosława Iwaszkiewicza.

   Celowo odniosłam się do słuchu, ponieważ pisze tak, jakby opowiadał. I nie mam tu na myśli jego prozy i poezji, ale wszelkiego rodzaju „marginalia”, jak sam nazwał swoje teksty pozaliterackie. Przekonałam się o tym, kiedy sięgnęłam po publikację Anny Król Spotkać Iwaszkiewicza: nie-biografia. We Wszystko jak chcesz tej samej autorki utonęłam w emocjach i estetyce ich podania. Dlatego bez wahania sięgnęłam po kolejne opracowanie oparte na źródłach.

   Tym razem poświęcone Warszawie.

   Wprawdzie podtytuł sugerował jej odbicie w „zwierciadle literatury”, ale w pojęciu autora opracowania szeroko pojętej. Rozumiał pod nim zarówno twórczość prozatorską i poetycką, która tworzyła osobny kadr spojrzenia zebraną w jednym rozdziale, jak i wszystko to, co spod pióra pisarza  w roli męża, kochanka, przyjaciela, ojca, podróżnika, odbiorcy i twórcy kultury oraz sekretarza marszałka Sejmu, wyszło w postaci dokumentów życia codziennego – wspomnień, dzienników, korespondencji, notatek i wspomnianych wcześniej „marginaliów”. To ostatnie określenie sugerowałoby ich mniejszą wartość i ważność.

   Nic bardziej mylnego.

   Były jak wino. Im dłużej upływał czas, tym większej nabierały mocy znaczenia i wartości historycznej. W czarodziejski sposób wydobywały sceny, szczegóły, komentarze, dialogi, pejzaże i chwile ulotne z gęstniejących mroków niepamięci, by nadać suchym faktom informacyjnym kolorytu i dynamiki niczym w kalejdoskopie.

   Wypełnić warszawskie ulice emocjami przeszłymi.

   Było ich mnóstwo. Właściwie cała topografia ścieżek pisarza była nimi przesycona. Od pierwszego przyjazdu w 1902 roku w wieku ośmiu lat i wspomnień dziecięcych, z których najpiękniejszym wydawały mi się wizyty w sklepie Wedla pełnym czekolad i wszelkiego autoramentu bombonier i pomad,  o których można posłuchać w słuchowisku Tomasza Lerskiego Warszawa Jarosława Iwaszkiewicza w reżyserii Dobrosławy Bałazy. Po kolejny przyjazd w 1918 roku, jako dość dziwne stworzenie, które wylądowało na Dworcu Wiedeńskim w Warszawie z małą paczką bielizny i z ogromnym kufrem, zawierającym książki, nuty, papiery i papierzyska. Aż do śmierci, pomimo późniejszego zamieszkania w Stawisku. Ulice miasta wypełniał przede wszystkim znanymi lub mniej znanymi budynkami, w których mieszkał, bywał, odwiedzał, jadł, pracował i udzielał się towarzysko.

Z których najczęściej przewijał się gmach Filharmonii Warszawskiej i jego trzydziestosiedmioletnia minihistoria powstania i działalności, której był świadkiem, korzystającym, a potem przemawiającym w jej powojennych murach. Teksty pisarza autor uzupełnił bogatym wyborem zdjęć opisywanych miejsc.

   A wszystko na tle ważnych wydarzeń historycznych Polski.

   Przede wszystkim powstania warszawskiego, likwidacji getta i powstania żydowskiego w nim czy bombardowania miasta obserwowanego ze Stawiska. Nie mniej emocjonalnie odbieranego niż przez tych, którzy bezradnie tkwili w sercu zagłady, wspominając  – nie wiem, co trudniejsze: czy być tam, na tych ulicach, wśród bomb, pocisków i walących się domów, czy być tutaj z daleka i wyobrażać sobie tylko owo piekło i śmierć miasta, najukochańszego ze wszystkich miast.

   Dla mnie to przede wszystkim Warszawa ludzi.

   Nazwisk znanych mi z literatury i szerzej – kultury, wśród których obracał się lub z którymi przyjaźnił się pisarz. Widzianych w jego uważnym spojrzeniu, a więc mocno subiektywnym. Z nieskrywaną sympatią i podziwem lub antypatią, ale zawsze przeciekawym i barwnym. Plejady osobistości przewijających się w osobnym rozdziale, ukazując ą mi ludzką twarz pomników ze spiżu. Z ich słabościami, lękami, poglądami, wadami i zaletami. Z ich uznaniem współczesnych za życia lub początkami krystalizujących się talentów, których wielkość prognozował Jarosław Iwaszkiewicz, a które przyszłe pokolenia zweryfikowały pozytywnie lub nie.

   Spacer po przeszłej Warszawie, wbrew intencjom pisarza, pomógł mi w zdjęciu ze stolicy kiru żałobnego przysłaniającego ten żywy pomnik męczeństwa i wszechobecnej śmierci z krwią na każdym kamieniu. Trudno o tym wiecznie myśleć, ale czasem wesoły chichot przerywa myśl: a może to tu? – dokładnie tak samo myślałam i w pierwszych przyjazdach do Warszawy towarzyszyło mi podobne uczucie – spaceru po cmentarzu. A przecież w pamięci Jarosława Iwaszkiewicza to również przedwojenny, cudowny Paryż Północy i powojenny, dużo brzydszy (nad czym bardzo ubolewał) socrealizm. Warszawa ukazana przez pisarza to ostatnia część tryptyku, jak nazwał swoje opracowania autor, na który składa się również Warszawa Marii Dąbrowskiej i Antoniego Słonimskiego.

   Dlaczego akurat oni?

   Na to pytanie znalazłam odpowiedź w przedmowie autora – bo, mamy do czynienia z notacją dokonaną przez naprawdę najwybitniejszych pisarzy swego pokolenia, ludzi wielkiego intelektu, potrafiących zrozumieć znacznie więcej z mechanizmów biegu dziejów, z sensu zaistniałych wypadków, czy dostrzec dalsze ich konsekwencje, już w perspektywie dziejowej. Dodatkowo Jarosław Iwaszkiewicz umiał bardziej niż oni generalizować, dawać wyważone opinie o istocie tego miasta, postawić trafną diagnozę sensu wydarzeń i postaw ludzkich.  Bardziej całościowo ująć naturę miasta i wynikające z niej konsekwencje, trafnie naszkicować typologię charakterów warszawiaków.

A dla mnie tak plastycznie, barwnie i dynamicznie oddanej, że spacerowałam po MOJEJ Warszawie lekko, ciekawie i przyjemnie w klimacie świata artystów, bez poczucia profanacji, że siedzę na miejscu czyjejś śmierci, ale z ogromnym szacunkiem dla jej przeszłości.

   Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi: , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *