Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Zmierzch i filozofia – William Irwin , Rebecca Housel , J. Jeremy Wisniewski

21 marca 2019

Zmierzch i filozofia: wampiry, wegetarianie i pogoń za nieśmiertelnością – opracowanie William Irwin , Rebecca Housel , J. Jeremy Wisniewski
Przełożyły Agnieszka Krzysztoń , Joanna Urban
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2009 , 288 stron
Literatura amerykańska

Kupiłam ją dawno temu, kiedy tylko pojawiła się w księgarniach i sprzeciwiając się odruchowi przeczytania jej jako pierwszej, od razu poddałam eksperymentowi. Chciałam najpierw poznać opinie mojej zaprzyjaźnionej młodzieży. Tej zaczytanej, porwanej, oczarowanej i omamionej przez cykl Zmierzch, bo tylko taka chciała ją czytać, ze względu na specyfikę tematyki i rodzaj odbiorcy. Napis na okładkowym skrzydełku wyraźnie informował:

 

 

Wśród chętnych do przeczytania – jeden chłopiec. Rzadkość! Krążyła wśród nich ponad rok, zaliczając, tak podejrzewam, okoliczne i sąsiadujące z nimi podwórka, bym, po powrocie do mnie, a przed podaniem jej dalej, mogła zadać jedno pytanie – I jak? Za każdym razem najpierw widziałam rybkę robioną z ust ściągniętych w dzióbek, która wędrowała powoli w stronę lewego lub prawego ucha, a potem słyszałam wysoki dźwięk styropianu przesuwanego po szkle. Za każdym razem! Jakby się zmówili! Oprócz tego jednego, zachwyconego książką chłopca, ale dlaczego, napiszę później. Widząc, że mają trudności w ujęciu słowami swojego rozczarowania, przyciskałam do muru, chcąc wydobyć chociaż jedno, konkretne zdanie oceniające, by usłyszeć ostatecznie, że nudna, że powtarzalna w treści. Trochę się zasępiłam i z ciekawością sięgającą zenitu, zajrzałam do książki osobiście.
I muszę przyznać, że ten zbiór esejów filozoficznych różnego autorstwa, nie jest łatwy w odbiorze dla nastolatków, którzy nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z filozofią jako nauką. Nie są to słowa krytyki szkolnych programów nauczania. Nie. Wręcz przeciwnie. Jestem daleka od postulowania wprowadzenia jej do nich. Wystarczy, że muszą obowiązkowo zdawać matematykę na maturze. Chociaż jedna z moich zaprzyjaźnionych nastolatek, uczennica liceum plastycznego, takiego przedmiotu uczy się, ale ona akurat sagi nie lubi i to jest trochę zastanawiające. Wynikający stąd brak podstawowej wiedzy na temat takich znaczących postaci jak Immanuel Kant, Jane-Paul Sartre, Martha Nissbaum, Laozi i wielu, wielu innych, na których światopoglądy powołują się autorzy, przy opisywaniu zagadnień wegetarianizmu, dobra i zła, wiecznego życia i młodości, duszy wampira i człowieka, osobowości bohaterów sagi sięgających chrześcijaństwa i taoizmu, by ostatecznie postawić pytanie o wyższość tych pierwszych nad pozostałymi istotami, mogło być dla nich niezrozumiałe, a przez to nudne i dające wrażenie powtarzalności.
Kolejnym rozczarowaniem mogła być krytyka (i tutaj przeciwnicy sagi się ucieszą) cyklu „Zmierzch”, a zwłaszcza kreowanego przez Stephenie Meyer wzoru bohaterki do naśladowania, mogącym się przyczynić do wzrostu statystyk przemocy domowej! Trochę mnie ten śmiały wniosek zaskoczył, ale musiałam się z nim zgodzić. Wyobraziłam sobie, tak jak mi autorka eseju nakazała, że czytam w gazecie taką informację:

 

„Osiemnastoletnia dziewczyna został zabita przez męża przy porodzie, którą wcześniej sekta pijąca krew, nazywana rodziną, poddała praniu mózgu. Mąż ofiary wcześniej ją śledził, podglądał i zakradał się do jej pokoju podczas snu. Jej ciało pokryte było sińcami i innymi śladami przemocy fizycznej, po miesiącu miodowym, podczas którego zaszła w ciążę. Niechcianą przez męża i nakłaniającego ją do aborcji. Sprzeciw dziewczyny wywołał w nim atak agresji, podczas którego wyrwał jej dziecko z brzucha, doprowadzając do krwotoku i śmierci.”

 

Tak przedstawione fakty, na których opiera się Zmierzch brzmią przerażająco, kiedy pomyślę, ile dziewczyn tego pragnie, widząc w Edwardzie mężczyznę, za którym tęsknią. Nie widząc natomiast w nim ucieleśnienia mężczyzn-sadystów maltretujących swoje partnerki, gdzie Śledzenie i podglądanie nie są romantyczne. Sińce nie są dowodem miłości, a morderstwo nie jest jej spełnieniem. I w tym zakresie, według autorki, promowanie powieści typu „Zmierzch”, wydaje się niebezpieczne i nieodpowiednie, podnoszące, wspomniane wcześniej, statystyki przemocy domowej. Bo życie to nie bajka, a powieściowa symulacja „dobrego” związku, który w rzeczywistości jest toksyczny i oparty na przemocy, prowadzi do poszukiwań wzorcowego Edwarda, narażając się tylko na podbite oczy, gwałt, tortury oraz ryzyko śmierci. I na koniec to osobiste, intymne zdanie autorki, przypieczętowujące logiczność wywodu i podkreślające grozę powieści: Ja sama byłam taką Bellą i myślałam, że znalazłam „prawdziwego” Edwarda – uwierzcie mi, naprawdę nie warto.
W innym z kolei eseju autorka podważyła feminizm Belli tak wychwalany w czytanym przeze mnie wcześniej Zmierzchu i historii. I to mnie zaskoczyło! W przeciwieństwie do powielonego i powtórzonego opisu Edwarda jako bohatera bajronicznego. Feminizm Belli był elitarny i to jest główny zarzut jaki padł pod adresem współczesnego feminizmu, oderwanego od mas. Na dodatek Bella tkwiła w świecie , w którym zdolność do wzbudzenia męskiego pożądania jest wciąż natrętnie przedstawiana jako główne źródło wartości kobiety, odtwarzając w powieści wzorce kobiecości pochodzące z połowy ubiegłego wieku! Ideał kobiety, dla której sensem życia było poświecenie się dla innych, poprzez złożenie siebie w ofierze. Taką właśnie obietnicę szczęśliwego życia złożyła również Stephenie Meyer. Obietnicę, która nigdy się nie spełniła i nie spełni. By zakończyć te rozważania miażdżącym zdaniem – Właśnie dlatego sukces jej powieści można uznać za powód do rozpaczy. Klęskę idei feminizmu, sądząc po światowej popularności sagi, wśród młodych kobiet XXI wieku.
To ważna dla mnie książka, którą dołączyłabym jako obowiązkowy załącznik do sagi, pomimo swojego stopnia trudności dla przeciętnego nastolatka. Eseje bezlitośnie odarły mnie ze złudzeń, pomogły trzeźwo spojrzeć na własny odbiór sagi, otrząsnąć się z obietnic bez pokrycia i fantazji niebezpiecznie przenoszonej do rzeczywistości, a także z szacunkiem spojrzeć na tych, którzy sadze się oparli. To w nich nadzieja na genderowski świat. Od tej pory zamiast mówić o niej „głupia”, mogą użyć konkretnych argumentów. Bo ja, jak się okazało, siedzę ze swoim pojęciem miłości i kobiecości jeszcze we Francji w 1949 roku, znajdując drogę do siebie tylko poprzez tradycyjny scenariusz kobiecej anihilacji. Smutnie to brzmi, ale pocieszam się, że jestem już taką niepoprawną romantyczką nie z tej epoki.
Przerażające ile można się dowiedzieć o sobie i o innych z tej książki, tylko na podstawie podziału zwolenników i przeciwników cyklu. Aż się boję wiedzy, jaką mogliby znaleźć w sadze psycholodzy i psychiatrzy, gdyby i oni chcieli zajrzeć do cyklu i swoje przemyślenia zawrzeć w tego rodzaju esejach pod wspólnym tytułem Zmierzch i psychologia.
Teraz rozumiem, dlaczego jedyną osobą, której podobała się książka był chłopiec. Bo któremu mężczyźnie nie spodobałaby się wizja bajronowskiego bohatera, u którego stóp leżą kobiety gotowe prędzej umrzeć niż przerwać sadystyczno-masochistyczną „miłość”? Który z nich nie chce poczuć się macho?
Jest taki?
Można zadać kolejne pytanie.
Skoro tak bardzo podoba się im ta wizja kobiety uległej, to dlaczego nie czytają masowo cyklu?
A po co o niej czytać, skoro wszystkie te fantazje mają w rzeczywistości?
Wystarczy przyjrzeć się statystykom przemocy domowej i nie tylko!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *