Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Wrota piekieł. Ravensbrück – Anja Lundholm

21 marca 2019

Wrota piekieł. Ravensbrück – Anja Lundholm
Przełożyła Ewa Czerwiakowska
Wydawnictwo Ośrodek Karta , 2014 , 307 stron
Seria Świadectwa. XX Wiek: Niemcy
Literatura niemiecka

Wątpiłam.
Każdej emocji i każdej reakcji mogłam spodziewać się w trakcie czytania tych wspomnień. Przecież przepłynęłam przez morze, jeśli nie ocean, literatury obozowej. Żadne uczucie nie było mi obce. Ale, że będę wątpić w obrazy, które oglądałam? A przecież wiedziałam, że na pewno wydarzyły się, że były prawdziwe i potwierdzone, bo wspomnienia autorki ukazały się po raz pierwszy w 1988 roku w RFN, a w Polsce dopiero teraz. Był czas na weryfikację, zwłaszcza że ich ukazanie się nie było wygodne dla ówczesnych władz niemieckich w NRD. Wręcz niepożądane. Nie tylko dlatego, że tematem był niemiecki obóz koncentracyjny w Ravensbrück znany przede wszystkim z pseudomedycznych doświadczeń na więźniarkach, ale również dlatego, że autorką była Niemka pochodzenia żydowskiego. Uczestniczka ruchu oporu, znienawidzona przez własnego ojca Niemca, zdeklarowanego nazistę, a osierocona przez matkę, Żydówkę, samobójczynię. Osoba, która – jak napisała tłumaczka Ewa Czerwiakowska we wprowadzeniu – sporządziła literacki zapis doświadczenia obozu, świadectwo wyjątkowe, dotykające sedna systemu zniewalania i deprawowania jednostki. Nie ferując wyroków, pokazała, co obóz robił z ludźmi – niezależnie, do jakiej kategorii przypisali ich sprawcy.
Długo zastanawiałam się, skąd u mnie pojawiła się postawa niedowierzania?
Myślę, że pierwszym czynnikiem był punkt widzenia autorki–Niemki doświadczającej upokorzeń i cierpienia ze strony rodaków i traktowanej dokładnie tak samo, jak więźniarki innych narodowości oraz groza świadomości mechanizmu, że nie chce się wierzyć własnym oczom. Albo że nie można uwierzyć w to, co się dzieje dookoła. Jak przyjąć do wiadomości, że urodziło i wychowało się wśród tych ludzi i że spędziło się dzieciństwo wśród masowych morderców?

 

Fot. ze zbiorów rodzinnych.

Miała dopiero 21 lat i kilkumiesięczną córeczkę, którą musiała zostawić bez opieki, kiedy zgarniali ją gestapowcy. Trafiła do obozu Ravensbrück wiosną 1944 roku w jego schyłkowej fazie funkcjonowania prosto do tak zwanych slumsów jako „dyspozycyjna”. Tak nazywano miejsce położone najniżej w hierarchii obozowej. Została nikim do wszystkiego z szansą przeżycia jak w rosyjskiej ruletce. Udało jej się, ale obóz pozostał w niej na zawsze.

 

Tego obrazu piekła, na który składały się baraki, alejki i krematoryjny komin, nie pozbyła się nigdy. O swym okresie po wyzwoleniu mówiła: „Nie mogłam oswoić się z normalnym życiem. Ciągle jeszcze byłam więźniarką – zresztą do dzisiaj się z tego nie wyzwoliłam”.
Drugim czynnikiem mojego zwątpienia był kontekst ideologiczny, którego nie znali więźniowie innych narodowości. Autorka, świadek przemian politycznych i ideologicznych w Niemczech, potrafiła wytłumaczyć obrazowo, na konkretnych i drastycznych przykładach, postawę nadzorczyń. Obnażyć ich automatyzm, bezrefleksyjność, bezwarunkową wiarę w ideologię państwa i przekonanie w spełnianie dobrych uczynków dla swego narodu, chcąc wyrżnąć w pień to diabelskie nasienie. Najlepiej i najcelniej tę postawę oddaje ten opis nadzorczyni chłoszczącej leżącą na ziemi dziewczynkę, którą w końcu zatłukła: „Dlaczego zabija pani to dziecko?” – Nigdy nie zapomnę jej oczu. Spojrzenia jakim mnie obrzuciła. Tam nie było nienawiści czy gniewu, nawet nie było pogardy, nic poza odruchem zdziwienia. Naiwne, niebieskie, okrągłe oczy z małymi źrenicami, które wyglądały jak plamka zrobiona pędzelkiem. „To przecież nie jest dziecko”. Brzmiało w tym zdumienie, mniej z powodu tego zdania, bardziej dlatego, że więźniarka, najwidoczniej też Niemka, powiedziała coś tak niedorzecznego. To dlatego nie zadawałam sobie pytania – jak one mogły, tak postępować? Bo wiedziałam, dlaczego tak postępowały, dlaczego działały, jak dobrze zaprogramowany automat.
Trzecim czynnikiem był sposób narracji – relacja pierwszoosobowa w czasie teraźniejszym. Nie było przeszłości i nie było przyszłości. Istniało tylko tu i teraz oraz ciągłe wahanie między wolą życia a beznadzieją. Stawiało mnie to w sytuacji logiki myślenia dokładnie takiej, jak więźniarki, czyniło ich towarzyszkami, doświadczało w danej chwili, nie pozwalało myśleć, ograniczało sięganie do wiedzy posiadanej. Do informacji, które podsuwały bezpieczną perspektywę patrzenia na wydarzenia, stwarzając tym samym dystans wobec emocji. Bez tego reagowałam podobnie, jak inne uwięzione kobiety. Obraz dziecka roztrzaskiwanego główką o mur w obecności matki u jednych wywoływał psychiczny stupor, u innych nerwowy chichot, inna po prostu zwariowała, jeszcze inna odwracała wzrok, a ja nie dowierzałam. Widziałam i nie wierzyłam w to, co widzę. W to, co opowiadała mi Anja, która zadawała pytanie współrodaczkom – Tylko dlaczego my, urodzone w Niemczech, z takim trudem jesteśmy w stanie uwierzyć w to, co widzimy? Cudzoziemki, które pochodzą z 23 krajów, są bardziej trzeźwe. Dlaczego ja, nie byłam trzeźwa? Uświadomiłam sobie, że autorka stylem przekazu pokazała mi obóz oczami Niemki więzionej przez rodaków, która abstrakcyjne doniesienia sprzed aresztowania musiała przełożyć sobie na rzeczywistość, walcząc z mechanizmem wypierania, w którym nie chce się wierzyć własnym oczom. To stąd tyle niedowierzań było we mnie.
Jestem jej wdzięczna za to nowe spojrzenie.
Widziałam obóz ten sam, jaki poznawałam od strony Polaków i Żydów, a jednocześnie zupełnie inny, odmienny, jeszcze mi nieznany, w którym nawet napis Arbeit macht frei zmieniał swoją wymowę z cynicznej, znanej mi z Auschwitz, na sentencję nagrobną w przypadku Ravensbrück. Bo jak napisała wspomniana wcześniej autorka wprowadzenia – nigdy nie będziemy mieli pełnego dostępu do tamtego świata, każde zaś świadectwo jest zaledwie kamykiem w nieskończonej mozaice. Układam te kamyki niestrudzenie od kilkudziesięciu lat i zaczynam dostrzegać jej złożoność. Dzięki takim pozycjom, niepublikowanym w Polsce w czasach komunizmu, w których Niemcy byli tylko źli, układana mozaika przestaje być prosta, a zaczyna być skomplikowana. Nawet bardzo. Bo oto okazuje się, że w każdym obozie istniało tysiące różnych obozów – jak napisała francuska więźniarka z Ravensbrück. Autorka miała swój obraz obozu i ja mam swój obraz, w którym obóz Anji jest jednym z elementów mojego. Zaledwie wycinkiem.
Czytając te wspomnienia pamiętałam, że gdzieś tam niedaleko leży Krysia, Wanda i wiele innych Polek w roli królików doświadczalnych, których nocny krzyk niósł się przez nieszczelne okna i ściany baraku. Anja wiedziała, że to krzyczą ludzie, kobiety okaleczone pseudomedycznymi eksperymentami na rewirze, pokrojone, wielokrotnie sztucznie infekowane bakteriami gangreny. Podobno umierają w straszliwych mękach bez środków uśmierzających. Podobno… Mówią, że… Chyba… Same domysły. Ja wiedziałam, że na pewno. Znałam ich imiona i nazwiska, znałam skalę cierpienia, z którymi podzieliły się ze mną w książkach: Ponad ludzką miarę oraz I boję się snów. Wiedziałam też, a to przynosiło mi pewną ulgę, co stanie się z oprawcami dzięki opracowaniom popularnonaukowym Sprawczynie oraz Piękna bestia.
Ta pozycja ma jeszcze jedną, ważną i nieocenioną wartość.
Pokazuje nie tylko, że w Niemczech istniał ruch oporu, że byli Niemcy inaczej myślący i niebojący się tego okazywać oraz o tym mówić, ale ukazuje również relatywizm i podobieństwa totalitaryzmu faszystowskiego i komunistycznego. Autorka wywołując z pamięci swoje współtowarzyszki obozowe, zawsze podawała przyczynę ich osadzenia. Wyrok można było dostać za wszystko – ukrywanie Żydów, defetyzm, krytykę faszyzmu, brak porteru führera, pomstowanie na nazistowskiego funkcjonariusza, nieoddanie honoru fladze, nieusprawiedliwioną nieobecność w zmilitaryzowanym zakładzie, kradzież puszki lub w wyniku donosu. Nawet własnego ojca na córkę czego Anja jest idealnym przykładem. Zupełnie jakbym czytała rozdział o powodach aresztowania w Archipelagu GUŁag Aleksandra Sołżenicyna.
I z tym ostatnim skojarzeniem wiąże się moja jeszcze jedna refleksja.
Ze smutkiem przyglądałam się więźniarkom politycznym z czerwonym trójkątem na pasiaku zapatrzonym w komunizm. Stalinistkom, które walczyły przeciwko brunatnemu złu, chcąc służyć złu czerwonemu. Nie miały świadomości, że zamieniają lager na łagier. Ta ich nieświadomość bezcelowego cierpienia, pełnego nadziei i hartu ducha, przygnębiała mnie.
Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2014 roku.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Wrota piekieł. Ravensbrücke [Anja Lundholm]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

 

A tutaj zwiedziłam obóz-muzeum dokładnie tak, jak sama bym chciała. W ciszy, w skupieniu, bez „upiększającej” muzyki w tle, skupiona na każdej cegle, murze, oknie, ścianie, nakładając na nie przeszłość, jak przezroczysty slajd.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *