Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Ulisses – James Joyce

21 marca 2019

Ulisses – James Joyce
Przełożył Maciej Słomczyński
Wydawnictwo Znak , 2004 , 813 stron , wydanie 3
Literatura irlandzka

Nie wierzę, że przeczytałam tę powieść!
Nie miałam jej w planach. Wystarczyły mi informacje spotykane w literaturze przedmiotu uświadamiające istnienie tego rodzaju powieści i jej twórcy, jako innowatora, który według T. S . Eliota – zabił i pogrzebał wiek dziewiętnasty. Nie czułam się zobowiązana do czytania ośmiuset stron wewnętrznego monologu w przeważającej części dwóch, głównych bohaterów – Stefana Dedalusa i Leopolda Blooma, by wiedzieć na czym polega strumień świadomości i jego metoda przekazu. Na dodatek wcale nie wymyślona przez Jamesa Joyce’a, ale podpatrzona u francuskiego pisarza Édouarda Dujardina, udoskonalona i doprowadzona do perfekcji w Ulissesie. Nie robiły na mnie wrażenia głosy literaturoznawców polecające powieść jako zapoczątkowanie nowego rodzaju sztuki i doprowadzenie go do doskonałości na przestrzeni jednego dzieła. Nie zachęcały mnie głosy autorytetów literackich uznające tę powieść za arcydzieło, które wypada znać. Z pobłażliwością traktowałam swoją misję pośrednika w wypożyczaniu tej pozycji z biblioteki publicznej dla mojej ambitnej młodzieży, traktując jej zamiary jako lans wśród rówieśników. Gryzłam się w język, by nie zdeprecjonować sensu ich prób mierzenia się z wyzwaniem, ripostą – „a nie mówiłam?!”, gdy słyszałam polekturowe wrażenia – „strrrasznie nuuudne!”
Byłam potworną ignorantką!
Na szczęście do jednego zdarzenia, kiedy pożyczoną kolejny raz powieść, oddał mi dziewiętnastolatek, od którego po raz pierwszy usłyszałam coś odmiennego od dotychczasowej, niezmiennej mantry o nudzie – „trudna!” Zaintrygowało mnie to jedno, esencjonalne słowo, bo pochodzące od chłopca oczytanego w literaturze niszowej, swobodnie uprawiającego czytelnicze wycieczki w świat psychologii i filozofii, samodzielnego i twórczego w myśleniu, ale przede wszystkim poszukującego czytelniczych wyzwań.
Zaimponował mi i… zawstydził!
Okazało się, że ja, myśląca o sobie jako o chętnie podejmującej wyzwania czytelnicze, jestem w grupie tradycjonalistów, a co uświadomił mi również tłumacz tej powieści, Maciej Słomczyński. Człowiekiem, który wymagał od sztuki jedynie najwyższej zręczności w powielaniu tego, co im najbliższe i najlepiej znane. A gdzie w tym wszystkim mój cel i założenie tworzenia geografii literatury, po której chciałam oprowadzać innych? Stojąc w miejscu?! Zawstydziłam się po raz drugi. Tak zmotywowana zaczęłam czytać, a raczej mozolnie brnąć przez ten strumień świadomości z poczuciem popełniania czytelniczego masochizmu.
Było i nudno, i trudno, ale, o dziwo!, ze strony na stronę coraz ciekawiej!
W peletonie czytających niewielu docierało do mety, dzieląc się na czytelników, którzy Ulissesa chcą przeczytać, przeczytali i tych, którzy go nie skończyli. Podobno nie ma osób, które nie chcą go przeczytać. Z rozbawieniem widziałam, jak po drodze mijanych stron odpadali kolejni moi poprzednicy w czytaniu. Niektórzy zostawiali pod tekstem takie świadectwa frustracji kończącej przygodę i próbę zmierzenia się z powieścią:

Trochę żal mi ich było, bo dosyć daleko zabrnęli w tej nieustannej walce z ucieczką własnych myśli od tekstu, przywoływania ich z powrotem, by ostatecznie przegrać ze znużeniem i opadającymi powiekami. To pierwsza książka w moim życiu, która mnie usypiała. A dziwiłam się, jak można zasypiać podczas czytania?! Można! Ale walczyłam dalej! Zaciskałam szczęki w determinacji, otwierałam szeroko oczy, piłam hektolitry kawy i brnęłam dalej pod prąd nurtu tych strumieni świadomości bohaterów, na które przenosił mnie od czasu do czasu narrator zewnętrzny. Z czasem, gdzieś około połowy, zaczynało być nawet interesująco, kiedy wewnętrzny, intymny świat umysłów bohaterów zaczął odzwierciedlać zarówno strumień życia niosący ze sobą wszystko co dobre, ale i śmieci, o których pisał Zbigniew Herbert w Przesłaniu Pana Cogito, jako niewartych naszej uwagi. Tutaj jak najbardziej jej wartych, bo składających się na pełny realizm życia. Te oderwane z większej całości, niezwiązane logicznie z niczym, niemające sensu i nietworzące logicznej ciągłości, w postaci pojawiających się nagle i równie nagle znikających skojarzeń, przypomnień i błysków myślowych, tutaj tworzyły pełnię egzystencji. Drobin pojawiających się z przeszłości, w teraźniejszości i sięgających do przyszłości. Odtwarzające nie tylko surowy, pierwotny, wyjściowy stan umysłu ze świadomości, podświadomości, pamięci, lęków, pragnień, emocji, wrażeń i atawistycznych uczuć, obrzydliwej fizjologii ludzkiego ciała, ale i kondycję ludzkości jako takiej, sprowadzonej do wspólnego mianownika w tytule – jesteśmy jak Ulisses, w mitologii greckiej zwanej Odyseuszem, podróżującym skądś i dokądś, jak strumień mający swoje źródło i ujście, jak życie jemu podobne z początkiem i końcem podróży.
Temu dynamizmowi umysłu autor podporządkował język przekazu.
Bardzo utrudniający odbiór, chociaż, paradoksalnie, dokładnie tak myśląc, w praktyce nie mamy z interpretacją żadnych problemów. Z mnóstwem neologizmów powstałych z połączenia dwóch i więcej wyrazów, których długość doprowadzona została do absurdu:

Wykorzystujący onomatopeje – Brzęk dzyń powozu brzęk. Ze zdaniami z pourywanymi wyrazami oddającymi charakter uciętych, niedokończonych myśli – Uratował sytu. Obcisłe spo. Wspaniały po. Ze wstawkami pisanymi archaicznym językiem. Z treścią ubraną nie tylko w formę prozy, ale i dramatu oraz poezji. Oddający stan lotnego umysłu, za którym trzeba było szybko podążać, również w równaniach matematycznych, jak i bełkot człowieka pijanego.
Realizm w najczystszej postaci!
Ale gdybym miała powiedzieć o czym przeczytałam, odpowiedziałabym – o wszystkim! O przygotowaniu śniadania, parciu w jelitach i defekacji, kąpieli, pogrzebie, obiedzie, odwiedzinach w muzeum, bibliotece, hotelu, parku i burdelu, jeździe dorożką, wizycie w zakładzie pogrzebowym, onanizmie, porodzie, pijackiej burdzie i nocnej przechadzce kończącej ten wyczerpujący mnie i bohaterów dzień 16 czerwca 1904 roku w Dublinie. O jednym dniu wypełnionym rozmowami o muzyce, literaturze, Irlandii, Dublinie, Paryżu, przyjaźni, kobietach, prostytucji, odżywianiu, wpływie oświetlenia gazowego lub lamp łukowych i żarówek na wzrost sąsiadujących z nimi paraheliotropicznych drzew, o wystawionych na widok śmietniczkach miejskich, Kościele rzymskokatolickim, celibacie duchownych, narodzie irlandzkim, wykształceniu jezuickim, karierach, studiowaniu medycyny, minionym dniu, złowieszczym wpływie dnia poprzedzającego sabat, omdleniu Stefana, antysemityzmie i wielu, wielu innych problemach człowieczych i zagadnieniach świata naszego. Ale przede wszystkim o człowieku i ludzkości w kontekście jej dziedzictwa, dokonań i dorobku w każdej dziedzinie nauki i kultury – religii, filozofii, sztuki, literatury pięknej, mitologii, a nawet medycyny czy astronomii. Trzeba być omnibusem, czytelnikiem doskonałym i poliglotą mówiącym co najmniej w sześciu językach (w tym po łacinie!), by odczytać symbolizm zawarty w tekście oraz konteksty i nawiązania, a także zrozumieć treść fragmentów pisanych w wielu obcych językach bez tłumaczenia.
To dlatego powieść jest trudna i w przesłaniu, i w języku przekazu.
Uprzedził o tym tłumacz powieści, pisząc – nie mam najmniejszych złudzeń, aby mógł istnieć choćby jeden czytelnik, który, przystąpiwszy – bez specjalnego przygotowania – do przeczytania tej książki po raz pierwszy, mógł ją sobie podporządkować w całości. Na pocieszenie dodając – Jestem absolutnie przekonany, że każdy inteligentny i jako tako oczytany człowiek potrafi opanować trudności stylu i pozostałe arkana techniczne tego dzieła, pod warunkiem oczywiście, że poświęci temu odpowiednią ilość czasu, uwagi i dobrej woli. Nie można tej prozy łyknąć na raz, ani nawet na cztery razy, przyśpieszyć czytanie czy poznawać z doskoku. Skoro tłumacz poświęcił na jej przekład dwanaście lat!, chcąc oddać artyzm jej wysokiego C, to i czytelnik musi przeznaczyć na nią dużo czasu i to specjalnie na tę wymagającą przygodę czytelniczą przeznaczonego. A wszystko po to, by docenić jej mistrzostwo w pełni zauważalne dopiero po przeczytaniu całości.
Inaczej będzie tylko bardzo nudno!

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Ulisses [James Joyce]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść psychologiczna

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *