Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Rodzina na pokaz – Kevin Wilson

21 marca 2019

Rodzina na pokaz – Kevin Wilson
Przełożył Jakub Małecki
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2012 , 416 stron
Literatura amerykańska

Jest taki zakazany gaz bojowy, nielegalnie testowany przez Irak, o którym czytałam bodajże w Komandosie Richarda Marcinki (ale głowy nie dam sobie uciąć za to skojarzenie), a który przepięknie pachnie fiołkami. Im bardziej i głębiej człowiek nim oddycha (a wdycha go z przyjemnością), tym szybciej wprowadza truciznę do organizmu. Zanim się zorientuje – umiera.
Ta książka ma jego właściwości, odbierając podstępnie chęć życia.
Proces obumierania zaczyna się już od okładki. Przepięknej kolorystycznie, tajemniczej samotnością wyeksponowanych rekwizytów, zapowiadających niespodziankę oczekiwanego show. Byłam już wstępnie pozytywnie nastawiona, by po zajrzeniu za okładkę wpaść w zauroczenie obrazem rodziny nieprzeciętnej, wyjątkowej, fascynującej, wolnej wolnością nieograniczoną, jaką obdarzała ją tworzona przez nich sztuka.
Byłam wniebowzięta, a tekst podstępnie wciągał i kazał się zachłystywać kolejnymi zdaniami!
Bo robili to, co ja uwielbiam robić, skrępowana gorsetem norm społecznych, na mniejszą skalę – obserwować reakcję ludzi w sytuacjach niecodziennych, niestandardowych, zaskakujących i wybiegających poza utarte tory dziania się. Rodzina Fangów, w której prym wiodło małżeństwo Caleba i Camille, posiadające dwójkę dzieci – Annie i Bustera, posunęła się o krok dalej, a może nawet o całą milę – wymyślali, przygotowywali, aranżowali i realizowali „sztukę publicznych wystąpień”, „choreografię spontaniczności” czy „potęgowanie prawdziwego życia”, jak je nazywali sami. Dla mnie po prostu organizowali prowokacyjne happeningi, bulwersujące opinię publiczną, która wbrew własnej woli była włączana w przedstawienia. A mimo to, wiele osób chciało należeć do tej ekscentrycznej rodziny. Chociażby Bonnie, która została zatrudniona do opieki nad rodzeństwem Fangów, mająca nadzieję na zostanie jej kolejnym członkiem i na mnóstwo dobrej zabawy, jak mawiała pani Fang. Na wiele emocji podczas publicznych oświadczyn w samolocie, trzydziestego któregoś z kolei ślubu, kazirodczego pocałunku rodzeństwa Fang w szkolnym przedstawieniu, pozorowanej kradzieży słodyczy w supermarkecie, udziału przebranego Bustera w wyborach Małej Miss i podczas wielu, wielu innych przedstawień zapadających w pamięć. Nieprzewidywalnych i nieskrępowanych pomysłów realizowanych z pasją przez ich autorów, wywołujących skrajne emocje, częściej negatywne niż pozytywne, u przypadkowych obserwatorów, z opresji których rodzina zawsze wychodziła cało, śpiewając na koniec wspólnie z dziećmi – To smutny świat, chce cię pogrzebać. Zabij rodziców, wiesz, że tak trzeba.
Omg – przełknęłam ślinę i po raz pierwszy poczułam, że przyjemnie się czyta, aż za bardzo przyjemnie, ale czy, aby na pewno, po takim tekście i komunikacie automatycznej sekretarki w telefonie – Umarliśmy. Po sygnale zostaw wiadomość, a nasze duchy oddzwonią. – nadal byłam bezkrytycznie zafascynowana tą rodziną? Toż to głośne przyzwolenie na brak barier nie tylko w sztuce, ale i w wychowaniu. Jednocześnie dowód na to, że posiadanie dzieci nie zabija sztuki, że można ją tworzyć czyniąc z nich element A i B, jak nazywano rodzeństwo, że to świetne uzupełnienie całości o następne składowe wywołujące kolejne, nowe, ciekawe, a przede wszystkim szokujące interakcje w tłumie. Przecież można przywiązać Bustera do latarni, uwięzić w pułapce na niedźwiedzie, postawić naprzeciw wielkiego psa i jest fun! Już nie chciałam mieć rodzica, dla którego sztuka była najważniejsza, warta każdego poświecenia i bólu. Jeśli trzeba skrzywdzić kogoś w jej imię, nie należy się wahać. Jeśli tylko efekt okaże się wystarczająco piękny, dziwny i zapadający w pamięć, poświecenie się nie liczy. Sztuka jest tego warta.
Sztuka, którą może i dzieci nie zabijają, ale ona zabija dzieci.
To wtedy zaczęłam zauważać i bliżej przyglądać się symptomom jej szkodliwego wpływu na Annie i Bustera. Na brak u nich poczucia bezpieczeństwa, wieczny chaos, niepokój wywołany niemożnością przewidzenia zdarzeń, stres przed konsekwencjami publicznych wystąpień, brak możliwości odmowy udziału, płynną tożsamość w odgrywanych rolach i poczucie, że dorastanie w rodzinie Fangów i bycie marionetką swoich rodziców to jest największe życiowe doświadczenie.
Powoli ten ekstremalny tryb myślenia i działania tej wyjątkowej rodziny zaczął mnie dusić, obezwładniać, wpychać w niepewność, kruszyć skałę moich filozoficznych fundamentów, przenosząc brak stałości w jego przeżywaniu na mój realny świat. Zaczęło się robić niebezpiecznie, skoro przyczepiły się do mnie ostrzegawcze słowa znanego utworu Edwarda Stachury – „życie to nie teatr”, a my nie jesteśmy w nim bezwolnymi pacynkami. Dokładnie tak musieli się w końcu poczuć Annie i Buster, skoro w ostatnim akcie rozpaczy ratowania siebie od zagubienia w rzeczywistości, uciekli od rodziców, próbując już indywidualnie zbudować własną tożsamość od podstaw. To ich zmagania z psychicznym dziedzictwem domu rodzinnego, opowiadane naprzemiennie, z licznymi retrospekcjami opisującymi artystyczne dokonania rodziny, były kanwą fabuły powieści.
Historią podstępnie sączącą w mój umysł, niczym wspomniany wcześniej gaz bojowy, truciznę bezsensu życia. Okładka przestała już mnie zachwycać kolorystyką. Poczułam jej psychodeliczne zimno z trupim odcieniem i niepewność przeznaczenia widniejących na niej przedmiotów z oczekiwaniem na przedstawienie podszytym delikatnie lękiem. Bo tak naprawdę sztuka i pasja jej realizacji była tylko pretekstem do opowiedzenia mi o poszukiwaniu sensu życia, który jest bardzo indywidualny, osobny dla każdego z ludzi. Nie można żyć bez niego lub żyć sensem cudzym. Wśród bohaterów powieści miał go tylko Caleb, który niczym tajfun wciągał w swój chaos innych.
To dlatego tę książkę można odebrać w dwojaki sposób – pogrążyć się w jeszcze większej beznadziei życia lub, wprost przeciwnie, zobaczyć wskazówkę do odszukania drogi wyjścia z niej. Wszystko zależy od tego, w jakim stanie ducha będzie czytelnik. Dla mnie to przykład książki, która w bardzo ciekawy i udany sposób pokazała literacką kompilację trzech dziedzin – sztuki, pedagogiki i filozofii egzystencjalizmu na deskach teatru życia.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

A tę piosenkę trzeba koniecznie sobie po tej opowieści posłuchać kilka razy na odtrutkę. Polecam zwłaszcza tym, którzy ukończą ją z poczuciem ciężkości na duszy i nieokreślonego zamieszania w umyśle.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wszystko

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *