Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Panna Wina – Witold Horwath

21 marca 2019

Panna Wina – Witold Horwath
Wydawnictwo Nowy Świat , 2011 , 350 stron
Literatura polska

Jakżeż książki potrafią być podstępne! Jakżeż ich autorzy przebiegli w zastawianiu pułapek! I ja, zaczytana do imentu, pożeraczka słowa drukowanego odkąd pamiętam, dałam się zwieść, omamić i przetestować niczym początkująca czytelniczka ćwiczeniowych czytanek!
O tym, że właśnie moje skłonności do dewiacji, za pomocą tej powieści, zostały poddane sprawdzianowi, dowiedziałam się na samiuśkim końcu. Jaki był jego wynik zdradzę później. Najciekawsze jest to, jak dałam się wyprowadzić w pole. I to daleko.
A zaczęło się bardzo niewinnie. Ot, przypadkowe spotkanie moje, pisarza po pierwszym debiucie o nicku Kodeks44 i kobiety o nicku panna Wina, na czacie, w Internecie. Nie brałam w niej udziału. Byłam przecież intruzem zaglądającym w ekran spoza pleców. Osobą przysłuchującą się rozmowie, na tyle intrygującej, że z czasem jej bohaterowie przenieśli ją na GG. A ja, już złapana na haczyk ciekawości, wraz z nimi. Ona jemu zaproponowała podsyłanie wymyślonej przez siebie historii w odcinkach, które on miał poprawiać, uzupełniać, wykreślać i korygować. Każdy odcinek, raz krótki, a innym razem dłuższy, zaczynał się zdaniem pisanym wielkimi literami. O tak:

 

 

Z każdym nowym początkiem było mi coraz trudniej nie podczytywać. Powtarzałam sobie, że jeszcze tylko dwa kolejne fragmenty. Jeszcze tylko jeden. Przecież jest króciutki. Czasami pomiędzy odcinkami, rozmówcy wymieniali między sobą informacje i uwagi wyróżnione innym rodzajem czcionki z emotikonami charakterystycznymi dla komunikatorów. A wyglądało to tak:

 

 

Na szczęście dygresyjne dialogi nie zdarzały się często, bo historia Laury, głównej bohaterki opowieści, takiej laski, która idzie kręcąc tyłeczkiem grzechu, majta cyckami występku, wdzięcznie poprawia włoski paskudnych uczynków, a jej zgrabne nóżki to dwa przestępstwa, pochłonęła mnie całkowicie i nie lubiłam takiego przerywania ciągu jej fabuły. Czułam się trochę jak grzeczne dziecko, któremu w nagrodę opowiadano bajkę, a trochę jak niepożądana podsłuchiwaczka cudzych zwierzeń. Ale nie mogłam się oprzeć zawiłym losom Laury żyjącej na wyspie Santa Inez, niegrzecznej nastolatki, przyłapanej na przestępstwie i skazanej przez sędziego Syriusa Aznara na karę chłosty i więzienie. To doświadczenie radykalnie zaważyło na dalszych losach dziewczyny, zamieniając ją w osobę pełną chęci poprawy i zakochanej w wymierzającym jej karę Syriusie, żyjąc od tej pory z myślą tylko o nim i tylko dla niego, a w przyszłości, kto wie, może nawet z nim. I na tejże warstwie powieści, romantycznej jak w dobrym romansie, skupiłam swoją uwagę.
To w tym momencie umknęła mi istota opowieści!
I pewnie nie odkryłabym nigdy jej sedna, gdyby rozmówcy nie pokazali mi tego palcem. Oczywiście po zakończeniu opowieści. Tych smaczków ukrytych między zdaniami, których nie zauważyłam. Tego wiodącego motywu historii, który odsunęłam od siebie. Tej dewiacji seksualnej, którą dopiero teraz zauważyłam!
Jakiej?
Nie zdradzę, chociaż widać ją gołym okiem w moich rozważaniach. A ponieważ skutków mocy oddziaływania tych perwersji w sobie nie zauważyłam, test na jej nieobecność we mnie – zdałam. I teraz nie wiem czy się cieszyć, czy martwić. Z jednej strony, niech żyje powszechność preferencji seksualnych, bo łatwo jest o partnera, a panna Wina, jako wyjątkowy przypadek pod tym względem, skazana była na wieczne szukanie swojego sędziego, a z drugiej strony odebrało mi przyjemność w pełni przeżywania tego, co odczuwała panna Wina, a jak się później okazało, również pisarz. Ich przeżycia i tęsknoty padały na mój jałowy grunt, nie odnajdując podobnych doświadczeń, do których mogłabym się odwołać, poruszyć, zaczepić i szarpnąć, otwierając się na ich przesłanie.
Ale, ale!
Jest coś, co dzięki tej podstępnej książce zrozumiałam. Podstępnej, bo nie próbowała mi wytłumaczyć wprost, czym jest perwersja seksualna. Myślę, że na sam dźwięk słowa ją określającego, skuliłabym się w sobie, porzucając podsłuchiwanych rozmówców. Ale ubrana w romantyczną opowieść, której tempo akcji rosło wraz z kolejnym odcinkiem, odwołała się nie do mojego rozumu (i to mnie zgubiło, mimo otrzymywanych sygnałów ostrzegawczych), ale do moich emocji, podkręcanych tak umiejętnie, by przytrzymać moją uwagę na tyle długo, bym poczuła nie obrzydzenie czy niechęć, ale współczucie i zrozumienie. I chyba o to pannie Winie chodziło. O świadomość, że Internet jest pełen ludzi o skłonnościach innych niż te powszechnie akceptowalne. Jest miejscem, w którym Wina może poszukać swojego Sędziego, a Sędzia swoją Winę, by razem móc wypełnić znaczenie motta autorstwa Rafała Wojaczka, wprowadzającego do tej powieści – Ja jestem rana Ty jesteś ból. Bo, jak twierdzi panna Wina, my perwersi, tylko tam czujemy się dobrze, tylko w krainie fantazji możemy znaleźć odrobinę szczęścia, pełnej niedopowiedzeń i tajemnicy, które zwykłą pornografię wynoszą na wyżyny sztuki.
Czy my, „normalni” ludzie, nie przypominamy ich w tym ze swoimi powieściami dzielonymi na erotyczne harlequiny i wysublimowane romanse?

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *