Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Obiecaj mi – Richard Paul Evans

21 marca 2019

Obiecaj mi – Richard Paul Evans
Przełożyła Hanna de Broekere
Wydawnictwo Znak Literanova , 2011 , 292 strony
Literatura amerykańska

Dawno nie płakałam!
Oj daaawno! Na pozór wcale to nie jest takie dobre, przynajmniej dla fizjologii oczu, które czasami z paprochów i mętów na ciele szklistym przemyć koniecznie trzeba. Powitałam więc kolejną powieść tego autora niczym oazę na pustyni z otwartymi ramionami i myślą – Chodź tu do mnie, ty mój wyciskaczu łez i obmyj moje zakurzone oczy! Nauczona doświadczeniem zdobytym podczas czytania jego poprzednich powieści: Stokrotki w śniegu, a zwłaszcza Szukając Noel, przygotowałam sobie zapobiegliwie magapakę chusteczek jednorazowych.
Byłam gotowa!
Początek niesamowity! Jak to u Evansa. Wymarzony na czas przedświąteczny, bo akcja zaczyna się i kończy w Wigilię Bożego Narodzenia. W powietrzu wirują płatki śniegu, pachnie igliwiem, w ozdobach choinkowych odbija się kominkowy ogień, w kuchni króluje aromat przyrządzanych potraw i grzanego wina, cały dom tonie w ciepłym świetle lampek, a nastroju dopełniają śpiewane w tle kolędy.
Czułam nadchodzące święta, a Beth, główna bohaterka i narratorka oprawionej w taką świąteczną ramę opowieści, czekała na bardzo ważny moment w jej życiu, do którego przygotowywała się długie, osiemnaście lat, skrywając dla mnie tajemnicę niezwykłą, a dla niej bardzo bolesną. Sekret, który symbolizowały dwa, nigdy nienoszone, ukryte w szkatułkach piękne naszyjniki, o których mówiła – Są podarunkami od dwóch mężczyzn. Oba są piękne i oba są cenne, nie noszę jednak żadnego z nich – jednego z powodu złamanej obietnicy, drugiego z powodu obietnicy dotrzymanej. Wydarzenia kryjące się za tym enigmatycznym, rozbudzającym moją ciekawość i wyobraźnię, opisem niezwykłego, bo emocjonalnego skarbu, poznałam w czasie, który upłynął od pierwszej Wigilii w 1989 roku do tej, na którą czekała kilkanaście lat i od której zaczyna się i kończy opowieść. To czas, w którym los hojnie ją obdarzał i równie hojnie zabierał. W jednej chwili była szczęśliwą mężatką i matką (jak opowiada w pierwszym rozdziale powieści), a w drugiej zdradzoną żoną z chorym dzieckiem, by zaraz potem poznać Matthew i odzyskać zaufanie po to, by je natychmiast stracić. Huśtawka emocji niegwarantująca pewności, w którym kierunku potoczy się fabuła tej opowieści. Historia znajomości tajemniczego mężczyzny, który nie tylko pomógł jej odzyskać wiarę w siebie i w mężczyzn, ale i stał się bolesnym sprawdzianem miłości matki do córki. To, kim okazał się ostatecznie Matthew, było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo jednocześnie całkowicie nowym elementem w twórczości pisarza, trochę trudnym do uwierzenia (chociaż w magiczny czas świąt wszystko może się zdarzyć!), ale również dającym ogromne możliwości (z których autor skwapliwie korzystał!) skomplikowania relacji między głównymi bohaterami, stawiających ich przed wyborami miedzy trzema rodzajami miłości. O rezygnacji z któregokolwiek z uczuć Beth mówiła – To tak, jakby amputowano mi serce i kazano dalej żyć.
A jednak musiała wybierać…
Takich scen szarpiących za koniuszek serca napotkałam kilka, wzruszając się przy tym, ale oczekiwane łzy nie polały się! Trochę się sobie dziwiłam. Przecież było w tej powieści wszystko to, w czym pisarz jest taki dobry – atmosfera, tajemnica, miłość, rozdzierające sumienie wybory, mnóstwo mądrych sentencji życiowych wplecionych w fabułę, ale i wyeksponowanych w nagłówkach rozdziałów:

 

 

albo

 

 

Powinnam mieć już dawno zapuchnięte (i przemyte!) oczy, czerwony i siąpiący nos i do połowy zużyty zapas chusteczek.
A tu nic!
Poza wzruszeniem wywołującym lekką (zbyt lekką, jak na możliwości pisarza!) arytmię serca. Zaczęłam się zastanawiać nad tą moją nietypową reakcją. Czego mi zabrakło, skoro początek i rozwinięcie opowieści były takie magiczne i obiecujące? Doszłam do wniosku, że łzy zostały powstrzymane przez zakończenie. Trochę rozczarowujące i wzbudzające we mnie niedosyt, bo bardziej przypominające przewodnik turystyczny niż romantyczną (taka miała być z założenia) podróż Matthew i Beth po europejskich miastach. Autor nie wykorzystał szansy i niezwykłej okazji do ukazania na pierwszym planie walki miedzy pożądaniem a rozsądkiem, między miłością a powinnością, między egoizmem a szczęściem najbliższych osób. Zaburzenie proporcji dawkującej emocje podczas ich wspólnej podróży, zostały odwrócone, a przez to gaszące tak dobrze rozpalony początkowy ogień.
Ale pomimo tego lekkiego niedosytu, autor nie zawiódł w sferze przekazu o rzeczach ważnych, które zawsze wplata w fabułę. Może nawet ważniejszych niż miłość między kobietą a mężczyzną. Tym razem mistrzowsko ukazał siłę matczynej miłości, stawiającej wyżej dobro i przyszłość córki ponad własne. Podstawę szczęścia rodzinnego, które czasami wymaga częściowej rezygnacji z samej siebie i własnych marzeń na rzecz spójności rodziny, by móc raz w roku usiąść do wigilijnego stołu i być szczęśliwą szczęściem najbliższych.
Beth może być z siebie dumna, chociaż kosztowało ją to okaleczenie własnego serca.
A na końcu książki ujrzałam niespodziankę, która brzmiała:

 

 

A pod nią informacja, że wszystkie potrawy przygotowywane przez bohaterów powieści, mogę wypróbować sama! Ich przepisy są dostępne za darmo zarówno na stronie autora (w oryginale), jak i wydawnictwa Znak (po polsku). Najbardziej zaintrygowały mnie babeczki uwielbiane przez córeczkę Beth – bożonarodzeniowe muffinki jagodowo-maślankowe. I wiem już, komu przepis na nie sprytnie podsunę, bo ja tylko potrafię o nich czytać i je zjadać.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 


Tutaj obejrzałam amerykański trailer powieści, potrafiący wprowadzić w atmosferę czekających mnie świąt. A ta melodia w tle…święta!, święta!, idą święta! i Mikołaj z workiem książek! Taką mam nadzieję!

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Romans

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *