Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Król Kazimierz Wielki bigamista – Iwona Kienzler

21 marca 2019

Król Kazimierz Wielki bigamista – Iwona Kienzler
Wydawnictwo Bellona , 2013 , 280 stron
Literatura polska

O tym, że król Kazimierz Wielki cudzołożnikiem był, dowiedziałam się podczas pobytu w Kazimierzu Dolnym od przewodnika z dumą opowiadającego o romansie z Esterą i zbudowanym specjalnie dla niej zamku, po którym pozostały obecnie tylko ruiny. Po lekturze tej książki okazało się, że ta piękna Żydówka to zaledwie wierzchołek góry lodowej, a właściwie jedna z wielu w długiej kolejce żon(cztery, w tym trzy jednocześnie!), konkubin, nałożnic i okazjonalnych dziewek do jego łoża. Przy okazji autorka uświadomiła mi, że przewodnikom nie należy bezgranicznie wierzyć i bezkrytycznie ufać, bo – Cokolwiek powiedzieliby patrzący trzeźwo na świat historycy i badacze, rozmaici przewodnicy nadal będą oprowadzać zauroczonych legendą turystów po miejscach związanych z historią królewskiego romansu, miejscach o których w rzeczywistości Esterka nawet nie słyszała… Włącznie z „zamkiem Esterki”, którego król nawet nie był właścicielem.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o moją naiwność i nabijanie mnie w butelkę.
Mogę sobie pozwolić na taki kolokwialny styl, bo i niniejsza książka napisana jest swobodnym językiem, operującym mową potoczną i nawiązującym do pojęć bardzo współczesnych, mającym za zadanie ułatwić mi, człowiekowi XXI wieku, zrozumienie przeszłych czasów poprzez porównania a to do wybiegu modelek, a to do playboya (to o królu!) czy strongmana. Takie alternatywy były wręcz konieczne, bo gdyby króla mierzyć współczesną miarą, można by go śmiało nazwać, jeżeli nie mizoginem, to przynajmniej zaciekłym antyfeministą, dla którego kobiety to chodzące macice, przeznaczone wyłącznie do rodzenia dzieci i to najlepiej płci męskiej. A takich wniosków pochopnych i jednoznacznych o królu nie godzi się wysnuwać, ale przede wszystkim zrozumieć jego postawę i zachowania na tle epoki. I taką rolę ta publikacja spełnia, nie pretendując to poważnych opracowań naukowych. Zresztą autorka sama zastrzegła w kilku miejscach, że niniejsze opracowanie nie aspiruje do poważnej rozprawy historycznej, możemy więc pozwolić sobie na puszczenie wodzy fantazji. I tych fantazji połączonych z informacjami prawdopodobnymi i legendami było sporo, pozwalając sobie nawet, co historykowi podobno nie przystoi, na rozwijanie wątku „co by było gdyby…”. Chociaż, chociaż nie do końca, bo za każdym razem taki tekst poprzedzała uwagą o prawdopodobieństwie, rzekomości lub informacji niesprawdzonej. Rzetelność naukowca brała jednak górę i trzymała w ryzach wyobraźnię. Niekonsekwencję w kolejnej deklaracji (co poczytuję za plus!) zauważyłam również w zdaniu przeczytanym na tylnej okładce – Tematem książki nie jest jednak ocena dokonań czy też błędów Kazimierza jako polityka, ale przedstawienie go jako mężczyzny z krwi i kości, uwikłanego w liczne związki z kobietami. Stawkę ciekawości podbiło dodatkowo słowo „bigamista” umieszczone w tytule. Rzuciłam się więc na książkę, jak pies na kości, o mało nie łamiąc sobie zębów, zanim dotarłam do ich szpiku czyli obiecywanych treści „erotycznych”.
Nie tak szybko, nie tak szybko! – jakbym słyszała autorkę – Wprawdzie to nie rozprawa naukowa, ale jak się bawić, to przy okazji trochę uczyć! Musiałam wiec przebrnąć przez kilka rozdziałów „okołoerotycznych” stanowiących tło obietnic (a miało być tylko o ekscesach!) czyli opis rodowodu króla oraz drogi na tron, zawierających mnóstwo imion, nazw własnych, dat, wśród których pewnie błądziłabym, jak dziecko we mgle, gdyby nie czytana wcześniej Korona śniegu i krwi Elżbiety Cherezińskiej. To ona, tak pięknie (bo beletrystycznie) tłumacząca ten okres piastowski, pomogła mi się zorientować o czym mowa, zwłaszcza że żadnej ściągi w postaci drzewa genealogicznego nie otrzymałam. I tutaj trochę za to pogniewałam się na autorkę. I wcale, ale to wcale nie jestem wygodnym czytelnikiem, tylko podróżującym bez dostępu do innych źródeł uzupełniających. Na przykład, bo mogą być też inne powody przemawiające za koniecznością ilustrowania tekstu.
Ale to nie był jeszcze koniec tła historycznego, bo musiałam przeczytać kolejny rozdział o siostrze króla, Elżbiecie. Warto było, bo fascynująca była z niej kobieta. Dopiero po tym rozdziale (a to była już mniej więcej połowa książki i to tyle jeśli chodzi o konsekwencję pisania nie o królu jako polityku) zaczęło się robić tematycznie zgodnie z sugestią w tytule czyli bardzo ciekawie, czyli wraz z rozdziałem Seks w średniowieczu, a potem z rozdziałami poświęconymi kolejno czterem żonom. Ho, ho czego ja się dowiedziałam, a właściwie o czym nie miałam pojęcia i jakież ja miałam błędne przeświadczenie wyniesione z lekcji języka polskiego o ascezie i innych świętych. No tak, ale wtedy nikt mi nie powiedział, że ideały, zwłaszcza literackie, rzadko chodzą w parze z życiem. Wiedza zawarta w tym rozdziale była niezbędną, by zrozumieć dychotomię epoki rozmodlonej, pobożnej z jednoczesnym rozpasaniem seksualnym i domami publicznymi prowadzonymi przez duchownych. Tak, tak, okazało się, że prostytucja w epoce średniowiecza przeżywała prawdziwy rozkwit i była przez średniowieczny Kościół tolerowana nie tylko jako zło konieczne, czy źródło dość pokaźnych dochodów, ale także jako swoiste remedium na homoseksualizm… I proszę się w tym momencie nie śmiać, tylko pomyśleć o stanie wiedzy medyczno-psychologicznej w tamtej epoce. Tego nauczyła mnie autorka – nie mierzyć współczesną mi miarą!
Na tym tle król Kazimierz okazał się być nie antysemitą i mizoginem, ale po prostu mężczyzną swojej epoki, który rozmiłowany w rozpuście: „w ponętach światowych ugrzęzły, tych grzechów cielesnych ani Boskim ani ludzkim mieczem nie dał z siebie wytępić”, a napominającego do opamiętania się, wikariusza Marcina Boryczkę, który odważył się, jako oficjalny wysłannik biskupa, łajać króla za niemoralny tryb życia gorszących poddanych. Kazimierz wysłuchał uprzejmie, co ma mu do powiedzenia ksiądz, po czym, już znacznie mniej uprzejmie, rozkazał strażom pochwycić duchownego i utopić go w najbliższym przeręblu. I to by było na tyle, jeśli chodzi o przymusowe zwijanie transparentu z hasłem, którego król bronił jak niepodległości – Tak wiele kobiet, tak mało czasu! Na tyle mało, że warto było popełniać bigamię do kwadratu. A przy tym podobno był przystojny! Tak widział go Leopold Loffler:

Wikipedia

A tak wyglądał bardziej prawdopodobnie:

Wikipedia

Musiałam sobie je tutaj wkleić, bo materiałów w książce ikonograficznych nie uświadczyłam nawet w najmarniejszej postaci, nie licząc ryciny na okładce tytułowej. A chciałam bardzo zobaczyć, jak wyglądała Klara Zach, nawet jeśli byłoby to wyobrażenie późniejszych artystów:

Wikipedia

Dziewczyna odporna na powaby króla (jakiś wyjątek!), więc zgwałcona, a potem okaleczona (obcięty nos, wargi i palce u rąk!) i obwożona w klatce jako przykład kary dla tych, którzy w obronie cnoty i honoru córki, poważą się podnieść rękę na króla.
Wbrew pozorom, tytułowi książki i zastrzeżeniom autorki, otrzymałam biograficzne opracowanie historyczne, daleko wybiegające poza królewską alkowę. Śmiem nawet twierdzić, że jest bardzo dobrą lekturą z historii dla licealisty interesującego się przeszłością Polski, ukazanej w sposób przystępny, który to znajdzie w tej pozycji nie tylko obiecywane życie erotyczne Kazimierza Wielkiego, ale i tło historyczne średniowiecza, dokonania i zaniechania władcy, opis obyczajów, ubioru i kanonu ówczesnej urody obu płci. „Bigamista” (i to wielki!) jest tylko wabikiem przyciągającym czytelnika do książki, z której wyniesie dużo więcej niż głosi informacja umieszczona okładce.
Na koniec koniecznie muszę wspomnieć o dwóch minusach natury kosmetycznej wprawdzie, ale na tyle dla mnie ważnych, że wartych odnotowania.
Pierwszy to niezdecydowanie autorki w wyborze typu narracji. Mieszała je ze sobą raz będąc ze mną (my), raz będąc z nimi (historykami), a czasami występując jako narrator pierwszoosobowy (ja). A ja, biedna czytelniczka, pałętająca się między nimi, nie wiedząc ostatecznie, czy mam być tylko słuchaczką, a może obserwatorką czy współuczestniczącą w kreowaniu wizji. A chciałam posłuchać historyka-bajarza, który zaczął pojawiać się dopiero w połowie książki.
A drugi minus to operowanie nazwiskami niepoprzedzonymi imieniem lub chociażby jego inicjałem. Przypominało to wywoływanie ucznia do tablicy, kiedy autorka powoływała się na autorytety znanych historyków. Zgrzytało mi bardzo nietaktem, gdy czytałam gołe nazwisko „Wyrozumski”. Po ludzku nie godzi się tak straszyć ludzi. Tego nauczyła mnie moja polonistka – szacunku, zwłaszcza w słowie pisanym, a tym bardziej o takim publicznym zasięgu czytelniczym.

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Popularnonaukowe

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *