Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Jedenaście tysięcy dziewic – Joanna Marat

21 marca 2019

Jedenaście tysięcy dziewic – Joanna Marat
Wydawnictwo Prószyński i S-ka , 2015 , 454 strony
Literatura polska

Historia lubi się powtarzać!
Chociaż sama autorka powtarzać się nie lubi. Za każdym razem jej kolejna powieść prowadzi w inne rejony a to gatunku (kryminał Monogram), a to tematyki (wiwisekcyjny debiut Grzechy Joanny). Tym razem w kierunku społeczno-obyczajowym z dominującym bohaterem zbiorowym – kobietą (mężczyźni otrzymują głos pod koniec powieści i to na krótko), w którym dramatyczne wydarzenia zapisane w legendach lub na tablicach upamiętniających, błędnie odczytanych, mając być przestrogą, stają się tylko kultem religijnym. Takiej to rozbieżności przyjrzała się autorka-gdańszczanka, przywracając pierwotne znaczenie imieniu, jakie nosi kaplica Jedenastu Tysięcy Dziewic w gdańskim Kościele Mariackim.

Wikimedia Commons.

Jej nazwę rozszyfrował dla mnie gdański przewodnik (w powieści jest ona przytaczana zdawkowo, a chciałam wiedzieć więcej), opowiadając o tragicznych losach św. Urszuli i jej towarzyszek. I to ta znacząca różnica, zamieniająca odnaleziony fragment inskrypcji – XI M V – z błędnego „11 tysięcy dziewic” na poprawny „11 męczennic dziewic”, zainspirowała autorkę do napisania nowej historii męczeństwa dosłownie (historycznie) i w przenośni (psychologicznie). Chociaż, jeśli dobrze się jej przyjrzeć, może ukazania jej ciągłości (podczas wojen) i kontynuacji w czasach współczesnych (w trakcie pokoju).
A dokładnie w czasie II wojny światowej.
Symbolicznym łącznikiem umęczonych, kobiecych pokoleń była właśnie kaplica Jedenastu Tysięcy Dziewic, do której szły po pocieszenie niektóre z bohaterek tej historii. Opowieści o męczeństwie w świecie mężczyzn, które nie zmieniło się od średniowiecza.
Zwłaszcza, gdy ci ostatni szli na wojnę.
Wtedy nie miał znaczenia ani czas, ani granice geograficzne, ani poziom kultury narodów. Liczyło się to, co zawsze od zarania dziejów ludzkości – polityka eksterminacji wroga, w której kobieta odgrywała kluczową rolę. Stawała się zdobyczą wojenną i jako taka, pomagała w rozsiewaniu genów zwycięzcy poprzez gwałt. Tylko że „zdobycz wojenna” ma uczucia, myśli i rodzi następne pokolenia. Kolejne kobiety.
I to o tych kobietach jest ta powieść.
Nie uznałabym jej jednak za sagę rodzinną. Mimo że opowiada o kilku generacjach sześciu rodzin – polskich, żydowskich, niemieckich i kaszubskich. Przykładając inną miarę podziału – po prostu gdańszczan. Nie prowadzi też linearnie losów bohaterek, chociaż ostatecznie tworzy jeden, spójny obraz. Ale to obraz raczej przypominający luźno powiązany patchwork, na który składają się różnorodne, bardzo odmienne, a czasami kontrastowe losy bohaterek. Tak liczne, że, abym się nie pogubiła, autorka umieściła na końcu książki ich wykaz z krótką charakterystyką i koligacjami. Bardzo mi on ułatwił poruszanie się wśród imponującego tłumu postaci. Zwłaszcza że powiązania między nimi były często dalekie i niekoniecznie rodzinne – albo poprzez osoby zmarłe, albo umierające, albo w martwym punkcie swojego życia. Przechodzenie od jednej do drugiej umożliwiał mi narrator zewnętrzny, ukazując wycinki z ich życia, sceny retrospektywne, prawdziwe myśli, których nie potrafiły wypowiedzieć „ludzkim głosem” albo werbalnie, zniewolonych lub zniewalających, raniących i cierpiących, uległych lub zbuntowanych, stale krwawiących emocjonalnie, okaleczonych w umiejętności i zdolności do budowaniu zdrowych relacji nie tylko rodzinnych, ale w ogóle międzyludzkich. Zwłaszcza z mężczyznami.
Kobiet powykręcanych, wypalonych i poprzetrącanych przez pustoszący ich osobowości gen męczeństwa w świecie mężczyzn.
I chociażby dlatego ta historia rodzin nie mogła stać się dumną, ciepłą, rodzinną sagą, a była obrazem pokoleń doświadczonych przez wojnę, w których trauma masowych i powszechnych gwałtów na kobietach wszystkich narodowości zamieszkujących, w przypadku tej historii, gdańskie ziemie, sięgnęła aż do pokoleń najmłodszych, współczesnych mi w momencie czytania tej powieści. Przesyconej smutkiem, chorobą psychiczną i fizyczną, żalem topionym w alkoholu, beznadzieją, nieszczęściem tragicznego dzieciństwa, nienawiścią, zazdrością i trucizną. Jadem wszechobecnym w myślach, a przede wszystkim w wypluwanych słowach, krótkich i ostrych w przekazie wypowiedziach, które miały truć, dobić, a najlepiej zabić uczucia adresata.
I zabijały zdolność do miłości.
Paradoksalnie poszukiwanej przez wszystkie bohaterki, jak deficytowy, cenny towar. Gotowe oddać za nią wszystko – ciało (poprawiane przez chirurga), duszę (grzesząc wbrew zasadom wiary) i umysł (oszukując logikę rozumowania, a przede wszystkim siebie), popełniając dla niej masochistyczny samogwałt. Tak, jakby wiedziały instynktownie, że nie ma szczęśliwych dzieci bez szczęśliwych matek, szczęśliwych rodzin bez miłości i szczęśliwych narodów bez szczęśliwych pokoleń.
W literaturze powstało wiele pięknych sag rodzinnych, których podstawą harmonijnego istnienia była miłość. Ta powieść jest ich przeciwieństwem, antysagą lub alternatywną wersją, pokazującą obraz rodziny, w której zabrakło podstawowego i niezbędnego spoiwa – miłości. Jest przestrogą przed niewyciąganiem wniosków z historii. Przypomnieniem o spuściźnie św. Urszuli i jej jedenastu towarzyszek oraz jedenastu tysięcy?, milionów?, miliardów? umęczonych po nich.
Karykaturą kobiety, karykaturą rodziny i karykaturą narodu.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *