Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Ile wart jest człowiek – Jefrosinia Kiersnowska

21 marca 2019

Ile wart jest człowiek – Jefrosinia Kiersnowska
Przełożyła Wiesława Karaczewska , Ewa Niepokólczycka , Ewa Rojewska-Olejarczuk
Wydawnictwo Świat Książki , 2012 , 671 stron
Literatura rosyjska

No, właśnie – ile wart jest człowiek?
To pytanie jest zawsze aktualne. Niezależnie od upływającego czasu. Zmieniają się tylko okoliczności jego wyceny. Autorce wspomnień przyszło je wyceniać w czasach, o których mówiła – może człowiek jest naszą wielką wartością, ale ludzie w ogóle to miałki pył i uzupełnić jego zapas tak łatwo, że nikomu nie przychodzi do głowy go cenić. W bezwzględnym ucieleśnianiu jej przekonania przodował Stalin.
Tyle że Frosia, jak nazywali ją najbliżsi, nie mogła się z tym pogodzić. Stanęła niczym biblijny Dawid naprzeciwko Goliata, jakim był ustrój socjalistyczny państwa radzieckiego. Wstąpiła wbrew własnej woli na „uniwersytety życia”, jak nazywała los, który wyznaczył jej Stalin, starając się nie tylko pojąć i zrozumieć absurdalność nowej rzeczywistości, która wkroczyła do jej ukochanej Besarabii wraz z wojskiem radzieckim w 1940 roku, ale i nie złamać przy tym zasad kręgosłupa moralnego, wyniesionego z rodzinnego domu.
Ukochanego majątku ziemskiego w Połucepiłowie. Raju mlekiem i miodem płynącym, któremu kres istnieniu położyło nastanie rządów Stalina wraz z zesłaniem jego mieszkańców jako obszarników, na Sybir. W takim transporcie wrogów ludu do przedsiębiorstwa leśnego w tajdze narymskiej znalazła się również trzydziestodwuletnia wówczas Frosia. Głód, skrajne warunki życia, mordercze normy pracy drwala i nieludzkie traktowanie przez nadzorców obozu, zmusiły ją do ucieczki. Pięciomiesięczna tułaczka na „wolności” zakończyła się ponownym uwięzieniem i nowym wyrokiem zsyłającym ją do Poprawczego Obozu Pracy NKWD, w którym pracowała najpierw w obozowym szpitalu jako pielęgniarka:

 

 

Potem w kostnicy jako pomoc przy sekcjach zwłok. Ileż ta kobieta musiała znieść cierpienia do tego momentu, skoro o tym okresie napisała – 1640 sekcji! 1640 zwłok przeszło przez moje ręce. A jednak właśnie ten rok z okładem przepracowany w kostnicy był, powtarzam raz jeszcze, najbardziej beztroski, powiedziałabym, najbardziej po ludzku przeżyty, w ciągu całych trzynastu lat niewoli. Jakimi musiały być poprzednie, by w cieniu śmierci znaleźć wytchnienie, by anomalia stała się normą z ludzką twarzą?! Wyjścia na wolność doczekała się w Norylskim Kombinacie Węglowym, w którym pracowała jako górnik. W sumie dwadzieścia lat gehenny w łagrach, więzieniach i na etapach, które opisała w dwunastu zeszytach spisanych i zilustrowanych własnymi rysunkami. To, co uderzyło mnie najbardziej podczas ich oglądania, to rażący kontrast między przytłaczającą ich treścią a użytą kolorystyką – radosną, żywą, niemalże tęczową.

 

 

Ta pozorna niespójność w ukazywaniu obserwowanej rzeczywistości oddaje jednak faktyczne spojrzenie autorki na otaczający ją świat poprzez własny system pielęgnowanych w sobie, pięknych wartości. Świat boleśnie ją doświadczający i testujący na każdym kroku nienawiścią, zdradą, kłamstwem, intrygą, zazdrością, fałszem, egoizmem i agresją, które potrafiła, dla mnie w niewytłumaczalny sposób, zamieniać w okoliczności, prędzej czy później, przemawiające na jej korzyść. Czytając jej wspomnienia, w których normą uczyniła rzucanie śmierci ciągłych wyzwań, zastanawiałam się, skąd czerpała siły, wiarę, nadzieję i niezłomne przekonanie o słuszności swoich odosobnionych, niepopularnych, często samobójczych, wręcz kpiących z instynktu samozachowawczego, poglądów na ideę dobra, której przejawy bardzo rzadko i bardzo trudno było jej wypatrzyć w otaczającym mroku egoizmu? Najłatwiej byłoby mi przyznać autorce rację, powtarzając jej wyjaśnienie – pozostałam przy życiu tylko dlatego, że miałam szczęście. To też, ale mnie ta odpowiedź nie zadowalała. Czytając jej wspomnienia, cały czas próbowałam odkryć podstawy jej fenomenu osobowości. Bazę charakteru kobiety skromnej, ciężko pracującej fizycznie, chociaż wykształconej (była felczerką weterynarii, oczytaną, czego dowodem są liczne cytaty z literatury, miłośniczką muzyki klasycznej, znającą biegle kilka języków obcych), która kochała swój besarabski zakątek, pracę ze smakiem na roli, swoją okrutną matkę-Rosję, wbrew jej powoli odkrywanemu, okrutnemu obrazowi, w który początkowo nie mogła uwierzyć, a o którym pisała – Musiało minąć wiele lat, żebym zrozumiała, że sedno tkwi w samej istocie sowieckiej ideologii, która sprowadza się do jednego słowa, a tym słowem jest fałsz! (…) Wiele czasu potrzebowałam, by się ostatecznie przekonać, że u nas wszystko od początku do końca oparte jest na kłamstwie, żywi się kłamstwem i rodzi jedynie fałsz. Jej naiwność, w której nie była odosobniona, długo nakazywała wierzyć, że baraki i wysokie ogrodzenia z drutu kolczastego z wieżyczkami w narożnikach, za Uralem, to wieże wartownicze poszukiwaczy ropy, dopóki sama nie stała się ich więźniem.

 

 

A mimo to z jej ust nigdy nie schodziła prawda, dobre słowo, głos sumienia, uczciwości, sprawiedliwości i zdrowia moralnego, a zapał prozelity w połączeniu ze szlachetnością Don Kichota mściwie przesądzał o jej losie. O okrutnych warunkach życia w czasie, który podsumowała jednym zdaniem – Wszystkie te ciężkie lata przeżyłam tak, że nie było w moim gorzkim życiu nawet jednej minuty, do której wstyd by mi było się przyznać, i wiem, że mogłabym spojrzeć w oczy mojemu ojcu i powiedzieć: „Twoja córka nie zhańbiła twojego nazwiska”.
Godność i honor nazwiska! – czy ta wartość jeszcze istnieje w świadomości współczesnych?
Ale te subiektywne, bardzo emocjonalne wspomnienia, to także niezwykły, jedyny w swoim rodzaju dokument, który w Rosji doczekał się ekspozycji, dzięki której po raz pierwszy ujrzałam tę wyjątkową kobietę i jej rodzinę. Dokument ukazujący drogę, jedną z wielu, przeciętnego obywatela radzieckiego w latach 1940-1960, zesłanego i więzionego w łagrach na tle ówczesnej polityki Stalina i po jego śmierci. O tyle ciekawą i dla mnie odkrywczą, że mogłam porównać ją z drogą zesłańców-cudzoziemców – Polaka, niemieckiego jeńca czy Żyda. Jedyna różnica, którą zauważyłam, to pewność śmierci tych ostatnich. Obywatel radziecki mógł mieć ciut, ale tylko odrobinę, więcej nadziei na przeżycie do zakończenia „kary”. Pojmowanej umownie, bo może się zwalić na głowę bez żadnego powodu i przy tym nie odkupuje winy, ale ją utwierdza na wieki, zarażając swoim piętnem również członków rodziny skazanego.
Brakowało mi jednak w tej pięknie wydanej, w twardych okładkach, bogato ilustrowanej pozycji historycznego opracowania. Kilku słów historyka do polskiego czytelnika, który umiejscowiłby wspomnienia w kontekście historii ZSRR. O ile nieistniejącą już Besarabię znałam z opowieści Świadek napisanej przez Ilję Mitrofanowa, o tyle podczas śledzenia tułaczej trasy autorki na mapie geograficznej współczesnej Rosji, napotykałam na trudności związane ze starą nomenklaturą ówczesnych miast jak Lenińsk czy Stalińsk. Częściowo rolę objaśniającą pełniły przypisy umiejscowione pod tekstem, ale nie likwidowały mnożących się pytań i nie wyjaśniały całkowicie moich wątpliwości. Szkoda, że wydawca nie pomyślał w tym przypadku o tak ważnym elemencie aparatu informacyjnego książki, który dla polskiego, młodszego pokolenia jest wręcz niezbędny. Zwłaszcza, że autorka zachowała chronologię opowieści tylko w latach, natomiast sama treść poszczególnych rozdziałów była pełna dygresji, wspomnień, opowieści przeszłych, przemyśleń, a przede wszystkim wiedzy wyniesionej z własnych doświadczeń, a więc niepełnej i wyrywkowej w kontekście ogólnym i na tle całego systemu polityki społecznej, gospodarczej, wojennej i ideologicznej państwa radzieckiego. Ale dzięki temu, w poszukiwaniu szerszej wiedzy i bardziej szczegółowych informacji na temat autorki i jej książki, odkryłam oryginalną jej wersję on-line!
Gdybym wiedziała o tym wcześniej!
Nie żałuję jednak, że kupiłam ją w polskim przekładzie, ponieważ o ile tekst się nie różni, o tyle ikonografia w dużym stopniu się uzupełnia. W oryginale odkryłam mnóstwo nowych rysunków Frosi, których w polskim wydaniu nie ma. I na odwrót.
I rzecz najważniejsza.
Autorka odpowiada w książce na tytułowe pytanie. Przytoczenie tutaj jej odpowiedzi, bardzo prostej, zabrzmiałoby w tym miejscu niewiarygodnie, płytko, niemalże absurdalnie i groteskowo. Jestem człowiekiem XXI wieku i żeby zrozumieć odpowiedź, odkurzyć z pyłu sloganu i odciążyć z brzemienia pustego hasła, musiałam poznać jej życie opowiedziane poprzez czyny, by uwierzyć, że można w najbardziej skrajnych warunkach żyć szlachetnie. Wrócić do korzeni wartości, których w moim świecie nie ceni się, traktując je jak odpady sumienia. Frosia tym śmieciom moralnym pozwoliła na odzyskanie w moich oczach pełnej, pierwotnej wartości. Wartości, którymi ta książka jest przesiąknięta poprzez ludzkie świadectwo. Może dlatego trudno opowiadać o niej nie popadając w patos, chociaż autorka jest daleka od niego. Używa prostego języka narracji. Kiedy jednak przerzuci się ostatnią stronę tych wspomnień pozostają w pamięci te wszystkie wielkie słowa, których aż boję się użyć, by nie spłycić ich przesłania, bo przecież ten kto tego nie przeżył, nie uwierzy, nie może uwierzyć, a które jednak w kontekście wspomnień są prawdziwe, żywe, pełne i sprawdzone w czynach.
A przede wszystkim udowadniające, że nic nie tłumaczy zapominania o nich.
Nic.
Nawet ideologia Stalina.

 

Zdania pisane kursywą są cytatami pochodzącymi z książki.

 

Książkę wpisuję na mój top czytanych w 2012 roku.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *