Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Biała Masajka – Corinne Hofmann

21 marca 2019

Biała Masajka – Corinne Hofmann
Przełożył Dariusz Muszer
Wydawnictwo Świat Książki , 2007 , 304 strony
Literatura szwajcarska

Dosyć długo leżała na półce „do przeczytania kiedyś”. Dopiero zapowiedź emisji jej ekranizacji w TV skłoniła mnie do sięgnięcia po nią. Wiedziałam, że jeśli nie przeczytam jej przed obejrzeniem filmu, to będę miała problem z chęcią na powtórkę tego, co już widziałam. Narzucone tempo czytania było zabójcze dla moich oczu z powodu bardzo drobnego druku w tym wydaniu, chciałam jednak zdążyć z przeczytaniem do następnego wieczoru. Mimo to nie odczułam tego jako wyścigu z czasem, bo historia Corinne, dwudziestokilkuletniej Szwajcarki, pochłonęła mnie całkowicie. Czytałam z ogromnym zaciekawieniem i jednocześnie przerażeniem, dziękując opatrzności, że nie obdarzyła mnie tym zauroczeniem, odurzeniem i pożądaniem, a potem ślepą miłością (w dobrym znaczeniu) od pierwszego wejrzenia do mężczyzny z innej bajki. Bo Masajowie tacy są rzeczywiście. Będąc w Kenii i Tanzanii zatrzymywali mój wzrok jak barwne punkty w krajobrazie na targowisku, na poboczu drogi, w tłumie ulicznym. Wyróżniają się wszystkim nawet wśród tubylców: wysokim wzrostem, szczupłą sylwetką ciała, dumną postawą, charakterystyczną fryzurą i ozdobami, strojem z przewagą jaskrawej czerwieni. Są egzotyką egzotyki. Mimowolnie przyciągają cudzoziemki, zwłaszcza te młodsze, które nie mają oporów, jak wielokrotnie zaobserwowałam, z podejściem, zaczepieniem, nawiązaniem kontaktu. Pisała o tym roztaczanym zauroczeniu również Dorota Katende w Domu na Zanzibarze.
Nie dziwię się więc Corinne, że ją to spotkało. Postąpiłabym dokładnie tak samo. Wybrałabym miłość (w oczach obserwatorów szaloną) niż mdłe, bezcelowe, nudne życie w dobrobycie. Corinne widziała w niej jedyną drogę do szczęścia. Dla niej zrezygnowała z dotychczasowego życia, rodziny, przyjaciół, kraju przenosząc się na afrykański kontynent i decydując się na życie w buszu. Dosłownie.
Inna rzecz, że takie zauroczenie nie jest wieczne, trwa określoną ilość czasu i prędzej czy później proza życia powoli je studzi, a z czasem zabija. Moja przygoda skończyłaby się dużo szybciej, najpewniej z pierwszym atakiem malarii. I tu podziwiam Corinne, która walczyła o związek, miłość i rodzinę cztery lata w warunkach skrajnego survivalu. Dała z siebie wszystko i pewnie z jej bardzo silną, przedsiębiorczą osobowością, z ogromnymi pokładami determinacji, żyłaby w Afryce do dzisiaj, gdyby nie choroba męża. Niestety miała to nieszczęście trafić na człowieka, u którego normalna zazdrość towarzysząca uczuciu miłości, przeistoczyła się w obsesję, w zazdrość chorobliwą.
Cała historia znajomości i małżeństwa była dla mnie nie tylko piękną opowieścią o potędze miłości pokonującej kontynenty i kulturę, szukającej wspólnoty zbudowanej z różnic dwojga kochających się osób , ale również opowieść o najmniej znanych aspektach codziennego życia Masajów, ich zwyczajach i obyczajach, tradycji, mentalności, ale i problemach z jakimi muszą sobie radzić współcześnie. O codziennym życiu widzianym oczami Europejki, w którym świetnie się odnajdowała, dawała sobie radę, kochała tych ludzi, ten kraj i co najważniejsze – była tam szczęśliwa.
Pokonała ją dopiero choroba męża, która stała się przyczyną rozpadu małżeństwa, zmuszając ją do opuszczenia Kenii.
Było mi żal nie tylko bohaterki wspomnień, jej męża Lketingi, ale i samej miłości. Miłości, która w pokonywaniu przeszkód do jej spełnienia nie różni się niczym w zakresie emocji od innych. W tym przypadku o jej wyjątkowej niezwykłości zadecydowała skrajność różnic, które, jak pokazuje ta historia, nie były nie do przezwyciężenia. Całą sytuację i upór Corinne rozumiała tylko jej matka, która jak pisze autorka: Modli się za mnie i ma nadzieję, że znajdę to, czego szukam, i że będę szczęśliwa.
I była.
I nie szkodzi, że tylko przez parę lat, ale była. Dała jej ukochaną córkę i mnóstwo wyjątkowych wspomnień.
Ile osób oddałoby wszystko za jego odrobinę? Ile osób czeka na nie przez całe życie, nie doznając nawet jego namiastki? Ile osób chciałoby, tak jak jej narzeczony Marc, być na miejscu tego Masaja, dla którego kobieta zrobiłaby wszystko? Ile osób chciałoby przeżyć coś tak wyjątkowego nawet za cenę niepowodzenia?
Zgłaszam się pierwsza!

Muszę przyznać, że reżyser troszkę ubarwił samą miłość. W rzeczywistości nie było aż tak romantycznie, zwłaszcza w sferze seksualnej, jak to przedstawiono w filmie. Ale udało mu się pokazać potęgę miłości, która kierowała główną bohaterką.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Wspomnienia powieść autobiograficzna

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *