Na ostrzu książki

Czytam i opisuję, co dusza dyktuje

Adibas – Zaza Burczuladze

21 marca 2019

Adibas – Zaza Burczuladze
Przełożyła Magdalena Nowakowska
Wydawnictwo Claroscuro , 2011 , 169 stron
Seria Ścieżki Życia
Literatura gruzińska

Kiedy już naczytałam się o pięknie Gruzji ukazanym przez Wojciecha Góreckiego w Toaście za przodków, nazachwycałam się radością i fantazją życia jej mieszkańców, tak emocjonalnie przelanymi na papier we wspomnieniach zamieszczonych w Gaumardżos przez małżeństwo Mellerów, pojawił się Zaza Burczuladze. Machnął ręką na to wszystko, co wiedziałam do tej pory i opowiedział mi w swojej książce, na której wydawnictwo lojalnie umieściło poniższe ostrzeżenie, co i ja czynię, dając wybór dalszego czytania na własną odpowiedzialność:

 

 

że to wszystko fasada, zasłona, lukrowana powierzchnia, kryjąca pod spodem prawdziwe oblicze Gruzji i twarze Gruzinów bez masek. Jednym słowem adibas, którego znaczenie autor wyjaśnił mi na samym początku czekającej mnie wiwisekcji:

 

 

A potem wziął mnie za rękę, wyprowadził z salonu dla gości do sypialni gospodarza domu, brutalnie ściągnął ze śpiącego Gruzina kołdrę i pokazał mi nagą prawdę. Tę dosłowną i tę w przenośni. Przeznaczoną nie dla turystów, obcokrajowców czy nawet przyjaciół z zewnątrz, po których już na pierwszy rzut oka widać, że pełna jest turystycznej mądrości. Konkretnie – amerykańskiego optymizmu, angielskiej dumy, europejskiej interesowności, rosyjskiej bezmyślności i chińskiej służalczości, ale tę intymną, bardzo osobistą, ukrytą, bo wstydliwą, o której mogą pisać wyłącznie Gruzini i to też nie bez oburzenia i wyrazów potępienia, zarówno dla formy, jak i treści, przez większość rodaków.
I co zobaczyłam?
Młodego mężczyznę o imieniu Gio, bohatera powieści, który trzymając w jednej ręce rogalik, a w drugiej własny członek w porannym wzwodzie, spoglądając to na jedno, to na drugie i zaczynając kolejny, podobny do siebie dzień swojego życia w tym Fake Me-Tbilisi, filozoficznie konstatuje: Czy naprawdę wszystko zależy od żołądka i chuja?
Okazuje się, że tak. Że te dwa symbole – seksu i konsumpcjonizmu – są najważniejszymi wartościami młodego pokolenia Gruzinów. Poza tym jest w dobrym tonie i stylu rozmyślanie o wartościach podczas rzygania i odruch wymiotny na myśl o wartościach pozostałych. To seks i myślenie o nim, nieustająca potrzeba jego zaspokajania, jak uzależniający narkotyk dający złudzenie szczęścia, rządzi życiem zarówno mężczyzn, jak i kobiet, które już w wieku szkolnym kiepsko obciągały i dużo jebały się w dupę, boleśnie zadając kłam dziewiczych żon w gruzińskiej tradycji. Dla mnie aseksualny, bo traktowany jak jedna z potrzeb fizjologicznych na równi ze snem czy jedzeniem, heteroseksualny czy homoseksualny, z kolejną partnerką czy poprzez samogwałt, o każdej porze, w odosobnieniu lub w obecności osób trzecich, oglądany lub nagrywany, a przez Gio spuentowany takim wyznaniem wiary – Mój mózg na wieki wieków jest podłączony do obrazu cipki, jak komputer do globalnej sieci. Uwielbiam cipkę Tako. Jest moim autopilotem. Moim Shan-Gri-La. Moim językiem, Ojczyzną. Wiarą z dyscypliną świętych – w ustach sperma, w sercu psalm, w ręce chuj. Miłość, ta angażująca serce i emocje, dla Gio nie istniała. Okazała się pomyłką, oszustwem, podróbką, rozczarowaniem i cieniem jej wyobrażenia, już w ostatniej klasie podstawówki.
Drugą po seksie, motywacją istnienia Gruzinów, jest potrzeba posiadania dóbr materialnych budujących pożądany, wysoki status w społeczeństwie, a przynajmniej jego pozory: willa z basenem w najbogatszej dzielnicy Tbilisi, samochód, ubrania i obfite jedzenie bogate w używki. Atrybuty nowobogackich, zastępujących dotychczasową rolę elit intelektualnych. Wszystko najdroższych producentów, rozpoznawalnych marek, wiodących projektantów. Ci z biedniejszych warstw społecznych, z braku możliwości ich nabycia w markowych sklepach, zawsze mogą kupić podróbkę lub oryginalny ciuch z drugiej ręki, a wint (tani, rodzimy narkotyk) od dealera.
I tylko od czasu do czasu, podczas kąpieli słonecznej nad brzegiem basenu, przelatują nisko samoloty wojskowe. Podczas kupowania gazety promującej zachodnie życie, słychać taki komunikat radiowy:

 

 

Przyglądając się grającym w piłkę dzieciom na podwórzu, a nad nimi kobiecie trzepiącej dywan na balkonie, głos spikera, z włączonego telewizora w jej mieszkaniu, informuje:

 

 

Przechodząc obok witrażowej szyby, widać kątem oka w telewizorze, jak pokrwawiona babcia leży przed płonącym blokiem i bezsilnie wyciąga ręce w stronę kamery.
Wojna.
Jest wszędzie, wplątana w życie mieszkańców Tbilisi wraz z wkroczeniem rosyjskich wojsk, wrośnięta w życie Gruzinów tak bardzo, że aż spowszedniała, zmalała do informacji podawanej w mediach przerywanej reklamami, ale, wbrew pozorom, nie zobojętniała. To życie na pokaz, to budowanie świata zastępczego, to nadmuchiwanie bańki mydlanej odgradzającej od rzeczywistości, ta ucieczka w seks, alkohol i narkotyki, to jest właśnie sposób radzenia sobie współczesnych Gruzinów z istniejącą sytuacją. Tę niezgodę na wojnę i hiperrealizm połączony z lękiem o przyszłość, Gio zawiera w jednym zdaniu – Jakbym mógł, bez zastanowienia wszedłbym cały do Tako. I nie o seks tutaj chodzi, który jest tylko imitacją potrzeby poczucia bezpieczeństwa, ale o ucieczkę w jedyną strefę bezpieczeństwa w świecie wojny, w ogóle w sytuacji zagrożenia każdego człowieka – w embrionalną pozycję w łonie matki.
Autor nie proponuje żadnych rozwiązań, nie daje gotowych odpowiedzi, dobrych rad czy projektów naprawczych. Nie to obiera sobie za cel pisząc tę powieść. Jego zadaniem jest surowa relacja bez ubarwień poprzez groteskowe dialogi bohaterów czy rozmowy poprzez komunikator internetowy pełnych anglojęzycznych zwrotów, neologizmów i wulgaryzmów, naturalistyczne sceny, krytyczno-filozoficzne monologi Gio, migawki z groteskowego życia jego znajomych i przyjaciół, fotograficzne opisy otaczającej go absurdalnej rzeczywistości napiętnowanej, naznaczonej logotypami znanych marek, o której wszyscy wiedzą, ale nie mówią, raczej przemilczają. Zdarcie fasady adibasa ukazując rzeczywisty stan duchowej kondycji gruzińskiego społeczeństwa w okresie postkomunistycznym zastąpionym przez atrybuty Zachodu. Może nawet oskarża? Skoro wylicza jednym tchem na sześciu stronach wszystkie zachowania i czynności rodaków, które mogli robić z większą dumą. Tym samym ściąga na siebie grad rodzimej krytyki, bo nic tak nie boli, jak wytknięcie palcem i dźganie nim w sumienie narodu. Przypomina mi to medialną burzę w Polsce wokół Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej. Byłam jej zajadłą obrończynią i orędowniczką. To samo czułam czytając tę powieść młodego, zbuntowanego przedstawiciela gruzińskiego narodu. Z tą różnicą, że tutaj nie mogę krzyczeć razem z Gio i autorem – Obudźcie się! Nie mam prawa, bo to nie mój kraj. Ale dzięki tej powieści poznałam rewers Gruzji. Uzupełnienie i dopełnienie obrazu tworzonego przez obcokrajowców, nawet tych najbardziej kochających Gruzinów, w swoich książkach i wspomnieniach podróżniczych. Bez tego głosu młodego Gruzina opowieści o współczesnej Gruzji są tylko adibasem.
Przykre, ale za to prawdziwe.
A o prawdę i tylko prawdę przecież chodzi.

 


A tutaj obejrzałam ciekawy wywiad z tłumaczką tej powieści, Magdą Nowakowską.

Autorka: Maria Akida

Kategorie: Powieść społeczno-obyczajowa

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *